Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 16 lutego 2013
Życie jest ważne

Sikorki uwielbiają słoneczniki. Kupiłam gigantyczną torbę ziaren i wrzucam do karmika co kilka dni. Ptaszki wracają , dziobią i w drogę. Jedne mają czubek na głowie. Inne są jaskrawo niebieskie. Jeszcze inne żółto szare. Z przyjemnością na nie patrzę. Wesoło wyglądają pośród smutnych gałęzi bez liści i koloru.
 
Tydzień temu umarł nasz kanarek. Podobno przeziębił się. Chłopcy położyli go na spodeczku w wacie. Tak sobie miękko umierał, a Armand szlochał cały wieczór. Potem poszli spać. Chłopcy do łóżek, a kanarek do wieczności. W nocy ewakuowałam klatkę, umyłam ją i wyrzuciłam wszystko, co przypominało jego życie. Kanarkowi znalazłam trumnę, pod postacią tekturowego pudełeczka po chińskiej herbacie. Armand już od rana był nieszczęśliwy. Staraliśmy się z Eliotem wytłumaczyć, że tak jest lepiej , bo biedny ptaszek był od wielu dni bardzo chory.
Wtedy Armand wybuchł na nas z żalem:" - Wy nic nie rozumiecie. Przecież nie dlatego, że to tylko, mały kanarek, to ja nie powinienem być smutny. Przecież tu chodzi o życie. Przecież umarło życie! I to jest takie okropne. Jego życie też miało sens i było ważne. Każde życie jest ważne!" Z wyrzutem krzyczał na nas w naszej czerwonej kuchni. Był tak bardzo wzburzony.

Nic nie powiedziałam. Eliot opuścił główkę. Piłam kawę i wiedziałam, że Armand ma racje. Uczę się. Uczę się każdego dnia i też nie umiem się pogodzić ze śmiercią.

Mamy drugiego kanarka. Jest inny. Śpiewa więcej, mniej się kąpie. Młodziak. To widać. Miło nam, że klatka znowu żyje żółto. Ale i tak tęsknimy do tamtego. W końcu był częścią rodziny.

piątek, 14 września 2012
Latanioł
.
Chodzi po łąkach tuż koło mojego domu. Nikt się nim nie interesuje. We Francji bardzo niemodna jest wiara w to, że istnieje. Znam chłopca, co z nim rozmawiał każdego wieczora. Ale ile można tłumaczyć, że "wszystko nie jest możliwe"! A anioł stróż, to tylko wymówka dorosłych, żeby nie siedzieć przy zasypiających dzieciach."

Uciekł, zmęczony ciągłym powtarzaniem tego samego. Czasami, trzeba odpocząć. Czasami, potrzeba samotności - raduje. Dzisiaj, jest trochę zagubiony, pośród ociężałych od owoców jabłoni. Stękają jak ciężarne kobiety. Biedne matki i tyle dzieci. Kilogramami wiszą im u ramion. Bardzo jest mu ich żal. Mimo, że przecież socjalistyczne rządy dają teraz dużo pieniędzy na pomoc rodzinom wielodzietnym. Ale chyba te jabłonie to nie będą mogły liczyć na wiele. Przecież są prywatnie tu przez kogoś zasadzone. Pewnie jakiegoś , ostatniego kapitalistę ziemskiego. Biedne jabłonie.

Latanioł chodzi od rana do wieczora po łące pełnej owadów. Sam skrzydła ma niebieskie. Za nim, wlecze się biały pies. Takie zwierzęta widziałam w górach. Tu nie ma gór. Raczej pagórki, wyżyny. Światło ślizga się po tych wstęgach zieleni jak jakiś czarodziej...

Skrzydlaty stara się nie tracić z oczu najmniejszego podmuchu wiatru. W każdej chwili może oderwać się od ziemi. Dotknąć chmur, prawie nieba. Wolność, jaką mu daje przestrzeń pozwala zapomnieć o problemach ludzi dorosłych. Te wszystkie sprawy, którymi zaprzątają sobie głowy. Właściwie nie wiadomo o co im chodzi. Ciągle coś, komuś zarzucają. Ciągle dyskutują, żeby nie powiedzieć, że kłócą się. Spędzają bardzo dużo czasu na zarabianiu pieniędzy. A potem je wydają i narzekają , że znowu wydali i nie mogą już nic więcej, tylko znowu pracować, żeby je zarabiać. Strasznie męczące zdaje mu się to zarabianie. Wydawanie pieniędzy też jest trudne, bo potem ich nie ma, a jak ich już zupełnie nie ma, to ludzkie życie robi się bez sensu.  Przynajmniej tak mówią dorośli. Właściwie nie wiadomo dlaczego tak się stało na tym świecie.

Pod stopami ślimak. Ten to ma lepiej. Dom na karku, ale bez kredytów, podatków. Żeby iść wystarczy się poślinić i jazda. Za benzynę nie płaci. Skromnie pluje i podąża. Szkoda, że rogacz. Żona nie ma serca. Facet z domem, a ona na boki chodzi. Mimo to ślimak nie narzeka, bo niby na co. Zarabiać też nie musi, a jak nie zarabia, to i nie wydaje. Nie nakręca się tak jak ludzie. Duzi ludzie. Mali są trochę inni. Jeszcze się nie popsuli. Dorośli pozwalają im nosić skrzydła. Pewnie dlatego, że kiedyś też byli mali. Niech marzą , póki potrafią. A wtedy ślimak jest przyjacielem, a nie "pojadaczem" hortensji. Nikt go wtedy nie tępi. Nawet myszy są bezpieczne, bez trucizn, pułapek...
Latanioł chodzi i się dziwi, dlaczego duzi ludzie nie potrafią tak jak on. Zapomnieć na chwilę o hałasie i sprawach nie cierpiących zwłoki...
.


