Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
czwartek, 17 lutego 2011
Dzień pedała

.
Eliot - Mamo co to homofobia?

- To synku negatywne zachowanie niektórych ludzi, w stosunku do innych ludzi, tylko dlatego,że są homoseksualistami.

- Mamo, a kim są ci homoseksualiści?

No tak,  myślę, znowu przyszło na mnie. Moje dzieci w ogóle nie zadają takich życiowych pytań ich tacie. Jego pytają o szybkość światła, o odległość słońca od ziemi, o to czy 4D to to samo co 3D tylko w wyobraźni, o to jak centrala atomowa wydmuchuje parę i czy rafineria w Fezin , to czasami jest wyłączana na noc.

A ja, albo o homoseksualistach muszę gadać, albo tłumaczyć kim był Clovis I (czyli po pl. Chlodwig I) , ...albo jak szybko pozbyć się czkawki, albo co to in vitro. W tym roku tłumaczyłam już o feudalizmie, o narkotykach, co to rewolucja, czy zgadzam się z Sarkozym, czy strajki są ok, jak poradzić sobie z trądzikiem, czy dziewczyny kochają tak samo jak chłopcy, kim był Mahomet, jak odmienia się przez przypadki "ciekawostki", czy 99centów to to samo co 1 euro tylko biedne, co zrobić żeby nogi zawsze pachniały.... ojej a teraz homofobia.

-Synku homoseksualiści to ludzie, którzy kochają innych ludzi , ale tej samej płci. Panowie panów itd. Homofob to taki, co ich prześladuje, poniża.

Armand przysłuchując się nam , z powagą - Co to znaczy poniża?

- Źle traktuje, obraża brzydkimi słowami..

Konsekwentnie, po raz kolejny tłumaczę o homoseksualizmie podczas jazdy samochodem do szkoły. Ciężarówka z przodu, motory z prawa, z lewa, ciurkiem wszyscy pchają się do Lyonu.

-Pamiętajcie , homofobia to coś bardzo złego. Nie wolno poniżać nikogo dlatego, że jego seksualność jest inna jak nasza. Homoseksualiści nie wybierają sobie homoseksualizmu jak fryzury. Musimy to akceptować i już. Oni nic tym nie mogą zrobić.

Eliot dalej - Ale to jest okropne kochać się w chłopaku. Czy jeśli uważam, że jeansy mojego kolegi są ładne, to znaczy, że mogę być homoseksualistą?

Ja nieco rozbawiona -Ależ nie. To nie ma nic wspólnego. Po pierwsze jesteście jeszcze zbyt mali, lubicie się, przyciągacie, odpychacie. Ale wasza seksualność się dopiero tworzy. jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby się martwić. Chłopcy nie mają jeszcze zarostu, dziewczynki piersi itd. Macie jeszcze czas na te sprawy.

Eliot się zdenerwował. -Nieeee no, co ty mamo?! Ja się kocham w Nolwen, ona jest taka ładna, uśmiechnięta. A z Witkiem, czy Charlesem, to zupełnie co innego. Z nimi gadam o sprawach i gram w piłkę. Nie no, to zupełnie co innego. Kochać się w chłopaku, to coś okropnego.

- Dla ciebie jest okropne , ale z pewnością spotkasz w życiu ludzi, którzy myślą i czują inaczej

Dojechaliśmy. Uff. Nienawidzę korków.

Wieczorem , przy kolacji Eliot z pewnym ambarasem w głosie zaczął szeptem : -Wiesz , dzieci w szkole coś mówią , każdy do każdego. Wiem, że to brzydko, ale nie wiem co to znaczy. Pédé, sale pédé! Wytłumacz mi mamo.

- Synku pédé, po polsku znaczy pedał. To określenie obraźliwe na homoseksualistę. Dziś rano mówiłam ci o homofobii. Dzieci pewnie nie rozumieją tego słowa. Wiem , że jest popularne i wiem , że wiele osób używa go, żeby obrazić innych. Mam nadzieję, że ty tego nie robisz.

- No nie. Ale śmieszne "pedał" - jak od roweru. Co za głupi pomysł. Jednak  nie chcę, żeby tak do mnie mówili. Jednemu powiedziałem, że sam taki jest, jak do mnie tak mówi.

-Idź do dyrektora i porozmawiaj o tym

- Nie, bo on się takimi sprawami nie interesuje.

- No, to jeśli ten co cię obraża jest mniejszy, to go pogoń. A jeśli większy, to sam daj dyla.

W tym momencie Armand zmęczonym głosem powiedział, że już zostawi nas , bo "jest wykończony i pękał z głodu, a teraz się najadł i musi spać.." Na odchodnym poradził starszemu bratu, żeby dał w papugę jednemu i drugiemu, co to brzydko mówią. On na przykład tak zrobił, jak ktoś mu powiedział , "ty mały". Ziewając zostawił nas samych w kuchni. Jeszcze z jego pokoju dobiegło nas zaspane .." niech przyśnią się wam aniołki, dobranoc...'

