Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
środa, 05 lutego 2014
poniedziałek, 18 listopada 2013
Francja jest piękna
piątek, 05 października 2012
Domy Francji
.
Dziś rano była mgła. Gęsta jak śmietana. Zaczął się mój ulubiony czas na fotografie. Indiańskie lato. Ziemia oddycha już jesienią. Ale słońce, południowe słońce Francji jeszcze się ociąga z pożegnaniem lata. Nie wiem jakie są poranki w innych częściach Francji. Nie wiem jakie jest światło w Normandii, Bretanii, czy nad oceanem. Jedno jest pewne - Lyon, i jego okolice podczas takich zamglonych poranków napawają zachwytem. Ciepłe promienie przebijają się przez mgłę zalewając świat złocistą łuną. Ściany domów pokrywane tu żółtymi, czerwonymi i pomarańczowymi tynkami nabierają dodatkowej ciepłej barwy. Wokół pachnie jabłkami...
A blisko, tuż, tuż za murem rozbrzmiewa winobranie. Winogrona są w tym roku słodkie. Palce kleją się pod pękającymi od cukru owocami.

Rano była złota mgła. Zdjęcie jakie zrobiłam ma zaledwie parę godzin. Teraz już widać co jest za bramą. Słońce rozgościło się na dobre i odkrywa wszystkie zakamarki świata. Ale ja i tak wolę poranne tajemnice...

.


czwartek, 27 września 2012
Kropelki na.... Francję
.
Ależ nie, nie będę oceniać. Przecież to nie jest moja sprawa... -Ojej, biedne dziecko. Mamo zobacz co ona mu robi!
Moi synowie zareagowali natychmiast. Jak zwykle w takich razach oburzeni zachowaniem kobiety. Urodzeni, wychowani we Francji, ale nie udaje im się przyzwyczaić do widoku agresywnie zachowującej się kobiety do dziecka.
Ależ nie, nie powinnam reagować. Nie zmienię kraju, ani jego mieszkańców. Jestem tu tylko kimś z zewnątrz... Ileż razy mówiono mi, że to nie moje sprawy i nie powinnam się wtrącać. Ileż razy kłóciłam się nie zrozumiana o co mi chodzi! Ileż razy zwracałam uwagę Francuskim dorosłym,że przecież tak, nie można do dziecka.....

Carrefour, duży sklep na przedmieściach Lyonu. Jest środek tygodnia, godzina popołudniowa. Podchodzę do kasy z wypełnionym koszykiem. Właśnie zrobiłam zakupy z moimi synkami. Każdy z nich miał własną listę tego, co trzeba kupić do szkoły. Każdy z moich synków spokojnie i z uśmiechem, wybierał patrząc, żeby nie było zbyt drogo, ale ładnie i praktycznie.
Jedne dzieci skrupulatnie wybierały jak moi chłopcy. Inne biegały jak oszalałe nic nie robiąc sobie z zakłopotanych rodziców, a właściwie głównie mam. Francuscy tatusiowe niezwykle sporadycznie zajmują się sprawami własnych dzieci. Kobiety, dzieci.... niczym w młynie akcentów, kolorów, wszyscy zebrani w jednym celu - szkolnych zakupów.
Ktoś mnie popchnął, jakiś mały kopnął, ktoś zaśmiał się nerwowo. Wszędzie rozstawione kosze z produktami, torbami, flamastrami. Koniec sierpnia, wszyscy przygotowują się do nowego roku szkolnego. Jakaś matka nerwowo nie wytrzymuje, bo od wielu minut nie może znaleźć odpowiedniego klasera. Postanawia wrócić po zakupie bagietki. Jakaś Arabka nie daje rady z odczytaniem listy. Dziecko nieporadnie chce jej pomóc, a ostatecznie brodaty ojciec wzywa kogoś z personelu sklepowego i radzą sobie wspólnie.
Eliot robi miny, bo dzieciaki przeklinają a my nie lubimy takich klimatów. Armand przekonuje, że ma już wszystko i chce zobaczyć żywe kraby. No to idziemy.

Krewetki duże, małe, poukładane w sterty, nad nimi króluje gigantyczny tuńczyk. Armand wskazuje na homary. - Mamo, jakie to straszne! Związali mu skrzypce!
- Szczypce ! - poprawia Eliot. - No przecież mówię ,że łapki. - broni się Armand.
- mamo a jakbyśmy go kupli i wypuścili na wolność?
- Bardzo chętnie, ale daleko mamy do morza.
- Ale gdybyśmy byli blisko.
- To z pewnością byśmy go uwolnili.
- A potem , zjadłaby go jakaś ryba... wtóruje Eliot.