...a przecież ślimak zdaje się być szczęśliwy.


czwartek, 08 marca 2012
Dzień Kobiet
- Co to znaczy , że dziś jest Dzień Kobiet?

- To znaczy , że dzisiejszy dzień jest dniem, kiedy świętuje się istnienie kobiet... nie lubię, jest sztuczne..

- Ojej, ty nie lubisz swoich urodzin, nie lubisz Sylwestra, a teraz Dnia kobiet. Mamo dziwna jesteś...- Armand martwi się, że ma inną mamę jak wszystkie.

- To jest nie tak. Bardzo lubię Dzień Matki i Dzień Dziecka, zupełnie nieznany we Francji. Ale ten dzisiejszy...

- A kiedy jest Dzień mężczyzn?- ciągnie Eliot.

- Nie wiem, bo się tego nie świętuje.

- To głupie i niesprawiedliwe. Czemu wymyślono ten Dzień kobiet?

- Bo od zawsze kobiety, były wykorzystywane przez mężczyzn. Chodzi o to żeby przypomnieć panom , że ich świat bez nas nie mógłby istnieć, że jesteśmy ich matkami, żonami, siostrami i babkami.  Od zawsze kobiety miały mniej praw, więcej obowiązków, mniej wolności, a teraz mają jeszcze więcej obowiązków i niższe pensje za tę samą pracę.

- Mamo, to okropne być kobietą!

- No nie, nie tak bardzo. Mamy przecież dzisiejsze święto - odpowiadam śmiejąc się na głos.

- A czy jest dzień psa?

- No pewnie, i psa, i kota...

- A żółwia?

- No , żółwia, chyba nie. - Odpowiadam porównując się w myślach do gadów.

- Aaa, to żółwi, nikt nigdy, nie wykorzystywał?-zastanawiał się Armand.

- Dzień Kobiet lub nie , ale ja nie będę dziś całował nauczycielki - zdecydował buntowniczo Eliot.
środa, 01 czerwca 2011
Budyniarz
 
- Kto buduje domy?
Armand po namyśle- budyniarz!
a po chwili: nie , pomyliłem się, to domiarz!

......................................................................

Eliot - wiesz Armand , ty jesteś ładniejszy z przodu, bo jak patrzę na twój profil, to mniej ładnie wyglądasz.

Armand  - mamo, co to jest profil?

Wytłumaczyłam i słucham dalej rozmowy chłopców .

Eliot - wszyscy patrzą się na ciebie z przodu. Dlatego wszystkie dziewczyny się w tobie kochają!

Armand - eeatam , to nie ma nic z profilem wspólnego. Jak policzę, to w szkole Ewa i Ola, na basenie jeszcze dwie, no i na koniach jeszcze dwie się we mnie kochają . No to mam ich 6. A w tobie też tyle się kocha. To definitywnie nie jest związane z profilem.

Eliot - a no właśnie. Źle liczysz. We mnie tylko 4 się kochają. W tobie zawsze więcej.

Ja - chłopcy , a skąd wy to wiecie?

Eliot - no mamoo,  przecież to widać! no i dostałem od Nolłen wisiorek z napisem "I love you"

Armand ze znudzonym głosem : mamoo no coś ty? przecież one to mówią i ciągle tak się gapią na nas.

Ładne rzeczy, myślę. Jeden 7 i pół roku, a  drugi 10 lat. Co to będzie za parę lat? Po kim oni to mają?
.



.
Zawiozłam chłopców do szkoły i wróciłam do domu. Po drodze minęłam rozwalającą się chałupkę i niezwykłe pole dzikich maków. Tuż, tuż koło mojego domu. Zauroczona widokiem na chwilę pomyślałam , że życie, to czasami piękna bajka.

A teraz patrzę w lustro. Zerkam na swój profil i nic. Jak oni to robią? U mnie ciągle tylko jeden nos, jeden mąż i cała masa wątpliwości. A może domy rzeczywiście buduje budyniarz?


wtorek, 08 lutego 2011
Polak Francuz dwa bratanki
dziś rano:



Eliot - mamo, jak będę duży i będę miał żonę Polkę, to ona będzie mówiła do dzieci po polsku, a ja po francusku. Natomiast jak mi się trafi żona Francuzka... no wiesz może uda mi się znaleźć jakąś taką miłą, chociaż wiem, że to bardzo trudne, bo one wszystkie takie skrzywione... No ale ... jeśli jednak trafi mi się Francuzka sympatyczna, to wtedy ona będzie do dzieci mówiła po francusku, a ja po polsku.

- Synku a jeśli to będzie Angielka albo Hiszpanka, albo jeszcze jakieś innej narodowości?

- Aaa, no to ja będę do dzieci mówił po polsku, ona w swoim języku a potem , jak będą duże , to nauczę dzieci francuskiego.

Na to siedmioletni Armand ze znawstwem dodał:
- aaaaa ja, to będę miał tylko Polkę. Bo to taka elegancka, miła, po prostu super żona. A te Francuzki to zawsze marudzą. Nigdy, żadna Francuzka. I tylko po polsku będę mówił do dzieci.



wtorek, 22 września 2009
Stan ducha

Na pytanie jak się podrywa dziewczyny ? Chłopcy odpowiedzili mi:- a tak

.