Eliot czuł jednak potrzebę drążenia tematu jak na moje nieszczęście. - Mamo, ale ci homoseksualiści to jakaś taka inna rasa co?

- Ależ nie. Natura jest stworzona tak , że żeby gatunek przetrwał, trzeba kobiety i mężczyzny.Ich wspólnego związku. To jest norma. No, ale są takie rzadkie przypadki, że ludziom kocha się inaczej. Wiesz mam takich znajomych. Tata też. Akceptujemy to, lecz żyjemy po swojemu.

- O nie, nawet tata!!! Eliot zaniepokoił się nie na żarty.

- Tak , tata też zna homoseksualistów, tak jak i ja. Nic nam złego nie zrobili. I wszyscy dorośli ludzie zetknęli się kiedyś z homoseksualistami. To nie jest choroba. Chodziłam z nimi do szkoły wyższej, na uniwersytecie. Pracowałam razem. To nic strasznego. Wiesz to, tacy sami ludzie jak my. Tylko, że homoseksualiści łączą się między sobą w życiu intymnym..

Eliot z dużą satysfakcją - aaa czyli super , że są razem! homoseksualistka może być żoną homoseksualisty! To fajnie nie są sami.

O kurczę myślę. Co tu zrobić? Odkręcam, tłumaczę, że to nie zupełnie tak. W końcu chyba jakoś się udało, ale Eliot z niepokojem pomyślał, że kiedyś spotka homoseksualistę w życiu.

- Co ja wtedy zrobię mamo?
- Synku nic. Po prostu nic.

-No, ale ja nie chcę żeby mnie kochał homoseksualista. Nie chcę tego. To jest dziwne, nie podoba mi się.

-Nikt Cię do tego nie zmusi. Nie martw się. Oni wiedzą kto jest kim. Poznają się na odległość. Przecież nie kocha się wszystkich napotkanych ludzi. Można mieć znajomych homoseksualistów i być heteroseksualistą. Nie ma sprawy. Wiesz, to nie ma znaczenia. Wszystko będzie dobrze.

- No dobrze , ale mamo jak mi się spodoba jakaś dziewczyna. I będę chciał ją za żonę. To jak na ulicy poznam, że ona nie jest już mężatką? Przecież tego nie widać tak na oko.
- Synku jutro Ci powiem. Teraz idź już spać.

W końcu poszedł do łóżka. A ja odetchnęłam . Przyjechał mąż z delegacji z Paryża.
Zrobiłam tatara, frytki , dobre wino w kieliszkach.
Mąż opowiadał o zebraniu, o pracy, o podróży. Nagle zrobił się zielonkawy i wyparował:
- Czy ja wyglądam na pedała?
O rany myślę. Umówili się dzisiaj czy co? Przemęczony jest, dużo pracuje. A może oglądają te same programy? Słuchali tego samego radia? Cierpliwie słucham dalszej opowieści, zadowolona, że razem jesteśmy przy stole.
- Kochanie muszę ci coś pokazać.
Wyjmuje komórkę. A tam wiadomość
- ..to do następnego zebrania. Sprawy toczą się po myśli. W razie co, to ja mieszkam tuż koło dworca, Gare de Lyon, blisko i przytulnie. Gdy będziesz w Paryżu następnym razem... ;)

-Co to? pytam
A mąż zupełnie seledynowy, z wyrzutem. -To facet , którego poznałem dziś w firmie. Ta wiadomość przyszła do mnie po zebraniu. Pierwszy raz widzę gościa na oczy. No powiedz, czy ja wyglądam na pedała?
Bo to propozycja, prawda. Powiedz tak sama. To pedał nie! Zwariował . Co za ciota! Co on sobie wyobraża. Przecież to widać, że testosteron mi z gęby wyziera, no i obrączka... Co to za cholerna moda na homoseksualizm? To okropne. Już nawet spokojnie pracować nie można, bo się mnożą wszędzie! Co za tupet.

W panice wypił dwa kieliszki i zjadł z zapałem tatara.

Jej co za dzień ! myślę. - Nie kochanie, nie wyglądasz na pedała.Nawet homoseksualiści mogą się pomylić "na oko". No wiesz oni może testują.  To nic, że  podobasz się innym. Nie martw się.

- No właśnie. Też tak myślałem. Przecież ja uwielbiam twój dekolt.chodź tu do mnie...

