Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 13 października 2017
Chrzan z harissą
*
W maju byłam w Polsce na kilkudniowej wycieczce samochodem. W tym samym czasie, jeszcze wtedy kandydat na prezydenta - Macron, chcąc się podlizać elektoratowi robotniczemu we Francji, głośno krytykował polski liberalizm ekonomiczny. Wytykał dumping socjalny w UE, jaki toczy się między krajami starego bloku wschodniego, a zachodnim kapitalizmem socjalistycznym. 
Chodziło konkretnie o ogłoszoną na wiosnę likwidację francuskiej fabryki Whirlpool'a i przeniesienie jej do Polski. Winę za utracone miejsca pracy miał ponosić polski system, gdzie pracownik opłacany jest dużo mniej niż francuski robotnik.
Niesprawiedliwość międzynarodowa czy konsekwencja nieuregulowania podstawowych problemów w Europie?
.
Tymczasem sprawa jest prosta. We Francji od lat firmy płacą gigantyczne podatki i świadczenia socjalne na niespotykanym w innych krajach poziomie. Koszt produkcji jest znacznie większy a marże małe. Przemysł obumiera i ogromna ilość inwestorów regularnie przenosi od lat produkcję do bardziej atrakcyjnych krajów. To właśnie się stało z Whirlpool'em.
.
Macron chciał wygrać wybory i je wygrał. Naturalnie nie tylko dzięki jego beznadziejnym poglądom na temat braku socjalizmu na Wschodzie. Ktoś mu chyba powoli zaczął tłumaczyć, że polska specyfika ekonomiczna jest związana właśnie z dziedzictwem post socjalistycznym. Do tego Niemcy, nie mając zbyt ochoty kłócić się z ich wschodnimi sąsiadami, dość szybko wyciszyli krzyk Francuza. Udało mu się jednak stworzyć obraz prezydenta, który znowu daje lekcje innym, jak mają żyć. Stara, sprawdzona francuska metoda leczenia kompleksów narodu, który kiedyś był mocarstwem.
 .
Znowu winę za problemy francuskie ponosił zewnętrzny wróg. To nie socjalizm, tylko liberalizm ekonomiczny odpowiada za nieszczęście francuskich robotników! Arogancją antypolską zdobył serca wielu rodaków, ale inni nie nabrali się na tę fanfaronadę. Macron nie jest kochany we Francji, nie jest też odrzucany. Wszyscy czekają na to czego dokona. 
W Polsce, wrogowie PISu cieszyli się naiwnie, że nareszcie ktoś nastąpił na piętę Kaczyńskiemu i osłabi obecny rząd.
 
Niestety inaczej to wszystko widziałam. Przy aktualnej, narodowościowo nacjonalistycznej propagandzie PISu, niefortunne wystąpienie kandydata Macrona spotkało się niemal natychmiast z krytyczną reakcją wielu Polaków. Zachowanie kandydata na prezydenta tylko wzmocniło pozycję polskiego rządu wewnątrz Polski. Nie będzie Francuz pluł nam w twarz! Rząd znowu pokazał, że nikt mu nic nie będzie dyktował, a naród to łyknął bez gryzienia.
.
Trzeba przyznać, że Macron zaatakował Polskę z fatalnej strony. Był w totalnym błędzie. Dziś się z tego wycofuje, bo inaczej nie będzie mógł reformować kraju, a takie ambicje ponoć ma. Najgorzej, że to, co było warte krytyki w polskiej polityce , niestety zostało ominięte przez francuską propagandę. A przecież jest co krytykować. problem w tym, że media francuskie mają totalnie w poważaniu to, co wyprawia się nad Wisłą.
.
Jechaliśmy z mężem na Hel, a potem na Mazury naszym francuskim samochodem. Zachwycaliśmy się widokami, objadaliśmy golonkami, pierogami. Z przyjemnością patrzyliśmy na ulice europejskie bez czadorów i przebranych dziwnie ludzi. Uwielbiam wracać do Polski, a mój mąż jest totalnym fanem mojego kraju.
Słuchałam radia i wylewających się zewsząd informacji na temat kryzysu polsko francuskiego. Na światłach trąbili na nas ludzie. Nie zrobiliśmy nic złego. Ruszaliśmy o czasie, nikomu nie przeszkadzając. Ale oni trąbili . Przeszkadzaliśmy? Bez wątpienia inni też słuchali informacji.
 .
Po trzech dniach pobytu w Polsce wracaliśmy do domu. Na autostradzie z daleka w lusterku zauważyliśmy zbliżający się punkt. Jeden z największych modeli BMW, cały pomalowany w panterkę zbliżał się z ogromną szybkością. Mimo ciężarówek i małej ilości miejsca, udało się mężowi zjechać na prawy pas. Wyprzedziła nas para militarna " beemka " i pojechała dalej. W kilka minut później nasze samochody zrównały się. Po mojej prawej stronie widziałam ogromny samochód, a na jego oknach przyklejone flagi Polski. Za kierownicą siedział umięśniony, rosły mężczyzna z wygoloną głową w podkoszulku moro. Na bicepsie widoczny był biało czerwony napis "Wolna Polska", a na czaszce , tuż nad karkiem wytatuowanego miał orła. Mężczyzna z nienawiścią spojrzał się na nas, pokazał nam środkowy palec, dając do zrozumienia , że "nas pieprzy" i przyspieszył z ogromnym warkotem silnika. Serce biło mi mocno, bo spotkanie przy szybkości 130km, oko w oko z patriotą, nie zostawia bez wrażeń. 
- Prawdziwy Polak : przedstawiłam mężowi odjeżdżającego kierowcę i starałam się dalej wyszukiwać bociany na zielonych polach.
. 
Opuszczałam Polskę z mieszanymi uczuciami. Zwłaszcza, że dokładnie w tym samym czasie po ulicach Warszawy przemaszerowały oddziały ONR. Zdjęcia w internecie wyciskały mi łzy z oczu. Czy to aby takiej Warszawy chcieli moi dziadkowie, moje babcie? Czy to tak ma wyglądać nasza nowa Polska? Te zielono czarne flagi, twarze, czarne buty i straszne hasła na Nowym Świecie. Jaki nowy świat? Jakiś demon, koszmar ze źle napisanej historii. Przecież 13 artykuł Konstytucji wyraźnie zabrania odradzania się nazizmu i komunizmu. Nie ma prawa! Nie ma sprawiedliwości! Warszawski bruk nie zasłużył sobie na taki ONRowski marsz w 2017roku!
.
Powróciłam do Francji. W krótkim czasie potem Macron został wybrany na prezydenta. Ponura wizja wygranej nacjonalistyczno socjalistycznej Marine LePen z FN( Frontu Narodowego) odeszła w przeszłość. Nikt, nadal we Francji nie zadaje sobie pytania dlaczego i jak to się stało, że właśnie ta partia doszła do finału?
Nikt nie chce wyciagnąć wniosków, bo trzeba by spojrzeć prawdzie w oczy.
Francuzi mają dość islamskiej mniejszości, nie chcą żyć wg norm zachowania afrykańskiej populacji, mają dość rozdętej, europejskiej biurokracji, przywilejów unijnych technokratów i nie chcą więcej płacić podatków na biedną i wymagającą emigrację z Afryki i Azji. Dlatego zagłosowali na FN i przegrali....do następnego razu.
.
Dziś, prezydent Macron nie mówi już wiele o Polsce. Kilka dni temu w sprawie Whirlpool'a powiedział przyciszonym głosem, że kraje w UE nie funkcjonują dokładnie tak samo i pracownicy francuscy muszą się przygotować na szukanie nowej, innej pracy. Przerażeni wizją zarobkowania nawet 200 km od miejsca ich zamieszkania robotnicy, w niewiadomym jeszcze zawodzie, jakoś mało są usatysfakcjonowani poglądami prezydenta. Od lat we Francji wmawia się im, że socjalizm jest uniwersalną formą idealnego życia.Celem, jaki powinno się osiągnąć w Europie. Od lat związki zawodowe wywalczyły całą masę przywilejów, praw i udogodnień nie licząc się z kosztami, jakie będą one wymagały. Nikt tym biednym ludziom nie powiedział, że zbyt dużo "socjalu" zabije "socjal".
 .
Biznes jest biznes. Nikt nie będzie zmniejszał marży , tylko dlatego, że Francja jest socjalistycznie rozpasana. Głównym celem każdej normalnej firmy, korporacji, fabryki jest zarabianie pieniędzy, a nie miłość międzyludzka o której tak chętnie opowiada bajki francuska lewica. Przemysł, sparaliżowany normami, podatkami i chronicznym nieróbstwem  boryka się z immobilizmem. Od lat produkuje się we Francji mało i wcale nie tak dobrze. Od lat Francja nie może sobie poradzić z gigantycznym bezrobociem i deficytem. Dług francuski sięga 100% PKB. To już nie są żarty!
 
.
Nowy prezydent chce oficjalnie tę sytuację zmienić. Dekretami rządzi Francją, omijając parlament, strajki, związki i gadulstwo. Doskonale zna system francuski  i wszystkie jego wynalazki i sprytnie nim manipuluje. Nie wiadomo jakie będą skutki. Na razie , jeśli będzie tak skuteczny, jak w walce medialnej z PISem - cienko to widzę. Ale mam nadzieję że się mylę. Niestety arogancja i bezduszność monologów prezydenckich budzi raczej niesmak u wielu Francuzów. Macron nie posiada klasy Chiraca, elokwencji Mitterranda, i humanizmu Pompidou. Ale wszyscy czekają co będzie dalej. Gorzej jak za Hollanda już chyba być nie może.
.
 
Polityka, polityka... po co ciągle o tej polityce? Chyba do końca się nie da o niej nie myśleć. Jej wpływ jest przecież ogromny na naszą codzienność. Wystarczy kilka informacji w radiu i telewizji, a już rodzą się emocje i ludzie wygrażają ci z samochodów!  
Można starać się wierzyć, że to przesada, nadwrażliwość na reakcje na innych. 
Można w ogóle nie zwracać na to uwagi. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny.
.
Ludzie, którzy są u władzy, tu czy tam, doskonale o tym wiedzą. Tylko od naszej indywidualnej mądrości zależy, jak bardzo będą mogli manipulować naszymi myślami i reakcjami. Tylko od naszej skrupulatnej analizy codziennego świata będzie zależało, jak bardzo uda się nam obronić naszą wolność i niezależność myślenia!
.
Za kilka dni będę w Warszawie. Bez francuskiej rejestracji, nie będę testować poziomu niechęci Polaków do Francji. We Francji nie odczuwam raczej żadnych widocznych odczuć do cudzoziemców. Francuzi koncentrują się na nielubieniu Arabów i integrystów islamskich, jak i migrantów afrykańskich, jakich w dużych miastach bardzo widać. Na szczęście wiele osób rozgranicza powtarzając , że nie wszyscy Arabowie są terrorystami. Na szczęście nie wszyscy biali są rasistami. Niestety coraz więcej czarnych się nimi staje.
.
Dla Polaków problemy rasowe, wielokulturowość, wielorelgijność, to tematy z ekranu. We Francji to obsesja i codzienny lejtmotyw. W Polsce jest monochromatyczny monolit katolicki. Polacy dzielą się tylko na propis i antypis i na tych jeszcze, co chrzanią politykę i chcą zarobić na lepsze życie, by podróżować i jeść smaczną karkówkę z grilla. To też sposób na przetrwanie. Tak właśnie chcę dalej żyć. Tak jest bezpiecznie.
.
Tylko dlaczego zadrżało mi boleśnie  serce dwa dni temu, gdy Katalonia wystąpiła o rozwód z Hiszpanią? Bo może...
Ale to już inna historia o czym jutro.  
czwartek, 12 października 2017
Zmiany bez zmiany
Mój ostatni wpis na tym blogu jest z 2 lutego. Pięć dni później umarł w mych ramionach mój ukochany pies. Ogromny, pięcioletni owczarek podhalański Baca. Przez równo rok walczyłam z rakiem na którego zachorował i który uaktywnił , jak się okazało genetyczną padaczkę. Baca znosił dzielnie operację usunięcia połowy pęcherza, dużo trudniej było z epilepsją. Ta ostatnia męczyła mego przyjaciela przez 12 miesięcy , atakami co 3, 4 tygodnie. Cierpiał i wracał do jako takiej równowagi. Dawałam mu lekarstwa dokładnie co do minuty o 7ej i 19tej. Nie można absolutnie zmieniać ani godzin, ani niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób wybić psa równowagi. Starałam się jak mogłam żeby go uratować i ulżyć.
 
Na jesieni zeszłego roku mój tata dostał udaru. Świat się walił, odległość między Francją , Polską stała się nieznośna. Ale obroniliśmy się. Tata wrócił do zdrowia, ja mogłam szybko przylecieć , odlecieć. Rodzina jest cała. Cieszę się, że się udało. To duża wygrana.
 
Baca chorował dalej i był zmęczony ale wciąż piękny. Młody, w sile wieku owczarek podhalański jest chyba najpiękniejszym ze wszystkich psów. Jego widok pozostanie w mej pamięci jak jedno z najmilszych wspomnień mego życia. Tulił się do nas. Potrzebował spokoju, miłości, opieki . I to dostawał . Ale się nie udało. Po roku rak wrócił i zabrał mi mojego przyjaciela.

Nigdy nie dawałam sobie rady z pożegnaniami. Muszę przyznać, że to cecha, która utrudnia ogromnie życie włóczęgi. Mieszkając w różnych miejscach, wszędzie wiłam gniazdo i znajdowałam znajomych, przyjaciół. Każda przeprowadzka okupiona była oderwaniem się od nich. Każdy wyjazd zakończony bolesnymi pożegnaniami i tęsknotą. Ale śmierć, to coś dużo gorszego. Bo wiesz, że już nie możesz zadzwonić, że nie możesz się spotkać. Że nie ma powrotu! Śmierć psa, kota, nie jest wcale lżejsza od śmierci ludzi. Tęsknimy za dźwiękami, jakimi wypełniają nasz dom, za wzrokiem, ich oddaniem. Tęsknimy i nic tego nie może zmienić.

Baca umarł w lutym. 23ego tego samego miesiąca są moje urodziny. W tym roku, 23 lutego, urodził się w Polsce inny biały piesek. I teraz jest u mnie. I rośnie, i znowu wypełnia dom swoim podhalańskim bytem. Nazwałam go Tango. Jest mi lepiej , bo przyzwyczajona do Bacy , trudno mi było w domu bez naszego ogromnego przyjaciela. Tęsknię jednak do mojego chorowitka. Miłości nie da się zastąpić. Możemy tylko powiększać nasze serce.

Choroba, śmierć, oddalenie, pożegnania, wszystko to uczy pokory. Od wielu miesięcy staram się jak najmniej oceniać sprawy polityczne, ludzi, wydarzenia. Wychodzi mi to różnie. We Francji były wybory. Jestem niezadowolona z ich wyniku. Chciałam żeby wygrał Fillon. W Polsce toczy się bitwa o Smoleńsk. W Europie nikt absolutnie nie podejmuje żadnych kroków żeby rozwiązać problem migracyjny ludów afrykańskich i muzułmańskich. To zły znak bo ten problem zmienia definitywnie cywilizację europejską. Z każdym miesiącem, coraz bardziej Zachód przyzwyczaja się do myśli, że terroryzm islamski osiedlił się już na stałe. Słyszę zaskakujące poglądy, że w wypadkach samochodowych ginie znacznie więcej ludzi jak od noży szaleńców. To przeraża. Sprawa migrantów obudziła nacjonalizmy. Stare demony kontynentu odradzają się w partiach politycznych, ruchach obywatelskich. Jak hydrze wyrastają nowe głowy o faszystowskich albo komunistycznych marzeniach. ONR, FN i wiele innych. 
Tymczasem media francuskie opowiadają bajki o "szalonych ciężarówkach" (bardzo modny model w świecie zachodniej motoryzacji), o "cierpiących na psychiczne choroby" allahagbarowych nożownikach, o tym, że islam jest miłością, a czadory to "świadectwo wyzwolenia samo o sobie decydujących kobiet". Media francuskie opływają obłudą i oportunizmem.
Z drugiej strony moi polscy rodacy rozciągają wokół granic różańce, jakby to były druty kolczaste, zasieki chroniące święte terytorium królestwa Jezusa! Jakieś  koszmarne zachowania, przygłupiaste zabobony i poglądy stają się nową twarzą Polski. Po moim rodzinnym mieście chodzi co miesiąc jakaś sekta i opowiada o poszukiwaniu prawdy smoleńskiej. O co chodzi w tym scenariuszu? Już NIC nie rozumiem. Nawet się nie staram zrozumieć.
Moje koleżanki chodzą zdesperowane z parasolkami, bo boją się, że ich córki będą dorastały w krainie Mieszka Iego a nie nowoczesnym XXI wiecznym kraju. Ale parasolką nie da się ochronić przed głupotą! to jest absolutnie nie możliwe. Od tego są szkoły. No ale w szkołach uczy się spowiedzi i jakiś dyrdymałów a nie teorii względności.
Oglądam sprawy polskie już zza mgły. Nawet nie chce mi się już czytać o tym, co kto powiedział, i co znowu podpisał prezydent , którego widzimy wyłącznie na kolanach. A swoją drogą, czy nie mógłby w końcu wstać z tych klęczek, bo to do cholery nie podobne, żeby głowa dużego państwa ciągle na ziemi klęczała oczekując na opłatek i chwilę miłosierdzia!