Obecnie rozmawiamy duzo o sprawach nieprzyziemnych:

Armand : - Czy są duchy?

Ja: - Nie wiem . Myślę,że tak. Ale tego nikt nie wie na pewno.

Eliot: - To dlaczego na religii powiedziano nam, że Duch Święty istnieje?

Ja: - Eliot, to już inna sprawa, zresztą spytaj się księdza.

Armand poirytowany moją niepewnością:

- Ależ mamo, przecież ja widziałem. Z krecika też wyszedł duch, a potem myszka go złapała i znowu wskoczył do środka.

Ja: - No tak, ale to jest film. A my mówimy o życiu.

Armand z uporem : - To gdzie jest teraz nasz duch?

Ja: - Synku w nas. Siedzi w środku. A jak umrzemy, to mam nadzieję,że gdzieś będzie żył dalej, poza naszym ciałem. 

Armand: - A widzisz. To z tym krecikiem , też prawda. Tylko jak my złapiemy tego naszego ducha? No jak?

.

niedziela, 06 września 2009
Domowa medycyna

Armand wyszedł wczoraj ze szkoły i pokazał mi poplamione na brązowo rączki. - Mamo, zobacz jak sobie pobrudziłem paluszki żywicą. Bawiłem się w czasie rekraacji przy drzewie z Olą i tak się upaćkałem. Ale nie martw się. Pani mi je wyszorowała i mimo plam jestem już aseptyczny.

-Synku w czasie przerwy, nie rekraacji. W czasie przerwy!-powtarzam z uporem.

-No tak, w czasie przerwy , ale jestem już zupełnie aseptyczny, na prawdziwo!

W chwilę później wyszedł Eliot i dorzucił: - A ja, jak się bawiłem koło drzew już nie miałem kataru. Chyba już nie jestem alergiczny.

Po przyjściu do domu chłopcy pokłócili się o jakieś bzdury. Zakończyło się okrzykiem Eliota: - Mamoooo, Armand znowu mi wszystko zepsuł. Jego trzeba zaprowadzić do jakiegoś lekarza mózgowisty!

............................................................................................................

Armand będzie musiał nosić okulary do patrzenia w dal. Na szczęście tylko w klasie albo przed tv, bo wada jest mała. Tak czy inaczej trzeba było kupić okulary. Po wyjściu od okulisty zapytał mnie bardzo strapiony: - A czy jak już będę miał te okulary to może mi się przewidzieć

wtorek, 28 kwietnia 2009
Ale dzień!

- Armand, zjesz banana?

- Tak, ale tylko jeśli on nie ma siniaków.

...................................................................................................................................................................

Armand w chwilę później je banana i opowiada co było w przedszkolu.

- Dzisiaj widziałem coś, co nawet sobie nie wyobrażacie. Pani poszła z nami, tam gdzie jest woda i zobaczylismy ryby bez tego co jest po bokach. Miały tylko sam ogon.

- Jak to? Ryby bez płetw? Ale musiały szybko pływać - dziwił się Eliot.

Podekscytowany Armand mówił dalej : - No taaak. Sam widziałem. A potem z tych ryb to będą żaby.  

Ślimaki :))

Jedziemy dzisiaj do szkoły i przy drodze Armand z Eliotem zauważyli porzucone zabawki.

- Mamo, tam ktoś zostawił kolorowe samochodziki.

Wytłumaczyłam im, że niedaleko jest miejsce, gdzie stacjonują samochody campingowe. W nich żyją Cyganie i ich rodziny. Wczoraj, widziałam cygańskie dzieci bawiące się tymi zabawkami,więc pewnie zapomniały je w pośpiechu i dlatego dziś widzieliśmy je tutaj. 

- A kto to są Cyganie?

- To tacy ludzie, co nie mają domu i mieszkają całymi rodzinami w samochodach campingowych. Jeżdżą z miejsca na miejsce i wożą ze sobą cały dobytek w tych wozach. W nich też śpią i żyją.

- Ojej, to zupełnie jak ślimaki- usłyszałam pełne zachwytu głosy moich dzieci. 

.

czwartek, 02 kwietnia 2009
Popatrz wiosna!

:)) by you.

poniedziałek, 31 marca 2008
Poszkolne rozmowy

Eliot wchodząc do domu - wiesz mamo dlaczego tak długo bawiłem się w ogrodzie?

W odpowiedzi znajduje moje pytające spojrzenie.W chwilę później słyszę wytłumaczenie

- No wiesz, po to żeby się wykończyć. Właśnie jestem wykończony.

*

Armand w samochodzie ogromnie stroskany. - Mamo, czy jak będę duży, to będę mamą czy tatą?

- Synku jak będziesz miał dzieci to na pewno będziesz tatą.

- To będę się nazywał Ajmand Tata?... i po namyśle - a ja bym wolał być babcią i mówić po polsku , no bo jako tata, to musiałbym mówić po fjancusku.