Nie jest homoseksualistą. Homofobem też nie. Tylko czasami to co inne - drażni.
Ostatnio we Francji nie ma filmu, nie ma programu, gdzie nie byłoby tematu homoseksualizmu na tapecie. Sceny całujących się mężczyzn są już normalne. Dziewczyny obmacujące się przed liceum , spotykam prawie codziennie. Dzieci krzyczą do siebie ty pedale, a prawdziwi homoseksualiści bez ogródek podrywają heteroseksualistów. Kultura walczy z homofobią wpadając w paranoje pro homoseksualną. Niedługo będę się wstydzić , że kocham faceta a nie jego siostrę.
Nasz znajomy zostawił żonę z trójką dzieci, bo po 15latch małżeństwa doszedł do wniosku, że woli ptaszki. Nawet najbardziej banalny serial telewizyjny pokazuje regularnie , bez żenady, przytulających się panów, panie itd.
Już sama nie wiem czy ja, jako heteroseksualista, jestem dziwolągiem. Czy może jednak homoseksualizm, to nie zupełnie naturalna konfiguracja.

 Chłopaki w szkole noszą długie włosy, kolczyki. A dziewczyny noszą też długie włosy i kolczyki... i w dodatku potrafią przeklinać i kopać nie gorzej od chłopaków w kolczykach.
Jestem zdziwionym nowoczesnością kobietozaurem. Mogą sobie wszędzie być i homo i hetero, mogą być nawet dwa w jednym albo zupełnie bez.  Ale kurczę męża i dzieci, niech zostawią mi w spokoju.

O tatę się nie martwię... o Jerzego też nie. :)






piątek, 19 marca 2010
Przedwiośnie po francusku

.
Słońce świeci jak na wiosnę przystało i budzi do życia uśpioną zimą przyrodę. Lyon znów będzie dusił się pod parasolem gęstej zawiesiny spalin i wyziewów pobliskich fabryk. W radio dziennikarze powtarzać będą jak memento, żeby lepiej nie wychodzić, nie spacerować, nie otwierać okien. Ale wszyscy spragnieni ciepła i tak nie będą słuchać komunikatów.

Jest połowa marca. W sobotę nieodwołalnie zacznie się wiosna. I czy podoba się dziennikarzom czy nie, koniec zimy wypchnie nas wszystkich na ulice, do parku i na tarasy liońskich restauracji.

Zawiozłam dzieci do szkoły, pobłogosławiłam ich nowy dzień i zawróciłam do domu. Postanowiłam przejechać się boczną dróżką. Mieszkamy poza miastem. W jednej z tych miejscowości, co jak winogrona podoczepiane są do głównej gałęzi liońskiego drzewa. Minęłam sady czereśniowe. Minęłam szeregi brzoskwiń . Już niedługo zaleją się rumieńcem fioletowych kwiatów. Porobię zdjęcia i będzie jak co roku. Pod stopami wilgotna zieleń a nad głową wyciągnięte ramiona nieruchomo tańczących drzew.
-Poloneza im się zachciało! Usłyszałam zamyślona pośród jeszcze gołych sadów. Tak mi tęskno do prawdziwej wiosny. Marzę sobie jak to będzie za dwa, trzy tygodnie. Z jednej strony białe kwiaty czereśni, z drugiej delikatne jabłonie, grusze i różowe jak rokokowe damy brzoskwinie.

-Poloneza im się zachciało! Powtórzył zniecierpliwiony głos tuż za mną. Odwróciłam się niechętnie w stronę natręta. Jakiego poloneza? Co pan wygaduje? Stojąca opodal czapla kroczyła spokojnie między drzewami.
-Przecież widać ,że jestem kobietą. Czapla a nie czapel. To , że mam głos po zimie zjechany nie znaczy, żeby mnie od razu od samców wyzywać. Te drzewa jak zakwitną znów będą poloneza tańczyć? A przecież wiadomo , że drzewa nie mogą tańczyć, bo stoją. Pani będzie pstrykać te swoje fotografie i dzieciakom ciemnoty wciskać , że sad wygląda jakby poloneza odstawiał. Ech bzdury.

Odleciała trzepocząc dystyngowanie wielkimi skrzydłami. Może ma rację. Bzdury. Winnice opodal ciągną się sznurami. Korytarze krzewów niczym labirynt kryją w sobie tajemnicę smaku. Parę kilometrów ziemi. Wzgórze na którego szczycie cierpliwie zbito kamienie w dom-zamek. Każdy krzaczek jest już przycięty. Nowe pędy będą mogły się odrodzić. Małe paluszki wyciągać, zawijać wokół rozciągniętych niczym pięciolinia drutów. Każdy krzaczek niczym uparta nuta będzie trzymał się swojego dźwięku. Wypuści liście, zielone pętelki zakręconych wąsów łapczywie będą połykały każdy promień słońca. Każda roślina urodzi drobne kupki kulek. Wiatr rozczesze te kłębuszki. Deszcz napoi wodą. Ciepło lata doda słodyczy. We wrześniu ciężkie grona niczym grzech ciążyć będą na dorodnym krzaku. A potem będzie wino.