O... i znowu mi się nie udaje obojętnie żyć. Chcąc nie chcąc myślę i zastanawiam się w jakim ja świecie żyję?
Wokół liońskiej szkoły moich dzieci chodzą cały czas żołnierze. Trzy grupy po ośmiu uzbrojonych po zęby wojskowych. To tak na wszelki wypadek. Normalna sprawa w centrum Europy. Dzieci wybiegają ze szkoły . Odsuwają lufy na bok, bo czasami biegnąc do autobusu , wpadają na tych żołnierzy. Mam się cieszyć, bo państwo dba o bezpieczeństwo moich synów. Cieszę się.
Codzienne obrazy Francji mimo tych żołnierzy, nie są dramatyczne. Właściwie nic się nie zmienia. Podatki ciągle płacimy gigantyczne. Benzyna coraz droższa, bo wg nowego rządu , droga benzyna jest bardziej ekologiczna. Islam, którego wyznawców dostrzegam coraz więcej, z racji ich śmiesznych przebrań, jest nadal religią miłości. Sałaty i wino są równie dobre jak kiedyś, ludzie narzekają, jak kiedyś. Nawet codzienny widok siusiających na poboczu mężczyzn nie uległ zmianie. Można nawet powiedzieć, że sikający Francuz jest jakimś kojącym pewnikiem, że cokolwiek by się nie zdarzyło, to Francja jest wieczna i niezmienna. No może troszeczkę. Ale o tym jutro...


piątek, 23 stycznia 2015
Oklaski po śmierci wesołego błazna

.

.

Kilkanaście dni temu we Francji trzech islamskich zbrodniarzy zabiło 17 osób. Zamordowali ich za to, że satyrycy wyśmiewali się z muzułmańskiego proroka. Dlatego, że klienci  w sklepie paryskim byli Żydami, a inni, że policjantami.

Kim byli Ci mordercy? Po prostu -  Francuzami.

Można naturalnie dodać, że pochodzenia, takiego, czy innego. Ale po co? Kto matka? Kto ojciec? Arab, Murzyn..? No i co z tego, że czarny zabił? Policjantka, która straciła życie też była czarna. A policjant, Arabem i to muzułmaninem.

Ci mordercy byli  zwłaszcza i przede wszystkim Francuzami. Urodzeni we Francji, wychowani we Francji.  Kończyli szkoły państwowe, laickie, francuskie i mieli obywatelstwo francuskie od urodzenia. Dlaczego zatem stali się bestiami i wymordowali innych Francuzów?

Czy Francja, to w ogóle jest dzisiaj kraj bezpieczny i czy ta zbrodnia coś zmieni?

 11 stycznia liczni Francuzi wyszli na ulice, żeby zamanifestować przeciwko zabiciu niewinnych osób.  Też poszłam na tę manifestację. Nie jestem Francuzką, ale mój mąż i moje dzieci są. Dotyka mnie to, co się dzieje w ojczyźnie mojej rodziny.

Było nas 4 miliony zgodnie idących w ciszy osób. W Lyonie nikt nie miał transparentów, flag, nie było egzaltacji, ani politycznych sloganów. Było natomiast bardzo dużo ludzi, którzy szli spokojnie, pewnie i od czasu do czasu, masowo klaszcząc, na znak jedności poglądów i protestu. Czuliśmy w sobie siłę, jaką tylko tłum zgodnie myślących ludzi potrafi prezentować. Marsz szedł przez długie ulice, mosty i place pięknego Lyonu. Był tak ogromny, że trzeba go było rozdzielić na kilka ulic, bo wypełnił całe centrum. Oklaski niosły się i obijały po oniemiałych ze zdziwienia murach bogatych kamienic. Wznosiły się ponad naszymi głowami, jak szeleszczące skrzydłami ptaki, by opaść spokojnie na liońskim bruku.

Patrzyliśmy na siebie ze smutkiem, że tyle niewinnych ludzi zginęło bezsensowną śmiercią. Jedni trzymali ołówki w rękach, inni kartki z napisem Je suis Charlie. Ściskaliśmy się i klaskaliśmy pokazując światu, że Francuzi są nadal wolnymi ludźmi i że nie pozwolą sobie zabrać wolności. Czuliśmy tę siłę i dumę, że jest nas wielu, bardzo wielu, że jest nas więcej jak tych, co chcą nas pozbawić tej wolności.

Nie, nie ma w tym żadnej histerii, ani patosu wywołanych przerażającą zbrodnią. Jest natomiast bunt. Bunt narodu, który nagle zrozumiał, że śmiertelne niebezpieczeństwo stanęło u progu domu. Każdy z nas mógł znajdować się w małym, paryskim sklepiku. Każdy z nas mógł zginąć od kul islamskich szaleńców . Każdego z nas dziecko, brat, siostra mógł być ofiarą .

          W październiku 1996 roku, miasta belgijskie zalał tłum ludzi, którzy też zgodnie szli ramię w ramię po ulicach, protestując przeciwko strasznej zbrodni. Sprawa Marca Dutroux, okrutnego pedofila i mordercy dzieci, wzbudziła w Belgach tak ogromne poczucie zagrożenia, że musieli wspólnie, razem, bez względu na język i kulturę, czy antagonizmy, okazać swoją siłę i spójność. Skłócone społeczeństwo belgijskie, walońskie i flamandzkie mniejszości, połączył wspólny strach i ból po stracie niewinnych dzieci. Te dzieci, to były ich wspólne dzieci, a wróg zdefiniowany. Pamiętam doskonale ten czas. Mieszkałam tuż obok miejscowości, gdzie zabito małe dziewczynki.

Nie sprawa w typie zbrodni, ile w poczuciu realnego zagrożenia. Ludzie łączą się i w ten sposób pokazują ich niezniszczalność. 11 stycznia br straszna zbrodnia też połączyła Francuzów. Nigdy od końca II wojny światowej nie było tylu Francuzów na ulicach miast. Nigdy od bardzo dawna, nie było ogólnonarodowego zrywu ludzi o skrajnie różnych poglądach politycznych, różnym wieku, z różnych środowisk. Ich wróg był też zdefiniowany, przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.

Kto był w tym marszu? Jak to się mówi we Francji - to byli "państwo każdy".  Ale nie każdy brał w nim udział, i to normalne, że nie. Tylko w Korei wszyscy reagują tak samo i na rozkaz. Nie było obowiązku bycia w tym marszu, ale raczej moralna potrzeba. Ludzie, którzy wyszli na ulice, domagali się od rządu ochrony ich wolności, ochrony ich życia i wartości, jakie od wieków tworzyli i obronili . Protestowali też przeciwko temu, co do tej pory było tematem wstydliwym - przeciwko obskurantyzmowi i każdej nietolerancji religijnej, przeciwko głupocie i okrucieństwu.

Dlatego może w zrywie protestujących ludzi zabrakło przede wszystkim Francuzów pochodzenia afrykańskiego, którym jak się zdaje, trudniej jest zaakceptować laicyzm i prawo republikańskie ? Którzy nie chcą, a może i nie potrafią żyć według europejskich i demokratycznych wartości! Którzy nie potrafiąc się przystosować do nowoczesnej Francji, coraz częściej narzucają jej własne, odmienne zachowania.

Poza nielicznymi przypadkami, francuscy Arabowie nie poczuli potrzeby protestu przeciwko temu, co stało się w Paryżu. To widoczny gołym okiem fakt, potwierdzony przez wielu imamów francuskich. Albo ludzie Ci poczuli się sami zagrożeni? Albo myślą inaczej? A może, jak to ktoś powiedział w tv, jest to związane z małym procentem tej ludności we Francji, a podobno te małe 10% wtopiło się w tłum. 

Jednak w normalnym życiu codziennym, na ulicach i sklepach, widać bardzo wiele osób o wyglądzie orientalnym, w typowych islamskich ubiorach, które w ewidentny sposób podkreślają przynależność religijną i inną od europejskiej kulturę i zachowanie.  W marszu styczniowym nie widziałam ani jednej takiej osoby. W niewytłumaczony sposób stały się absolutnie niewidoczne. 

Dzień później ogłoszono żałobę narodową. I znowu, okazało się, że co piąty francuski uczeń odmówił respektowania minuty ciszy, upamiętniającej mord na 17 niewinnych ofiarach terroryzmu islamskiego! Co piąty, młody człowiek we Francji akceptuje wykonanie wyroku na satyrykach, Żydach i policjantach?

Nie, nie wszyscy Francuzi są Charlie!

Tymczasem niektórzy Francuzi spośród tych, co nie są Charlie, uznali ten mord za zbrodnię! Można nie być Charlie, ale być przeciwnym terroryzmowi. Można nie być Charlie, bo Charlie samo przyczyniało się w nieświadomy sposób do tworzenia dziwnej, trudnej Francji, a być przeciwnym temu co stało się w Paryżu.

Natomiast, są jeszcze tacy, z pewnością też nie Charlie , co nie przyszli na manifestację z innego powodu.Oni właśnie, tłumaczą tę zbrodnię, jako naturalną sankcję za nierespektowanie muzułmańskich norm! Sama słyszałam takie poglądy. Oni po prostu akceptują to, co się stało!

Wolno, czy nie wolno się śmiać z Boga?

We Francji prawo pozwala .

W tej samej Francji, są Francuzi, których to tak drażni, że uznają karę śmierci za bluźnierstwo, za normalną!

Również w tej samej Francji są i to znacznie bardziej liczni Francuzi, którzy uważają, że prawo ma racje i nie wolno nikogo krzywdzić, nawet tego kto bluźni.

Jedni Francuzi wykluczają drugich Francuzów? A może są w trakcie wykluczania się już dawna?

Proszę nikomu nie wierzyć, że nagle, ten wielokulturowy naród francuski się połączył w żalu i wyszedł wspólnie na ulicę. To czyste kłamstwo i propaganda, które przez trzydzieści lat karmią Francuzów i resztę świata bajką, że cuda dzieją się nad Sekwaną.

Jedynym cudem jest to, że we Francji, w parlamencie, przez 97 lat nie zaśpiewano hymnu narodowego przy pełnej sali !!! Deputowani francuscy od 1918 do teraz, nigdy nie zaśpiewali razem Marsylianki! A tu nagle poczuli, że trzeba to uczynić. Nawet koniec  II Wojny Światowej nie sprowokował ich do takiej patriotycznej ekstrawagancji, jak śpiewanie wspólnie hymnu! Dopiero aktywne działanie terrorystów połączyło ich, jak kiedyś Marc Dutroux połączył Belgów. Tylko, że im dalej od pogrzebów, tym bardziej wpływowi Francuzi mają problem z definicją wroga. I w tym cały dramat.

 

A przecież miało być inaczej...

Od lat propaguje się ideę, że tylko laicka Francja , tylko multi-kulti! W latach 60tych, 70tych francuska masoneria wypowiedziała gigantyczną wojnę kościołowi. Udało się wykopać chrystusowe nauki z elementarzy, historii, nawet tradycji. Ostał się tylko kalendarz świąt, bo Francuzi są leniwi i lubią korzystać ze wszystkich Matek Boskich, Wniebowstąpień i Bożo Narodzeń. I Alleluja - plan się udał. Laicka historia, to nie taki głupi pomysł. Ludzie mieli modlić się w kościołach, a w szkołach i instytucjach mieli myśleć po ziemsku, nie religijnie. Laicyzm miał pozwolić wszystkim wierzyć u siebie prywatnie w co się chce. Uwolnić państwo od rządu dusz.

Jednak ta magiczna zabawka się popsuła dość szybko. Nie każdy potrafi się bawić w demokrację, laicyzm, nie każdy jest do tego przygotowany. Wraz z napływem ludności muzułmańskiej w czasie ostatnich 30 lat, pojawiały się we Francji nowe normy, wartości i zachowania. Masoneria pogubiła się w czasie i jeszcze do dzisiaj walczy z chrześcijaństwem. Nawet nie zauważyła, że tu nagle niektórzy chłopcy w turbanach dorośli, brody zapuścili i teraz bawią się w wojnę. Masoneria francuska, której rola w rządzeniu Francją jest determinująca, nie zauważyła, że wyrósł pod jej laickimi skrzydłami nowy, silny wojowniczy Bóg, który wymaga naginania się demokracji do Jego królestwa.

Laickość francuska nie radzi sobie z tym faktem. Humanizm francuski jeszcze mniej. Polityczne korekt, mądrości ponadnarodowe - popularne we Francji, jak filozofia bezwzględnej tolerancji, emancypacja, a nawet humor, wszystko to legło pod kulami terrorystów w redakcji Charlie Hebdo. Nawet jeden z zabitych dziennikarzy był masonem.

Ale kiedy trzy lata temu arabski chłopak z Tuluzy zabił żydowskie dzieci przed szkołą i ich rodziców, a wcześniej żołnierzy francuskich, nikt nie identyfikował się z ofiarami. Szybko zdefiniowano to jako kolejny akt antysemicki i trochę anarchizujący, ze względu na żołnierzy. Już wtedy trzeba było odważnie mówić prawdę!

Dzisiaj zabito satyryków francuskich, a to mesjasze francuskiej wolności słowa, zabito dziennikarzy -  a do tego ludzi powszechnie lubianych  i bezgranicznie sympatycznych, wesołych, dobrych. Dzisiaj zabito policjantów na oczach całego świata, bezbronnych, rannych dobito i znowu Żydów, jak jeszcze parę tygodni temu w Brukseli. Wielu, bardzo wielu Francuzów nie chce takiej Francji. Nadal jednak nie chcą też stawić czoła problemom. 

Marsz szedł i szedł ulicami, bo już nie da się udawać, że jest pięknie i kolorowo. Marsz krzyczał ciszą!

I nawet ja, prawie w to uwierzyłam, że teraz to już musi się zmienić. Uwierzyłam, że Francuzi przyznali się wreszcie do tego, co naprawdę się dzieje w ich własnym kraju. Uwierzyłam, że przyznali się do tego, że świecki charakter ich mentalności, ich humanizm, wiara w tolerancję i równość międzyrasową, w ich dobrą wolę, że mimo innego koloru skóry, wiary i pochodzenia, mimo innej kultury, innych wartości, że to wszystko się po prostu im nie udaje! Nie chcą przyznać, że są już dziś w Europie ludzie, co po prostu nie dorośli do tych ideałów, że są tak bardzo ograniczeni, że nie mogą się na nie zgodzić.

Już myślałam, że Francuzi się obudzili z letargu i teraz przyznają się, że nie wystarczy Afrykanom dać minimum socjalnego, nakarmić, wyleczyć, i głaskać po głowie, że jakoś to będzie. Że ludzi tak skrajnie różnych mentalnościowo od Europejczyków zwłaszcza trzeba  wychować w Republice, nauczyć ich jej reguł. Wymagać bezwarunkowo przestrzegania wszystkich zasad, prawa, konstytucji. Że trzeba od nich wymagać znajomości języka francuskiego, nakazać im funkcjonowania według sprawdzonych od dawna norm i wymagać respektowania obu płci, bez podziałów na łysych, z włosami czy w chustce.  Że muszą podlegać takiemu samemu rygorowi, jak wszyscy inni dotąd mieszkający tu ludzie. Już myślałam, że Francuzi i z lewej,  i z prawej strony,  nareszcie śpiewając wspólnie, po raz pierwszy od wieku, Marsyliankę, obronią ich własną filozofię życia! 

Mija drugi tydzień od zbrodni paryskiej.

Słucham wypowiedzi wielu znanych osób. Czytam poglądy, oglądam w telewizji dyskusje.