*

czwartek, 27 marca 2008
Frapolski

W ramach rozbuchanej wiosny i przycinania ogrodu poszłam wczoraj do fryzjera z moimi krasnalami. Pani tak ładnie ostrzygła jednego i drugiego synka, że mi też się zachciało. Dzieci poszły pograć w piłkę na trawniku przed salonem fryzjerskim, a ja usiadłam z miną kogoś, kto się nie boi. No i po raz pierwszy od lat trzydziestu mam grzywkę. Odmłodziłam się tym zakryciem wiecznie marszczącego się czoła i bardzo zadowolona pokazałam swojej dziatwie. Armand zrobił zdziwione oczy i powiadomił mnie,że mnie nie poznaje. Eliot spytał się, co mi się stało, bo matka od zawsze bezzmienną jest. Zmartwiłam się ciutek, ale raz włos ścięty od razu nie odrasta. Strapiona, zatem wyszłam od fryzjera i patrzę na moje nie mniej strapione pociechy. W końcu Armand ulitował się nade mną i powiedział: - wiesz mamo śliczna ta twoja kłafurka!

(A dla wszystkich nie znających francuskiego dodam coiffure (kłafiure) to po francusku - fryzura.)
sobota, 13 października 2007
Nie ma jak u babci...

Urodziłam się wiele lat po śmierci moich obu babć. Znam je z opowieści, kilku zdjęć i cmentarza. Chodzę na Ich groby, stawiam świeczki, kwiaty. Rozmawiam jak przychodzę z wizytą. Nie wiem, jaki miały głos, spojrzenie ani dotyk, więc w tym mówieniu czuję się dość sama. Jako dziecko zazdrościłam moim kolegom,że mogą jechać na wakacje, albo na obiad do babci. Ja nie mogłam. Los tak zrządził.

Miałam jednak cudownego dziadka. Zwłaszcza jako licealistka przychodziłam do niego prawie codziennie na herbatę albo jajecznicę. Mieszkał prawie w tej samej kamienicy gdzie mieściło się moje liceum, tuż przy placu Unii Lubelskiej. Chadzaliśmy na spacery do pobliskich Łazienek i na pyszne WZetki do kawiarni na Rozdrożu. To chyba najcudowniejszy okres w moim życiu. Dziadek miał ocean cierpliwości dla mojej młodości. Pomagał mi, gdy czarne chmury zbierały się nad moją głową po gorących wywiadówkach. Uspokajał niezadowolenie ojca na moje różne wyniki w nauce. Był kimś bardzo ważnym w moim życiu. Spokojnym przyjacielem do którego mogłam przyjść bez tłumaczenia się. Było mi z Nim  dobrze.

Umarł, gdy miałam dwadzieścia lat. Nagle zatrzymało się serce dziadka, a ja zgasłam na pewien czas. Ta śmierć wprowadziła mnie w twardą dorosłość. Uświadomiła jak szybko upływa czas kochania. Jak bardzo boli strata bliskiego. Ale nie o tym dzisiaj...

Moje dzieci mają szczęście posiadania dwóch babć i dwóch dziadków. A w tej czwórce są aż trzy narodowości. Niestety wszyscy mieszkają daleko. Mimo to więzy między krasnalami a starszym pokoleniem kwitną ku mojemu szczęściu.

Moi rodzice parę lat temu weszli na drogę Internetu. Kupili sobie komputer i parę razy w tygodniu, rozmawiają przez skypa. Widzą się z dzieciakami na ekranie komputera. Poza tym spędzamy część wakacji razem. Przyjeżdżamy do siebie, kiedy tylko jest to możliwe.

Mama zawsze pomagała mi w pierwszym okresie po porodzie. Robiła absolutnie wszystko, by czas ten stał się cudownym wspomnieniem a nie przykrym kieratem. Armand jak i Eliot są wyjątkowo z Nią związani. Już po miesiącu bycia daleko, zamęczają mnie prośbami o wyjazd do babci i dziadka, albo o to by Oni nas odwiedzili. Każdy nasz wyjazd z Warszawy okupiony jest płaczem i rozdarciem. Każdy wylot babci do Polski kończy się siusianiem chłopców w nocy w łóżko i pochlipywaniem. Babcia jest wyrocznią w wyborze tego, co chcą jeść. Wiernym słuchaczem szkolnych przygód i powiernikiem w sekretach. Walczy podobnie jak ja o idealne wypowiadanie się w języku polskim i wysyła nam tony książek, elementarze, filmy i gry. Jest uśmiechnięta i wybacza wszystko, jak to prawdziwa babcia. Do tego, jak to dzieci mówią, jest piękna i zawsze gotowa do zabawy i rozmów.

Mój mąż dość często wyjeżdża w delegacje. Skutkiem czego, zostaję sama z dziećmi i jakoś muszę sobie radzić. Jakiś czas temu, kiedy mieliśmy naszego dużego psa Misię, powstał problem wychodzenia na spacer w godzinach wieczornych, w czasie nieobecności męża w domu. Włączałam wtedy komputer. Przed web-kamerą ustawiałam interfon, który przekazywał każdy dźwięk z pokoju dzieci. Mama siedziała w Warszawie przed swoim ekranem, wpatrywała się i wsłuchiwała w mały nadajnik. Wtedy brałam komórkę i psa na spacer wokół domu. Gdy jeden z chłopców się budził, kręcił, czy w jakikolwiek sposób dawał o sobie znać, mama dzwoniła na moją komórkę, a ja biegiem wracałam do domu. Czasami tak samo robiłam, gdy brakowało mi chleba w domu, a dzieci były chore i nie mogłam z nimi chodzić po mieście. Jest to nasz rodzaj baby sittingu przez Internet. Dzisiaj mam duży ogród i małego psa. Nie ma już zmartwienia jak go wyprowadzać. No i dzieci nie są już niemowlętami w łóżeczku. Czas płynie dalej.