- Jaki grzech? Coś ty? Popatrz jak jest fajnie. Skaczę, skaczę i nikt mnie nie widzi. Tu listek, tam trawka. Kurcze, wiosna w zagrodzie, a ty jakieś banialuki ludziom opowiadasz.
Ponad jednym ze sznurów winnic fikał niczym na trampolinie zając. Zwykły szarak jakich wiele. Łapkami strzepnął rosę z uszu i darł się na całe gardło, że mu dobrze. Nim się zorientowałam, już go nie było.
Wracając do samochodu , w ubłoconych przedwiośniem butach, zastanawiałam się nad sobą.
Nie ćpam, nie piję, wariatów w rodzinie też nie mam. Od dwóch dni słońce grzeje, ale to nie powód żeby mieć takie halucynacje. Wsiadłam do auta i czym prędzej uciekłam do domu.
Już mam doń wchodzić, gdy zza parkanu mały krasnal z gołym tyłkiem wykrzykuje skrzypiącym głosem. - Dzień wagarowicza, dzień wagarowicza! Zmywam się z tej bajki i lecę do piekarni!
O rany, to ten krasnal od piekarzowej. Był kiedyś taki jeden . Zakochał się w jej biuście i nie chciał wyjść ze stanika. To było jeszcze wtedy, gdy mieszkałam w Condrieu. Wacek miał na imię. Mieszkał na strychu w starym bucie. Wlazł mi do portfela i z pieniędzmi, gdy płaciłam za bułkę, dał dyla w ogromny dekolt piekarzowej. Kobieta słusznej wagi nawet nie zauważyła , że krasnal prawie utopił się w jej piersiach. Potem znalazłam liścik w pelargoniach ,że nieszczęśliwie był zakochany i zwiał do Polski.
Chłopie wróciłeś, miło cię widzieć, wydusiłam rozbawiona.
A on tylko pokazał mi gołe pośladki , majtnął długą brodą i krzyknął, że się świetnie bawi we Francji na wiosnę.
Zniknął jak ten zając i tyle go było widać.
Usiadłam do komputera. Napiłam się kawy i opisałam mój ranek.
A gdy skończyłam, pod nogami usłyszałam westchnienie psa.
- Ale zboczeniec z tego Wacka. Co za świństwo, żeby tak w bułkach, z gołym tyłkiem...

         

poniedziałek, 08 lutego 2010
Beznadzieja na kółkach

Oddałam dziś samochód do naprawy. Mam Peugeota 406 combi. Wręczając kluczyki mechanikowi okazałam swoje zniechęcenie do marki.- Muszę się pozbyć tego samochodu. Już nigdy nie kupię francuskiej marki. Wy Francuzi robicie ładne, wygodne samochody o zupełnie dobrych silnikach, ale cała reszta jest do kitu. Przecież co miesiąc zostawiam tu po kilkaset euro na naprawy! Jakiś abonament naprawczy powinnam wykupić ? Ze zgrozą popatrzyłam na współczucie mechanika. Już w tym momencie włączył się licznik, jaki bije cały czas, nawet wtedy, gdy nikt nie dotyka mojego auta. Kurczę 78 euro godzina ! Notkę piszę od paru minut, a tu już 78 euro nie mam w kieszeni.

Na odchodnym Francuz chciał obronić rodzimą markę.

- No tak, ale pani dużo nim  jeździ! Dodał z uśmiechem.

A co ja samochód kupiłam żeby stał na parkingu?!! Co on wygaduje? Ten mój Peugot jest jak Francja, ładny, duży, ale nawala i kosztuje więcej jak jest wart. Podoba mi się i lubię go, ale coraz trudniej go znoszę. Dokładnie tak samo jak cały ten kraj.

Jeszcze parę miesięcy i kupimy coś innego, nie francuskiego. Wtedy, będę mogła opluwać Niemców albo Japończyków, że mi wyprodukowali dziadostwo. Ale może będzie mniej się psuło?

Wtedy pozostanie mi jeszcze francuskie życie i francuski mąż. Ale jego już powoli przerabiam na Polaka. Tylko jakiś oporny z nauką języka jest i wciąż nie lubi buraków. Za to mniej się psuje.

  Najgorzej , że mieli zadzwonić co z tym samochodem się dzieje i wciąż nie dzwonią. Oddałam go o 10tej, w południe ida wszyscy jeść i tak do 13.30. Potem muszą strawić to co zjedli, napić się kawy. .. Około 16tej zadzwonią.

No to będzie więcej jak 78 euro i źle mi z tym bardzo.

A najgorzej, że zaczęłam być jak te wszystkie Francuzki. Ciągle narzekam i narzekam. A tu słońce i ciut przyjemniej jest... 

poniedziałek, 07 grudnia 2009
Parszywa jedynka :)

- Chciałabym wysłać faks do Stanów Zjednoczonych.

Pani na poczcie otworzyła szeroko oczy. - Ojej, to nie będzie łatwe. Mamy trudne połączenie z Ameryką. 

