Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
niedziela, 29 grudnia 2013
Na szczęście

Oby Nowy Rok był lepszy. Zawsze powinien być lepszy od tego co się kończy.

Mam nadzieję, że święta minęły wszystkim w spokoju i radości. We Francji media głównie mówią wtedy o prezentach, tudzież ich poświątecznej wymianie, jak i gastronomicznych scenariuszach bożonarodzeniowego posiłku. We Francji nikt nie obchodzi wigilii 24 grudnia. Pierwszym i jedynym dniem świąt jest 25grudnia. Dzieci rano znajdują prezenty pod choinką, a w południe, rodziny i znajomi siadają do obiadu, który trwa cały dzień.

Z tradycyjnych pyszności można z pewnością wyliczyć ostrygi, owoce morza, wątróbkę z gęsi, wszelkiego rodzaju drobiowych kastratów, typu kapłon "kurczakowy", czy  kapłon "perliczkowy", często podawane z kasztanami, albo truflą. Ale paleta francuskich smaków jest ogromna i znam domy, gdzie zupełnie inne dania są serwowane. Do picia Francuzi wybierają szampana, jak i przeróżne wina, dopasowywane skrupulatnie przez panów domu. Słodkawe do wątróbki, wytrawne do morskich żyjątek, czerwone, zawsze wytrawne do dań głównych i szampańskie bąbelki do deseru. Słodkości są przeróżne, ale do klasyki, należy ciasto zwane buche, czyli po polsku polano. Charakterystyczna jest jego forma, imitująca kawał drewna, przybrany malutkimi postaciami: mikołajkiem, piłą do drewna i choinką.

Na świątecznym stole we Francji nie znajdziesz maku, grzybów, karpia i z pewnością wódki. Nie znajdziesz również opłatka, ani sianka, ani ciasta drożdżowego. Nie doszukasz się klusek, nie odnajdziesz ani barszczu, ani zupy grzybowej. W ogóle nie są to znane potrawy.

Dlatego w naszym polsko-francuskim domu, organizujemy wigilię po polsku, z dodatkami typu ostrygi czy krewetki, albo morskie ślimaki i kraby. A pierwszy dzień świąt jest już po francusku, z drobiem, pod każdą postacią. W wigilię dzielimy się opłatkiem, co z trudnością przychodziło memu francuskiemu mężowi na początku naszego wspólnego życia. Ten piękny, polski zwyczaj, jest uznawany prawie, jak świętokradztwo, we wszystkich znanych mi krajach. Dla rodziny mego męża jest nie do przyjęcia przyjmowanie w gronie domowym świętej hostii. Mąż jednak przyzwyczaił się i czyni jak Polacy. Zastosowaliśmy również tradycję dawania prezentów już 24 grudnia. Oczekiwanie do 25 grudnia rano okazało się zbyt trudne.

Francuzi, a przynajmniej ich chrześcijańska część, podobnie jak Polacy, wieszają jemiołę nad stołem, ubierają choinkę i cieszą się z Noel - czyli Bożego Narodzenia. Coraz więcej jednak jest w Republice Francuzów wyznania muzułmańskiego. I ta część społeczeństwa, patrzy na resztę Francuzów i ich świąteczne tradycje filozoficznie, oczekując na ramadan i inne muzułmańskie święta. 

Francuzi nie przeżywają jednak tak bardzo rodzinnie świąt Bożego Narodzenia, jak to ciągle, jest praktykowane w Polsce. Tutaj, to głównie czas wydawania pieniędzy na prezenty i konsumowania najdroższych przysmaków i win. A nie wyłącznie chwila rodzinnej miłości i pokoju. Święta, Francuzi spędzają często  w restauracjach i wcale nie koniecznie w zaciszu domowym.

Starsze pokolenie, zwłaszcza na Południu Francji, chodziło kiedyś , na pasterkę i po powrocie do domu siadało do kolacji. Jednak nie miało to niż wspólnego z polską wigilią. Stół był wtedy zastawiony raczej orzechami, owocami i miodem. Dzisiaj, niezwykle rzadko Francuzi chodzą do kościoła. A jeśli nawet, to z pewnością mogą natrafić na szopki, których tu wiele, chociaż w niczym nie przypominają tych , naszych, krakowskich.

Święta, święta i po świętach. Zaraz będzie Nowy Rok, potem znowu Wielkanoc, i ... Czas płynie szybko. Odnoszę wrażenie, że coraz szybciej. Jak zwykle, co roku, podejmuję ważne decyzje. Czasami udaje mi się spełnić styczniowe plany. Często jest inaczej i czuję się podle. Do nie tak dawna wydawało mi się, że wszystko jest możliwe, da się zaplanować, spełnić, panować i kontrolować. Ale pomyliłam się.

Na jesieni zachorowałam. I w grudniu trzeba było mi zrobić przemeblowanie wewnątrz cielesne. Na szczęście, mimo strachu i niepokojących scenariuszy, wszystko skończyło się dobrze. Nie będą mogła mieć już dzieci, bo tak było dla mnie bezpieczniej. Jednak operacja tego typu nie odbywa się bez strat. Na początku się bałam, a potem smuciłam. Dzisiaj staram się o niczym złym nie myśleć, chociaż powoli wracam do sił.

Pierwszy raz musiałam poddać się ciężkiej operacji i wcale mi się to nie podoba. Pomijam fakt, że zupełnie mi nie odpowiada oddawanie własnego ciała, i wszystkich jego części, pod chirurgiczny nóż. Poza tym,  mimo zaufania do lekarzy i profesjonalnej opieki francuskiej służby zdrowia, bardzo mi nie pasuje zdawanie się w pełni na ich umiejętności. 

Tak czy inaczej, po 12 godzinach przygotowywania mnie w klinice, znalazłam się na łóżku, w poczekalni, przedoperacyjnej. Lekko ospała od leków, zauważyłam iż obok, leżała młoda dziewczyna, też oczekująca na decydujące cięcie. Wymieniłyśmy spojrzenia, grzeczne dzień dobry, powód naszych leżących sytuacji i tyle się widziałyśmy. Potem był jeszcze stół operacyjny, widok urządzeń, miły uśmiech anestezjologa, ból w piersiach i odlot.

Przebudzenie było okropne, bo bolące. Podawano mi morfinę. I wiem już że ćpunem nie będę, bo strasznie mi było niedobrze i źle wpływało na samopoczucie. A potem przez tydzień wracałam do życia, między snem, uśpieniem , zastrzykami i przemiłymi pielęgniarkami , które dbały o mnie jak o jajko. Nie przyzwyczajona do takiej sytuacji, z trudem mogę pogodzić się z taką niemocą i nie możnością działania. Odpoczywać trzeba i dbać o spokój, nie podnosić nic, nie wysilać się.... Litania tego co nie wolno. Poza tym tu boli, tam boli, a w dodatku człowiek męczy się już samym byciem.

Te wszystkie "nie wolno" źle mi działają na samopoczucie. Cóż kiedy ja od lat wysilam się cały czas, podnoszę, znoszę i działam. Teraz nic.

Do noworocznych planów podchodzę dziś dość sceptycznie. Człowiek sobie coś zakłada, a tu ciało chce inaczej. I wtedy jak domino , plany lecą gdzieś do dziury. Zaryzykuję jednak i .... postanawiam zadbać o promocję mojej książki, która będzie w Empiku już na wiosnę. Postanawiam pracować mniej w domu i opłacić pomoc domową. Prasowanie, sprzątanie nie będzie pochłaniało już tyle mojego, własnego czasu. Będę więcej pisać, bo na szczęście morfina nie wygumkowała mi myśli. Będę mniej przejmować się innymi, a bardziej sobą, chociaż bez empatii i altruizmu nie uda mi się przeżywać codzienności. Zasadzę kilka nowych roślin w ogrodzie, ale bez szaleństw. Będę więcej wymagać od dzieci, dbałości o ich przestrzeń życiową, a męża nie będę już wyręczać we wszystkim, co dotyczy rodziny. Poza tym pojadę parę razy do Paryża na wystawy i odwiedzę przyjaciółkę w Maastricht. Więcej zajmę się tym, co mnie interesuje i pasjonuje, i zmuszę synków i męża do zaakceptowania tego. 