Opisuje to wszystko, bo nigdy jakoś, wydaje mi się nie powiedziałam swojej mamie, jak bardzo ważną jest osobą w moim życiu. Daleko, ale ciągle blisko. Dzwonię do Niej codziennie. Widujemy się, co dwa, trzy miesiące. Kocham ją najbardziej na świecie. A teraz jest jeszcze najukochańszą babcią dla moich dzieci. Zawsze mogę na Nią liczyć. A chłopcy, gdy są przeze mnie karceni za złe zachowanie, zawsze mi grożą, że kiedyś to uciekną do babci Joli i już ich nie będę miała. Ale ja się nie boję. Tam mogą uciekać. Bo przecież nie ma jak u babci, cichy kąt, ciepły piec i najlepsze ciasta na świecie. Poza tym zawsze, tam na nich czeka miłość, a z raju to już od dawna nie wyrzucają.

środa, 26 września 2007
Kto ty jesteś ? Francuz mały. Jaki znak twój? Orzeł biały.

- Dzisiaj są urodziny dziadka Marka, więc dzwonimy do Warszawy i śpiewamy stooo lat! - Z uśmiechem w oczach podaję telefon moim chłopakom. W chwilę później rozbrzmiewa znana urodzinowa przyśpiewka. Malutki Armand - dodaje tęskno - kiedy przyjedziesz dziadkuuuu? Ja chcę do Wajszawy, do babci Joliii... A Eliot dodaje jeszcze urodzinowe - No to wesołych świąt!

Pękam ze śmiechu, co wprawia w oburzenie Eliota. To już przecież poważny mężczyzna i poważne życzenia a śmiech matki bardzo wydaje się być nie na miejscu. Sześć lat, szkoła jedna, druga, jazda konno i pływanie. Tak, czas leci bardzo szybko. Każdy, kto ma dzieci zna ten problem.

Ja urodziłam swoje maluchy we Francji. Naukę polskiego rozpoczęłam już w ciąży. Nie ma zmiłuj się! Do rosnącego brzucha mówiłam o sobie, o rodzinie, o świecie. Mieszkam w kraju gdzie języki obce są O B C E. Telewizja, radio, ulica, domy, kina wszystko odbywa się w narzeczu Moliera. Nie ma miejsca na inną mowę, inne dźwięki... A mnie chodziło od początku o Inwokację, o to by siąść pod lipą a potem poganiać po pustyni, bo w puszczy raki zimują. Literki, moje kochane spółgłoski, wszystkie szumy, szepty, chrząszcze, wszystkie te brzęczące i dudniące w moim sercu niech grają równie wspaniale w uszach moich dzieci. A zatem od drugiego miesiąca życia jednemu a potem drugiemu synkowi czytam wiersze na głos, wszędzie, w samochodzie, na spacerze, w parku i w kąpieli. Deklamuję, zmieniam głos i robię przy tym takie miny, że każda ruszająca lokomotywa bucha, dmucha i doprowadza małych słuchaczy do kolorowego śmiechu. Musi być wesoło, musi być ciekawie. Ten polski wibrujący, szeleszczący, tak różny od tych „-ąsów„, które prześlizgują się przez nos każdego Francuza, aby delikatnie rozleniwiać piękną melodią. Jak wygrać z tak cudownym językiem jak Francuski? Można. Ja wygrywam.

Od sześciu lat walczę o każdą sylabę, poprawiam wymowę moich dzieci, nie daje szansy żadnym zniekształceniom ani błędom. Mówię głośno, wyraźnie i poświęcam każdy moment dnia na polską rozmowę. Poza tym czytam, czytam codziennie na głos i piszę dla nich nowe utwory, kołysanki, opowiadanka, wierszyki itd. Jeszcze jak byli tyci, jak ta rękawicka, opowiadałam im o wszystkim, co widzieli, co mijali. Każda drobnostka, każdy gest czy produkt kupowany w sklepie - wszystko ma polską nazwę. Bez spoczynku, bez wytchnienia mówię, jestem słuchana i słucham polskiego wraz z moimi dziećmi. Rozmawiamy dużo, bardzo dużo. Daję odpowiedź na każde pytanie. Dawniej słuchali mnie w wózku, kiedy opowiadałam im o tym, co myślę, o otaczającym ich świecie. Dzisiaj coraz częściej ja ich słucham.

Gdy zaczęli chodzić do przedszkola znalazłam im miejsce dwujęzyczne. Pół dnia mówi się tam po angielsku a pół po francusku. W ten sposób dzieci nie mają zdominowanej głowy tylko przez wszędobylski francuski. Ponieważ szkoła jest oddalona o 25km w samochodzie słuchamy bajki. Kupuję je zawsze, gdy jestem w Polsce. Gdy nudzą nam się nagrywam sama na kasetę mój głos i słuchamy nowych historyjek. W każdą sobotę zabieram dzieci dodatkowo do szkoły polskiej. Napiszę o niej już wkrótce. Dzieci czekają na nią cały tydzień. Jest miejscem wyjątkowo lubianym przez moje krasnale. Tam wraz z nauczycielami i innymi rodzicami staramy się nauczyć dzieci bycia Polakami. Obchodzimy razem różne święta, tradycje. Robimy teatrzyki i spektakle. Wspólnie tworzymy Polskę w pigułce.