To może kupimy psom jakiegoś gryzaka. odciągam chłopców w stronę kasy.
Nagle, straszny krzyk kobiety zwraca naszą uwagę. Młoda, szczupła Francuzka trzyma chłopca za ucho i bije go drugą ręką w tył głowy. Mały ma tyle lat co Eliot. Obok przygniecionego do ziemi dziecka idzie starsza siostra. Nastolatka beznamiętnie prowadzi wózek, wyraźnie przyzwyczajona do reakcji matki.  Chłopak płacze w niebogłosy. A matka nakazuje mu się uciszyć. Zarzuca mu kapryszenie przy zakupach i uprzykrzanie jej życia. Tłucze chłopaka, gdy on chroni głowę rękami i purpurowy chlipie parę metrów od nas. Nikt, absolutnie nikt nie reaguje. Nawet nie zwraca uwagi.

Stoję jak źle zaczarowana ze łzami w oczach. Serce mi łomocze. Eliot i Armand współczują dziecku. Wiedzą, że mam ochotę podejść. Jednak wszyscy kupujący w sklepie, łącznie z facetem od ochrony zupełnie nie przejmują się sceną. Zastanawiam się skąd znam tę panią. Zdenerwowana kobieta wrzuca zakupy do toreb, a chłopiec wciska słuchawki od MP3 i już spokojnie przenosi się w innym wymiar. Cały incydent trwa zaledwie parę minut. A ja już 4 tygodnie nie mogę ochłonąć!!!

A dzisiaj, kupując syrop w aptece skrzyżowałam wzrok z pewną aptekarką. To ona! Poznałam nerwową mamę z Carrefoura. Teraz z uśmiechem obsługiwała wszystkich klientów. - Może dam coś na uspokojenie... - radziła pewnej starszej pani, która właśnie skarżyła się na brak snu. Patrzyłam na biały fartuch, na blond włosy, szczupłe dłonie. Przyciszonym głosem elegancko starała się pomóc każdemu .

Teraz ja stoję przy kontuarze. Proszę o paracetamol, jakiś syrop. Gdy wraca z lekami, łapię ją silnie za nadgarstek. Potem zwinnym ruchem szczypię w ucho i gryzę w nos. Trzymając blond włosy przy ladzie przez zęby rzucam: - nie lubię końca wakacji. A wychodząc dodaję - a to naderwane ucho to za flamastry i kolorowy klaser!




.....................................................................................

ps. Drogi czytelniku. Całe zajście miało rzeczywiście miejsce. Dodam tylko ,że z wyjątkiem mojej agresji. Dziś w aptece rozpoznałam matkę-idiotkę. Dziś kupiłam syrop i wyszłam grzecznie z apteki. Nie zrobiłam nikomu krzywdy, ale.... pomarzyć chyba wolno?

.........................................................



wtorek, 06 marca 2012
piątek, 12 marca 2010
Śmiech Arlekina
Francja to taki kraj w którym nie ma dnia bez strajku. Najczęściej przerywają pracę kierowcy autobusów miejskich, motorniczy kolejek podmiejskich, metra i pociągów. Z nimi solidaryzują się inni. Bardzo często są to nauczyciele. Zawsze wtedy gdy ma być przeprowadzona reforma edukacji narodowej. A ponieważ we Francji ciągle się reformuje wszystko, a zwłaszcza szkolnictwo, więc bez ustanku szkoły strajkują. Część rodziców rozumie, część narzeka, część protestuje wraz ze strajkującymi. Z reform nie wynika absolutnie nic poza faktem, iż poziom nauczania na etapie podstawowym i średnim jest coraz niższy. Myślę ,że najmłodsze pokolenie Francuzów będzie jedną z najgorzej przygotowanych do życia generacji w przyszłej Europie.

Przez pierwsze lata po urodzeniu opiekują się dziećmi niańki, ale również i żłobki. Tam przypada na jedną "mamę zastępczą" ośmioro niemowląt.
Ma to się wkrótce zmienić na dwanaścioro. Dlatego od wczoraj strajkują też żłobki. Paniom, jak się wydaje brakuje rąk, do przewijania i karmienia bobasów. Na nic więcej nie mają czasu. Ich sztuczne macierzyństwo sprowadza się do zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych małego homo sapiens.  Armia opiekunek prywatnych i żłobki zapewniają przyszłość nowoczesnego społeczeństwa francuskiego, gdzie nie ma miejsca na wychowywanie dzieci przez ich własnych rodziców.
Ten ostatni wybór jest powszechnie krytykowany jako degradujący pozycję kobiety w społeczeństwie. Natomiast rola tatusia, nigdy nie urosła w tym kraju do pozycji Rodzica.
Między strajkami żłobków, szkół niewiele uczących, komunikacji nie komunikującej czy można czasami znaleźć we Francji trochę szczęścia?
.