I dzisiaj już wiem, że się pomyliłam. Mimo drobnych zmian, konkluzja dobro-myślących jest taka sama, jak przed marszem. Winę za wszystko ponosi według nich samo społeczeństwo francuskie, które nietolerancyjnie nie pozwala godnie żyć mniejszościom etnicznym i religijnym.  Winę za wszystko ponosi zróżnicowanie w poziomie posiadania, a nie zupełne nie przegotowanie ludności napływowej do francuskiego systemu nauczania. Winę ponoszą biali, a wszyscy inni są tak nieszczęśliwi , że muszą aż zabijać dziennikarzy, policjantów i Żydów, żeby poczuć , że żyją. Oczywiście terroryści byli źli, ale to nie ich wina, że w takich smutnych dzielnicach wzrastali. Sam premier używa jakiś przedziwnych porównań Francji z rasistowskimi rządami RPA, miast uczciwie przyznać się do jednego, że rządzi krajem, gdzie jedni ludzie boją się drugich. Tylko, że ci przestraszeni byli tutaj wcześniej i to od zawsze!

Przypomina to trochę sytuację, kiedy złoczyńca zgwałcił, męczył i zabił ofiarę, a ktoś obok miast go osądzić, zastanawia się czy oprawca miał szczęśliwe dzieciństwo. No i co z tego, że nie miał? Ofiara nie jest przez to mniejszą ofiarą, a on mniejszym łotrem! Poza tym jeśli miał ojca sadystę, to każdego, innego nowo-zidentyfikowanego ojca sadystę, należy jak najszybciej ukarać i  pozbawić ojcostwa, a nie głaskać po głowie i mówić: - stary , to nie twoja wina, może nie bij syna, jakoś to będzie, a teraz masz bilet do kina.  

I w tym szeleszczącym marszu widziałam nadzieję, która już teraz ulatuje,  jak szum klaszczących rąk. Każda dyskusja na temat islamu uznawana zaczyna być znowu  jako islamofobia, każda dyskusja na temat gigantycznych różnic kulturowych, to rasizm, każda dyskusja na temat chronicznego lenistwa intelektualnego, to niesprawiedliwość, a kara za bezprawie, to nietolerancja.

Połamano ołówki, zabito wesołego błazna.

I nic, nic się nie zmieniło.

A miało być przecież inaczej...

piątek, 31 stycznia 2014
Murarz w spódnicy, baleciarz w mennicy

.

Francuski rząd ewidentnie nie daje sobie rady z ratowaniem Francji od nieuniknionej recesji. Bezrobocie rośnie, inwestycje maleją. Na miejsce 208 upadłych dużych fabryk, tylko 130 powstało nowych w 2013 roku . Każdego dnia słychać o nowym bankructwie i desperackiej działalności związkowców. Więzienie członków zarządu przez związkowców stało się sportem narodowym. Rekwirowanie maszyn, dewastacja biur... Robotnicy w panice sięgają po przemoc i bezprawie.

Tymczasem prezydent, miast zająć się reformowaniem podduszonego przez socjalizm kraju, jeździ na skuterku po Paryżu za jakąś nieznaną aktoreczką.  

Minister budżetu, niejaki Cahuzac,  okazał się oszustem podatkowym, który wyprowadzał do Szwajcarii pieniądze, żeby uniknąć podatków, do czego przyznał się publicznie. Ten sam Cahuzac jest ojcem pomysłu 75% opodatkowania wysokich dochodów i nagonki na bogatych Francuzów emigrujących z powodów fiskalnych. Nie przeszkadza to że były minister budżetu, z podanych przez Szwajcarów informacji,  jest również właścicielem konta w Singapurze. Jak wiadomo minimalna wartość takiego wolnego od podatków konta jest 10 milionów. Zupełnie godna suma, jak na twórcę socjalistycznej polityki fiskalnej.

Innym skarbem Francuzów jest minister sprawiedliwości Mme Taubira. Krytykowana za pobłażliwą politykę więzienną , okazała się nieudolną matką wielokrotnie ściganego przez policję syna, który uczestniczył w rozbojach i wielu kradzieżach. Wyraźna empatia pani minister do łobuzów drażni ofiary. Jednak patrząc na osiągnięcia wychowawcze pani minister nie należy się dziwić. Niegdyś wojowniczka o niepodległość Gujany, dziś już nie walczy z Republiką tylko ją zmienia. Jest autorką prawa do ślubów homoseksualnych. Obecnie pracuje nad nowym kodeksem, gdzie rodzice mają nosić miano rodzica A i B, bez uwzględnienia płci. Zupełnie otwarcie mówi się już o nowatorskiej idei wyższości związku socjalnego z dzieckiem, nad związkiem biologicznym z jego opiekunami. Pojęcie matki i ojca będzie musiało zniknąć. Bo nie da się mówić o dwóch ojcach czy dwóch matkach. Rodzicem A i B może być każdy kto wychowuje dziecko, a ten kto je stworzył straci wyłączność prawną.

Kolejnym rządowym kwiatem jest pani minister budownictwa, która nie ma zielonego pojęcia o budownictwie, ale za to należy do partii zielonych. Do jednych z jej twórczych pomysłów należy oficjalna propozycja przyznawania bezwarunkowego prawa pobytu, jak i ochrony socjalnej wszystkim uciekinierom z Afryki i Azji, co zadeklarowała publicznie na jednym z zebrań partii. Nie wiadomo jaki to ma związek z budownictwem, ale trzeba zachwycić się nad pomysłowością i talentem wyżej wymienionej. Można nawet powiedzieć że są budujące.

Mimo tych niewątpliwych zalet, politykę emigracyjną prowadzi minister spraw wewnętrznych. Francuz, ale dopiero od 18tego roku życia, bo wcześniej był Hiszpanem.  Wszyscy wiedzą, że ma poglądy prawicowe, ale ponieważ genetycznie obciążony jest katalońskim dziedzictwem, działa w rządzie lewicowym. Hiszpanie francuscy bardzo często są dziećmi emigrantów walczących z prawicowym dyktatorem Franco. Pierwszy policjant Republiki, od wielu miesięcy przekonuje Francuzów, że jest bezpiecznie w kraju, w którym co trzeci dzień ginie kobieta z rąk jej partnera, kradzieże wzrastają w sposób proporcjonalny do astronomicznych  podatków, a mafie regionalne zabijają kogoś na ulicy, średnio raz w tygodniu. Najbardziej popularny z rządu minister nie zrobił jeszcze niczego konkretnego, ale za to pogonił parę razy cygańskich złodziei. Właśnie tym zdobył sobie przychylność narodu. Po oburzeniu europejskich deputowanych przestał już ganiać Rumunów. Teraz pozwala im  budować slamsy na obwodnicach miast, na tyle daleko, żeby nie było ich widać, na tyle blisko, żeby mogli dalej żebrać i kraść. Jak każdy godny Europejczyk!

Inną gwiazdą rządu jest minister spraw zagranicznych, skompromitowany w przeszłości były premier Fabius. Jako zdeterminowany socjalista, wychował syna na rasowego kanciarza i hazardzistę. Trzydziestoletni "chłopak" publicznie przepuszcza po pół miliona euro w kasynach. Jednak nie płaci podatków bo oficjalnie nie ma dochodów, co nie przeszkadza mu kupować mieszkania za kolejne miliony euro w Paryżu. Nie wiadomo skąd na to ma. Wyraźnie wychowany jest w ideałach wszechobecnej we Francji moralności egalitaryzmu i sprawiedliwości społecznej.

Również minister zdrowia ma duże osiągnięcia rodzicielskie. Jej 22 letni syn kryminalista okradł, maltretował i więził starszą damę w Paryżu. Dzisiaj siedzi w więzieniu paryskim o nazwie "Więzienie Zdrowia". Trzeba przyznać że godnie reprezentuje maminy urząd.

Francuski minister finansów też budzi głębokie zaufanie. W wieku prawie sześćdziesięciu lat,  nie uzbierał żadnego majątku, ani nigdy nie założył rodziny. Ma natomiast trzydzieści lat młodszą partnerkę z którą spędza miło czas przepuszczając wszystkie oszczędności. Z pewnością rozumie problemy finansowe francuskich rodzin.

Szefem tych utalentowanych polityków jest premier, z wykształcenia germanista. Niedawno w Bundestagu przemawiał robiąc takie błędy , że Niemcy myśleli że to reinkarnacja legendarnego żandarma. Rządzi Francją równie dobrze, jak mówi po niemiecku. Zrobiło się mniej wesoło jak w Saint Tropez .

Jest jeszcze ktoś, wyjątkowo bliski memu sercu, minister do praw kobiet. Naturalizowana Arabka, córka wielodzietnej robotniczo-chłopskiej rodziny marokańskiej. Osoba, która nieoficjalnie, ma misję robienia społecznego zamętu, wprowadzając w życie Francuzów ideologię totalitarnej równości płci. Mimo że nie posiada żadnych kwalifikacji, jest autorką eksperymentalnego programu nauczania w przedszkolach i szkołach podstawowych. Ma on na celu, w oparciu o pewne elementy teorii rodzaju, przekonywać dzieci do tego, że ich płeć  w żaden sposób nie powinna wpływać na ich życie, a już zwłaszcza na wybór zawodu.  Pani minister , w pilotażowym  filmiku zamieszczonym na stronach rządowych, przekonuje małą, ośmioletnią uczennicę, że może w przyszłości stać się murarzem i nie powinna bać się takiego wyboru.

Zamysł programu edukacyjnego był może dobry, ale w praktyce wygląda to tak, że większość nauczycieli nie jest przygotowana merytorycznie i nie chce mówić małym dzieciom o seksualności, a zwłaszcza o homo czy biseksualności. Również przekonywanie małych dziewczynek do wybierania w przyszłości zawodów, które ewidentnie są szkodliwe dla zdrowia kobiet wydaje się czystą bzdurą. Bo jeśli nawet  opisana wyżej mała Francuzka, chciałby być murarzem, to kto będzie za nią nosił gigantyczne torby gipsu, piasku czy cegły, których obiektywnie nie będzie w stanie nosić? A jeśli nawet uda jej się jakimś cudem to robić, to kto będzie płacić na jej rentę, za zrujnowane przedwcześnie zdrowie?

Kobieta murarzem - cóż za osiągnięcie w równouprawnieniu płci! Ciekawe czemu pani Najat nie przekonuje dziewczynek że mogą kiedyś być prezydentem? Wtedy mogłyby bezkarnie jeździć po nocach na skuterze po Paryżu?

Jak wynika z ostatnich obserwacji  francuskiej federacji rodzicielskiej, do realizacji misji pani minister, używane są specjalnie opracowane podręczniki, lektury i filmy. Jedno z nich nosi tytuł " Tata nosi sukienkę". Tata pani minister z pewnością nie nosił w Maroku sukienki. Myślę że jako arabska dziewczynka z biednej rodziny naoglądała się wiele. Powszechnie znany jest styl życia niewykształconych Arabów, nawet tych którzy mieszkają na stałe w Europie. Kobiety nagminnie maltretowane, bite, podlegają rytuałom wycięcia łechtaczki i muszą bezwzględnie poddawać się patriarchalnemu szarijatowi. Pani minister jest już Francuską, ale jej emigracyjne korzenie i doświadczenie z tym związane mogły wpłynąć na  jej obsesyjną potrzebę zmiany świata.  W jej działaniu politycznym dąży do wygumkowania  różnić płciowych ze świadomości społeczeństwa. Jest bardzo prawdopodobne, że pani minister Najat Vallaud- Belkacem, zajęta prowadzeniem seksualnej wojny, nie zauważyła nawet , że Francuzki są od lat prawdziwie niezależnymi istotami, z dostępem do darmowej edukacji, opieki medycznej i socjalnej. Poza tym Francja jest w pełni laicka, wolna od jakiejkolwiek dogmy religijnej. Krucjata pani minister jest walką z jakimś wydumanym wrogiem z penisem albo zwykłym mieszaniem medialnym w głowie opinii publicznej. A wszystko po to żeby nie mówić o prawdziwych problemach Francji.

Urodziwa acz irytująca Najat, wyraźnie chce totalitarnego działania państwa i jego ingerowania w życie każdej francuskiej rodziny. Nowe prawo stanowiące o równości kobiet i mężczyzn, w bezsensowny sposób będzie zmuszało do korzystania z mało płatnego urlopu ojcowskiego. Nie skorzystanie z niego grozić będzie skróceniem automatycznym urlopu macierzyńskiego o sześć miesięcy!  W ten oto sposób ukarze się rodziny niższymi dochodami, albo pozbawi rodziny wyboru wychowywania dzieci, jednak ideał równości będzie osiągnięty!

Prawo Najat ma również ingerować w wymóg zatrudniania tej samej liczby kobiet i mężczyzn we wszystkich klubach sportowych. Rugbyści martwią się gdzie znaleźć kobietki, które zainteresują się tym, czym ewidentnie interesują się chłopy od zawsze. Nawet nie umiem sobie wyobrazić co będzie z bokserami. Podobnie w szkołach dziennikarski ma być wymagany równy procent kobiet i mężczyzn, zarówno wśród wykładowców jak i studentów. Problem w tym, że już więcej jest wśród tych ostatnich kobiet. Minister chyba się pomyliła. Bo jeśli ma być po równo, to co, trzeba wyrzucić nadwyżkę kobiecą z uczelni?

Tak czy inaczej, prawo Najat niesie w sobie całą masę innych niedorzecznych pomysłów.  Szkoda, bo wiele prawdy można znaleźć w poszukiwaniach naukowych gender. Szkoda również dlatego, że obudziło to poczucie niebezpiecznej amatorszczyzny rządu, składającego się z zakompleksionych , nieprzygotowanych do rządzenia ludzi, o bardzo wątpliwej moralności. Jedno jest pewne że nie da się wyciągnąć Francji z kryzysu zakładając murarzom spódnice. Bo co zrobią wtedy baletnice, zwłaszcza że baleciarze są u władzy?

.

piątek, 17 stycznia 2014
Och Franek!
Nikt, absolutnie nikt nie obiecywał , że życie w stanie małżeńskim jest łatwe. Pewnie dlatego obecny , francuski prezydent, nigdy nie zaryzykował takiego kroku. Mimo wieloletniego związku z Segolene Royale, jak i wspólnych czworo dzieci, François nie założył nigdy obrączki. Paryskie plotki szeptały kiedyś, o jego miłosnych przygodach z różnymi kobietami nawet wtedy, gdy żył w nieformalnym, ach publicznym związku, z matką jego progenitury. Przypisuje mu się nawet love story z obecną kandydatką na mera Paryża, Anne Hidalgo. Trzeba przyznać , że obie panie są ładne, inteligentne, a co najważniejsze - socjalistki. Niestety Segolene straciła cierpliwość do wesołego partnera i parę lat temu wyrzuciła go z własnego scenariusza. Ukoronował ją dużą parą rogów, z kolejną kochanką, a obecnie oficjalną towarzyszką Valerie Trierweiler. Obie kobiety zwalczały się publicznie, obdarowując przykrościami przez wiele , wiele miesięcy ku radości gawiedzi.

Hollande, acz bez zbędnych emocji, to chyba jednak z dumą, mógł podziwiać walkę dwóch znanych kobiet o jego względy. To z pewnością wspaniale zadziałało na jego męsko francuskie ego. Aż w końcu stał się prezydentem. Jak sam mówił, „normalnym” prezydentem”. Takim , który ciężko pracuje pro publico bono. Takim, który żyje skromnie, cicho i zupełnie inaczej, jak poprzedni, ekstrawagancki, kapitalistyczny Sarkozy. Hollande przyrzekł Francuzom, że będą żyli lepiej i sprawiedliwiej, dzięki socjalizmowi , jaki postanowił wprowadzić . Może uwierzyli, z pewnością chcieli zmian, no, to je mają.

Astronomiczne podatki, katastrofalną sytuację dogorywającego przemysłu ciężkiego, deficyt handlu zagranicznego, brak wzrostu gospodarczego, spadający poziom edukacji i galopujące bezrobocie. Jako prezydent „normalny”, Hollande, normalnie wprowadził w życie to, co socjalizm zawsze robi z ekonomią. I zrobiło się smutno, a przecież we Francji powinno być wesoło. Gołe kobietki w kabaretach, ostrygi, szampan, ciasta z koroną… Gdzie to się podziało?
Bardzo się zmartwiłam  , że tak to się ostatnio narobiło. Do tego, coraz więcej dyplomowanych, ale i zamożnych Francuzów ucieka do dalekich krajów. A z Lampeduzy przyjeżdża coraz więcej uciekinierów z Afryki, bez dyplomów, zawodu, bez znajomości europejskich języków, biednych, jak tylko można być biednym, za to  z dużym bagażem strachu i potrzeb. Do tego rumuńscy Cyganie biegają po metrach wielkich miast i okradają turystów, tworząc niemiły klimat. Ci turyści przyjeżdżają z Chin i Japonii, i dziwią się bardzo, że francuskie dzieci zabierają im pieniądze , jakie przeznaczyli na drogie prezenty.  We francuskich sklepach dobrobyt kusi, a nabyty luksus jest synonimem udanych wakacji we Francji. Niestety, coraz większe zagrożenie na ulicach skłania Azjatów do wybierania Londynu. Paryż, po raz pierwszy, przegrywa ze stolicą brytyjską w turystycznej atrakcyjności.