Tata-Francuz cierpliwie stoi wtedy w cieniu. Nie mówi po polsku. Chciał, ale mimo znajomości czterech języków nie udaje mu się. Rozumie coś niecoś przez trzy czwarte. Ale z nami rozmawia po francusku. A zatem jak? Jak być rodziną, gdy nie wszyscy rozumieją się doskonale? Ja to nazywam żonglerką językową. Wszystko, co robimy razem, wykonujemy w dwóch językach. Jeżeli przy obiedzie rozmawiam z mężem po francusku, to do dzieci zwracam się zawsze po polsku. Mówimy o tym samym tylko, że maluchy mówią do ojca w jego języku a do mnie w moim. Ja żongluję pomiędzy nimi. Gdy widzę, że mąż traci sens rozmowy tłumaczę mu natychmiast, co dzieci mówią. Zresztą one same już to zaczęły robić. Podobnie reagujemy, gdy w towarzystwie jest moja mama lub inna osoba nie znająca „tubylczego„. Dzieci automatycznie tłumaczą na polski francuską rozmowę. Wymaga to wszystko wprawy, ale ja jestem już tak przyzwyczajona, że mogłabym pracować w cyrku językowym. Jestem w stanie prowadzić taką konwersację nawet w czterech innych językach jednocześnie. Moje dzieci idą tą samą drogą.

Dla ludzi z zewnątrz jest to dziwne. Spotkałam się z atakiem nawet u moich szwagrów, którzy nie chcieli bym mówiła po polsku w ich towarzystwie. Zgodziłam się i nie mówię. Po prostu przestałam ich widywać. Mąż trzyma moją stronę. Dopinguje nas w tym wyścigu z czasem. Bo im później tym trudniej jest utrzymać tak idealną dwujęzyczność. Wszędzie gdzie jestem rozmawiam z dziećmi w swoim szeleszczącym języku. Wymagam od nich idealnej wymowy. Koryguję każdy błąd i każę im powtarzać aż do skutku. Są tak bardzo do tego przyzwyczajone, iż same poprawiają się między sobą. Nawet w sytuacji konfliktowej czy w czasie choroby dzieciaki wiedzą, że trzeba mówić bezbłędnie.

Kiedy wyczuwam problem z wymową jak np.. z polskim "r" udaję się do polskiego logopedy. Ale właściwie tylko raz byłam zmuszona się do niego zwrócić. Zresztą planuję coroczne wizyty kontrolne. Tak na wszelki wypadek.

Od września, Eliot zaczął szkołę podstawową. Dostał się do wspaniałej instytucji międzynarodowej gdzie uczęszczają dzieci z całego świata. Każdy maluch musi uprzednio zdać egzamin wstępny. Jest to szkoła państwowa, bezpłatna, ale o specjalnym profilu nauczania wielojęzycznego. Mamy ogromne szczęście, że jest stworzona również sekcja polska. Dzieci mówią w swoich językach bez skrępowania. Mają lekcje polskiego i tak aż do matury!!! Są szczęśliwe, że znajdują się wśród takich samych pół-Francuzów pół-Polaków, pół-Włochów, pół-Niemców itd. Lubią to i zdają się być nawet tym zafascynowane. Zaczęła się przecież zabawa w czytanie i wielojęzyczne pisanie. Układają wspólnie wierszyki gdzie występują słowa im tylko znane. Są jak te gołębie pokoju - bez granic, wolne.

Wieża Babel jest, zatem nadal w trakcie budowy. Każdego dnia dokładam kolejną cegiełkę. Pogwizduję sobie przy tym dodając animuszu jak każdy normalny murarz. Chrząszcz będzie jeszcze długo brzmiał, trzeszczał i bez zgrzytu wciskał się w nosówki francuskiego walca. Niczym bąk brzęczy wśród najbardziej szlachetnych z melodii, by jak Jankiel na cymbałach grać jeszcze długo, długo aż do końca.... Jak Bóg da.

W tym roku zaczynamy się modlić po polsku. W sobotę zasiewa ziarno pani katechetka. Ale pamiętamy, że musi być wesoło. Dzieci lubią język, co się śmieje. Nie znoszą przymusu. Ta nauka jest jakby czymś, czego nie zauważają, ale instynktownie czerpią całą wiedzę ode mnie. Już myślę jak im wtłoczyć do głowy Ojca, co przecież nasz. Nasz i Wasz i Ich, ale jednak bardzo Nasz. A zatem anioły muszą mi pomóc. Eliot powiedział dziś, że chmury to są anielskie gąbki do robienia deszczu. Kolejny cud? Niech będzie i tak. Ja to nawet mogę kurze tam w niebie powycierać. Tylko niech zawsze ta Polska, ten język ukochany będzie w nich!

A zatem jestem głodna jak wilk, a pan to też facet, pies to czupurek a dla górala owce to owiecki... Język żyje, wykrzywia się, nagina. Język to twór szlachetny acz żywy. Mówię gramatycznie, ale bawię się słownictwem. Żartujemy świadomie zmieniając sens wyrazów. Baba ocieka lukrem, ale czasami nosi chustkę, lub w niej ląduje. Śmiejemy się ze słów. Ja i moje dwa małe Francuziki. Zaraziłam ich miłością do tego cudownego języka, jakim jest polski.

Poza tym wakacje deszcze nie deszcz w Polsce, maliny jemy garściami, a truskawki polewamy śmietaną. Śmietana jest też w zupie, no i w sosach, nawet tych najbardziej francuskich, a zasmażka to już obowiązkowo.