Nie wiem czy mi się wszystko uda, ale jeśli zaryzykuję z pomocą domową, to z pewnością będę miała więcej czasu i siły, na pisanie i fotografię.

Choroba przeraziła mnie. Była jak wykrzyknik, uważaj masz jedno życie i nie pozwalaj go sobie ukraść. Czas ucieka. I właśnie tej dbałości o siebie życzę wszystkim w nowym roku, a zwłaszcza znanym i nie znanym mi kobietom. Jako matki, żony, zbyt często zapominamy o naszym czasie, który ucieka, tak bardzo szybko. Podejmujemy decyzje w życiu, żeby dzieci i nasze rodziny były szczęśliwe, zadbane, domy piękne i wypełnione troską, ciepłem i czystością. Ale często jest to kosztem naszego życia i marzeń.

Udało mi się, że nie mam raka, którego tak potwornie się bałam. Wiem dziś, że nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć w przyszłości. Mam dwoje , zdrowych, mądrych dzieci. Więcej nie planowałam, a dziś i tak nie jest to już możliwe. Nie szkodzi. Mam dorastających synków. Mam ciągle sprawnych, jeszcze młodych i kochających rodziców. Mam męża, który się zmienia na lepszego i kocha naszą rodzinę. Mam wreszcie własne ciało, które na chwilkę się popsuło, ale już jest naprawione i z pewnością bardziej o nie zadbam. Mam dwa wymarzone psy, kanarka, który mimo sześciomiesięcznej ciszy odzyskał nagle głos i śpiewa, i żółwia Gucia, który przyszedł skądś i do dziś z nami mieszka. Mam zwykłe, ludzkie szczęście. I tego życzę wszystkim na najbliższy rok.

Na  święta zjadłam wszystko, co lubię, zaakceptowałam , że mąż, dzieci i rodzice przejęli panowanie nad domem. Jeszcze parę tygodni i będę silna. Wtedy spełnię ważne sprawy dla siebie. Wszyscy na tym zyskamy. Jestem pewna.       

   

sobota, 12 października 2013
UWAGA
.
Uprzejmie powiadamiam, iż wszelkie komentarze obraźliwe dla mnie  i osób mi bliskich, będą blokowane i usuwane z moich stron internetowych. Również  wypowiedzi, które zawierają błędy ortograficzne lub świadczą o ewidentnym braku kultury, jak i mają na celu sprawianie mi przykrości, lub w jakikolwiek sposób grożą mi, też będą blokowane i kasowane. Komentarze służą do wymiany opinii, dyskusji, a nie wylewania własnych frustracji.

Dla wiadomości moich rodaków, przebywających w Lyonie: jeśli w jakikolwiek sposób dowiem się, lub natrafię na akty nienawiści, skierowane przeciwko moim dzieciom, mnie samej lub mojemu mężowi, oddam sprawę w ręce policji francuskiej i złożę "une main courante"! 

Dla wiedzy osoby podpisującej się w komentarzach "Misia" , radzę nie pojawiać się na mojej drodze, ani na blogu, ani w życiu realnym,  bo osoba ta będzie miała do czynienia z panami z komisariatu w Gerland, gdzie zamierzam w poniedziałek oddać numer IP, jaki pojawił się obok niedawnego jej komentarza i zgłoszę skargę o prześladowanie mnie i moich dzieci.

Wszelakie uczucia agresywne, nienawiść, czy zazdrość, proszę leczyć u psychiatry, albo założyć własny blog i tam ćwiczyć talent pisarski.

     
wtorek, 24 września 2013
Francuski dziennik telewizyjny oskarża Polaków o sadyzm w Buchenwaldzie
.

List do Ambasady Polskiej w Paryżu


Piszę do Państwa w związku z bolesnym dla mnie i z pewnością dla wielu Polaków incydencie, jaki miał miejsce w mediach francuskich.  W dniu 23 września, w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego France 2 o godz. 20, prowadzący program p.D. Pujadas odkrył przed francuskimi widzami, nową, jak sam określił, wizję życia w obozie zagłady Buchenwald. Posłużył się do tego 2 cytatami z nowo wydanej książki "Journal de Buchenwald", Jean'a Hoen'a. Przewodnią myślą tego reportażu, jak się okazało, nie było okrucieństwo Niemców w hitlerowskim obozie zagłady. W ogóle nie zostało wyraźnie podkreślone, iż chodzi o niemiecki obóz koncentracyjny. Szkoda , bo wiedza na temat II wojny światowej jest we Francji niewielka, a Francuzi, jeszcze do niedawna, w ogóle nie uczyli się o jej historii w szkołach. Wielu z nich nigdy, nie słyszało o obozie w Buchenwald, znając głównie historię obozów koncentracyjnych na terenie Polski. Świadectwa tej epoki są we Francji mało znane, a literatura, od ponad półwiecza - milczy. 

Podstawową informację, jaką przekazał pan Pujadas w poniedziałkowym wydaniu dziennika, było natomiast okrucieństwo, cytowana "przyjemność z sadystycznego" zachowania się Polaków w stosunku do francuskich więźniów. Mieli w ten sposób brać odwet, za brak interwencji Francji w momencie wybuchu wojny. 
Jean Hoen miał możliwość opisywania swoich przeżyć przez 2 lata pobytu w obozie Buchenwald. Kartki, jak i tusz były mu prawdopodobnie dostarczane przez rodzinę, w paczkach, do jakich mieli prawo francuscy więźniowie. Nigdy nie słyszałam o tym, żeby takie samo prawo mieli Polacy, Żydzi czy inne narody. I żeby w ogóle było możliwe pisanie pamiętnika w warunkach obozu koncentracyjnego. Ale jak widać wiele z tej książki można się dowiedzieć. 

 Nie wiem, jaka jest prawdziwa zawartość tego pamiętnika. Z pewnością poznam ją już wkrótce. Z żalem jednak stwierdzam, iż współczesny dziennikarz francuski wyciąga jako cytat przewodni właśnie ten fragment , poświęcony rzekomemu sadyzmowi Polaków, którzy sortowali w obozie ubrania , trupy i znęcali się na Francuzach. Dodaje przy tym bezwarunkowo, iż książka ukazuje nową prawdę o obozach koncentracyjnych. 

We francuskim dzienniku telewizyjnym  nie tylko przeczytano, ale podkreślono, wydrukowano na ekranie, fragment dotyczący zachowania Polaków. Nie przypomniano ani razu, iż katami byli Niemcy, a nie moi rodacy. 

 Reportaż ma wydźwięk wyjątkowo antypolski. Jest tendencyjny i nie ma nic wspólnego z reklamowaniem nowej książki o tematyce wojennej. 
Polaków pokazano jako oprawców. Hoen, jako dzielny weteran I wojny światowej i bojownik francuskiego podziemia, okazał się niemalże ich ofiarą.

Pan Pujadas nie pierwszy raz w informacjach stara się pokazać Polaków w świetle negatywnym, żeby nie powiedzieć niesprawiedliwym. Manipuluje w ten sposób opinią publiczną, co według mnie, jest obecnie modne, w tendencyjnych, lewicowych mediach publicznych. Zgodne z ówczesną niechęcią francuskich socjalistów do liberalnych Polaków, polskich hydraulików, budowlańców, którzy według wielu , bezwzględnie zabierają miejsca pracy Francuzom. Zgodne z propagandą socjalistyczną, gdzie wciąż szuka się winy z zewnątrz, miast krytycznie spojrzeć na własne błędy, źle prowadzonej polityki ekonomicznej kraju.

Pujadas jawi się jako dziennikarz sztandarowy obecnego rządu, którego popularność jest znikoma. W sposób skandaliczny oczernił imię polskich ofiar hitleryzmu, bezkrytycznie cytując fragmenty książki, której wartość historyczna jest jeszcze do przedyskutowania i sprawdzenia.

Dlatego proszę Ambasadę Polską w Paryżu o ustosunkowanie się i interwencję w tej sprawie. Myślę, że Polacy powinni chronić dobre imię naszych przodków. Zwłaszcza wtedy, gdy oddawali krew za naszą i waszą wolność. 
 