Jednak, mimo tych smutnych wieści, i tak twierdzę , że  Francuzi mają dobrego prezydenta. Od tygodnia, François zgotował swoim rodakom pełno nowych niespodzianek Do pierwszej, należy jego nowy stan miłosny, prezydenta „normalnego”.  Hollande, jak każdy francuski „monarcha” , ma jak się okazuje kochankę. Odkryli to wredni paparazzi, a może ktoś im pomógł? Sądząc po rekordowo niskich sondażach Hollanda, musi mieć  dużo „przyjaciół” chętnych do pomocy i dobrych uczynków.

Ku radości wielu Francuzów , ich dzielny prezydent, normalnie, na skuterku, odwiedzał pod osłoną nocy, swoją nową kochankę. Jego aktualna , oficjalna partnerka, nic o tym nie wiedziała. Pierwsza faworyta prezydenta, została z dnia na dzień zdetronizowana przez nową, młodszą aktoreczkę. Biedna Valerie, w ewidentnym szoku, od sześciu dni, walczy w szpitalu z pożerającą ją zazdrością i żalem, pod okiem profesjonalistów. Znana z ostrego języka i niesympatycznego charakteru, nie wzbudziła wiele współczucia, ale raczej, uszczypliwe żarty rodaków.
Prezydent publicznie broni prywatności.  Jako „normalny” prezydent, nie pozwala sobie na wynurzenia i emocjonalny ekshibicjonizm. Złapany na gorącym uczynku, aplikuje swoją starą strategię strusia. W końcu, pozwoliła mu przez dwa lata beznadziejnej prezydentury, przetrwać bez dramatów i rewolucji. Wredni dziennikarze nie pozwolą mu jednak tak szybko uciec od męskiej odpowiedzialności. Takie pościelowe historie wspaniale się sprzedają. Toż to rewelacyjna pożywka dla ludu. Zwłaszcza smutnego, zmęczonego złymi wiadomościami ludu. Mimo, iż każdy we Francji oficjalnie przyznaje , że życie miłosne prezydenta, to jego prywatna sprawa, to jednak przyjemnie o tym rozprawia, ba , nawet się pasjonuje. A to, daje wspaniały zarobek mediom. Poza tym , czy aby na pewno jest to sprawa prywatna?
Do tej pory „normalny” prezydent , mimo protestów wielu rodaków, przeforsował nowe prawo o ślubach dla wszystkich. Bardzo zadbał o to, żeby każdy Francuz, hetero, homo, czy bi, mógł wejść w związek małżeński. Sam jednak nigdy ślubu nie wziął. Jako „normalny” prezydent narzucił narodowi opłacanie specjalnego biura w Pałacu Elizejskim, jak i oficjalnych podróży, ochrony osobistej jego faworycie, Madame  Trierweiler. Mimo, iż kobieta ta, nie jest w żaden prawny sposób związana z Hollandem ani jego stanowiskiem, Francuzi od dwóch lat płacą na jej funkcjonowanie u boku prezydenta. Dziś dowiedzieli się, że to farsa. Biedna faworyta nie jest faworytą, ale medialną wydmuszką. Król kocha inną. Jedyny, seksualny związek przyjaciółki z rządzącym, okazał się komedią. Nie wiem kogo bardziej oszukał. Ją czy podatnika, który płaci na te miłosne fanaberie . A może oboje?
No i kto teraz będzie pierwszą, a kto drugą damą? A może obie? A może żadna? Bo dwóch biur pierwszych prawie-dam w Pałacu, to już chyba Francuzi nie zaakceptują. A może się mylę?

Jednak dzięki tej dość żałosnej historii, zrobiło się znowu francusko. Mniej socjalistycznie smutno.Wodewil trwa i trwać będzie długo. Znając cięty temperament pierwszej prawie damy, nie odpuści tak szybko, media, też nie. W końcu libertynizm, to towar eksportowy Francji od wieków! Francuzi niczym nie wzbudzają takich emocji zagranicą , jak ich podejściem do szeroko pojętej miłości.
Mimo ostatnich perypetii, Hollande, jako „normalny” prezydent postanowił , ku zdziwieniu wszystkich zająć się poważnymi sprawami. Najpierw rozerwał trochę rodaków na wesoło, a teraz, postanowił wprowadzić nowe reformy. Ostatnio, zauważył nawet, że socjalizm właśnie doprowadza do śmierci gospodarkę ojczyzny, a podatki, mimo , że sięgają alpejskich szczytów, nie wypełniają kas socjalistycznego głodomora, jakim stała się Francja. Dlatego , dzielny François, ruszył na ratunek i ogłosił, że już nie jest socjalistą, tylko socjalistycznym demokratą!  Co za polityczna dojrzałość i determinacja! To moment niewątpliwie przełomowy w historii Europy, ba nawet ludzkości. Od teraz, już będzie zupełnie inaczej, lepiej i wszystko się ułoży jak dawniej .
Oby tylko udało mu się wygrać z Goliatem, na tym rozklekotanym skuterku….
czwartek, 07 listopada 2013
Jak dobrze być kobietą!

Jak dobrze być kobietą! Wzdycham przekonując się o wspaniałości własnego losu. Jak wspaniale móc dawać życie. Chodzić w ciąży, rodzić dzieci i jeszcze je karmić własnym mlekiem i miłością. Wspaniale jest być tą, która może powiększać rodzinę własnym ciałem. A nawet, jeśli nie może, to i tak jest wspaniale, bo masz instynkt macierzyński, który pozwala Ci na szczęśliwą adopcję. Poza tym wspaniale jest być kobietą, bo możesz się upiększać i wszyscy z zachwytem, ocenią żeś zadbana, a nie taka z pogranicza normalności. Możesz chodzić w bardzo wygodnych butach, na wysokich obcasach, albo kobieco walczyć z najmniejszą zmarszczką na twarzy. Albowiem kobieta pięknieje z wiekiem dużo piękniej niż mężczyźni. Biedni  już tak nie mogą, kobieco się upiększać bez wrednych uwag.
 
Możesz również, tylko jako kobieta, udowodnić, że seksowność, powab, mogą iść w parze z inteligencją, wykształceniem i najważniejsze - pracowitością. Ach pracowitość , to już jest w ogóle wspaniała, jak jesteś kobietą. Pracujesz w domu, pracujesz poza domem, udowadniasz światu, że potrafisz wszystko łączyć, składać wszystkie obowiązki jak puzzle w jedną całość. 
A jeszcze, jako kobieta, szczęśliwie kobieca, masz możliwość zadbać o Ego partnera.... Ach wtedy, chyba najwspanialej jest być kobietą. Flirtujesz z losem, wibrujesz z garnkami, bo obiad przy jednym stole jest głównym spoiwem rodziny, tulisz codzienność zadbanymi dłońmi i nie posiadasz się z satysfakcji , że tak ci to świetnie wychodzi. 
W tym wszystkim śledzisz informacje, czytasz gazety, książki, zastanawiasz się czemu kurs dolara, a czemu Euro.... Buntujesz się na  ofiary Baszszar al-Asada, wnerwiasz , że Europa klapnęła grubą pupą o ziemię, miast dbać o przyszłość naszych dzieci. Z kobiecą energią nie rozumiesz, czemu grupa szaleńców, przez trzy lata "zrzuca" ten sam samolot w Smoleńsku, miast godnie pogodzić się z faktem,że on już się nie podniesie.
W pracy też kobieco cieszysz się z kobiecości, bo najczęściej masz męskiego szefa, a jeśli to kobieca szefowa, to jest jeszcze bardziej cudownie. Jeżeli, jakimś cudem ty jesteś szefową, to musisz udowadniać wszystkim ,że męsko rozwiązujesz problemy. Kobiecy współpracownicy kobieco cię obgadują, a o męskich, musisz ciągle dbać, żeby nie czuli się męsko pokrzywdzeni.
Jesteś kobieco aktywna w słuchaniu i czytaniu mądrych ludzi, ale niestety, nikt twoich opini nie słucha, więc czujesz się dalej kobieco i udajesz, że to tylko przejściowa głusza. Politykujesz podczas prasowania kilometrów ubrań, albo słuchasz wtedy głośno Bacha. Chcesz bowiem uspokoić bunt kobiecej duszy, przed tą najgłupszą z głupich czynności, jaką jest gładzenie materiału, w celu usunięcia jego fałd. 
Codziennie sprawdzasz zeszyty i tłumaczysz dorastającym dzieciom, dlaczego Picasso  wielkim malarzem był. Przy kolacji musisz jeszcze im wytłumaczyć, żeby uważali na pedofilów w internecie, że jest ich wielu, bo taka jest moda, i że nie powinno się trzymać łokci na stole. W między czasie upewniasz się, czy pralka już skończyła kręcić kolejne pranie, i zerkasz na komputer, bo nowoczesna kobieta, kobieca jest również na facebooku czy tweeterze.  
A potem, jak już cała, najedzona rodzina idzie spać, lub zasiada przed telewizją, ty nareszcie, w spokoju możesz posprzątać kuchnię, by następnego dnia, z satysfakcją, wypić kawę przy porannych nowościach. 

Ach jak wspaniale kobieco jest, gdy wieczorem, zmęczony swoim męskim dniem mąż, zasypia przed idiotycznym programem, wtedy gdy ty, chciałabyś, choć przez chwilę czuć się prawdziwie kobieco. Albo,  jak męża nie ma, bo w delegację wyjechał i musi spędzać, strasznie mozolne kolacje w restauracjach... wtedy czujesz się najbardziej kobieco pod słońcem!  A właściwie , to pod lampą, sama w fotelu z twoją kobiecą książką.  

Dlatego właśnie, z tych wszystkich kobiecych powodów, cieszę się, że mam synów, a nie córki. Niestety nie będą mogli, jak kobiety cieszyć się z ich kobiecości. Jednak, co nie jest do zbagatelizowania, będą mogli męsko, przeżyć własne życie. A ja nareszcie , z kobiecą satysfakcją będę mogła odpocząć.
niedziela, 03 listopada 2013
Historia czerwonej czapeczki

Bretania, to północno zachodni region Francji. Od wieków, żyją tam ludzie z rybołówstwa, hodowli zwierząt i rolnictwa. Kultywują własny język, tworzą architekturę dostosowaną do deszczowego klimatu. Charakteryzują się niespotykaną w innych częściach Francji, odpornością na wszelakie trudny życia. 

Stoły bretońskie znane są z owoców morza i naleśników, przygotowywanych na słono i słodko. Co do fasolki po bretońsku, to chyba bardziej jest to polski mit, niż bretońska rzeczywistość. 
W Bretanii częstowano mnie zawsze ostrygami, cydrem i naleśnikami, do wyrabiania których, dodawano nawet silnego calvadosu. Zarówno cydr, jak i calvados są alkoholami wyrabianymi z jabłek. Cydr - bardziej słodki, lekko gazowany, wspaniale orzeźwia cierpkim smakiem. Calvados - bardzo mocny, niemalże jak wódka, czy brandy, wyrabiany w sąsiedzkiej Normandii, dodawany jest do bretońskich potraw. 

Kiedyś, pod wpływem Remarque'a, chcąc poczuć się jak Joanna Madou, spróbowałam calvadosu, podczas kolacji w jednej z restauracyjek Dzielnicy Łacińskiej. Mój Ravic, stał się wkrótce potem, moim holenderskim mężem. A gorzki smak calvadosu, w niewytłumaczony sposób naznaczył ten związek nieodwracalnym fiaskiem. Tak czy inaczej, w literaturze , czy w życiu, calvados przemienił miłość w nieszczęśliwy koniec. Za co, naturalnie nie ponoszą odpowiedzialności ani Bretania, Normandia, ani jej mieszkańcy. 

Mój pobyt w tym regionie był krótki, a mimo to, pozostawił jak najlepsze wspomnienia. Bretończycy,to ludzie pełni humoru i optymizmu, mimo ciągłych wiatrów, ulew i wilgoci. Zielone krajobrazy, kamienne, bielone domy i ich błękitne okiennice harmonijnie tworzą symfonię spokoju, u wybrzeży groźnego oceanu. 

Może właśnie ten kontrast sprawił, że mieszkańcy Bretanii nie są pokornymi obywatelami. Od wieków buntowali się przeciw hegemonii paryskiej korony. Pod koniec XVII wieku stanęli nawet w opozycji do Króla Słońce i polityki fiskalnej jego ministra, Colberta. Ludwik XIV potrzebował niezliczonych środków na rozbudowę pałacu, utrzymanie wystawnego dworu i zwłaszcza na finansowanie ciągłych wojen. Wszystko to tworzyło sławę najpotężniejszego władcy Europy. Aż do czasu, gdy podatki narzucone na Francuzów, dla opłacenia kolejnego konfliktu z Holandią, wzbudziły zdecydowany protest Bretończyków. 

Fronda bretońska była wyjątkowym aktem brawury w państwie, gdzie totalitarna władza, skupiona była w rękach jednego, największego w historii Francji monarchy. Ruch bretoński nazwano Buntem czerwonych czapek , od nakryć głowy uczestników rewolty. Nie powinno się ich w żadnym razie mylić z czapkami frygijskimi. Choć i jedno, i drugie, czerwono rozpala głowy buntowników. O ile frygijska czapka stała się symbolem rewolucyjnej walki o równość społeczną i wolność wszystkich Francuzów. O tyle bretońska, jest raczej symbolem buntu anty fiskalnego. Absolutna premiera w królestwie francuskim. Bretończycy nie chcieli pozwolić królowi na kolejne podatki, na okradanie ich majątków na cele kolejnej , bezsensownej wojny. I to wojny przeciwko Holandii, której flota blokowała handel morski, z jakiego żyła cała Bretania.

Był rok 1675. Był król, był minister Colbert, podatki i złość Francuzów. 
Dziś jest rok 2013. U władzy stoi nie król, a prezydent. Pierwszy minister, to z pewnością  nie błyskotliwy Colbert. Jednak podobnie jak ten ostatni, narzuca na swoich rodaków niezliczone podatki, na realizację pomysłów Hollanda. Zbieżność nazw, zbieżność sytuacji. I ta historia , która ciągle się powtarza... 

Od paru dni, francuscy mieszkańcy Bretanii znowu założyli czerwone czapeczki. Nawet szybka rezygnacja z ostatnich podatków nie uspokoiła ich złości. Odważnie domagają się abdykacji "króla", który jest ewidentnie goły. Odważnie wytykają paryskim ministrom ich nieudolność, żeby nie powiedzieć głupotę.  Blokują drogi, manifestują, walczą z policją wysłaną przeciwko nim. Rolnicy, właściciele firm, sklepikarze, rybacy, nawet regionalni politycy, zarówno lewicowi, jak i prawicowi! Wszyscy, cały region manifestuje przeciwko polityce Hollanda i jego ministrów. Nie organizują ani strajków , ani popularnych we Francji ugrupowań. Po prostu stoją na ulicach bretońskich miast ze sztandarami, domagając krzykiem odejścia obecnego prezydenta. Nie chcą więcej płacić podatków, tak jak kiedyś, ich przodkowie, odmówili Ludwikowi XIV , finansowania jego wojen.

Coraz częściej słyszę szept wśród niezadowolonych Francuzów w całej Francji: wszyscy jesteśmy Bretończykami. Czerwone czapeczki sprzedają się podobno w setkach, mimo ciepłej aury, jaka panuje od tygodni. I wcale nie można powiedzieć, że ta rozgrzana do białości jesień, to ocieplenie klimatyczne. 

Bretońska sałatka może okazać się bardzo ciężko strawna dla niechcianego prezydenta.
Czekam, co będzie dalej i smażę naleśniki z calvadosem, po cichu myśląc, że uwielbiam krasnale. 
poniedziałek, 17 września 2012
Francja made in China.
.
.
Podobno ludzie bogaci i ci, którym się wiedzie bardzo dobrze, są bardziej od innych nieszczęśliwi . Według specjalistów cytowanych przez pana w radiu francuskim, powodem owego paradoksu jest stres. Otóż uprzywilejowani są ponoć bardzo zestresowani. Nieszczęśliwi szczęśliwcy martwią się, że ich dobre życie się popsuje jak chińska zabawka. Czyli ich "urodzaj" życiowy jest mało trwałym stanem. Co za okropność! Wszystko ci się układa dobrze. Masz zdrowie, rodzinę, urodę , dobrobyt i nic. Nie możesz się cieszyć, bo się martwisz! Co za fatalna sprawa.