Jeżeli nie da się dobrze nauczyć francuskiego, bo nauczyciele robią nagminnie błędy ortograficzne lub są na zwolnieniu, między jednym , a drugim strajkiem. Jeżeli nie da się dojechać do pracy, bo pociągi stoją, a korki uniemożliwiają dojazd gdziekolwiek. Jeżeli nie da się pójść nawet do lekarza z rodzącą się depresją, bo ci też zamknęli gabinety , w proteście przeciwko...

Wtedy, można spakować manatki i pojechać na Południe.
.
.


Tam znajduje się małe miasteczko Limoux. Jego mieszkańcy niewiele pracują. Niewiele mają. Niewiele się też przejmują brakiem pracy i "mało-posiadaniem". Otwierają sklepy o 10tej. Zamykają w południe na obiad. Potem śpią, bo siesta rzecz święta. Pracują troszeczkę popołudniu. Ale niezbyt długo , bo przecież aperitif i znajomi czekają. Wieczorem długo biesiadują i gadają. Głównie o sąsiadach, o polityce, o winogronach wokół rosnących. Mówią też o karnawale. Bo karnawał w Limoux trwa od Sylwestra do końca marca. W każdą niedzielę aż do święta blanquette. Jest to wino musujące, najbardziej znane we Francji po szampanie. Trunek słodki, delikatnie szczypiący podniebienie, króluje na stołach regionalnych domów. Każde rodzące się limuksiątko chrzczone jest kropelką blanquette, jaką się wlewa do buzi dziecka zaraz po urodzeniu. Mój mąż tak samo witał naszych synków. Mimo, że urodzeni daleko, też są związani na życie z tym wdzięcznym winem.

A w Limoux, przez trzy miesiące w każdy weekend, zbierają się na placu centralnym grupy przebranych ludzi i wraz z orkiestrami piętnasto-osobowymi świętują . Tańczą i grają przemieszczając się z baru do baru, gdzie goszczeni są oczywiście - kieliszkiem blanquette. Mężczyźni, kobiety , starzy, młodzi tańczą w rytm typowej, regionalnej muzyki . Każda grupa ma te same kostiumy. Każda własną orkiestrę. Odpowiednią nazwę.
.



Rano przebierańcy noszą maski tematyczne, związane z polityką lub profesją.
Po 17tej na plac wychodzą grupy pięknych pierrotów. Raz są zielone, raz niebieskie, czerwone. Po 22ej znowu można spotkać te same roztańczone postacie. Tylko , że taniec jest wolniejszy, bajeczny, tajemniczy. Magia gestu, ukrytego pod maską spojrzenia i przez wieki powtarzanego rytuału.
Pod arkadami kwadratowego placu, przechodzą korowody muzyków, pierrotów raz uśmiechniętych, raz nostalgicznych. Zakrytymi szczelnie dłońmi gestykulują niczym hiszpańskie tancerki. Wywijają nad głowami długimi witkami. Raz po raz któryś z tancerzy dotyka swoją różdżką gapiów. Wtedy na głowę szczęściarza wysypuje się deszcze konfetti, jakie w torbach noszą inne pierroty.

Muzyka rytmicznie porywa ciało, a z nim duszę. Wciąż przypomina, że to kraina oksytańska. Duże pierroty spoglądają zza wyrazistych masek spokojne, królując ponad wszystkimi. Jakby były z innej bajki wyginają do tyłu swoje kolorowe jestestwa.Wiedzą , że chroni je rytuał sekretu. Nikomu nie wolno dotknąć przebrania. Występek taki jest karany  nienawiścią zebranych. Nikt nie odważyłby się dokonać takiej zniewagi.
.


 Pierroty otwierają szeroko ramiona  jakby oddawały serce jakiemuś nieznanemu bożkowi. Kręcą się, by raz po raz utulić w jedwabnych, kunsztownie przygotowanych ubraniach małe dzieci .  Te też są zakryte. Nikt im nie mówił jak mają tańczyć.  Należą do tego świata i idealnie naśladują rozmarzenie starszych.
.


Gapie skupiają się w zachwycie. Arlekiny od czasu do czasu rzucają swoje zaciekawienie szarymi ludźmi. Im bardziej znany mieszkaniec Limoux , tym większe zainteresowanie pierrotów.
Mój mąż doskonale zna te pieśni, tańce, gesty. Ileż razy sam był takim rozmarzonym człowiekiem -lalką. Teraz stoi ze mną wśród tłumu. Dzieli się z własnymi dziećmi tym cudownym widokiem.
.