    Mój list jest również opublikowany na stronach mojego blogu " Moja Francja". Mam nadzieję, że wielu innych Polaków we Francji, widziało i z równym jak moje oburzeniem, oceniło działalność dziennikarską pana Pujadasa.  
Z poważaniem

Patrycja Todo
czwartek, 16 sierpnia 2012
Powrót do przyszłości
Jest 16 sierpień 2012 roku.
Minęło wiele miesięcy od moich ostatnich wpisów. Zastanawiałam się nawet czy moje blogi nie zostaną po prostu zlikwidowane z powodu nie aktualizowania stron. Jednak nie. Wciąż istnieją. Wdzięczna jestem Bloxowi za wielkoduszność .

Życie codzienne. Obowiązki związane z zakupem domu, rodziną, zwierzętami jakich mam teraz 5, jak i częste wizyty przyjaciół.... a może pusty stan ducha, odgrodziły mnie od pisania.

Nic we mnie nie pękło, ani się nie popsuło. Tylko stało się coś, co usidliło moją duszą i nie pozwoliło jej marzyć. Nie powinnam pisać tu intymnie o sprawach, które dotyczą tylko mnie. Jednak kiedyś wiele osób tu zaglądało. Winna jestem wytłumaczenia. Wiele wierszy, wiele strof, wiele felietonów opublikowanych sprawiło radość moim czytelnikom. Inni mniej przekonani , po prostu odeszli, zignorowali. W każdym razie moje blogi żyły intensywnie przez wiele lat.

Poezję pisze się dla siebie. Jak miło jednak jest się nią dzielić. Uwolnić nadmiar emocji, myśli nagromadzonych bez powodu i bez konkretnego celu.
Nie napisałam żadnego wiersza od paru miesięcy. Czuję się z tym źle. Tak, jakbym zdradziła własną siebie. Wszystko zaczęło się przecież od wierszy. Dawno, dawno temu zapisywanych w kajecie , jeszcze w podstawówce. Potem w zeszytach, na kartach. No i w blogu. Nawet Moja Francja , pisana na żywo pod wpływem chwili, była tworem u którego korzeni jest moja wierszomania.

Teraz wracam do klawiatury. Moja Francja, blog Patuni, a i Fotomania powinny znowu wypełniać część mojego życia. Lepiej lub gorzej wprawię palce w ruch. Myśl skieruję do świata w którym jest mi chyba najspokojniej.
Słowa, litery, obrazy, jakich kształt rodzi się w mojej wyobraźni znów powróci do internetu. Nie powinnam ich zdradzić. Nawet w imię rodzinno-domowego obrządku.

Muszę się najpierw rozpisać. Książka o której wielokrotnie wspominałam jest prawie ukończona. Ale ciągle nie mam ostatniego zdania. Przez pewien czas myślałam, że blogowanie wpływa na niekorzyść moim projektom literackim. Bo zdjęcia, felietony a nawet wiersze zabierają masę czasu.

Pomyliłam się. Blogi utrzymują darmowe pisarstwo w rytmie. Zmuszają umysł i dłonie do szybkiej, codziennej pracy. Pisząc dzisiejszą notkę jest mi trudniej jak kiedyś. Palce biegają wolniej i robię błędy. Ale wiem już, że wszystko wróci. Już żaden ślimak ogrodowy, żaden przepis na ciasto , ani program telewizyjny nie odciągną mnie od blogów. Książkę skończę znacznie szybciej będąc tu, a nie gdzieś, z żelazkiem lub inną maszyną domową.

Drodzy Państwo widziałam wpisy, czytałam wiele przysłanych mi listów. Dziękuję za zaufanie. To Wy macie racje prosząc o uwagę, o nowe notki. To dzięki Wam udaje mi się tu znowu być i stukać w mój komputer. A zatem WRÓCIŁAM.
piątek, 10 lutego 2012
Szczęście przez "U"

Ja do Armanda: - Jak piszemy "na górze"?

Armand po namyśle :- Przez "Ó"!

ja: Dlaczego?

Armand : Bo na dole!


Nauka ortografii w dwóch językach, to piekielnie trudna sprawa. Wciąż nie wątpię w słuszność własnego wyboru. Moje dzieci będą pisały i mówiły bezbłędnie po polsku i francusku. Nie ma innej opcji. W końcu , to logiczne, że ... "na dole"
........................................................................

Szczęście, to sprawa bardzo względna.
We Francji panuje zima. Taka prawdziwa, co to wszystko zamarza, zabija, zastyga. Na ulicach umierają bezdomni, a nad morzem flamingi. Ponoć sto sztuk dziennie. Mowa o ptakach naturalnie. Żal bezdomnych. Szkoda flamingów. Co do bezdomnych, to dzieje się jakaś totalna paranoja. W dzienniku tv pokazali dwie bardzo przyjemne panie. Śpią w samochodzie bo nie mają domu. Następnego dnia mnóstwo ludzi zaproponowało pomoc i dach nad głową . Ale one nadal śpią w samochodzie, bo jakoś odzwyczaiły się od dobroci.

 W tym samym dzienniku powiadomili jeszcze , że nie będziemy mogli gotować zup. Z powodu zamarzniętych porów. Dziennikarz powiedział, że są zablokowane w ziemi, bo zamarzły z powodu mrozów i zimnych temperatur. Będzie źle, bo zupa bez porów, to jak dziennikarz, bez głowy.

Ja, nikogo do siebie nie wzięłam. Wysiadł mi piec i zrobiło się zimno. W moim nowym domu, wcale nie stary piec. Zaparł się i nie działał przez 10 dni. Dokładnie tyle, ile mamy Syberię nad Rodanem. Mam kominek i piecyki elektryczne. Mam koce, dzieci do przytulania i dwa psy , na każdą nogę do ogrzania. Znosiłam drewno z ogrodu, okiennice pozamykałam, zupę ugotowałam, bo miałam jeszcze zamrożone pory w zamrażalniku,w niskiej temperaturze. Tego samego dnia co piec, zepsuł się samochód. I miałam problem, bo bez pieca da się żyć, bez samochodu , w moim przypadku, trudniej.

Zadzwoniłam w związku z tym piecem do speca. Spec powiedział, że przez 10 dni musi pomagać innym. W tym kraju , poza seksem nic nie dzieje się od razu! Spec spytał o męża. W sprawie auto-naprawy, a nie seksu. Mąż jak zwykle w podróży. Ja zastępuję męża. Zaufał i wytłumaczył pan pani, no i ... piec zadziałał. Niestety tylko pół godziny, aż go zatkało na amen.

Minęło 10 dni. Przyszedł spec. Ucieszył się, bo ma babcie Polkę. Zreperował piec. Wziął za to jak od Francuzów. W trzecim pokoleniu ma się gdzieś rodaków znad Wisły.

Ponieważ miałam wyrzuty sumienia z powodu bezdomnych, postanowiłam odkupić winę dobrym, ekologicznym uczynkiem i zdecydowałam nakarmić ptaki.
Zamiast sikorek, przyszła mysz. Mysz też człowiek i chce zjeść, bo na polu to nawet pory w ziemi zimują. Poczekałam aż się naje i przeprowadziłam karmik w miejsce bardziej wietrzne. I teraz są sikorki. Mysz może wraca w nocy. Z pewnością źle mi życzy.



Poza piecem, samochód też mi już zreperowano. Tam, u mechanika,  w ogóle nie było Polaków , więc rachunek dostałam republikański. Za to dobra solidna firma, bo umyto mi samochód bez suszenia. W nocy było -10 i z pojazdu, zrobiła się konserwa . Włamywałam się do auta przez pół godziny. Ale za to jak się błyszczy!

No i jestem szczęśliwa. Bo samochód działa, piec grzeje, a ja mam straszną gołoledź w portfelu.

Męża, jak nie było, tak nie ma. Podobno wróci dzisiaj. Ucieszy się z napraw. No i z zupy, z porami, z zamrażalnika.

A w sprawie psów, to Baca odkrył łóżko i będzie wojna domowa.







piątek, 23 września 2011
Francuskie gady

Gustaw dał dyla.