Walkę dotąd wygrywam bez porażki. Eliot - 6 lat urodzony wychowany we Francji, mówi bez błędów, słownictwo godne ośmiolatka, rymuje już z radością, po francusku mówi również bez błędów, z akcentem liońskim, a dzień dobry potrafi powiedzieć w ośmiu językach. Jest radosnym dzieckiem świadomym swojego wielonarodowościowego życia. Nigdy nie wstydził się swojej polskości. Może, dlatego, że nigdy tego wstydu nie widział u mnie.

Armand - lat prawie cztery. Jest idealnie dwujęzycznym dzieckiem. Idzie śladem brata. Cudownie czuje się w Polsce, jest Francuzem i z zafascynowaniem śpiewa piosenki angielskie.

Dzieci wybrały polski do rozmowy między sobą! Język macierzysty jest dla nich oczywistym wyborem w rodzinie. Z kolegami mówią albo po polsku, albo po francusku, a nawet starają się używać słów angielskich. NIGDY nie mieszają tych języków. Ja też nie. Tak, więc gdy brakuje im jakiegoś słowa pytają się mnie po polsku, ja dalej tłumaczę na francuski. Ale tylko w takim kontekście. Nigdy nie zwracam się do nich po francusku ani oni do mnie.

Zatem można. Tylko trzeba być konsekwentnie zdeterminowanym. Zrezygnowałam z pracy, z czasu wolnego, zrezygnowałam z całych wakacji pod palmami, zrezygnowałam wygodnego mówienia w jednym języku jak i bycia społecznie korekt w kraju gdzie panuje hegemonia francusko-językowa. Zrezygnowałam z wielu zainteresowań, więcej pieniędzy i poświęciłam cały swój czas, zainteresowania, ale ile radości w zamian. Jestem szczęśliwą matką, bo moje dzieci rosną na bogaczy językowych. Będą znały Victora Hugo po francusku i Mickiewicza w rytmie poloneza. Rozmawiają z dziadkami tak jak ich dziadkowie rozmawiali z nimi, gdy byli kiedyś wnukami. Rodzina zresztą bardzo pomaga mi w tej pielgrzymce do polskości. Mama jak i tata poprawiają chłopców z równym zapałem jak i ja. Dbają o książki, gazety, gry językowe. Wydają dużo pieniędzy na filmy, przyjazdy i rozpoczęli przygodę z Internetem, by być bliżej. I są. Prawdopodobnie bardziej niż niejedni dziadkowie tuż obok mieszkający. I wszyscy mówimy. Mówimy dużo, ładnie, dobrze i ciekawie. Rozmowa to coś, co scalało moją rodzinę w jedną nierozerwalną całość. Alfabetem i tak jest miłość.

A zatem Ojcze nasz, któryś jest w niebie i rozumiesz bez względu na język, kolor skóry czy rytuał, pomóż by tak wspaniale dalej udawało mi się uczyć moje dzieci. Aby uwierzyły, że Orzeł Biały to wspaniały ptak, który nawet nad Rodanem może założyć gniazdo.

niedziela, 23 września 2007
Ostatni dzień lata

Pełny ekran

poniedziałek, 02 lipca 2007
Moje dzieci

poniedziałek, 04 czerwca 2007
XXL - XS - S ... a M robi zdjęcie, bo eLa nie ma

piątek, 13 kwietnia 2007
Powielkanocne bajdurzenia
 

Jest mi przykro, że na Święta życzeń nie złożyłam blogowo ale gorąco o Wszystkich myślałam. Dziękuję również za pamięć i życzenia mi składane. Niestety moja angina zrobiła sobie kolegów w formie zapalenia środkowego ucha i totalnej infekcji zatok ... Baterie mi wysiadły i jak przysłowiowy Pluto poległam w gorączce. Ponieważ jednak trudną jestem osobą do zaciągnięcia mnie do lekarza chciałam się leczyć sama, koglem-moglem, mlekiem z masłem i paracetamolem. Żeby wątpliwości nikt nie miał naturalnie mój stan pogarszał się na tyle , że nawet słowa tu nie popełniłam. Teraz jednak lekarze już się mną zajęli i zdrowieję pełną piersią.

 Poświątecznie zatem życzę Wam żeby Dobro czuwało nad Wami i światem nas otaczającym. Ja gorąco wierzę iż życie i śmierć Chrystusa miały jak najbardziej sens jeśli postaramy się nie czynić nikomu niczego złego. Trzeba zatem za wszelką cenę dawać dobro sobą całym i czerpać z tego radość.  Staram się tak żyć choć nie zawsze mi to wychodzi. Popełniam błędy , wstydzę się ich i próbuję kleić potłuczone naczynia. Uczę tego moich chłopców. Bardzo bym chciała żeby nigdy nikomu nie czynili krzywdy. Żeby troszczyli się o ten świat co wokół raz owadzim drobiazgiem szumi, raz ogromem ludzkości krzyczy. Chadzam z nimi po rodańskich polach pokazując im kwitnące hojnie czereśnie. Słuchamy razem bąków co takie wielkie jak pompony zawisają nad naszymi głowami. Wiosna wylewa się każdym kątem ziemi. Listki śpieszą się z rozwijaniem tak bardzo , że beztrosko pozrzucały już fioletowe płatki brzoskwiniowych kwiatów. Rodan ciągle zielonkawy nie pokrywa się już mgielną zasłoną. A przecież jeszcze nie tak dawno cały był nią usłany.