Z upartą nadzieją dałam 12 kartek dokumentów zakłopotanej Francuzce.

- Tu jest numer faksu do Chicago i adresat.

Kobieta zniknęła za drzwiami. Stojący obok mnie mężczyzna puścił do mnie wesoło oko i szepnął : - Zaraz wróci i spyta o kod pocztowy.

"Zaraz" trwało piętnaście minut.- Proszę pani, to nie działa bo numer jest zły, usłyszałam.

Nie przyjęłam tej wiadomości. - Ależ nie, proszę zobaczyć wszystko jest w porządku. Może pani spróbuje jeszcze raz?

- Mogę spróbować, ale tu jest zbyt mało cyfr! Niech pani sama zobaczy... na początku jedna jedyna jedynka , no i numer. Czegoś tu brakuje.

Spojrzałam na kartkę. - Nie proszę pani. Tu są dwa zera i jedynka. Potem jest numer w Chicago.Wszystko jak powinno być.

Potem przyszła szefowa. Dużym biustem oparła się o kontuar. Patrzy na kartkę, na mnie , na pana obok. Powtarza to samo co jej koleżanka i po chwili dodaje:

-Proszę pani. Oczywiście ,że jest zbyt mało cyfr. Tylko ta jedna jedynka, to zbyt mało! 

Więc ze spokojem mówię :-  Tak, bo to jest kod wyjściowy dla USA. 00-1.

Szefowa poczty spojrzała z powątpiewaniem i odpowiedziała z pewnością nie znoszącą sprzeciwu: - Proszę pani , nawet ta biedna Hiszpania ma dwie cyfry, a taka Ameryka miałaby tylko jedną marną jedynkę.?! Nie, jest zbyt mało tych cyfr!

Poprosiłam,żeby sprobowały mimo wszystko jeszcze raz. Trwało to 45 minut. Nogi mnie rozbolały i zdenerwowałam się ,że spóźnię się po dzieci do szkoły. Ale się nie udało. Wychodząc spotkałam na ulicy tego pana co puszczał oko. - No i co? 

- Nie udało się- odpowiedziałam. Bo ten faks wysyłały drogą morską .

A on mi na to znowu z tym filuternym oczkiem:- Wie pani, był sobie kiedyś taki chłopiec. Kiedyś zapytał ojca - Tato , a daleko ta Ameryka? A ten mu odpowiedział. - Milcz i płyń dalej chłopcze!

Poszłam śmiejąc się sama do siebie. Jeszcze w trzech innych pocztach starałam się wysłać faks do Chicago. Nie udało się. Bo zbyt dużo stron, bo Ameryka, bo jedynka, bo się nie da. W ostatniej, pani powiedziała ,że 2 kartki to się da, ale 12 to już nie. Kiedy zaproponowałam,żeby wysłała faks w pakietach po 2 kartki, odmówiła mi, bo nie chciała ryzykować,że się jej "zatka kontakt".

Wysłałam zatem dokumenty w kopercie, pocztą poleconą. W Chicago będą ponoć w czwartek. Za dziesięć stron zapłaciłam 54 euro. Kurcze myślę, i to wszystko przez tę cholerną jedynkę. Nie mogliby Amerykanie więcej cyfr sobie wymyśleć, jak ci Hiszpanie?

 

piątek, 20 marca 2009
Normalna miłość

Dziś przy śniadaniu słuchaliśmy informacji. Jedną z nich była wieść o decyzji prezydenta Berlina o rozplakatowaniu w całym mieście zdjęć homoseksualistów. Hasłem ma być miłość bez granic czy coś w tym rodzaju.

 Nasz Eliot ma prawie osiem lat. Skupiał się bardzo na tych informacjach ze zmarszczonym czołem. Nagle zapytał: - Tato, a co to znaczy homoseksualista?

Mąż wypił łyk kawy, potem drugi, potem trzeci...Myślałam, że zaraz upadnie, bo taki się zrobił od tej kawy blady. No to jak zwykle ja, odpowiedziałam Eliotowi.

- Wiesz, co synku, homoseksualista to ktoś, kto kocha inaczej. W życiu jest tak, że pan kocha panią, pani kocha pana. Tak robi większość ludzi. Mama jest kobietą, tata jest mężczyzną, no i się kochamy, mamy dzieci, rodzinę itd. Ty jesteś zakochany w Alicji a Alicja w tobie. A Witek jest tylko twoim kolegą, rozumiesz?    Homoseksualista to ktoś, kto kocha inaczej, czyli panowie kochają panów,a panie kochają panie.Tak inaczej i już

Zadowolona , patrzyłam na synka, któremu wystarczyła ta odpowiedź.Zwłaszcza, że właśnie wszedł pięcioletni Armand rzucając:  - No tak, a ja mam Camille!