Mimo sałaty, mimo gładzenia pod brodą, mimo o-chów i a-chów, żółw chciał pojechać koleją. A że te ostatnie, nie tanieją, to może jeszcze się znajdzie. Szukałam cały ranek , ale chłopak się gdzieś schował  i teraz szukaj żółwia w polu.
Ponieważ nie mogłam odnaleźć Gucia, poszłam strapiona do sklepu. A tam gadów cała moc.

We Francji jest kryzys, ale tutejsi emeryci nie znają cierpienia. Codziennie rano robią zakupy. Odżywiają się zdrowo, warzywnie-owocowo. Mają dużo pieniędzy i często, zły humor.Chciałam kupić banany. Ale jakaś stuletnia babcia popychała mnie z taką złością, że przerzuciłam się na melony. Przy zielonkawych kulach, pożółkły dziadek z niechęcią przesuwał owoce. Bo te, to zbyt dojrzałe, a tamte to zbyt małe. Zatem, poszłam sobie do śliwek. Jedna była pokrojona do spróbowania . Duże to, grube i fioletowe, ale bez charakteru. Węgierek tu nie ma. Francuzi nie znają węgierek, bo mają francuskie, ale "pędzą" je na pestycydach i zrywają przed czasem. Zniechęcona nieprzyjemnymi emerytami i śliwkami bez życia i smaku, poszłam do jogurtów. A tam, matki z dziećmi. Też mam dwoje. Ale moim, nawet, gdy były małe, nie pozwalałam krzyczeć, zwłaszcza w miejscach publicznych. Te przy jogurtach darły się na cały głos. Matki , w liczbie trzech, zupełnie nic nie reagowały na dzikusów, tylko trajkotały w najlepsze o niczym. Nagle, jedna się wnerwiła i łubudu, dzieciaka po buzi. Inna krzyknęła : patrz, bo też tak zarobisz. A trzeci dzieciak... po prostu dał dyla... jak Gucio. Macierzyństwo a la francaise zawsze wprawia mnie w nieme osłupienie. Ta radość z życia, miłość bijąca po oczach!

 Poszłam do kasy. Przy wejściu do sklepu, dają tu teraz takie maszynki ze skanerem. Dostajesz "zwierzaka" do ręki, a potem samemu rejestrujesz sobie wszystkie zakupy. Jak się nasycisz, to idziesz do specjalnej kasy. Tam, patrzą ci się w tę maszynkę, rzucają okiem na wózek i już. Wkładasz kartę płatniczą i wyjeżdżasz bez stania w kolejce. Zastanawiałam się jak sprawdzają, czy nie nakradłeś po drodze. Bo, kto wie, co pod jajcami mam w koszyku, a lista zakupów duża?
Okazuje się, że mają zaufanie. Poza tym, gdy mają mniej pewności , co któryś klient jest kontrolowany. Złość cię niesie, bo "skanerowy zwierz" miał ci ułatwić życie i dać poczucie odpowiedzialności. A tu drugi raz wszystko wywalasz na taśmę i na nowo kasjerka "bipa" przed swoim czytnikiem co ty, przez pół godziny "bipałeś" sam w koszyku.
 Tym razem udało mi się bez kontroli.  Nic nie kradłam, nic nie pożyczałam, tylko zapłaciłam i chodu do domu. Wot tiochnika myślę. A bezrobotnych coraz więcej.

W domu cicho , spokojnie. Nikt nikogo nie bije po twarzy, nikt się nie dąsa ...
A na kamieniach, w ogrodzie siedzi nasz "syn marnotrawny" - Gucio wrócił !
Nasz żółw grecki,bo tak zwie się ten model. Lądowe żółwie bardzo często , to żółwie greckie. W Grecji kryzys ,to może dlatego nasz do Francji przyszedł. Słowem emigrant. A teraz opala się w najlepsze w promieniach słońca. Wrzesień, to czas indiańskiego lata i aura jak w lipcu. Ucałowałam pyszczysko z radością, bo dzieci rano się zmartwiły, że Gustaw przepadł , a tu taka niespodzianka. Nakarmiłam cykorią. Skorupę elegancko przetarłam, bo się strasznie zakurzył podczas nocnej eskapady. Spojrzałam mu prosto, w koralikowe oczy i myśląc o zakupach, doszłam do wniosku,że nie taki gad z tego żółwia.

 

piątek, 24 grudnia 2010
Amour znaczy Miłość
.

.
A jeśli cała tajemnica świąt zamknięta jest tylko w historii Miłości? Czy to polskiej, francuskiej czy nawet bez języka? Takiej Miłości, co to nie ma ani tradycji, ani smaku jedzenia? Jest bez wymiaru czasu, wagi historii? Takiej Miłości bez definicji, obrazu...
A jeśli marzenie dziecięce o prezencie i Świętym Mikołaju to najczystsza w świecie prawda? Nie chcą w nią wierzyć dorośli, ale opowiadają o niej dzieciom.
.
 .
Ja tam wierzę. We wszystko i w każdym języku co ze Świętym Mikołajem jest związane. I w renifery, i w sanie i prezenty ... Czekam na odwiedziny i z dziećmi rozpalam gwiazdy na niebie. Któraś jest najważniejsza. Szukamy , czekamy...
.

.
Ach żeby nie było zła, chorób i tych wszystkich strasznych rzeczy . Żebyśmy nie musieli się bać wilka, ani głupich ludzi, żeby misie polarne dały sobie radę nawet bez śniegu!
A dzieci miały zawsze zdrowych rodziców, a rodzice zdrowe dzieci. Żeby najukochańsi nie umierali, a jeśli już muszą to wtedy gdy i my będziemy już tak starzy żeby chcieć odejść. Ach, żeby nikt nie był głodny. Każdy miał własny dach nad głową i żeby na każdego czekało gorące serce . Żebyśmy umieli wybaczać i żeby nam wybaczano. Marzenia , najskrytsze marzenia nas nie opuszczały. Żeby krasnale w końcu pokazały nosy. A pies pogadał o ważnych sprawach i dał spokój sąsiadowi za ścianą.
Żeby przyjaciele byli przyjaciółmi, a jeśli ich nie ma.... no to niech się w końcu pojawią!!!!
...i żeby makowiec zawsze rósł jak moje dzieci, a dzieci lubiły mój makowiec.....
.

.
....i żeby anioły te duże , mądre opiekowały się światem. A te małe , grubaśne , z czerwonymi polikami rozśmieszały nawet największych smutasów. A te chude, z długimi jak płaszcze skrzydłami melodią kryształowych głosów nastrajały do wspomnień.
Żeby Aniołki wiejskie , z włosami słomianymi szeleściły do snu zapomnianym. A te miejskie, wypachnione wanilią rozdawały uśmiechy nabzdyczonym paniusiom.
żeby choinkowe ożyły, a żywe na choinkę wskoczyły....
.
.
A tak zupełnie bez niebiańsko
żeby z zimy rodziła się zawsze wiosna.
.

.
Wszystkim życzę cudownych Świąt Bożego Narodzenia
 czyli  Joyeux Noel!

.

poniedziałek, 18 stycznia 2010
Ja głosuję na szklankę, zagłosuj ze mną :))


 http://www.designeurope2010.eu/

Bo mi się podoba projekt, bo autorka jest Polką, bo obraz jest twórczy i zwykle miesza wszystkich w tej samej szklance bez  dozownika.

Głosuję na szklankę, zagłosuj ze mną!!!!

poniedziałek, 11 stycznia 2010
Nowy Rok, Nowa Wystawa, Nowa Przygoda

czwartek, 31 grudnia 2009
Nowy Rok

Oby Nowy Rok przyniósł nam wszystkim dużo szczęścia, zdrowia i optymizmu !

Pamiętam o Was moi mili czytelnicy, ale życie rodzinne i wakacje w Polsce oderwały mnie zupełnie od komputera i wirtualnego życia. Mam nadzieję,że Święta przeszły Wszystkim spokojnie, ciepło i z uśmiechem. To tak wspaniały czas dla Polaków.