Podobno, szczęśliwi tak bardzo się niepokoją, że blokuje im się dobre samopoczucie. Przysłowiowa fajtłapa, ciapa, zezowate szczęście, szary nieudacznik, może mieć wyższy poziom zadowolenia , od kogoś udanego z pierwszych stron gazet! Co za pech!

Na szczęście Francja ma nareszcie nowego prezydenta i wspaniały, mądry, nowy rząd. Obiecują, że teraz naprawią wszystko i będzie sprawiedliwie. Teraz bogaci, będą musieli się podzielić z biednymi. A jak już się podzielą, to będą pewnie mniej bogatsi, a biedni poczują się bardziej dofinansowani. Tak, jak powinno być zawsze i co miała już zapewnić Rewolucja Francuska.  Podzielą się Francuzi wszystkim obywatelsko i będzie po równo, albo będzie... że zacytuję w myślach wielkiego Cambronne'a.


A i tak sądzę, że im się to nie uda. Wrednie nie wierzę w te brednie, bo Francuz jest egoistą, jak każdy inny człowiek i nie lubi oddawać drugiemu co ma. Przez 200 lat się nie udało, to i teraz się nie uda. No i Bogu dzięki, bo jeżeli to zestresowane szczęście bogatych Francuzów, przytrafiłoby się biednym, to dopiero stanie się źle.

Ci, co do tej pory mieli problemy, staliby się zamożniejsi, a bogaci biedniejsi. Ponieważ jest kryzys, to i tak, nie uda się wzbogacić tych pierwszych na tyle, żeby byli bogaci. Ale mieliby choć trochę lepiej... No i mogliby się zacząć martwić, że to się popsuje. Jak w tym reportażu, co dzisiaj słyszałam. Błędne koło. 


Mimo moich wątpliwości, szykują się podwyżki podatków. Będzie mniej wesoło przez 5 lat. Francuzi kręcą nosami i coraz mniej kochają nowego prezydenta. Socjaliści wydali już dużo pieniędzy na pomoc dla dzieci, które poszły do szkoły. Tylko takich dzieci, których rodzice zasłużyli sobie niezamożnością. Moje dzieci nie muszą dostawać od państwa, bo dostają ode mnie. Za co ja, głupi rodzic, będę ukarana i zapłacę z pewnością więcej podatków.
A przecież bogactwo, to rzecz względna. We Francji dla średnio zamożnych robi się coraz mniej wygodnie. Socjaliści jak zwykle rozrzutnie  pustoszą kasy państwa i obiecują , że wydadzą jeszcze więcej nieswoich pieniędzy. Paru znanym właścicielom małych firm, ręce opadły i z pewnością zamkną biznes, bo nie dają rady dalej ciągnąć, przy zapowiadanych obciążeniach socjalnych.
Natomiast paru znanych mi nierobów, zaciera ręce, bo im, jak zwykle nic nie grozi.

Za to biedni rodzice, jak co rok we wrześniu, kupią sobie nareszcie duże telewizory w ramach wyprawki szkolnej własnych dzieci. Może nawet kupią takie wielkie z ekranami w 3D? Podobno te, sprzedają się najlepiej zaraz po wypłacie pierwszej szkolnej zapomogi. Będą mogli oglądać nowy rząd, jak kiedyś ja oglądałam filmy w rosyjskim kinie Oka. Chciałam je złapać, bo mi latały koło nosa. Takie niewinne , kolorowe motylki. A teraz oni, będą mogli udawać, że przytulają się do Hollanda za jego społeczną troskliwość. Ach jak mądry jest francuski naród i najjaśniejszy z jasnych pan prezydent.

Wszyscy będziemy we Francji szczęśliwsi. Najbogatsi , nareszcie nie będą musieli się martwić, że im się popsuje szczęście. Po prostu wyjadą do Szwajcarii, albo Belgii i głęboko w poważaniu będę mieli francuską ojczyznę. Średnio biedni ( średniozamożnych już nie będzie) nie będą się martwić, że wzbogacą się,  bo i tak, już im się to nie uda. A najbiedniejsi , będą mogli oglądać telewizję za szkolne pieniądze. Już nikt nie będzie chodzić do pracy, ani szkoły, bo i po co? Przecież i tak, nie będzie sensu się uczyć. Wszystko będzie w przyszłości państwowe, bo żadna francuska firma się nie ostanie. Nikt nikomu nie będzie zazdrościł. Poziom szczęścia Francuzów osiągnie zenitu i już, nie nawali jak chińska zabawka. Równości stanie się za dość. Będzie pięknie.  W końcu to nie przypadek, że symbolem Francji jest kogut. Jak sami Francuzi przyznają, jedyny ptak, który z nogami w gównie nadal śpiewa!

A tuż za miedzą... dobrzy sąsiedzi, pracowici Niemcy. Oni nie są made in China. Nie popsują się z pewnością. Bez wątpienia chętnie zapłacą za wszystko, bo przecież jesteśmy wszyscy równymi Europejczykami.
N'est ce pas?
poniedziałek, 05 marca 2012
Polityka żab
Francuska demokracja daje mi się we znaki. Za dwa miesiące ma tutaj rządzić nowy prezydent. Dylemat lewicowo-prawicowy wstrząsa narodem. Media młócą do bólu wypowiedzi kandydatów.

5 lat temu bardzo się w to zaangażowałam emocjonalnie. Sarkozy kazał wtedy wierzyć, że zmieni Francję. Wydawało mi się, że nareszcie, do władzy doszedł ktoś, kto mówi normalnie o bolączkach społeczeństwa i kto, bez pardonu, rozprawi się z socjalistyczną mentalnością Francuzów. Cieszyłam się, że to, co mi tak bardzo przeszkadza w codzienności francuskiej, odejdzie w przeszłość. Pomyliłam się. Mój mąż lepiej zna swój kraj. W końcu też Francuz choć, co nieczęste tutaj, o liberalnych poglądach, więc wątpił w mój entuzjazm. Tłumaczył mi, "nie uda się, bo Nicolas jest dzieckiem spokojnego Neuilly, nie będzie wprowadzał rewolucji i chce być wybrany jeszcze raz, więc nie złamie ducha socjalizmu ". Niestety miał rację. 5 lat minęło, a lewacka Francja dalej jest, gdzie była. Można tylko pogratulować obecnemu prezydentowi , że nie udało mu się popsuć bardziej tego i tak zardzewiałego systemu.

Dziś, obok Sarkoziego - nie lewicowego nie liberała, na scenie wyborczej Republiki liczą się Francois Hollande - lewicowy burżuj politruk, Marine Le Pen - "prawdziwa" Francuzka, o poglądach prawicowych z socjalistycznymi ciągotami, Melenchon - komuch i uparty Bayrou - ni z lewa , ni z prawa, zdrowy , chłopski filozof.

W takiej sytuacji, mogę sobie pogratulować własnego, obywatelskiego, wyboru. W przeciwieństwie do wielu moich polskich rodaków,nigdy nie naturalizuję się i nie będę Francuzką. Nie mam zatem problemu i nie muszę głosować na żadnego z obecnych polityków. Patrząc "zimnym", liberalnym okiem, pośród wszystkich kandydatów nie ma ani jednego, który chce zbudzić Francję z socjalistycznego, leniwego snu.

5 lat temu uwierzyłam Sarkoziemu. Myślałam, że przy jego energii, możliwa jest zmiana. Wraz ze mną uwierzyło wielu Francuzów. Nie wiem, jak wielu było przekonanych o potrzebie "desocjalizmu". Jednak, wszyscy chcieli zdecydowanych kroków. Sarkozy zawiódł. Pewnie dlatego dzisiaj, nie budzi już entuzjazmu. Mimo wielu reform, nie był prezydentem, który, jak angielska Żelazna Dama, zmienił tok historii własnego kraju. Nie potrafił nawet sprawować tej funkcji ze znaną z poprzednich prezydentur dystynkcją. Może jego prywatny rozwodowy dramat, a może kryzys ogólnoświatowy, a może zwykły brak determinacji i odwagi, sprawiły , że Sarkozy nie doprowadził do załamania się socjalizmu we Francji. Jedynie panował nad tym, żeby system nie doprowadził do wyniszczenia kraju. Zresztą, fiasko nie jest takie proste, bo genialna infrastruktura, niezależność energetyczna i prywatne bogactwo obywateli, jak i wielkość państwa, chronią go nadal od greckiej katastrofy. 

Tak czy inaczej głosowanie na Sarkoziego po raz drugi, zapewniłoby utrzymanie względnej egzystencji Francji, w jako takim bezruchu. Takie rozwiązanie wydaje się najmniejszym złem. Dla Europy natomiast, jest to wybór najbardziej bezpieczny i korzystny.

Na drugim, ideologicznie biegunie, stoi Hollande - to najgorsza opcja, typowo lewicowa. Moim zdaniem zwykły politruk, który nie zaryzykował politycznie ani razu. Należy do elit paryskich socjalistów, tych, co to dają lekcje moralności wszystkim i mówią o biedzie przy szampanie. Nie był nigdy ministrem, a jako szef partii socjalistycznej nie proponował nic, poza krytyką prawicy. Ani talent polityczny, ani oratorski. Od wielu tygodni usilnie imituje Mitteranda. Program oparł głównie na wydawaniu pieniędzy państwowych i sprzecznych propozycji. Zresztą, cóż może zaproponować socjalista, poza utopią?

Francuz, w pełni tego słowa znaczeniu. Gaduła, żartowniś, lubi dobrze pojeść, popić i poświntuszyć. Totalnie zamknięty na świat poza Francją i arogant do bólu. Pojawienie się go na scenie polityki europejskiej z pewnością wywoła kontrowersje,jak i już widoczną niechęć krajów decydujących o losach kontynentu. Hollande drażni dwulicowością. To taki typ nowobogackiego, paryskiego burżuja, który nie chce mieć nic wspólnego z Arabami, ale się nimi oficjalnie otacza, dla zdobycia elektoratu. Podlizuje się związkowcom, ale przyjaźni z milionerami. Wmawia biednym, że powinni być bogaci, zabierając bogatszym. Czyli typowy, francusko socjalistyczny bełkot, w imię dwusetletniej ideologii równości i braterstwa. Coś, co osobiście może tylko śmieszyć w kraju, gdzie grupy społecznie, jak bogate mieszczaństwo, urzędnicy państwowi, robotnicy, rolnicy, bezrobotni i  wyginający rzemieślnicy, prywatni przedsiębiorcy, jak i post kolonijni emigranci, nie znajdują w ogóle wspólnego języka.

Hollande - prezydent, nie doprowadzi do ruiny Francji, ale ją ośmieszy i poddusi finansowo pracujących, jeszcze uczciwie ludzi. Kłamczuch, da dużo satysfakcji leniom, ale i budżetowym syndykalistom. Ma dużą szansę na wygraną, bo Francuzi myślą lewicowo, lubią farbowane lisy, lubią slogany o sprawiedliwości, a nieuczciwość polityczną, jak i moralną, nigdy nie uznawali za dyskwalifikującą wadę. Na samą myśl o tym dostaję gęsiej skórki. Nie da się chyba rządzić Francją kawałami?

Innym moim "ulubieńcem" jest Melenchon. Komuch, jakich tu mało, ale jeszcze są. Drepcze w cieniu socjalistycznego Francois. Nie liczy się politycznie, ale czerwieni ostro poziom dyskusji. Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku, w nowoczesnym kraju, są ludzie o marksistowskich poglądach, żywcem wyrwanych z XIX wieku. A może, to wcale nie jest taki nowoczesny kraj? No cóż , Francuzi to naród histo(e)ryczny, więc kultywują takie komunistyczne kwiatki.

I po raz kolejny - Bayrou. Wzbudza we mnie sympatię i zaufanie. Taki miły Francuz, co to lubi być Francuzem, przywiązanym do własnej ziemi. Panu Bogu da świeczkę, a i dla rogatego coś się znajdzie. Myślę,że byłby dobrym prezydentem. Spokojny ojciec dużej rodziny. Sumiennie chodziłby do pracy, pogadał z każdym, posłuchał. Kulturalny, uczciwy facet. Cierpliwie przekonywałby, że nie da się tylko jeździć na wakacje, i że trzeba normalnie pracować i oddać w końcu zaciągnięte długi. Może nie ma w sobie talentu do rozwalania socjalnego gmaszyska ale, tak cegła, po cegle, może by zmusił Francuzów do roboty? Niestety, zbyt wyważony, za mało rozkrzyczany i zbyt mało paryski. Porusza niewygodne tematy . Nie wygra. Małe ma poparcie wśród elit.

I wreszcie Marine Le Pen. Prawdziwa córka, swego, prawdziwie francuskiego ojca. Jedyna , która ma odwagę mówić o wszystkich chorobach aktualnej Francji. Do tego, pozbyła się negacjonizmu historycznego, jaki charakteryzował niepoprawnego tatusia. Prawniczka , młoda i charyzmatyczna. Inteligentna blondynka, jak mówią niektórzy z przekąsem. Sprytnie wyleczyła się z natrętnego rasizmu swego ojca. Denerwuje coraz bardziej lewicującą dialektyką. Ale myślę, że nie ma wyboru, jeśli chce wygrać, musi sięgnąć po elektorat robotniczy.

Minusem Marine jest niewątpliwie jej nacjonalistyczny rodowód i dość radykalny pogląd na politykę zagraniczną Francji. Może sobie na to pozwolić, albowiem wie, że chyba nie ma szans na wygraną. Od niedawna, przedstawia interesujące rozwiązania ekonomiczne i logiczne propozycje wyjścia z gospodarczego impasu. Jest jedyną Francuzką , która odważnie krytykuje rozbuchany system pomocy socjalnej, chore podejście do macierzyństwa a la francaise i ewidentne fiasko francuskiej edukacji.

Jedyna, która otwarcie mówi o tym, co wielu Francuzów szepcze w domowym zaciszu. Bez ogródek przeciwstawia się islamizacji przedmieść i coraz większym przywilejom dawanym muzułmanom, wbrew laickim tradycjom Republiki. Jedyna, domaga się ochrony europejskiego rynku przed hegemonią azjatyckich produktów. I jako absolutnie jednostkowy polityk, krytykuje biurokrację europejską, która blokuje sprawne działanie Unii.

Niestety, Marine nie ma zaplecza politycznego. Zbyt mało w niej profesjonalizmu. Nie jest dogłębnie przygotowana i merytorycznie musi pogłębiać wiedzę na temat ekonomi, funkcjonowania Francji. Nie ma wokół niej ludzi, którzy potrafiliby rządzić Republiką. Zbyt mało specjalistów, zbyt dużo tępych ksenofobów i ludzi starej generacji. Nie uniosłaby ciężaru prezydentury. Zbyt młodym jest politykiem bez międzynarodowej sympatii, i potrzebnego doświadczenia. Zbyt bardzo budzi lęk po swoim ojcu. Jedno jest pewne, jako jedyna, zdaje się wyrażać prawdę, bez politycznie poprawnych sloganów.

Nie byłam nigdy fanką jej rodzimej partii. Jednak wypowiedzi Marine, obraz Francji, jaką definiuje i jak chciałaby ją zmienić, często odzwierciedla moją i bardzo wielu Francuzów, opinię. Jest najbardziej odważnym kandydatem .

Reszta to peleton i istnieje przez mgłę. Zieloni, wybrali sobie na czelę panią Joly. Kuriozum polityczne o podwójnym obywatelstwie. Norweżko-francuzka, o poglądach kosmicznych. Francuzi są może socjalistycznie skrzywieni, to jednak nie samobójcy, więc ta pani Joly , nie będzie zagrożeniem, ani dla Hollande'a, ani dla Sarkoziego.

Wszystko zapowiada się na pojedynek tych dwóch. A zatem ja idę na polityczne wagary. Przysłuchuję się coraz mniej, i z coraz mniejszą nadzieją patrzę w przyszłość. Podobnie jak kiedyś, gdy doszedł do władzy Miller, a potem zaczęła się lepperiada. Wraz z pisowskimi rządami w ogóle przestałam myśleć o polskiej polityce. Taka banicja poglądowa. Ale, z wygraną Tuska, odzyskałam wiarę w rozum. Choć i tak, nie wszyscy z paczki mnie przekonują.

Rodzimy Donald jest politykiem, jakich lubię, choć też, czasami, zbyt bardzo przypomina mi ostrożnością Nicolasa. Ten ostatni, z powodu braku determinacji w reformowaniu kraju, może dziś przegrać wybory, a wtedy zbiorą się czarne chmury nad Francją. I będę jeździć na krótsze wakacje i kupować mniej butów.
 