W tym momencie mój mąż skończył pić kawę i dodał dobitnym głosem:

 - Homoseksualiści synku są normalnymi ludźmi ale kochają nienormalnie!  To nam jednak nie grozi synku. Ty będziesz na pewno zawsze kochał dziewczyny tak jak tatuś!

Po tej wypowiedzi wyszedł usatysfakcjonowany z kuchni lekkim krokiem.

A ja siedziałam, siedziałam i tak siedzę dalej. - Ojej, co to będzie za kilka lat?

 

środa, 17 września 2008
Pocieranie bułki

Eliot (7lat) - No rusz się chłooopie! - pokręcając z dezaprobatą głową krzyknął maluch na stojącą przed nami ciężarówkę, która nie pozwalała nam pojechać dalej.

Jego cztero i pół roczny brat Armand, dodał łapiąc się za głowę - No właśnie juszaj chłopie, nie ma się czego bać. Oj chłopie, chłopie. Mama już dawno by juszyła!

Ach ta emancypacja....myślę.

W chwilę później Eliot patrząc na stojącą na poboczu ciężarówkę-burdelówkę( by zrozumieć patrz na http://mafrance.blox.pl/2006/10/Sex-we-Francji.html ):

-Oj mamo ta, to już chyba na amen się zepsuła. Ta czarna pani nie może jej już ruszyć. Ona stoi i stoi. Jak przed wakacjami.

Armand: - Mamooo a co będzie jak ona nie juszy?

-Synku pewnie ten pan ją zreperuje - myślę śmiejąc się do siebie w duchu.

Eliot na siedzącą w samochodzie obok nas panią w korku.-Ale się krzywi ta pani! No tak, typowa Francuzka. Czemu wszystkie są takie niezadowolone.

- Ależ nie , przecież mama Fanny, twojej koleżanki ze szkoły jest bardzo miła i uśmiechnięta. A przecież tez jest Francuzką! -odpowiadam, chcąc być jak najbardziej przykonywującą.

Eliot z powątpiewaniem - No tak, ale jej mąż jest Polakiem!

........

Wieczorem na kolację zrobiłam kalafior. Armand z dużą satysfakcją zjadł mówiąc - Wiesz co , ja bajdzo lubię taki kalafioj z pociejaną bułeczką. 

.........

 

wtorek, 22 kwietnia 2008
Lekcja tolerancji - Francji

Na placyku zabaw w Givors, 20km od Lyonu.

Eliot (prawie 7lat) - Mamo, dlaczego tak dużo Francuzek nosi ciągle te okropne chustki na głowach?

jaSynku, to są muzułmanki.

E. - A co to znaczy?

ja z powagą w głosie - To znaczy że, te panie wierzą w Boga, tak jak my. Tylko różnica jest taka, że my wierzymy w syna Boga Jezusa. Wierzymy w Jego historię i powtarzamy co mówił. Natomiast te panie w chustkach wierzą w Allacha, Mohamenta i Jego historię.

E. - No dobra, ale po co im te chustki?

ja lekko zmartwiona to samo pytanie zadaje sobie wielu dorosłych ludzi i też nie znajdują odpowiedzi. Tak do końca też nie wiem, co te chustki mają do wiary w Boga.

E. - Ale to jest okropne!!!

ja - Mnie też się nie podoba, ale może tym paniom nie podoba się , że ja mam włosy rozpuszczone na wietrze, bez chustki.?

Armand (4lata i pół) na widok faceta o wyglądzie BenLadena - Eliot zobacz - pan w sukience!

E. - Mamo, czemu ten pan nosi taką czarną sukienkę? To też jest okropne.

ja - Och Eliot, dla niego może być okropne, że ty właśnie masz spodnie.

E - No tak, ale panowie nie noszą sukienek. Tak tata powiedział.

ja - To jest taki jego tradycyjny strój. I to nie jest sukienka.

Eliot z uporem- Ale tak wygląda jak sukienka, fuj!

ja - Synku przestań, ten pan tak nosi, bo pewnie tęskni za swoim krajem, a tam panowie chodzą w takich ubraniach.

ETo on nie jest Francuzem?

ja - Może tak, a może nie, nie wiem. A poza tym może jest Francuzem i tym kimś ze swojego kraju na raz. No wiesz, tak jak my.

EMama, co ty mówisz, w Polsce panowie nie noszą czarnych sukienek

ja - Nie, to prawda. ale jedzą kiełbasę.

Armand pośpiesznie - ...i piejogi!