Życzę Państwu, żebyście nigdy nie musieli z żalem odczuwać tęsknoty. Żeby nigdy nie zgasła w Was radość z każdej przeżytej chwili, a życie było ciekawe i ciągle pełne nadziei. 

Życzę również sobie i nam wszystkim,żeby Człowiek w końcu zmądrzał. Żeby myślał o każdym istnieniu z troską i zachwytem, i nareszcie zastanowił się z odpowiedzialnością nad przyszłością.

Bardzo cieszę się, że tak długo udało mi się prowadzić ten blog. Że tak wiele osób mnie tu odwiedza. Przez prawie rok dzięki temu publikowałam artykuły w "Bluszczu". Zapraszam wszystkich do dalszego zaglądania do tej gazety, choć nie będzie już tam moich tekstów. W nowym roku wydam zapowiadaną książkę "Moja Francja", o czym powiadomię na blogu.

Kontynuować będę wystawy fotograficzne. Już 17tego stycznia będzie kolejny wernisaż wraz z sześcioma innymi artystami w Nowym Jorku!

A poza tym będę nadal mamą na 100 procent, i żoną, i córką, i panią domu, i zagrody....i będę dla Was pisać na blogu o życiu w Mojej Francji, tak jak zawsze, tak jak od początku.

Szczęśliwego, pełnego zdrowia i miłości Nowego Roku życzę Wam drodzy Państwo i Waszym Bliskim

Patrycja Todo  

sobota, 31 października 2009
Z Armandem i Bombilem okiem mojej Mamy :)

czwartek, 03 września 2009
Pierwszy dzień szkoły

Już mam pierwszoklasistę. Armand zdał bez problemów egzamin wstępny do szkoły międzynarodowej,w sekcji polskiej . W listopadzie kończy 6lat i już jest w pierwszej klasie. Czas leci tak szybko.

Eliot zaczął swój trzeci rok nauczania w tej samej szkole. I wszyscy już nie mogliśmy się doczekać tego pierwszego dnia. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z samowyzwalacza, bo mąż już od rana w pracy, ale mamy pamiątkę i tak, bo nawet widać Bombila.:)

No i nareszcie mogę pomyśleć o własnych sprawach.:)

2009-2010;)) by you.

poniedziałek, 13 lipca 2009
Myśli

Kiedy zaczęłam pisać na tym blogu kierowała mną chęć pokazania innym Polakom w jakiej Francji żyję. Dość mało piszę o mojej prywatności albowiem nie było to celem zakładania tej strony internetowej. Od tego czasu pisałam raz wiele, raz mniej. Obowiązki nie zostawiały mi wiele miejsca na ten miły kontakt ze światem wirtualnym. Robiłam zdjęcia na spacerach z dziećmi i w samochodzie. Szybko łapiąc moment, chwilę, zatrzymywałam czas. Chciałam Państwu pokazać to, co przyciągało moją uwagę.

Niektórzy z moich czytelników podzielali moje poglądy. Sami mieszkają we Francji i zgodzili się ze mną. Inni, choć też znają kraj dobrze, nie mają takiego samego punktu widzenia. Wielu przyszło do mnie, żeby znaleźć jakieś informacje, bo Francja pociąga Polaków. Mam nadzieję, że znaleźli coś więcej niż w zwykłych przewodnikach turystycznych.

Ile osób, tyle żyć i równie wiele spostrzeżeń. Kiedyś, ktoś zarzucał mi,że pokazuję na zdjęciach wyidealizowany obraz rzeczywistości. A ja tylko dzieliłam się tym, jak widzę świat, jak go postrzegam. Życie jest piękne,a Francja, mimo wielu wad, to kraj wyjątkowo urodziwy. Nigdy jej jednak nie pokochałam, ani z pewnością nie pokocham. Moje serce należy do Polski i Warszawy.

Jestem Polką z urodzenia, wychowania i choruję na bezgraniczną miłość do mojego kraju. Jednak Eros rzucił mnie w ramiona Francuza. Z nim założyłam rodzinę, mamy dzieci, psa i kanarki. Nasi dwaj synkowie w wyniku wychowania dwujęzycznego i dwukulturowego noszą w sercach dwie ojczyzno-matczyzny. Skazaliśmy nasze dzieci na dwukochanie, tęsknotę, ale i otworzyliśmy przed nimi świat. Ciekawi ich inność i akceptują ją. Będą obywatelami bez granic. 

Żyje nam się spokojnie choć czasami mamy problemy. Raz więcej, raz mniej pieniędzy. Raz przygniata mnie nostalgia, raz uspokaja smak Francji. Czasami się złoszczę, a czasami śmieję z tutejszej codzienności. Niepokoi mnie na przykład ogromny wzrost zainteresowania Islamem radykalnym. Zwłaszcza od 11 września 2001. Wielu Francuzów popada w skrajne postrzeganie wiary i aplikuje w życiu codziennym normy, jakie gwałcą godność ludzką w imię błędnego interpretowania religii. Mam naturalnie na myśli wzrastającą ilość kobiet które zakrywają kompletnie twarze i ciała. Wielu wyznawców Islamu jest zaniepokojonych tym, podobnie jak ja. Bo Francja to kraj wolności, jak i podstawowego prawa człowieka do posiadania własnej Twarzy. Radykalizm religijny nie pasuje do laickiej Francji i rzeczywiście może wzbudzać kontrowersje. Redukuje byt kobiet do izolacji społecznej. Niestety wielu Polaków nie rozumie tego, odbierając moje spostrzeżenia jako brak tolerancji. Gdzie jednak zaczyna i kończy się Tolerancja? Czy zbyt szerokie pojmowanie wolności nie doprowadza do uwięzienia? Czy akceptacja czyjegoś wyboru nie ociera się czasem o ignorancję?

  Nie jest to dzisiaj jednak sprawa przytłaczająca moją codzienność. Tylko drobiazg, który powraca na stronach tego blogu i budzi wiele emocji.

Strajki, narzekania, sery, wino, świntuszenie.... ot francuskie życie w Mojej Francji. Wracałam na moją stronę i dzieliłam się "dniem po dniu". Aż przyszedł moment, kiedy spotkałam się dzięki jednej z moich czytelniczek z historią pewnego chorego chłopca. Poprosiłam wtedy Państwa, jak i wielu moich znajomych o pomoc finansową dla Jego rodziny. Wiele osób poczyniło tak jak ja. Udało się kupić materac i zdrowe łóżko dla tego dzielnego dziecka. Było Mu ciut lepiej. 

Ja poszłam dalej i poznałam telefonicznie mamę Michałka. Siedziała od miesięcy przy dziecku, a ja chciałam, żeby choć na chwilę nie myślała o tej strasznej chorobie. Rozmawiałyśmy o życiu, o Francji. Starałam się oderwać Ją na moment od smutku. Jest niezwykle słoneczną osobą. Wysyłałam zdjęcia kolorowych pól brzoskwiniowych, winnic, czereśni. Chłopiec gasł powoli, ale widział jeszcze moje bajkowe krajobrazy.Tylko tyle mogłam zrobić. Tak niewiele, tak na chwilkę. I coraz bardziej przyzwyczajałam się do myśli,że dziecko nie może tak odejść w wieczność, jak na placyk zabaw. Tyle przecież jeszcze miał do zobaczenia, tyle do zdobycia, przeżycia, kochania. W myślach nie dopuszczałam innego scenariusza jak powrót do zdrowia. Stało się inaczej.

Nie moje dziecko, nie moja historia. A jednak pochłonęła mnie tak bardzo , że nie potrafię dziś zaznać spokoju. Dziękuję wszystkim, którzy za sprawą mojego blogowego wpisu pomogli rodzicom Michałka. Nie wiem dlaczego tak właśnie Bóg postanowił, ale chłopiec umarł cztery dni temu. Miał zbyt mało lat żeby umierać. Wierzę szczerze, że tam gdzie jest zaopiekują się nim,że nie będzie Mu tam źle. 

Wybaczcie Państwo, że nie opisuję dziś śmiesznych rzeczy. Wakacje, życie, lato. Czas nie jest dobry na łzy. A jednak zgaśnięcie tej małej świeczki zabolało mnie ogromnie. Nie wiem dlaczego tak jest. Tyle wokół dramatów i cierpienia, tyle piękna i radości. Nie wiem dlaczego właśnie los Michałka tak bardzo przejął mnie. 