Jeden z pierrotów wyciąga ku nam swoją carabène. Poznał pewnie kolegę z klasy, albo sąsiada. Gapie rozsuwają się z szacunkiem. Armand spogląda ze zdziwieniem, gdy na głowę jego dużego taty biała ręka pajaca sypie konfetti. W chwilę później nasz synek porwany jest przez uśmiechnięte maski. Raz po raz ginie jego śliczna buzia w fałdach kostiumu tańczącego pierrota. Wiruje nie mogąc się uwolnić.
.


.
Mamo, mamooo ja chcę do ciebie !!!!
Uspakajam go. Oddano mi dziecko pośród radości tłumu. Synku nie bój się, właśnie przyjęli cię do rodziny. Teraz jesteś w tej samej historii. Zobacz Eliot już zna ten taniec. On wie , że te magiczne istoty kryją w swoim przebraniu własne życie. Że chcą podzielić się swoją magią. Może jest wśród nich wasz wujek, wasza babcia, ciocia, albo znajomy? Nigdy się nie dowiesz. Musisz ich kochać tak jak one ukochały marzenie karnawału. Zaufaj ich bajce.
.



Chłodny wiatr przypomina , że zima jeszcze króluje nad szczytami Pirenejów. Jeszcze parę godzin temu doskonale widać było ich szlachetnie wybielone rysy. Jest już noc. Porcelanowe twarze wciąż tańczących pierrotów rozświetlają teraz zapalone lampy. Nie widać zmęczenia. Przecież maska trwa wiecznie. Jeden arlekin zawieruszył się samotnie koło wyciszonej fontanny. Wyciągnął otwartą dłoń, na której płatki konfetti zmieszały się z padającym śniegiem. Spojrzał spokojnie w stronę granatu nieba. Czyż tam , na górze też jest karnawał?
.

 
.
Tuląc do snu dzieci usłyszałam rozmarzony szept Armanda. Jutro też zobaczymy pierroty? Eliot rzeczowo rozwiał tęskną nadzieję. Nie - bo one żyją tylko w niedzielę, tylko w Limoux , tylko podczas karnawału.

Rano, po powrocie do Lyonu, usłyszeliśmy w radio , że mobilizacja strajkowa trwa. Karnawał czy sen? Bajka czy fiasko?
Francja. Moja Francja....
.






   

sobota, 06 lutego 2010
Domy Francji

piątek, 20 listopada 2009
Domy Francji

środa, 28 października 2009
Złota niepolska

czwartek, 15 października 2009
Ta ostatnia niedziela

W zeszłą niedzielę było jeszcze ciepło. Tak bardzo ciepło,że na spacerze nad Rodanem mijaliśmy ludzi w kostiumach kąpielowych. Chłopcy ze śmiechem biegali za Bombilem. Nie pachniało jeszcze jesienią, tylko indiańskim latem. Dzieci puszczały kaczki na wodzie, zbierały kasztany.  Przytuleni do siebie słuchaliśmy ich szczebiotu, jak gadaniny kolorowych ptaków.

Letni październik. Uwielbiam ten moment, kiedy natura ociąga się z zimą. Kiedy pszczoły, muchy i inne latawce brzeczą wciąż radośnie koło głowy. Z czułością patrzyłam na moje dzieci, szczęśliwego spokojnie męża, na błękit południowo lazurowy. Było mi zwykle ludzko i chwilowo pięknie.

.

Jeździmy na te spacery 20km na południe od naszej miejscowości, drogą w stronę Marsylii. Nad zieloną rzeką wznoszą się pasma winnic. Już jest po winobraniu, jeszcze przed szalonym malowaniem liści. Tuż po palących ziemię promieniach i przed bolącą chłodem wilgocią. I w takim międzyczasie jest mi wspaniale. Bo człowiek też jest chwileczką w Wieczności. Wciśnięty między historię i przyszłość. Najważniejsze jest właśnie czerpanie radości z każdej przeżytej w pełni chwili. Potem, może stać się coś smutnego, ale co przeżyte to już w nas, na zawsze. 

W niedzielę chyba skończyło się lato. Defintywnie przyroda zamknęła kolejny rozdział. Od wczoraj jest prawdziwie zimno. Takie, jak tu potrafi być, przejmujące. Chłód wciska się w każdy milimetr ciała. Nie pomaga nawet błękitne sklepienie.