Na razie, wokół francuskich stacji benzynowych, przy Leclercu, ludzie stoją w wielkich kolejkach. Tam podobno taniej dają, bo ktoś wpadł na pomysł zablokowania cen paliw mimo galopujących cen za baryłkę. Mamy 2012 rok, a Francuzi tworzą ogonki i się cieszą, że tak im się uda lepiej żyć. Peerelu czyś dotarł i tu? Aż strach się bać.
........................................................................................

ps.Wczoraj wieczorem, tj 6 marca, Nicolas Sarkozy brał udział , jako główny bohater, w telewizyjnym programie "Słowa i czyny". I muszę przyznać, że jestem pełna podziwu. Ten człowiek posiada niesłychaną zdolność do przekonywania, do własnych poglądów. W skali 1 do 10 daję mu 11! Cóż za znajomość tematu, jak wspaniałe przygotowanie merytoryczne, cóż za energia, uczciwość wypowiedzi! Wciąż zbyt mało liberalizmu, ale Francja już tak ma. Natomiast, niewątpliwie, jest to człowiek o niezwykłym talencie politycznym. Brawo.
Sarkozy nabrał ogłady, otwarcie przyznał się do popełnionych błędów, nareszcie skrytykował to obsesyjne, u Francuzów, a zwłaszcza u francuskich dziennikarzy, napiętnowanie ludzi zamożnych. Okazał się politykiem po raz kolejny, pełnym humanizmu i głębokiej wrażliwości. Bardzo konkretnie przedstawił plan leczenia francuskiej gospodarki. Zaproponował bardzo sprawiedliwe reformy . Nie wpadając w lepenowską nutę, umiał dać konkretne propozycje, by kontrolować  emigrację. Okazał bardzo
ludzkie podejście do tego problemu .

W pojedynku z byłym premierem, socjalistycznym Fabiusem, nie zawahał się ani chwili, ocenić krytycznie prezydenturę, lewicowego guru Mitteranda. Wytknąć słabość Hollanda i dwulicowość całej partii socjalistycznej.

Jedynym minusem prezydenta wydał mi się jego upór w utrzymywaniu socjalnego charakteru państwa. Jednak większość Francuzów chce właśnie takiej Francji, więc cóż mi do tego. Jeśli nie chcę żyć jak oni, powinnam stąd wyjechać.

 Sarkozy, pośród wszystkich kandydatów jest jedynym, jaki zasługuje na poparcie. Nikt bowiem z wymienionych wyżej nie posiada charyzmy międzynarodowej. Nikt nie proponuje równie konkretnego scenariusza .  Przekonał mnie i zachwycił absolutnym profesjonalizmem. W Polsce , nie znam ani jednego polityka , który jest tak wspaniale przygotowany do polityki, o takiej wiedzy i takim doświadczeniu jak Sarkozy.
Oby mu się udało wygrać.



poniedziałek, 30 maja 2011
DZK, czyli d... z króla

Od dwóch tygodni wielu Francuzom jest źle. Już prawie wybrali króla, a został im tylko zadek.

Słońce rozpala niebo i ziemię. Czereśnie czarne, słodkie i już prawie się kończą. Truskawki przeminęły z wiatrem. Wiosna kalendarzowo w pełni, a tu właściwie po dożynkach. Majowe lato wypala ostatnie skrawki zielonkawej ziemi. Siano żółto skwierczy na polach. A koniki polne udają cykady. W miastach natomiast japonki na francuskich trotuarach wypierają wszystkie inne włoskie trzewiki.
W duszach jednak straszno, duszno, nieprzyjemnie. Bo Francuzom źle ze świadomością, że ich przyszły król okazał się najzwyklejszym w świecie draniem. Mowa oczywiście o Dominiku Strauss-Kahnie, którego we Francji określa się potocznie trzyliterowym skrótem DSK.

Nie tylko jego się nazywa literowo. Francuzi bardzo lubią skróty. Jest PS czyli Partia Socjalistyczna, jest CP czyli zerówka, jest BHL czyli Bernard Henri Levy, gwiazda paryskiej inteligencji, jest SM czyli sadomasochista , czy  ENA Ecole nationale d'administration, czyli kuźnia polityków.
Jest jeszcze bardzo wiele skrótów nazw, nazwisk i pojęć . Każdy z chęcią ich używa ku rozpaczy cudzoziemców , którzy nie są w stanie zrozumieć o czym właściwie mówią Francuzi.

 
A oni, od wielu dni mówią głównie o DSK. Każde spotkanie towarzyskie, w pracy, u lekarza czy u kosmetyczki wypełnione jest: "winny czy niewinny?". Jedne kciuki idą w górę, inne w dół, ale generalnie coś zgrzyta i jest mało ładnie.

Świat szybko zapomniał o byłym szefie MFW. Ach te skróty.... Czas jak gilotyna ścina głowę partaczom. A Francuzi nie mogą ciągle strawić, że ich wielki człowiek... to wstyd jak beret. I trudno im się dziwić. Bo jak zaakceptować, że król jest goły?!

Od miesięcy lewica patrzyła w przyszłość dumnie. Bo DSK miał pobić Sarkoziego. Być nowym mesjaszem socjalnej Europy. Ratować biednych od bogatych, od wstrętnego kapitalizmu i wszelkiego zła, a tu taaaka wpadka. Z powodu jednej "d" zapomniano nawet jak odważny Dominik obronił euro, jak miał wyciągnąć Grecję z tarapatów, a może jeszcze wielu innych bankrutów. 

Ach ci niedobrzy policjanci w Nowym Jorku, zamknęli Francuza w areszcie jak byle kogo. Potem pokazali w tv i wszyscy ze zgrozą zobaczyli amerykański show. Purytańska Ameryka zarzuca gwałt na pokojówce. Żona Anna, piękna gwiazda francuskiego ekranu na szczęście ratuje chłopa z opresji. Upycha w apartamencie jak na króla przystało ...  Ach jakoś to będzie, może będzie dobrze?
 
Ale chyba nie do końca. Nie da się już ubrać tego, kto od wielu lat jest kreowany przez lewicowe, tzn, prawie wszystkie media, jako nadzieja narodu. Niby taki uczciwy z lewa, a tu nagle - milioner. Niby taki mądry, ale chyba arogant. No i co zrobić z całą tą opinią, hipermężczyzny, co to własnego ptaka nie jest w stanie utrzymać we własnych gaciach.
 
Niczym grzyby po deszczu sypały się opinie obrońców. W końcu każdy się utożsamia z rodakiem. Nieśmiało kiedyś zgwałcone kobiety powiedziały, że może jednak zawinił i trza pomyśleć o biednej pokojówce. Nawet sama zaczęłam wątpić i chcąc nie chcąc zastanawiać się. Ale scenariusz pułapki jakoś się nie klei. Jest zbyt prosty, zbyt prymitywny. Bo niby kto, co? Zresztą cała ta sytuacja trąci prehistorią.

Trudno połączyć obraz przyszłego kandydata na fotel prezydencki. Potencjalnego wygranego w wyborach. Szefa polityki monetarnej świata, z obrazem jurnego samca alfa, rzucającego się na każdą parę piersi, jaka pojawia się  w jego zasięgu, i to w hotelu Sofitel. A jednak...

No tak , ale rzeczywistość narzuca wnioski. Przecież każdego dnia, gdy jadę do Lyonu, przy ciężarówkach-burdelówkach wciąż widzę wystawne samochody. Tam też eleganckich panów z komputerami . Może jest mniej wygodnie jak w Sofitelu , no ale muszą być jakieś proporcje. Murzynka na poboczu - dyrektor firmy, personel Sofitelu - prezes MFW. Ciekawe jak spełnia się prezydent? Ale nie. Francuzi są profesjonalistami. Obecny prezydent .... nigdzie, tylko w domu, i "uciążowił" swoją żonę. To się nazywa zawodowiec!

A może stała się rzecz najbardziej prosta pod słońcem? Globalizacja też ma swoje limity. Tak, jak nikt nie może strawić holenderskiej wolności w paleniu trawki. Tak Francuzom, nie udaje się eksportować ich rozwiązłości. Choć robią chłopcy co mogą.
Kiedy pracowałam we francuskiej spółce w Warszawie, na co dzień spotykałam francuskich dyrektorów. Każdy z nich miał w Polsce kochankę, a we Francji żonę. Każdy bez wyjątku sumiennie wykonywał pracę , ubarwiając rzeczywistość seksem . Rzecz normalna. Tak bardzo normalna , że już sama się zastanawiałam , czy jako szef firmy nie powinnam mieć kochanki. Tylko że ja wolę mężczyzn. Poza tym sama jestem Polką i mam męża Francuza. Zupełny brak odpowiedzialności z mojej strony, albo życiowe poczucie humoru.

Temat wraca na moim blogu, bo miłość i cielesne jej aspekty są tematem przewodnim w ojczyźnie Maupassant'a tudzież DSK. Mężczyzna bez kochanki jest nieudacznikiem, a zazdrosna żona wariatką. Była prezydentowa Mitterand oficjalnie dzieliła się mężem , a plotki na temat podbojów Chiraca, czy Griscarda do dziś upiększają pikanterią nudną codzienność francuskiej demokracji.

W tym kontekście DSK stracił tron, a jego żona zyskała koronę. Bo nie dość że opłaca nowojorski pałac i adwokatów, aby bronić swoje cudo. To jeszcze od lat, wszystkich przekonuje , nawet na swoim blogu, że to nic, że się kochają jak w pierwszych dniach ich miłości. Tak zdobyła dożywotni szacunek u rodaków. Mądra, francuska żona rozumie, że nawet dorośli chłopcy lubią bawić się lalkami. Szkoda ,że  synek ciutek przesadził i chciał zepsuć "zabawkę".
 

Swoją drogą wyemancypowanie Francuzek coraz częściej przypomina trochę "nigdy nie kończącą się historię". Bo aktualnie zyskały to, że wszystkie pracują. Na dom, dzieci zarabiają. Same sobie muszą drzwi trzymać,bo każdy Francuz respektuje wyzwolenie Francuzek i nie będzie im ubliżał podawaniem płaszcza. Kobiety same muszą opierać,karmić rodziny żeby dorodne reproduktory godnie mogły nosić męskość bez uszczerbku. Panie, które nie mają czasu na domowe sprawy, same muszą jednak opłacać pokojówki. A potem przekupywać te ostatnie, żeby nie skarżyły się na gwałcących je mężów. Do tego, jak w przypadku DSK , taka żona, dobra francuska żona, mądrze biedaka wytłumaczy, przytuli... i kto wie.. może jeszcze zafunduje nową akcję wyborczą za pięć lat. Bo teraz to się już chyba nie da.

A jednak Francuzom jest źle. No bo jak to? Jakaś blada moralność? Uczciwość? A dlaczego tak od razu gwałt?
Potrzebuje zmęczony pracą mężczyzna czułości, to od razu powód do więzienia? Okropnie poważni ci Amerykanie. Taka niesprawiedliwość!

A tu kluby "eszanżizmu" czyli wulgaryzując po naszemu, kluby wymiany towarzyskiej to zwykła codzienność. Nasi znajomi na przykład zapraszają nas od jakiegoś czasu bezskutecznie. Idziesz do knajpki. Jesz kolację, a potem, na deser, kumpel siada ci obok, pod, albo nad. Żona kumpla tak samo robi z twoim mężem. Może jeszcze ktoś się przysiądzie? Ciepło, przyjemnie, po chrześcijańsku dzielisz ciało i chleb. A kelner poda kondom na tacy , bo jest higieniczno-ekologicznie. Chciano mi to zafundować na 40te urodziny. W formie prezentu towarzyskiego!

Ojej. Ale nie dla mnie takie klocki. Chyba prymitywna jestem. Ja się zawsze lubiłam bawić w dom i jeszcze z tego nie wyrosłam. No i żeby tak wszystkie misie na raz!  Mi dobrze tylko z mężem, bez obcych i tak mi najlepiej wychodzi. Znajomi ciągle zawiedzeni, bo nie udaje im się nas namówić. A ponoć świetnie się bawią .Tłumaczę, że ja stary, peerelowski model jestem . Wychowana na Wisłockiej, banalnie. Nie mam ich opcji wielofunkcyjnej, żeby tak razem, z obcymi w obcym miejscu. Wtedy oni - nam, że przecież się znamy. A my - im , że owszem, ale inaczej.

A może biedny DSK też tak tłumaczył? I ta uparta pokojówka jemu , że jest stary model, bez tej samej opcji? Ach to nie zrozumienie intencji! Różnice mentalności!

Sade był Francuzem. Jeszcze wielu innych świntuchów było , jest i się narodzi we Francji. Nie ma szans żeby było inaczej. Pisząc odpycham poklepującego mnie męża. Nie przesadzaj ... Och, przecież każdy kraj ma jakiś zbereźników.

 U nas, Fredro też wypisywał różne rzeczy, a mickiewiczowska Telimena, to jakaś wątpliwa sprawa z tymi mrówkami. Jednak we Francji , sex podniesiony jest do rangi pomnika narodowego. No i jak to prawdziwa Republika, ma  teraz d... z króla!   


 

piątek, 11 lutego 2011
Kocia rewolucja



"Samotność w sieci" - mam książkę i znam film. Można lubić, nie lubić . Ale jednak nie da się uciec od rzeczywistości. Ludzie wymyślili internet, a dzięki niemu... ach, jeżeli ktoś tu dotarł, na ten wieloletni już blog, umie sam dokończyć powyższą myśl.


Za dużą wodą, na północy Afryki młodzi ludzie krzyknęli NIE. Kabelkami podłączonymi do ekranów udało im się zebrać i w zadziwiająco krótkim czasie zepchnąć do rowu znienawidzonych polityków. Niejednemu tu i ówdzie powinno to dać do myślenia. Nie wiadomo czy to dobrze, czy źle dla nas. Co z tego wyniknie?
W ciągu ostatnich trzech lat byłam na wakacjach w Tunezji i w Egipcie. Piękne kraje, wspaniała natura. Znam północną Afrykę z dzieciństwa i wracam tam zawsze z nostalgią. Jednak bieda z jaką się spotkałam, poza hotelową nirwaną, była i nadal jest bolesna. Rewolucje mogą dać wolność i zmianę na lepsze życie. W końcu może się okazać, że Arabowie też potrafią demokratycznie wybierać własne rządy. Ale rzeczywistość może być mniej ciekawa. Nikt nic nie wie z pewnością .


Jednak z dużą frajdą myślę, że coraz więcej ludzi rozumie, iż wspólnie mogą zdziałać wiele. Żeby jeszcze mądrze. Czas jest cierpliwy. Internet mniej. Tu wszystko dzieje się szybko. Może dlatego osoby samotne, leczą konsekwentnie, ten trudny stan w internetowej sieci. Ja też tak czyniłam.
Przez pierwsze lata mojego internetowego życia uciekałam od samotności w małżeństwie. Miałam małe dzieci . Wypełniały mi mnóstwo czasu. Mąż wbrew mojej woli wybrał pracę w podróży. Stronił od bycia ojcem, mężem. Dbał o utrzymanie. Nie musiałam zarabiać na życie. Ale spędzałam je wraz z maluśkimi, prawie zupełnie sama. Daleko od rodziny i oddalona od wielu bliskich mi ludzi. Dzięki blogom udało mi się poznać wiele przemiłych osób. Rozwinąć zainteresowania. Fotografować, pisać... Nawiązać przyjaźnie i podzielić się moim duchowym i nie tylko życiem. Udawałam, że tak uda się zakleić dziurę samotności w domu.
Ale nie udało się. Bo , jak to się dzisiaj potocznie mówi, "w realu" świat pachnie inaczej.

Pomyślałam, że czas wrócić do rzeczywistości. Oddaliłam się od ekranu. Telewizji mało, internet głównie informacyjnie, telefon komórkowy sporadycznie. Starałam się, na wszystkie sposoby tłumaczyć, jak bardzo mi źle w życiu "od czasu do czasu razem". Ale dialog był monologiem, bo jak ktoś chce być wolnym ptakiem, to Piotrusiem Panem pozostanie na zawsze. Widywaliśmy się albo późnymi wieczorami, po pracy, albo w niektóre weekendy. Bo delegacje na drugi koniec świata są kosztowne, a firmy płacą tańsze bilety, zabierając soboty i niedziele. Spotykaliśmy się żyjąc w dwóch różnych światach. Ja znałam jego, z własnego doświadczenia. On nie znał zupełnie mojego , bo nigdy nie prowadził domu i nie wychowywał dzieci.

Jednak od roku nastąpiły zmiany!  Bo nowa praca, biuro w domu i ciut mniej wyjazdów. Nie widzimy się dwa, trzy dni w tygodniu. W porównaniu z trzema tygodniami w miesiącu, to absolutny rekord współbytowania. Dzieci poznały tatę, tata trochę poznał się z dziećmi. A ja ... no właśnie ja ...