Jedno jest pewne, że w tej ogromnej piramidzie uczuć, emocji, szczęścia i bólu, moja codzienność wydała mi się banalnie prosta, zwyczajnie bezproblemowa. Otarłam się zaledwie o życie i śmierć nieznaych mi ludzi, daleko gasnącego chłopca. Ale dzięki temu bardziej poznałam swoje własne jestestwo. Jak wyrwana z letargu opłakuję odejście niewinności, dzieciństwa, niespełnionego życia. Bo chyba właśnie nieodwracalność śmierci i nostalgia jaką po sobie zostawia najbardziej porusza moje serce. I tylko trudno mi z tym się pogodzić. Trudno o tym nie myśleć. Przejść do własnej codzienności. Opłakuję Michałka jak najbliższą osobę.  

Od odejścia mego ukochanego Dziadka mam problem ze śmiercią. Przeraża mnie jej siła i nie umiem sobie z tym poradzić.To pozostawanie z nigdy nie kończącą się tęsknotą wycisza całą moją radość życia.  

Wiara,że gdzieś kiedyś spotkamy się wszyscy daje nadzieję i budzi do następnego dnia. Uśmiech i bieganina dzieci. Spojrzenie mojej ukochanej mamy, ciepłe tulenie ramion mojego taty, pocałunek męża. Mój Boże nawet merdający Bombil. Jak dobrze,że to dzisiaj mam. Oby trwało jak najdłużej. Bo życie ma sens tylko wtedy, gdy ma się kogo kochać. Bez tej miłości wszystko traci wartość, kolor, zapach i smak. Bez kochanych nie ma sensu trwać.

  

czwartek, 21 maja 2009
Francuzki

Francuska rzeczywistość.

Stara Francja jest biała. Dziś żyje w niej ponad milion osób w wieku ponad 85 lat. Większość to kobiety.

Młoda Francja jest pełna barw i rozmnaża się ku uciesze starzejących się. Na każda kobietę przypada 2 i pół dziecka.  Tak mówią statystyki. Ciekawe którą połowę liczą?

.

Francuski piesek to oczko w głowie wielu pań. Najczęściej wykazują ogrom macierzyństwa właśnie do takich psiaczków. Nie zupełnie tak samo jest z dziećmi.

.

Randka w ciemno?

Ależ nie, w chwilę później dystyngowaną damę całował przystojny Francuz.

 Nie jest prawdą, że każda Francuzka to: delikatna kibić i elegancja. Takich tu coraz mniej na ulicach.  

Mimo, iż ostatnie raporty podają, że Francuzki są najszczuplejsze w Europie, to patrząc na ulice jakoś tego nie odczuwam. No chyba , że reszta kontynentu tonie w zwałach tłuszczu?

Widok, jak wyżej należał do rzadkości jeszcze 20 lat temu. Dziś to normalna rzeczywistość. Bez kompleksów, z wdziękiem inaczej.

.

Zdjęcia zrobione są dzisiaj na ulicach Lyonu. Tak żeby każdy mógł popatrzeć na Francuzki :))

Po tej notce już wiem na pewno , że nie pójdę do nieba. Mea culpa... 

czwartek, 16 kwietnia 2009
Truskawki we francuskim sosie

Mamy połowę kwietnia i wiosnę w pełni. Brzoskwinie już zrzuciły swój róż na ziemię. Czereśnie prześcigają się z rzepakiem w ilości wylewanych na świat kwiatów i kolorów. Nawet magnolie już opadły i ustąpiły fioletowym bzom. Nie ma, co ukrywać - ocieplenie klimatu daje pszczołom do wiwatu, bo wszystko kwitnie nagle i bez opamiętania.

Słońce, chmury, chmury, słońce - wspólny mianownik mają - ciepło. Tak jest każdego dnia. Nawet wyłączyłam ogrzewanie, a to świadczy o dużej zmianie aury. Oczywiście tylko w ciągu dnia, bo w nocy nie wierzę, że już można. 

Dziś zasadziłam pelargonie. Różowe, bo tak sobie życzy Armand. To, ze względu na jego ukochaną Camille.(Czytać trzeba Kamji, czyli nasza rodzima Kamila). Róż to ulubiony kolor każdej dzisiejszej dziewczynki. Od butów zaczynając, po gumki do włosów, tornister, spodnie, spódnice, skarpetki, ołówki, a nawet okładki do książek, wszystko musi być absolutnie różowe. Ocieka różem. Kapie różem...Ach!

Słowem Armand kocha Kamilę, więc mamy różowe pelargonie.

Początek wiosny, blisko Zośka, nie Zośka, ale nie może być zimno,  ale tylko i wyłącznie ciepło, cieplej, najcieplej! No, bo od dzisiaj, kwiatów moc w skrzynkach, doniczkach, gdzie się dało, zasadziliśmy. To znaczy ja sadziłam, a chłopcy robili z ziemi babki. Potem podlewali wszystko, łącznie z butami. Więc może jutro nam wyrosną adidasy w szafie?

Tak czy inaczej wiosna, a nawet lato złapaliśmy za rogi, jak młodego byka. Żeby było jeszcze bardziej przekonywująco, od ponad tygodnia jemy truskawki. W Hiszpanii rosną ich tysiące, miliony i są sprzedawane we Francji. Duże, wielkie, gigantyczne. No i zupełnie bez smaku. Ale wyglądają truskawkowo. My je kupujemy, bo innych jeszcze nie ma. W końcu to dopiero kwiecień. Ale nam się chce truskawek, więc kilogramy tych hiszpańskich mutantów kroimy w kawałki i posypujemy cukrem. Inaczej nie da się ich jeść, bo smak truskawkowy jest tylko w podtekście, a wielkość zbliżona do arbuzów. A może kiedyś będą arbuzy wielkości truskawek? I też bez smaku? I też z cukrem?Ale w normach europejskich, nie jakiś tam obcych, niebezpiecznych!

Dzieci są zachwycone. Duże, czerwone truskawy codziennie - po prostu letni deser na wiosnę. Wspaniałość! Ja natomiast martwię się, czy wzrost moich olbrzymko synków nie jest w jakimś stopniu wynikiem tych truskawkowych kulfonów. Mąż znalazł nawet jakiś artykuł, o tym , że te hiszpańskie truskawkole rosną na wodzie zmieszanej z chemią, hormonami, i jeszcze jakimiś okropieństwami. Ziemi ani tyci, ale za to same lekarstwa. Zupełnie jak u sportowców. To może ja będę miała w przyszłości championów za synów? Spokojnie, myślę sobie. Bo,  jak spojrzeć na skład byle jakiego serka, gdzie guma z mąką kukurydzianą, i jeszcze jakimiś farbkami udają wanilię, i to cudo wtrząchamy od lat wielu, bo zdrowe. To te truskawy andaluzyjskie są jak najbardziej w porządku. A że duże, a że czerwone? Co tam?!

Cóż, nie należy wpadać w panikę. W końcu jadamy jaja tylko od kur wyprowadzanych na trawkę i prawdziwe masło, a nie margarynę. Poza tym nie kupuję żadnych potraw gotowych. Gotuję sama z warzyw, mięs, ryb itd. Pogodziłam się z faktem, że wszystkie te produkty i tak są już od lat modyfikowane, dochemizowane i dopowane, upiększane itd.  Zresztą jak kiedyś wzięłam abonament na fermie bio, to przez trzy miesiące jadałam jabłka z dziurami, a chleb był taki, że przez tydzień trawiłam jedną kromkę. Przyjaciółka, z którą tak się bio karmiłyśmy, już po dwóch miesiącach miała wątpliwości. No, ale czego nie robi się dla zdrowia i planety?

Ach jaka to była kosztowna trauma. Bio chłop karmił nas swoimi bio produktami tak intensywnie, że zupełnie straciłam chęć do życia. Po 3 miesiącach jadania średniowiecznych warzyw i owoców pomyślałam, że z pewnością wyzionę ducha, albo dostanę porażenia jelit. Ginął we mnie instynkt archeologa. W dniu popełnienia sepuku przyjaciółka przerwała abonament i na szczęście dzisiaj, jadam już nie bio, ale z dużą radością. Zresztą chemię mamy ponoć wszyscy w kodzie genetycznym. Nie ma co się męczyć.  