I najdziwniejsze jest to,że mimo żalu za krótkim , indiańskim latem, nie smucę się. Kochanie jakie mnie otacza i ta ostatnia niedziela są już we mnie. Dobrze mieć dobre wspomnienia. Dobrze jest kochać i być kochanym.

.

sobota, 10 października 2009
Zielono mi w Millery
czwartek, 10 września 2009
Akordeon czyli na czym gra Lyon

.

Nie, wcale akordeon nie jest instrumentem typowym dla Lyonu. To raczej Paryż uległ jego melodii. Natomiast inaczej jest w lwim mieście. Tutaj kamienice ściśnięte jak w harmonii są refrenem liońskej piosenki. Saona uspokaja te wdzięczne rytmy trzymana w ryzach betonowo-kamiennych nadbrzeży.

Domy z powyższej fotografii zbudowano w XIX wieku. Mieszkają tam bogaci burżuje. Ale i tak , mimo wnętrz pałacowych nic im do purpurowych kamienic Starego Lyonu. Ten poniżej, akordeon okien, drzwi i latarni gra w świetle słońca dokładnie po drugiej strony rzeki. Kładka jaka je łączy harmonijnie wtopiła się w załamania. Tańczę, tańczę wśród tej muzyki. Oby tylko nut wystarczyło na tej pięciolinii życia.

.  

.

środa, 10 czerwca 2009
Tańczą panie na moście w Avignon

piątek, 08 maja 2009
Fantomas
 
niedziela, 03 maja 2009
Cukierki dla panienki mam

.

czwartek, 23 kwietnia 2009
Liońskie powroty

Każdy gdzieś wraca. W Lyonie nawet w środku dnia, nikt nie sprawia wrażenia, że się śpieszy. Słońce odbija się od tynków i wlewa się w najbardziej zacieniony fragment miasta. Przewaga Lyonu nad Paryżem zawiera się właśnie w tym ciepłym świetle i spokojnych powrotach ludzi. Już w kwietniu pachnie wakacyjną atmosferą.

Ten pan w garniturze idzie w stronę Rodanu. A młodzi ludzie z walizką w stronę Saony. Znajdujemy się na Półwyspie. Tak właśnie nazywa sie ta dzielnica. Królują tu budynki z XVIII i XIX wieku. Gdybyśmy poszli za chłopakiem z walizką, dotarlibyśmy do Starego Lyonu. Byłby to skok w XIV i XV wiek. Lecz jeśli ktoś wolałby pójść drogą zamyślonego Francuza, to znalazłby się już w XX wieku. Miasto urodziło się tam gdzie jest starówka. Dziś rozwija się dalej, aż za Rodan, w stronę Alp.

A gdy podniesiesz oczy, to ze wzgórz wznoszących się nad Starym Lyonem bez problemu zobaczysz Mont Blanc. Gdy w Alpach jest ładna pogoda, to w Lyonie pod wieczór doskonale widać szczyty. Ale gdy jest inaczej ... ach to i tak, każdy idzie do restauracji.

   

sobota, 21 marca 2009
Rodańska wiosna

.

Już pachnie kolorowo. Bąki szaleją od gałęzi do gałęzi.  Aż dech zapiera tak tu pięknie!

Liońska wiosna nie skrada się, nie maluje przedwiośniem. Przychodzi nagle, głośno i zalewa całą dolinę Rodanu oceanem kwiatów. Pierwsze są brzoskiwnie,potem czereśnie. W parkach narcyzy i krokusy co krok, co moment.

.

 

.

Ogrody już pod koniec lutego żółcą się od krzaków mimozy. Zupełnie jakby ziemia zazdrościła słońcu jego barwy. Jest jasno i ciepło. Jednak wystarczy jeden mocniejszy podmuch mistrala i zdradliwe zimno znowu zagania do domu rozbawione dzieci. 

Rodańska wiosna jest pełna sprzeczności. Jak typowa, piękna kobieta. Raz przyciąga urodą , raz odpycha chłodem. 

.

piątek, 09 stycznia 2009
Trójkąt francuski

trio francais by you.

Wino rodańskie z Lyonu w charakterystycznej butelce (zwanej potocznie w Lyonie, le pot d'cote - dzbanek z wzgórza, 47  cl, z grubym dnem, aby nie przewracała się od metalowych kul, w jakie grywa się tu nałogowo), bagietka i ser - Camembert.

Klasyka tutejszego podniebienia. Odwieczna historia francuskiego trójkąta.

środa, 07 stycznia 2009
Domy Francji

.

Condrieu

piątek, 05 grudnia 2008
Rodańskie opowieści

green by you.

 
1 , 2 , 3