E. z radością w głosie - Och jak to dobrze,że możemy sobie tak o nich pogadać po polsku, co? I nikt nas nie rozumie.

ja - Ty lepiej uważaj, bo może się trafić ktoś kto zrozumie i będzie draka

E. z powątpiewaniem - eeetam, ale na pewno nie będzie to taki w sukience.

piątek, 05 października 2007
Sex z pingwinem

Człowiek to zwierze stadne. Potrzebuje innych żeby istnieć. Nawet w świecie wirtualnym oczekuje kontaktu z drugim homo sapiens. Pewnie, dlatego zaczęłam pisać blogi. Internet to wspaniały środek do komunikowania się. Można pozwolić sobie na bardzo wiele nie ruszając się z miejsca pracy, lub z domu, samotnie, a jednak w grupie. Można pisać, co się myśli i czytać, co inni myślą. Znajdować to, czego się szukało, a nawet i takie rzeczy, co nam do głowy nigdy nie przychodzą. Na swojej stronie umieściłam kilka adresów blogów wybranych z całego oceanu blogosfery. Najbardziej mnie zainteresowały, polubiłam ich właścicieli i w miarę regularnie czytam o tym, co mają do powiedzenia.

Kiedy zaczynałam swoją "karierę" blogową, zorientowałam się o możliwości "zainstalowania" statystyki. Pokazuje ona ile osób mnie odwiedza. Z czasem można również śledzić skąd pochodzą czytelnicy, a nawet, jakie frazy wypisali w wyszukiwarce, aby dostać się na moje strony. Statystyki są, zatem, formą podglądania tych niewidzialnych dla mnie. Tych, co nie zostawiają śladu i są, chociaż zdawałoby się, że ich nie ma. Wpadają najczęściej przez przypadek, albo przyszli śladem innych, co to mają moją wizytówkę u siebie.

Ponieważ nie lubię podglądania, nie zaglądałam w te statystyki. Jednak, próżność moja zepchnęła mnie w piwnice własnej ciekawości. Okazało się, że w zeszłym roku odwiedzano mnie aż 49797razy. Jeszcze bardziej zdziwiłam się, że w obecnym roku było tych wizyt aż 58313! Czyli, ponad 100 tysięcy razy ktoś, tu zaglądał! Ponadto, mam czytelników na wszystkich kontynentach i z aż 83 krajów. Zakładam jednak, że wiele osób wpadło przez przypadek, pomyłkę i równie szybko poszło sobie dalej. Statystyki, bowiem, są bardzo dociekliwe i pokazują mi, co ktoś szukał w Internecie, a wszystkowiedzący, google wskazał mu moje blogi. 

A zatem, po roku prowadzenia Mojej Francji i ponad 100 tysiącach odwiedzin, z przerażeniem stwierdziłam, że wyszukiwarki internetowe wpisały mnie, chyba, na listę wszystkich dewiacji seksualnych, jakie można sobie wymyślić. Tak, więc trafił do mnie ktoś, kto szukał:„Rosjanek gołych na ulicach", "sexu ze zwierzętami", " zboczonych Arabów we Francji", a nawet, o zgrozo, "zdjęć maltretowanych dzieci".

Najbardziej chyba mnie wprawiło w osłupienie istnienie poszukiwaczy " sexu z pingwinem". Zazwyczaj nie piszę wiele o tej gorącej stronie ludzkiego bytu. Erotyka nie jest tematem dla mnie tabu. Zwłaszcza jak, to już kiedyś zaznaczyłam, że we Francji "dupy", to temat ogólnie powszechny! No, ale, żeby tak od razu z pingwinem?!!

Martwię się, iż nie mogę zaspokoić ciekawości niektórych koneserów sexu. Niestety, nigdy nie byłam na Alasce, a we Francji pingwiny są głównie w zoo. Nigdy również, nie wchodziłam w kontakty płciowe z tymi eleganckimi ptakami.

Pośród tematów szukanych przez internautów na moim blogu, jest naturalnie cała seria pytań dotyczących Francji. Jak w niej rodzić, jak dokonać eutanazji, jak wybić wszy, czy jakie imię wybrać dziecku, żeby było po francusku? To, już bardziej mnie podtrzymuje na duchu. Bo w końcu taki był cel mojego pisania -opisywanie mojej Francji.

Rozczarować musiałam pewnie przyrodników, bo szukają lawendy, a u mnie zwykła gadanina. Mało pocieszony był ktoś, kto zadawał pytanie o "podwójne obywatelstwo w Kuwejcie'', szukał "sexownego mężczyzny", czy chciał zgłębić wiedzę o "bogach Koryntu". U mnie ani mitologii, ani nawet skrawka męskiego ciała nie znajdziesz. No, chyba zaangażuję męża do współpracy. Jeśli chodzi o Kuwejt, to raczej nie mam możliwości. Lepiej byłoby z Algierią, albo Marokiem, wszak ulice miast Francji aż pękają od opalonych twarzy z północnej Afryki. Jednak Kuwejt zostanie bez odpowiedzi.

Wymieniać można długo, bo przy takiej ilości odwiedzin różne rzeczy ludzie wpisują. Uśmiałam się do łez z "sexu z pingwinem", ale i przeraziłam " z gwałconych grupowo w Europie". Co, też komuś łazi po głowie wypisując takie rzeczy? Ileż osób mijam na ulicy, co źle mają pod sufitem? Komu ufać i z kim rozmawiać ze spokojnym sumieniem, że za chwilę nie dorwie się do lodówki by spółkować w lodzie? A może ja jestem jakaś prymitywna,że tylko z mężem, od lat i to bez "gołych Murzynów"?