Może w końcu wyjdę na rondo przed domem, jak na plac w Kairze? Krzyknę strasznie głośno NIE.  Jestem pewna, że takich samotnych ludzi w życiu z innymi , jest dużo więcej jak mi się może wydawać. Bowiem niektórzy bliscy, starają się nas zredukować do mebli domowych. Czasami ładnych, drogich, czasami takich ze sklejki, niczym z IKEI. Ale człowiek nie potrafi być meblem. Nawet gdyby się bardzo starał. Człowiek chce być postrzegany jako dusza z dudniącym sercem, a nie sofa w koronkach.

Od kilku dni jest cieplej. Lepiej mi z tą ciut łagodniejszą aurą. Lżejsze ubrania, lżejsze buty, lżejsze serce. Otwieram okno i wietrzę. Myśli, dom, atmosferę. Tunezyjskiego dyktatora wyrzucono, gdzie pieprz rośnie. Mubarak dał dyla , bo go nie chcieli. No ale ja, męża nie wyrzucę przecież za burtę! Bo miłość, dom, życie, przeżycie. No to jak zrobić rewolucję bez gilotyny?

Włączam internet. Otwieram edytor blogowy. Nie wypada się skarżyć publicznie na prywatne troski, myślę. Przecież nigdy tego nie robiłam. No tak, ale kiedy człowiek ma ochotę krzyczeć, to w końcu wychodzi na ten główny plac i drze się na całą gębę, że mu duszno w tym schemacie. Albo włącza edytor blogowy... Nie pójdę do spowiedzi za tę notkę. Nie pójdę, bo nie wierzę w spowiedź. Nie będę się wstydziła, bo wiem, że takich jak ja , podduszonych samotnością domową są setki. Młodych, starych, kolorowych, pręgowanych, takich co w spódnicach i w spodniach, lub bez.
... a gdyby jednak wyjść na to rondo przed bramą?

Wyszłam już trzy dni temu. A tam kotka sąsiadów, co ją chyba "nie chcący" zostawili przed wyjazdem na wakacje. Nie było ich od 2 tygodni, to "mruczka" łaziła za mną cała w smutkach. Nazwałam ją Niunia. Spragniona ciepła i rozmowy jak jej sąsiadka. Dałam jej mleko, paszteciki. Nie mam pojęcia co trzeba kotu. Czasami jadła, czasami nie. Podchodziła do mnie na pocieranie nogawek. Nie mogłam jej wziąć do siebie, bo pies dostawał zapaści, za każdym razem, gdy wracałam z kocich pieszczot. Sąsiedzi może w Egipcie, bo w zeszłym roku byli w Tunezji. Długi ich ten wyjazd dawał się kocinie we znaki , bo w nocy zimno. Już zastanawiałam się jak Bombila potraktować Prozakiem i kotkę "przeszmuglować" na pokoje.  Ale sąsiedzi wczoraj wrócili. Niunia zniknęła jak za sprawą czarodziejskiej pałeczki. To z pewnością ich kotka. W lodówce mam jeszcze dwa pasztety. Właściciele kotki nie lubią mnie, bo na wiosnę stawiałam samochód w cieniu ich drzewa. Zanieść te pasztety czy nie? No w końcu powinnam im nagadać, że kota tak zostawili w ogrodzie samego. Ale nie nagadam. Pasztety dam jakiemuś "śmieciowemu" kociakowi. Za to może wyjdę na plac, jak ci w Kairze? Może mąż mój zrozumie, że nie da się żyć tylko z telewizorem , komputerem, i telefonem, gdy obok żona chce razem posłuchać Bacha, albo pogadać o wystawie fotografii, albo się pożalić, że sąsiedzi to dranie.

Szkoda, że Niuni już nie ma. Przyzwyczaiłam się, że mnie szukała, odwiedzała cierpliwie po kociemu. Lubiłam, gdy mlaskała pijąc mleko i miauczała wniebogłosy za każdym razem, gdy mnie widziała. Na szczęście mam kochane dzieci, 2 kanarki, a wierny Bombil wciąż śpi na moich stopach, gdy leczę samotność w sieci. Chyba nie da się robić rewolucji na cichej uliczce w dzielnicy willowej we Francji. Pozostaje mi jeszcze strajk a la française. Tylko, że ja nie lubię ruchu związkowego. Tak jak w spowiedź. Nie wierzę, że coś zmieni.

Dobrze, że chociaż mam edytor blogowy i cały szmat drogi, z kuchni do jutra... z tête a tête przy kawie z samotnością. I ciche miaaauuuuł...





 
 

niedziela, 23 stycznia 2011
"Renesans", Bach i kwiat gardenii

- Proszę się rozebrać i nakryć pelerynką. Potem, może się pani położyć, ja zaraz wrócę i zajmę się jak królową. Nie jestem ani u fryzjera ani u masażysty. Nie jestem nawet u lekarza. Zdecydowałam się na wizytę w salonie piękności „ Renesans ”.

Moje 39 lat odchodzi w przeszłość. Czuję się świetnie. Nic mi nie dolega, nic nie wiotczeje, nic nie opada. 40 lat to przecież złoty wiek kobiecości.  Jednak mój synek zwrócił ostatnio uwagę na „te malusieńkie kreseczki wokół moich oczu”. Ciocia pomyślała o kremie odmładzającym na prezent pod choinkę . A przecież używam całą gamę kosmetyków nawilżających od lat, więc chyba mnie jakoś ochroniły. Ciągle czuję się powabna, giętka, miękka , bez kompleksów. Bronię się jak mogę przed pierwszymi oznakami niemłodości. Stawiam opór i wierzę w siłę ducha. Pierwsza nędzna refleksja mego męża na temat zmarszczek spotkała się ze zdecydowanym odwetem. – Nie szkodzi! Zrobię sobie lifting. Będę żyła szczęśliwie z supełkami na karku , zapuszczę włosy i będę miała twarz noworodka. Mogę się jeszcze umalować, założyć okulary, zapastować i zabalsamować... Ty natomiast już za niedługo włosy na głowie będziesz musiał przeszczepiać z podudzia żeby się uczesać. Ale nawet i to nie gwarantuje czupryny. Akceptuję upływ czasu i kontempluję dojrzewanie mądrości. Ach, jak to dobrze, że mężczyznom chociaż włosy z wiekiem wypadają. Bo przecież natura jest dla nich łagodniejsza niż dla kobiet. Zwłaszcza tu we Francji . Gdzie mężczyźni szczupli, ładni, o delikatnych rysach i ujmującym temperamencie długo opierają się upływowi czasu. Im wolno mieć kilka zmarszczek, kilka lat więcej. Mówi się że są jak wino. Im starsze tym lepsze. O kobietach się tak nie mówi, tylko daje w prezencie karnet do salonu odnowy biologicznej.

Trzeba przyznać iż moja odpowiedź zadziałała wyjątkowo odmładzająco. Mąż przestał odradzać mi opalanie się, marszczenie czoła i zbyt mimiczne mówienie. Twierdzi że nic się nie zmieniam! Jednak zasiał we mnie wredne ziarno wątpliwości. Zaczęłam krytycznie patrzeć na swoją twarz. Kryzys czterdziestolatki. A przecież lubiłam się dotąd bez specjalnej uwagi. Patrzę w lustro i niby ta sama co kiedyś. Ale chyba już inna. Pewnie bym się długo jeszcze utwierdzała, gdyby nie rada mojej mamy. Któregoś dnia stwierdziła, że choć raz powinnam udać się do kosmetyczki. Zwłaszcza że mieszkam w kraju piękna i mody! Tu uroda i elegancja są ponoć chlebem powszednim każdej Francuzki.  Cóż, poddałam się. Wszystkie wiatry przeciwko mnie. Więc może powinnam już wyjść z jaskini i poddać się upiększaniu, masażom, czyszczeniu skóry, porów, wypełnianiu botoksem, wklepywaniu młodości w wypukłości?

Lyon. Samo centrum miasta . „Odyseja”, „Afrodyta”,  „Wenus”. Nazwy prosto z grecko-rzymskich mitologii. Czemu salony piękności wierzą tak bardzo w starożytność ? Jakby to „antyk” miał zapewnić młodość. A może to sygnał, że właśnie tu uzyskasz przepustkę do wiecznego piękna ? Nie mogę się zdecydować. Najpierw patrzę na cenniki. Wszystkie budzą respekt. Jednak tanio nie ma nic w tym kraju. Szybko godzę się na taryfy. Potem patrzę na panie w recepcjach. Wszystkie szczupłe, pachnące, krytycznie lustrujące moje zakłopotanie. Pewnie widać żem nowicjuszka, że nie wiem jak chcę, choć pewnie chcę się upiększyć. Jedna bez przekonania ryzykuje pytanie. Ponieważ chcę lepiej wyglądać i poczuć się młodziej, radzi bym sobie najpierw w domu poczytała reklamówkę. Jak się zdecyduję mam wrócić.  Inna piskliwym głosem radzi wstępnie nawilżanie, potem usuwanie zbędnej warstwy naskórka, potem naświetlanie i obiecuje, że po sześciu seansach po 50min, w tym jeden gratis, będę czuła się lepiej . Co więcej po sześciu seriach kolejnych sześciu seansów mogę zauważyć nawet pierwsze oznaki młodości. A przy zakupie kolejnych seansów to będę miała kartę stałego klienta i komplet kosmetyków , których działanie jest oszałamiające. A do tego jeden seans opalania. Słuchając histerycznego monologu już wiedziałam że się nie zdecyduję. Pani która mnie przekonywała okazała się być kosmetyczką i to w jej dłonie miały dostać się moje zmarszczki. Nie ma mowy. Przestraszyłam się jej zdeterminowania. Nigdy w życiu! Była typową Francuzką, która nie znosi sprzeciwu klienta. Uciekam i wracam do domu. Czas płynie a niepokój rośnie. Ostatecznie trafiłam do salonu „Renesans”. Cennik ten sam co u „Afrodyty” ale atmosfera spokojna . Pani kosmetyczka o satynowym głosie przekonała mnie z wyrozumiałością, że raz na próbę to będzie połowa ceny. A potem podobnie jak wcześniej u „Afrodyty” karnet, kosmetyki  etc. A w ogóle to sprawi że będę znów szczęśliwa. Wróżka czy anioł?

Dzieci zawiozłam do szkoły, zakupy zrobiłam dzień wcześniej, napisałam kolejny rozdział książki i wyruszyłam na wielką przygodę z elegancką Francją. Niestety bez ubrania, w lekkiej różowej pelerynce w nagrzanym słabo pomieszczeniu salonu "Renesans" poczułam się nieswojo. W chwilę później satynowa pani położyła mnie na lekarskim łóżku i zaczęła walczyć o moją młodość. Najpierw nałożyła mi mazidło tłumacząc z jakich owoców, witamin i minerałów jest ono wyprodukowane. Wybrałam formułę „Słońce”. Żeby mi twarz się „rozświetliła” gdy za oknem zima i smutek. Mazidło wykonane z owoców południowych. Potem masaż twarzy. Pani wykonywała szamańskie koła palcami. Tak ponoć najlepiej działa. Zdjęła pierwszą warstwę i nałożyła następną. Potem jeszcze jedną, i jeszcze. Trwało to wszystko bardzo długo. Bo warstw łącznie miałam sześć a może siedem na mojej biednej twarzy. Raz z domieszką miodu z Prowansji, raz z ekstraktu z lawendy biologicznie zapylanej, potem jeszcze zmielone pestki winogron , pył kwiatów akacji alpejskich. No a bazą każdego kremu była cała masa składników których określeń nie jestem w stanie przytoczyć. Skupiałam się jak mogłam żeby zapamiętać na przyszłość co najładniej pachniało i się wchłaniało. Aż nagle doszłyśmy do punktu kulminacyjnego - maseczki „Słońce”. Zostałam bardzo dokładnie okryta ciężkim kremem. Potem oklejono mi twarz jakąś folią spożywczą. Pani zrobiła dziurę na nos, żebym się nie udusiła. Zgasiła światło, włączyła muzykę i tak zabalsamowaną zostawiła na 20 minut! Nie mogłam się ruszyć, mrugnąć powiekami, nawet zmarszczyć nosa. Niczym zmumifikowana Nefretete dojrzewałam do młodości. Muzyka jak w supermarkecie, zimno w nogi i nie tylko. Czas płynął powoli. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie wynudziłam jak w czasie nałożonej mi warstwy „Słońce”. Zmartwiona bo policzki zaczęły mnie dziwnie swędzieć poczułam się zupełnie zdana na łaskę obcej kobiety. W końcu przyszła , zdjęła plastikową folię i przywróciła do życia zachwycona rezultatem. Bardzo zmęczona wyszłam po zapłaceniu dużej sumy i obiecałam kłamliwie, że z pewnością wrócę, bo już mi młodziej.

Poczucie straconego czasu mieszało się z irytacją skóry. Po drodze do domu kupiłam sobie mydło z gardenii i wapno na zapowiadające się uczulenie . Jeszcze tego samego dnia, po kolacji , przygotowałam gorącą kąpiel. Naparzyłam ulubioną herbatę Earl Greya, włączyłam wariacje Goldberga w wykonaniu Goulda. Popijając angielski trunek weszłam do pachnącej gardenią łazienki i zasłuchana w Bachu zasnęłam w białej pianie.

Nie umiem być Francuzką. Nie przeszkadza mi, że mam prawie czterdzieści lat. Nie znoszę wizyt u kosmetyczki i kocham Bacha z gardenią o smaku herbacianych bergamotek. Właściwie lubię zmarszczki i moje i moich bliskich. A najbardziej odpoczywam w gorącej wodzie.

czwartek, 16 grudnia 2010
Serce w czapce
Codziennie zawożę moje dzieci do szkoły. Z uśmiechem żegnają się ze mną i z tym samym uśmiechem witają, gdy je odbieram po lekcjach. Ta codzienność, rytm, regularny czas jest im potrzebny. Często się na nie złoszczę, bo się mnie nie słuchają. Często tracę cierpliwość i krzyczę. Nie robię im krzywdy tylko pokazuję, że mam pewną wytrzymałość i nawet matczyna tolerancja  i wyrozumiałość mają swoje granice. Jednak rozmawiamy dużo. Wiem o nich bardzo wiele a one każdego dnia mnie poznają coraz lepiej.

Nie pracuję zawodowo. Nie umiem połączyć kariery z macierzyństwem. Zbyt duże wymagania mam jako matka. Nie potrafię pogodzić się z tym, żeby ktoś inny zajmował się moimi dziećmi . Żeby nie uczęszczały na dodatkowe zajęcia, nie jadły ze mną, przeze mnie ugotowanego obiadu. Wiem, że nikt ich za mnie nie wychowa, jedynie mógłby je pilnować w czasie, gdy ja zarabiałbym pieniądze na tę usługę.

Nie znaczy to jednak, że nie brakuje mi pracy zawodowej. Owszem tak. Bo prowadzenie domu, jeżdżenie samochodem jak taksówkarz ze szkoły do szkoły, z zajęć na zajęcia , gotowanie, zakupy, sprzątanie itd nie są zajęciami wzbogacającymi ani realnie, ani duchowo. Ale takiego wyboru dokonałam.
Moja mama też kiedyś dokonała tego wyboru. Tak samo jak ja miała dosyć kieratu zwłaszcza, że była to peerelowska rzeczywistość. Wracałam do domu a tam był jej uśmiech, obiad pachnący, ubrana choinka , poskładane ubrania, książki , zabawki. Wszystko wysprzątane i przygotowane dla mnie i taty. Moja mama stworzyła atmosferę tak przyjazną, że koledzy po szkole gnali do mnie i tak nam mijały popołudnia. Tata dbał o resztę i miałam niezachwiane uczucie bezpieczeństwa i miłości. Rodzice kochali mnie ale i interesowali się mną. Dialog był zawsze mianownikiem naszej rodziny.
Wakacje poza Polską, ferie w Sopocie u cioci, albo gdzieś gdzie też było cudownie. Patrząc z perspektywy prawie czterdziestu lat wspominam ten okres jako najpiękniejsze lata mojego życia. Oboje rodzice dali mi wiarę w piękno świata. Nauczyli patrzeć na innych i słuchać innych.

Nie bałam się wejść w dorosłość. A ta układała mi się różnie. Lepiej, gorzej... Nie żałuję moich wyborów, każdy wydał jakieś owoce. Jednak skarbiec z którego czerpię całą swoją energię, całą siłę jest jeden - to moje dzieciństwo.