Im jestem starsza tym bardziej lubię Wielkanoc. Staje się momentem coraz bardziej ważnym w roku. Utwierdza mnie w przekonaniu iż ten świat kolorowy co tak mnie ciepło otacza, to zaledwie początek mej przygody z życiem. Że spotkam jeszcze tych co tak bardzo pokochałam a którzy już odeszli w przyszłość.

Mój Bóg jest pogodny. Zatem ciągle nie rozumiem czemu ukrzyżował swego syna. Mógł przecież łagodniej się z Nim obejść. Ale Boga nie należy rozumieć za wszelką cenę. Chyba trzeba w Niego wierzyć i Mu ufać. Czasami trudno mi pogodzić się z pewnymi Jego decyzjami. Czasami myślę , że wcale nie On decyduje tylko pozwala nam to czynić i obserwuje nasze zmagania. Dlatego tak bardzo się staram kochać to co mnie otacza. Jednak dając mi doświadczenie, jakąś skromną wiedzę i wykształcenie mój Bóg wystawia mnie ciągle na pokuszenie osądu tego z czym się stykam. Nie lubię tego u siebie. Bo kimże jestem? 

Eliot zadał mi ostatnio pytanie : czemu właśnie na krzyżu umierając, straszliwie cierpiąc Chrystus miał ludziom pomóc, ich zbawić? Jako matka sumiennie odpowiadam na każde zadane mi pytanie moich dzieci. Odpowiedziałam zatem, że nie jestem Bogiem więc nie wiem. Wydaje mi się jednak iż cierpienie jakie zostało zadane Jezusowi, nie powstrzymało Go w ich kochaniu. Mimo bólu jakie Mu sprawiali. To dla mnie znaczy , że nawet jeśli ktoś ci czyni zło, ty nadal czyń to co dobre, bo Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo... a przecież On jest Dobrem. Eliot patrzył na mnie wielkimi oczami. Opodal konie zalane były przez promienie słońca. Gromada much przysiadała co chwila na pięknym pysku jednego z nich. Mój synek spojrzał się chmurnie. Z ogromnym smutkiem w głosie zapytał - no to jak taki dobry ten Twój Bóg, to po co zrobił muchy?!!!! Biedne koniki, jak mi ich żal !  Nie uda mi się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Nie znam odpowiedzi. Ale będę się starała.

W Wielkanoc a właściwie w wielkanocną niedzielę dzieci francuskie dostają mnóstwo czekolady. Różne figurki odlewane są ze słodkiej, brązowej masy. Jajka, zajączki i ryby chowane są przez dorosłych w ogródkach i gdzie się da. Maluchy szukają ich i z radością pałaszują czekoladowe znaleziska. U nas też tak jest. Ale dzień wcześniej ubieram odświętnie chłopców i ze święconką idziemy do kościoła polskiego zanieść nasze skarby. Jajka malujemy sami, kiełbasy kawałek zawsze czeka cierpliwie w zamrażalniku, ciasto piekę i nawet baranka z kurczaczkiem z Polski przywieźliśmy sobie. To najmniejsi emigranci tego domu myślę zawsze wkładając te wielkanocne zwierzaki do koszyczka. Chłopcy stawiają zawsze naszą święconkę w samym środku. A tam, pod ołtarzem to już całe morze tych wiklinowych pakunków. Z roku na rok coraz więcej mi się zdaje. Dzieci ciekawie zerkają co tam kto włożył. Wszyscy wkładają właściwie to samo. To zawsze wprawia w zachwyt Eliota, że jesteśmy tacy sami jak wszyscy Polacy!

Gdy w niedzielnie wielkanocne rano usłyszeliśmy radosny krzyk naszych małych sąsiadów, krasnale moje już wiedziały , że coś się dzieje dobrego w ogrodzie. Jajka czekoladowe jakie wcześniej pochowałam w krzakach wypatrzone zostały przez dzieci z domu obok. One właśnie miały czekoladobranie u siebie więc i u nas chętnie by sobie pozbierały. Eliot z Armandem nie oddali im własnego łupu. Z brązowym uśmiechem tylko powtarzali jakie to fajne jest być jak wszystkie dzieci we Francji. 

Różne straszne rzeczy dzieją się na świecie. Tyle jest biednych dzieci którym zabrania się być małym, bezbronnym i stworzonym do miłości człowiekiem. Czemu Panie Boże ? Czemu właśnie tak? Przecież już Syn Twój zapłacił za nas wszystkich swoją męką?

Ale i tak dziękuję Ci za nasz spokój, dziękuję za nasze życie i za jeszcze tak wiele... Czy zuchwalstwem jest prośba o to samo dla innych?   

 

sobota, 17 marca 2007
Przyjaciele

Bombil 3mies. i misio lat 5

czwartek, 04 stycznia 2007
Nowy rok na wesoło

.

Eliot - Pod choinkę od Świętego Mikołaja dostaliśmy samochody na pilota i modliny, to znaczy biblię dla dzieci. Bardzo ciekawe. Już mama mi czyta i tylko nie wiem w którym dniu Bóg stworzył domy.

Armand - i..i..i..jeście skajbonkę na piano i jeście ... no zapomniaaałem. A w ogóle chcię latać jak ptasiek. Wysoko, wysoko i lubię juś ciekoladę...bo jeście nie lubiłem.

Eliot - A gdybyśmy byli Bukami?

ja -  Troszkę jesteśmy. Każdy z nas ma coś z Boga. Stworzono nas na Jego podobieństwo przecież.

Armand - no to ja chcię latać jak ptasiek.

 
1 , 2