Wiek ludzi i tak się wydłuża,  na tyle, że Francuzi martwią się aktualnie, wysokim poziomem umieralności wśród 90ciolatków i stulatków. Podobno zima była groźna, zimna i bardzo dużo staruszków nie dało rady jej przetrzymać. Kurcze, to chyba normalne, że wiekowy człowiek umiera? Ale Francuzi nie mogą się z tym pogodzić, bo bardzo ich wielu, tych umarłych stulatków, no i zarywają francuskie statystyki.

Zupełnie jak wtedy, gdy chodziłam z Armandem w ciąży. Było zbyt ciepło. Też staruszkowie umierali grupowo. Było lato, wakacje. Francuzi mieli ogromny problem, bo jak przerywać turnus z powodu umarłej praprababci, lub prapradziadka? Tylu ich umierało z przegrzania i pragnienia, że nie mieścili się w kostnicach. Rodziny nie wracały z urlopów, nie odbierały, prapraseniorów. Aż w końcu pod Paryżem opróżniono chłodnie z kapusty, czy jakiś innych warzyw,  pewnie też modyfikowanych, i tam układali umarłych. Okropność takie lato stulecia!!!

 Teraz niestety zima zebrała smutne żniwo. Nic też dziwnego, bo jeśli domy starców są równie dobrze izolowane jak mój dom, to wcale się nie dziwę, że stuletni ludzie nie dali rady przeżyć. Ja mam 38 lat i też  z trudnością znoszę spanie we własnym łóżku, ze szronem we włosach. A taka stuletnia babcia, to chyba niewiele ma włosów, a w peruce nikt przecież nie sypia. Od tygodnia media lamentują, że złe będą statystyki w tym roku.

No to my jemy te hiszpańskie truskawy, nie martwiąc się już więcej o nic. Zadopujemy się na stuletnie życie. Problem jednak jest taki, że we Francji, jak na zdrowy kapitalizm przystało są różne rodzaje tych czerwonych gigantów. Marokańczycy nie w ciemię bici też koksują własne uprawy i przysyłają nam truskawy. W końcu , w pobliskim markecie stałam ostatnio nieco w konfuzji. Bo i jedne, i drugie owoce podobne są do mamutów. I jedne, i drugie czerwone, świecące. No jakieś plastykowe by zupełnie wysiadły przy tych "naturalnych".

Już sobie myślę jak cukrem i śmietaną będę je charakteryzować na jadalne. I wtedy podchodzi do mnie pan. Pan jest Francuzem-animatorem. Tak się przedstawił. Poradził wybrać andaluzyjskie truskawy. A kiedy się spytałam, dlaczego hiszpańskie , a nie marokańskie, to on mi się spytał o mój akcent. To mu mówię, żem Polka. Popatrzył ze zrozumieniem i wytłumaczył,  że to czerwone, w pudełku to truskawa. To ja mu na to, że wiem. Zdziwił się. Bo myślał, że jak Polka to nie wiem, co to truskawka, że takie u nas nie rosną. Powiedziałam, że w Polsce, te owoce są tylko mniejsze, ale ze smakiem i głównie w sezonie letnim. Dużo ich jemy, tak dużo, że on pewnie tyle nigdy nie sprzedał. Ale się zachwycił. Powiedział mi, że ma 43 lata i nie zna Polski i chyba pojedzie sobie tam na wakacje. No na te truskawki. Myślał biedak, że u nas to tylko ziemniaki ludzie jedzą. Rozwiałam mu jego wątpliwości, mówiąc że też inne rzeczy jemy. Spytałam się, czy wie, co to biała albo czerwona porzeczka. No, bo czarną znają tu wszyscy. Odpowiedział mi, że pewnie jakieś modyfikowane paskudztwo ta porzeczka. Trzymał w ręku andaluzyjskie, czerwone kartofle i dziwił się, bo mu mówiłam, że u nas, ta biała i czerwona porzeczka rośnie od tysiąca lat. To on mi na to - ojej, to tak długo już jest Polska?

Wzięłam truskawki z ręki przemiłego animatora. Profesjonalista myślę. Na odchodnym dodał mi śmietanę w sprayu. Tym mlecznym dezodorantem polaliśmy sobie w domu truskawy. Popatrzyliśmy przez okno na różowe pelargonie. Eliot wzdychał  z radości, bo jutro przychodzi do nas jego ukochana Alicja i jej też, pewnie spodobają się nasze kwiaty.

Przed snem podlałam doniczki z dodatkiem dopingu dla roślin i ze smakiem pomyślałam - lato, najprawdziwsze lato mam w kwietniu. Jutro, deszcz nie deszcz, wszystko mi i tak urośnie, a chłopaki będą mogli sobie zaprosić koleżanki na różowe popołudnie. No i zjemy truskawy na deser. I sobie je popsikamy słodką śmietaną w sprayu. Pycha cywilizacja! 

 

sobota, 11 kwietnia 2009
Wesołych Świąt

.

.

Wszystkim życzę Wesołych Świąt. Wiary w miłość, w Człowieka. Żeby zło omijało każdego z Was i nigdy nie opuszczała radość i słoneczny uśmiech.

Oby Wielkanoc przyniosła Wam zdrowie i nikt o Was nie zapomniał.

Patrycja Todo

.

wtorek, 31 marca 2009
Bluszcz wciąga

http://www.bluszcz.com.pl/Stronaglowna/tabid/99/Default.aspx

A to jest powód mojej ostatnio ciszy. Uroczyście się chwalę, że oto na łamach pisma literackiego Bluszcz, będzie można każdego miesiąca czytać moje artykuły. Do nich tworzone są ilustracje w oparciu o moje fotografie!

A zatem uwaga - Bluszcz wciąga - każdego kto lubi czytać!

Oczywiście tamatem mojej rubryki jest Moja Francja. Zapraszam. Dodam jeszcze, iż właśnie tworzę książkę . Kiedy będzie gotowa nie omieszkam powiadomić .

Blog naturalnie dalej będzie żył i ciągle będziemy się spotykali tutaj, tuż przy mojej klawiaturze komputera .

Dziękuję wszystkim którzy do tej pory tu wracali. To dzięki Wam uwierzyłam, iż to czym się dzielę jest warte publikacji. Szczerze dziękuję. 

Patrycja Todo

piątek, 30 stycznia 2009
Życie po śmierci

derniere promenade by you.

Jestem przeciwna śmierci bez wyboru. Nie lubię umierania, żałoby. Nie lubię być powiadamiana o śmierci ludzi których znałam, lubiłam, spotykałam. Przeraża mnie śmierć moich ukochanych. O swojej w ogóle nie myślę.

Uważam, że nie powinno się umierać. A jeśli już, to z własnej, nieprzymuszonej woli. To nie religijnie tak myśleć. Wiem. A jednak przyznaję się do tych myśli. W końcu, jeżeli dane nam jest żyć. Jeżeli dane jest kochać innych i przyzwyczajać ich do naszej miłości. Jeżeli dano nam nasze życie na życie. To czemu się je nam zabiera? Czemu zabiera się życie tych, których kochamy? Opowieści o raju, życiu wiecznym są wspaniałe. Dobrze by jednak mieć wybór.  

Jakiś czas temu dostałam wiadomość od mojej bardzo dobrej znajomej. Napisała mi: "Módl się za mnie. Mam białaczkę." Nie wiem jak się modlić, żeby tej białaczki nie miała. Ale postarałam się wytłumaczyć, najlepiej jak potrafię, że nie chcę, żeby stało się jej coś złego. Nie mam pojęcia czy Pan Bóg, w swoim zapracowaniu światem, wysłucha tych moich próśb, o zdrowie dla mojej znajomej. Mam nadzieję, że tak. Ona też ma taką nadzieję. Ma też raka, z którym walczy bardzo dzielnie. W końcu każdy coś ma. Ona ma niestety to, czego nikt nie chce mieć. A ja mam myśli o niej. Nic poza tymi myślami nie mogę zrobić. Tylko wierzyć, że się uda lekarzom i jej samej zwalczyć raka.