A propos tych ostatnich. Otóż, samochody-burdelówki, o których, kiedyś pisałam, nadal stoją na poboczu drogi krajowej do Lyonu. Panie, chyba te same, co przed wakacjami. Nie wiem też,czy wyjechały tak, jak ja, na urlop. Wczoraj, gdy przejeżdżałam obok, widziałam dwóch cyklistów w wieku mojego ojca. Trzymali rower koledze który właśnie się realizował... Zachowywali się jak pod budką z piwem, a nie jak koło ciężarówki, w której ich kolega obłapia murzyńską prostytutkę.

Parę metrów dalej, jechała duża maszyna czyszcząca z chwastów pobocze. Wielki traktor, a w nim młody mężczyzna. Wracając ze szkoły, znalazłam imponujący pojazd, zaparkowany grzecznie, tuż koło burdelówki. Szoferka była pusta. Armad krzyknął - mama zobacz, nie ma tego pana w tjaktorze. Pewnie odpoczywa!

Uśmiechnęłam się pod nosem. No, pewnie tak.  A co sobie chłop będzie żałował? W końcu była godzina obiadowa. Zresztą zawsze to bardziej zdrowe, niż zimny sex z gorącym pingwinem.

piątek, 06 lipca 2007
Helitoptej domowy

Odkryłam właśnie gniazdo szerszeni. Jeśli ktoś nie wie jak wyglągają stwory to proszę bardzo opis - osa 5cm długa, brzęcząca do utratu mojego tchu, z odwłokiem tak wielkim, że nawet słoń by uciekł na jej widok. "Gady" ukleiły sobie gniazdo wielkości arbuza w moim własnym domu, w wejściu do piwnicy i straszą okropnie. Chciałam zrobić zdjęcie ale się boję, że fleszem je zdenerwuję. Zadzwoniłam do strażaków i mają wieczorową porą zabrać kwaterę. Po ósmej towarzystwo wraca do domu więc własnie wtedy ponoć się likwiduje gniazda szerszeni. Tymczasem okna mam wszystkie zamknięte bo chłopaki w koszulkach w paski wpadają z wizytą parę razy dziennie,  brzęcząc przy tym niemiłosiernie nad moją strapioną głową. Jako dobra matka, chcąc chronić dzieci, zwalczam własną bojaźń i łapię owady w szklankę. Potem wypuszczam na wolność bo nic mi przecież nie robią złego poza straszeniem. Są tak ciężkie i wielkie, że Armand stwierdził - Mamo  helitoptej ! A zatem mam domowy odlot i tylko tyle aż do wieczora.

ręce mi się trzęsą więc zdjęcie mało ostre ale to rzeczywista wielkość moich gości a niektóre są jeszcze większe..brrr

W drodze do domu -

po drugiej stronie drzwi wisi tuż nad framugą brzęczący arbuz - Alfred H. miałby świetny temat do filmu.

Bardzo żałuję,że nie mam odwagi zrobić fotografii z bliska . Aparat tak mi skacze w dłoniach, że nie mogę nawet otworzyć drzwi a co dopiero mówić o kadrowaniu.

piątek, 30 marca 2007
Domowe rozmowy (2)

- Mam 39 stopni gorączki a w gardle całe stado wygłodniałych jeży - powiedziałam dzisiaj mężowi przez telefon jadąc do przedszkola.

- Oh cherie, to psychosomatyczne przecież jutro jedziemy do rodziców. - odparł jak zwykle nie zmartwiony mąż.

To ja mu na to szczebiocząc - A wiesz, Armand wylał mleko na welurowe siedzenie Twojego autka. :))

Cisza i narastająca burza w słuchawce przegoniły krzyczące słowa - No przecież mówiłem Ci żebyś nic im nie dawała w samochodzie!!!!

- Cheri - ja na to - oczywiście, że nie dałam. To był tylko żart! Zdenerwowałeś się cooo?

Ach zemsta jest rozkoszą Bogów i ... żon.

niedziela, 25 marca 2007
Domowe rozmowy (1)

We Francji aktualnie toczy się sidaciton. Podstawowym hasłem jest - chrońcie się! Zdenerwowana strasznymi statystykami wpadłam do pokoju z impetem oświadczając - Kiedy chłopcy będą wychodzili na pierwszą prywatkę wypełnię im kieszenie prezerwatywami. A uczyć jak się je wkłada zacznę jak tylko zobaczę błysk w ich oku na widok spódnicy!

Mój mąż stoicko odparł - Dobra, dobra sam ich nauczę ale teraz Armand czeka na mleko...i nie zapomnij króliczka