Wczoraj umarł sąsiad moich rodziców. Też miał tę straszną chorobę. Dziś jego żona ma żałobę. Żal mi, bo tacy byli oboje dzielni. Kiedy spotykaliśmy w windzie tego pana, mówił nam, że ma raka. Dzisiaj już go nie ma. A kiedyś mówił o raku tak po prostu, jakby miał coś zupełnie banalnego. Umarł, choć życie toczy się dalej.

Zastanawiające jest z jaką lekkością mówią niektórzy ludzie o tym, co ich dotknęło. Ostatnio w dzienniku, piętnastoletnia Palestynka, opowiadała co się stało w jej życiu tydzień temu. Miała rodziców, trzech młodszych braci i siostrę. Żołnierze Hamasu postawili wyrzutnie rakietowe w ich ogrodzie, na początku stycznia, mimo, że rodzina ich nie zapraszała. Potem, na ten sam ogród spadła bomba izraelska. Druga trafiła w dom. Dziewczynka uratowała się cudem. Straciła wszystkich. Opowiadała swoją historię do kamery bardzo spokojnie. Życie po śmierci. Tak to wyglądało.

Nie wiem, jak udaje się żyć z takim bagażem wspomnień. Nie wiem również jak udało się ludziom żyć po wyjściu z obozów koncentracyjnych, gułagów. Nie wiem jak pogodzić się ze śmiercią.

Jednym słowem mam problem. Ponieważ śmierć stanowi część życia, a ja tak bardzo kocham życie. Staram się, jak mogę, oswoić myśl o niej. Pozostaje mi nadzieja, że gdzieś, jeszcze, wszyscy się spotkamy. Bo przecież nie jest możliwe, żeby życie umarło po śmierci.

.

We Francji czas zimy jest czasem mgieł porannych. Lyon, położony w ramionach Saony i Rodanu, wyjątkowo często skąpany jest w białych oparach wody. Alpejskie powietrze jakie napływa tu z południowego wschodu, miesza się z szaleńczym Mistralem. 

Wczesnym rankiem, kiedy jadę z dziećmi do szkoły, mijamy ogołocone z liści i owoców winnice, sady brzoskwiniowe, lasy, pola. Wszystko spowite we mgle zdaje się jeszcze spać. Czasami jakiś czujny jastrząb zrywa się do lotu. Słyszymi niemalże szum jego wielkich skrzydeł. Czasami lis skrada się tuż przy drodze. Ruda kita zakończona białym pędzelkiem w oszronionych trawach cieszy moje dzieci.

Droga niczym wstążka wije się, by zniknąć w nieskończonej wieczności mgły. Słońce Południa jednak uparcie wstaje każdego dnia, by przebić się przez gęstą zawiesinę chłodnego powietrza. Wtedy zarysy drzew robią się bardziej widoczne. Winnice błyszczą od kropel lodowatej rosy. Para nabiera złotej barwy i świat zdaje się budzić do ruchu. Spotykany przeze mnie codzienny spacerowicz, staje się namacalnym dowodem życia , po nocnej śmierci we mgle.  I tylko uciekający w niewidzialność jego pies niepokoi swoją bezbronnością. 

piątek, 20 czerwca 2008
Symfonia o smaku czereśni

Wiosna 2008 roku była deszczowa we Francji. Lyon zwykle cudownie słoneczny, płakał w strugach deszczu. Kamieniczki , co jak domki lalek, zgubiły się prawie przemoczone aż do piwnic. Ich kolory włoskiej tarakoty, brązy, czerwienie spokojne, żółcie ... ach wszystko na nic, w chłodzie i ulewie smutno-szarej. A przecież cieszyłam się jak każdego roku z pączków, kwiatów, zapachów marcowych. Jednak już od kwietnia było wilgotno, nieprzyjemnie. Światła mało, więc markotnie.

Przy takiej pogodzie już od początku wiadomo było, że drzewa czereśniowe i morelowe, tak liczne w tym regionie, nie będą hojne owocem. Kwiaty którymi tak wdzięcznie się bieliły - zmarzły. Pokurczone jak babuleńki, nie umiały wykrzesać z siebie słodyczy. Ach, jaka szkoda! Bo przecież, zwykle kiście czerwone ciężko zwisały niczymi winogrona, co to obok dojrzewają cierpliwie, aż do września. Niewiele zatem mamy czereśni. Ogród cały w zieleni skąpany, nie można narzekać. Sosny, cedry, tuje, mimo, że iglaste lubią wodę. Pachną przy tym aż w głowie się kręci od tego szczęścia. Tylko czereśnie w tym roku markotne. Postanowiłam zatem nie zrywać sporadycznie zwisających owoców. A niech tam, ptaki chociaż radości mają.

Napęczniałe od deszczu kulki pękają teraz w łakomych dziobach. Skrzydlaci współlokatorzy mojego ogrodu szybko zrozumieli, że ich nie przeganiam. Że pozwalam na zwykle zakazany owoc.  Cicho patrzę na ich codzienną ucztę i nic, nic nie oponuję. Dziatwa stała się zatem bardzo liczna. Rudzików masa, kosów ze trzy pary, synogarlic rodzina, sikorek, i tych szarych, jak i kolorowych. A od kilku dni zrobiło sie nawet kanarkowo-żółto od czyżyków.

Gdy rano wstaję, żeby zrobić kawę, otwieram sobie okno kuchenne, gdzie widok mam na naszą stareńką czereśnię. Na wpół już biedaczka przymiera przygnieciona czasem. Gałęzi coraz więcej bez życia widać, ale ciągle jeszcze daje słodkie czereśnie. I gdy tak stoję cała w zapachu kawy, a dzieci i mąż jeszcze kończą sny, te ptaki latają jak oszalałe z dziobami kolorowymi od czereśni. To pod drzewem szukają tego co inne, szybsze, przez nieuwagę zgubiły w locie. Jeszcze inne w koronie się panoszą jak kury na grzędzie. A ile przy tym krzyku, szamotania, wesołości. Kosy to nawet urządzają konkursy na najlepiej wykonaną arię. Szare ich żony ogonami tylko wywijają umorusane czeronym sokiem nic sobie nie robiąc ze starań rozśpiewanych mężów. Zresztą cóż się dziwić , muszą się najeść do woli bo dzieciaki już w gniazdach za matkami wołają. 

Przypatrując się temu drobiazgowi, z pachnącym miękko kubkiem w dłoni, wiem, że żyję, że jest pięknie mi w tym ptasim zamieszaniu. I że wszystko ma jakiś sens i powołanie. I właśnie wtedy serce mam jak dzwon pełen muzyki, bo przecież warto żyć każdą chwilą. Warto oddawać ptakom czereśnie z ogrodu.

 

A potem zaczyna się dzień, bieganie, ale jakże cudownie rozpoczęte. I tak będzie jeszcze kilka dni. Bo owoców jest w tym roku niezwykle mało i dobrze, że chociaż zdjęcia przypominają, że w przyszłym roku może być tak jak kiedyś , bogato w czerwień...

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Zaproszenie

http://www.nieformalna.pl/index.htm

W związku z obchodami Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego 2008, odbędzie się wystawa malarstwa i fotografii w Galerii Nieformalnej w Warszawie. Zapraszam do odwiedzenia tego niezwykle interesującego miejsca. Wystawiać będę tam wiele moich prac, a nawet zamierzam przyjechać osobiście do Warszawy.  

Ogromnie cieszę się z tego wydarzenia, albowiem wystawa Art in Nature IV, grupy Emocjonalistów, jaka miała miejsce w NY http://www.paf-ct.org/Events2008/Emotionalists/Brochure.pdf , w kwietniu br. przyniosła mi już wiele dobrych ocen i miłych opinii.

Jednocześnie dziękuję wszystkim za ciepłe komentarze na blogach, na temat moich fotografii. To dzięki nim mam więcej odwagi w pokazywaniu tego, co dotąd pozostawało w szufladach mojej prywatności.

Patrycja Todo

 
1 , 2