Dlatego nawet wtedy, gdy czuję się we własnym losie jak pułapce. Nawet wtedy, gdy ciąży mi codzienność, a rozczarowanie małżeństwem sięga zenitu. Oparciem jest ta jedna pewność, że dzieciństwo jakie daję moim dzieciom będzie dla nich skarbcem. Będą sobie z niego wybierać podczas całego życia tak jak ja czynię od lat. Bo gdy jest się kochanym jako dziecko, gdy mama, tata potrafią cię wysłuchać. Znajdują czas i energię na to żeby z tobą być i pogadać o ważnych sprawach. Jak masz takich rodziców i taką miłość na początku , to rodzi się w tobie wiara , że warto jest żyć. Że świat jest pełen piękna i kolorów. I nawet jeśli bardzo ci źle to nie tracisz nadziei, że będzie lepiej.

Kiedy miałam 14lat chciałam być duża. Była zima. Wychodziłam z domu i zdejmowałam czapkę. Uszy mi marzły, zimno mi było okropnie. No ale byłam duża.

Kiedyś mama zobaczyła te moje czerwone uszy na ulicy. Zezłościła się. Bo katar, kaszel, bo zimno. Potem kupiła mi inną czapkę w nadziei że polubię. A potem urosłam i już sama stroiłam się w wełniane zawijasy bo wolałam jak mi było ciepło.
Moja mama nawet nie wiedziała, że nawet serce mi w czapkę ubrała. A tata owinął szalikiem.
Noszę takie otulone serce do dzisiaj. I nawet sprawiłam takie samo ubranko dla serc moich dzieci.
Nigdy nie będzie im zimno. Nawet w zimie.
 

  

piątek, 10 grudnia 2010
Chrapanie, cmokanie , wiatr...
Parę dni temu, korzystając z pobytu moich rodziców postanowiłam wraz z mężem zostawić nasze dzieci pod opieką dziadków i pójść do kina. Patriotycznie wybraliśmy rodzimy produkt, pod tytułem, w dokładnym tłumaczeniu : "Małe chusteczki". Temat wydał mi się podejrzany, niepokoił fakt ponad dwóch godzin na niepewnym, jednak uspokajała obsada i przekonał reżyser.

Kino jak kino, fotele wygodne, publiczność mniej więcej w tym samym wieku co my. Film, jak z krytyk wynikało "pokoleniowy". Zaczęło się od strasznej sceny wypadku. Facet na motorze wpada pod ciężarówkę i zaczyna drogę przez mękę. Odwiedzają go w szpitalu przyjaciele. Jak się okazuje mieli wyjechać razem na wakacje, a tu ten wypadek... Koniec końców nieszczęśnik pozostaje w szpitalu sam, a przyjaciele nie zmieniają planów. Przez cały film są na wakacjach, gadają o bzdurach, kłócą się i starają rozwiązać swoje pseudo-problemy.

Już na samym początku filmu, odkryliśmy,że jeden z paczki, jest zakochany w drugim. Obaj mają żony i dzieci i deklarują, że nie są homoseksualistami. Jednak ten zakochany nie jest już tak do końca pewny, bo  "domęskie" uczucie blokuje mu zainteresowanie własną żoną. Obiekt pożądania staje się oddalającym punktem. Przyjacielowi jest bardzo niewygodnie w roli Julii i zwyczajnie nie chce miłości kumpla. Zaczyna wariować i panicznie reagować na każdy z nim kontakt. Trudna rzecz to wykonania, bo znajomi zajmują tę samą wakacyjną posiadłość. Nikt nic nie rozumie z ich dziwacznego zachowania.

Do tego inna przyjaciółka jest nimfomanką. Niby dobrze jej z tą przypadłością, ale na koniec zachodzi w ciążę i strasznie płacze. W domyśle jest dziewczyną ofiary z wypadku. Ale mimo tej miłości, zdradza go na lewo i prawo. Pomaga jej moralnie inny kolega z paczki, chociaż sam jakiś taki niedojrzały i nic mu się nie układa. Podobnie zresztą jak ich innemu przyjacielowi, który zupełnie nie umie być mężczyzną. Przez cały film wysyła i czeka na smsy od jakiejś dziewczyny. Była jego narzeczoną, a ma wziąć ślub z kimś innym. Ostatecznie jednak wraca do gościa od smsów.

Ach opowiadać można długo, ale nie ma sensu. Labirynt ludzkich emocji i historyjek. Trudno zrozumieć czemu wszyscy są tacy niedojrzali i komplikują sobie dość bezproblemowe życie. Spędzają wakacje w bajkowych miejscach, bawiąc się jak dzieci na łódkach, w morzu i piasku. Pięknie jak to we Francji. Aktorzy też urodziwi, tylko jacyś tacy bez środka, celu w życiu i filozofii. Rozkapryszone towarzystwo nie chcących urosnąć ludzi. Małe dzieci uczestniczą w wakacjach jak dekoracja. Robią rodzinne tło dla ich rodziców,czyli dużych dzieci. Ktoś czasami wpadnie z zewnątrz. Artysta, nawiedzony filozof...

W sercu niby-akcji króluje miejscowy rybak. Wszystkich gości u siebie na obiadach z ostryg, przy winie i chrupiącej bagietce. Jest człowiekiem natury. Taki ekologiczny kawał chłopa z urokliwym uśmiechem na twarzy . Jeden jedyny rozumie świat i życie. Trubadur dusz zagubionych  bez butów, bo facet jest boso przez cały scenariusz.

  Film się ciągnął bez większego sensu, bez energii. Nie wiadomo było o co właściwie chodzi autorowi. Siedziałam coraz bardziej zazdroszcząc temu,co na początku został w szpitalu i nie uczestniczył w tym kalejdoskopie beznadziejnych emocji. Wciśnięta w fotel niczym w kąt, starałam się jak mogłam,ale nie udawało mi się wejść w problemy bądź co bądź moich równolatków. Chyba francuskie pokolenie sklejono z innych wartości niż nasze, polskie? A może jestem nieczuła? Właściwie zupełnie nie zrozumiałam tej filmowej histerii i słabego humoru.

Trwałam w znudzeniu znając te sylwetki z francuskiej codzienności. Nagle, między jedną sceną zakochanego homoseksualnie heteroseksualisty, a drugą wysyłającego smsy Piotrusia Pana. Wśród szeptów nimfomanki i płaczu niekochanej żony usłyszałam pierwsze chrapnięcie. Najpierw delikatnie, niczym niezdecydowana lokomotywa, a później już z werwą, pogłosem i cichym poświstywaniem ruszyła moja kinowa sąsiadka w krainę snu. Chrapanie było rytmicznym dowodem na beznadziejną nudę filmu. Jednak to nie ja spałam, tylko jakaś obca baba. Spojrzałam na męża. Ten filozoficznie wzruszył ramionami pochłonięty problemami własnego pokolenia.
Starałam się czynić podobnie. Jednak w momencie gdy zdradzana duchowo żona zaspokajała się seksualnie przez internet, ostatnie, patetyczne chrapnięcie sąsiadki wybiło mnie zupełnie z filmu. Starą domową metodą zaczęłam pogwizdywać a później cmokać. Kobita spała w najlepsze, a sala miast uciszyć niedźwiedzia rzucała we mnie złowrogie spojrzenia.

Aż przyszło zbawienne zakończenie. Nagle, wszyscy powstrzymali oddech, bo motorowiec wyzionął ducha i przez piętnaście minut trwała jeszcze scena pogrzebu. Nawet chrapiąca sąsiadka obudziła się pod wpływem smutku i boleści. Mąż mój płakał przybity widokiem zrozpaczonych przyjaciół. Sam bowiem ma motor i chyba utożsamił się ze zgromadzonymi na ekranie. Martwiłam się że aż tak się wczuł a ja nie potrafiłam. Ludzie jedni wzruszeni inni zmęczeni, a ja w gruncie rzeczy zadowolona , że kobieć przestała chrumkać mi pod nosem i wracamy do domu.
Wyszliśmy czym prędzej z kina. Było zimno, choć to przecież Południe.  Mistral wieje, pomyślałam. Ale potem padał już śnieg i zrobiło się jak w Polsce, biało, ...
tylko o tym, to jutro w nowej notce, bo wróciłam do pisania dla Was , moich wirtualnie prawdziwych znajomych.        
poniedziałek, 20 września 2010
11 przykazanie: nie pożądaj cienia sąsiada swego
Mieszkam w dzielnicy willowej. Ulice w dzielnicach willowych we Francji często są prywatne. Wtedy nawierzchnia, pobocze, a nawet cień, jaki dają prywatne drzewa, są prywatne. I nie ma co z tym dyskutować, nie ma co się dziwić. Na mojej, prywatnej ulicy, jaką dzielę z sąsiadami dzieją się prywatne przygody.
Spokój. Ogrody. Domy pełne cichych, życzliwych ludzi.

Każdego ranka wyjeżdżam do Lyonu aby zawieźć moje dzieci do szkoły. W godzinę później wracam do domu i stawiam samochód pod płotem mojego ogrodu. Ale kiedy jest ciepło, samochód nagrzewa się potwornie wystawiony całe popołudnie na pastwę promieni słonecznych. O godzinie 16tej wsiadam do piekarnika na kółkach i jadę odebrać moje pociechy z nauk. Pocę się przy tym potwornie, palę dłonie, pupę i narzekam na świat cały.
Mogłabym wstawić samochód do garażu i nie znosić podróży w rozpalonej puszce. Mogłabym tylko wjechać do własnego ogrodu i ustawić go w cieniu rozłożystych cedrów.
Jednak nie jest to takie proste. Cedry w słońcu wylewają strugi żywicy, a wtedy karoseria pokryta jest kroplami super glue. Chcąc uniknąć masakry dachu i maski, wybieram uliczny upał.
Ktoś mógłby spytać, a czemu nie stawiam auta w garażu? Cóż, odpowiedź jest prosta - leń. Leń zwycięża. Samochód jest duży. A dom jaki wynajmuję zbudował jego właściciel, który jest piekarzem. Piekarze francuscy są utalentowani. Jednak od bułek do architektury droga daleka. Dom jak dom, stoi. Ale żeby wjechać do garażu trzeba pokonać promień skrętu 90stopni, dwa wielkie, czterdziestoletnie cedry zasadzone blisko jak bracia syjamscy i jeszcze uważać aby nie poobcierać boków. Garaż ma wjazd przygotowany raczej dla małego citroena 2CV a nie dużego samochodu terenowego. Jeżeli nawet jestem w stanie dokonywać powyższe wygibasy każdego wieczoru, to jednak nie chce mi się męczyć w ciągu dnia.  Nie otwieram bramy , garażu, nie wprowadzam samochodu do środka, po to żeby w parę godzin później znowu wszystko otwierać, zamykać i składać się w paragraf.
Upał jaki znajduję po całym dniu stania w słońcu stał się z czasem bardzo uciążliwy. Odrzucając opcje ogrodu i garażu zaczęłam się zastanawiać co zrobić. Z pomocą przyszło mi drzewo sąsiada. Mieszka po drugiej stronie naszej, przecież wspólnie prywatnej uliczki. Ruchu u nas nie ma żadnego. Sąsiad jest młodym, sześćdziesięcioletnim, francuskim emerytem. W jego ogrodzie rośnie wspaniała sosna. Wielka jak moje cedry, rozłożysta, nic z niej nie kapie i rzuca wspaniały cień na ziemię. Nie zastanawiając się długo postawiłam samochód obok wąskiego pasa krotko przystrzyżonej trawy, pod płotem murowanym sąsiada. Miejsce absolutnie idealne. Nikt tam nigdy nie staje, przejazd pozostawał bezproblemowy, nie wadziłam nikomu, niczemu. Popołudniu wsiadałam do chłodnego autka i życie stało się piękne.
Jeden, drugi dzień minął. Błogosławiłam sosnę i beztroski spokój naszej prywatnej ulicy. Aż trzeciego dnia pod wycieraczką znalazłam dużą kartkę papieru zapisaną regularnym pismem i podpisaną nieczytelnie jakimś zygzakiem.

" Proszę o nie stawianie samochodu w cieniu mojego drzewa. Mieszkam u siebie i chcę mieć możliwość wygodnego koszenia trawy pod własnym płotem wtedy, gdy warunki atmosferyczne sprzyjają temu i kiedy mam na to ochotę lub nie. Jest wystarczająco drzew u pani w ogrodzie i istnieje możliwość korzystania z własnego cienia a nie mojej sosny!!!! "

..... no i znowu się jest mi gorąco, gdy jadę po moje dzieci do szkoły, a żona sąsiada jak nie mówiła dzień dobry, tak nadal nie mówi. Ja też już nie. A dla pocieszenia wiem,że innym sąsiadom, moja sąsiadka też nie mówi dzień dobry. Nie jestem zatem jedyną której jest dziwnie.

W dzielnicy willowej przy prywatnej ulicy, rosną prywatne drzewa i dają prywatny cień.

Jak dobrze mieć sąsiada co dba o prywatność i jedenaste przykazanie.

czwartek, 28 stycznia 2010
Bóg stworzył kobietę, a Francja bikini

We Francji toczy się dyskusja na temat nowo tworzonego prawa, które ma zabraniać zakrywania twarzy w urzędach państwowych, środkach lokomocji, szpitalach a nawet innych miejscach publicznych. Francuzi wyszli z prostego założenia , że jeżeli nie wolno pokazywać całej golizny, to teraz powinno się też zabronić totalnego jej zakrywania. W każdym bowiem cywilizowanym kraju, tożsamość człowieka potwierdza jego twarz, jak i dokument,  w którym widnieje zdjęcie jego posiadacza. Osoba zakrywająca twarz nie postępuje w sposób zgodny z przyjętym normami w demokratycznym kraju.   

Dwie trzecie Francuzów jest za adoptowaniem tekstu przeciwnego barbarzyńskim praktykom, jakie coraz częściej mają miejsce w Europie i w ich własnej ojczyźnie. Nie będzie można wchodzić do biur w kaskach, zakrywających twarz kominiarkach, czapko-golfach, no i czadorze.

Rozrabiający kibice nie będą już ukrywać w kapturach swoich kwitnących intelektem głów. A wszyscy muzułmanie nareszcie przestaną być porównywani do afgańskich talibów.  Większość francuskich Arabów zresztą wcale nie lubi czadoru i cierpi na utożsamianie ich religii wyłącznie z obskurantyzmem i ciemnotą.

We Francji jest ponad 6 milionów wyznawców Allacha. A ponoć tylko 2000 kobiet przestrzega radykalnie normy szariatu. Nie wiem jak je policzono. A może liczyli je tylko w Lyonie, bo ja sama spotykam takie rusałki każdego dnia w sklepach, mimo, że nie mieszkam w jednej z tych "znanych" dzielnic. Jedno jest pewne, że coraz więcej jest salafizmu we Francji i coraz większy następuje rozłam między fundamentalistami ,a resztą muzułmańskich obywateli. Ci ostatni nie mają teraz łatwego życia, bo są między młotem a kowadłem, a żyć jakoś trzeba. Poza tym radykalni muzułmanie traktują tych nieortodoksyjnych z góry i często z nienawiścią.

Laicka Francja zbiera w sobie powolutku odwagę, żeby przeciwstawić się prawnie skrajnemu islamizmowi,  a jednocześnie nie wpaść w islamofobię.

Nowe prawo, jak to się dzisiaj przedstawia w mediach, potwierdzić ma  jedno, że Francja, to nie Iran. Że Republika to kraj, gdzie każdy jest wolny, ale nie bezwolny religijnemu integryzmowi. Dotychczasowa tolerancja francuskiego państwa obróciła się  z czasem przeciwko części narodu i doprowadziła do niechęci jednych Francuzów, do drugich, tylko z powodu radykalnego pojmowania religii. Katolicyzm zagoniono do kąta sto lat temu. Żydów się akceptuje, bo nie można inaczej. Islam toleruje, ale jego radykalne odłamy jak salafizm, czy wahhabizm wymykają się spod kontroli.

Bastiony laicyzmu jak szkoła, administracja państwowa, szpitale i obiekty sportowe stały się miejscem ścierania się demokratycznego prawa, przyzwyczajeń i kultury ze zwykłą ciemnotą. Wolność i równouprawnienie,  jakie wywalczyła Rewolucja Francuska ponad dwieście lat temu zaczynają być rozumiane inaczej, jak dotychczas przez pewną grupę obywateli!

Na ulicach tutejszych miast, już wcale nie rzadko można bowiem spotkać kobiety zakryte od stóp do głów. Nawet oczy chowają pod czarnym materiałem, jak dłonie i stopy. Wygląda to przygnębiająco a człowiek zredukowany jest do bezkształtnej postaci owiniętej w czarny, szary albo brunatny materiał. A to wszystko w kraju gdzie wymyślono bikini, gdzie w teatrach afiszują piękne biusty tancerki , gdzie spalono gorstety, wymyślono emancypację, a aborcja i antykoncepcja są a la carte.

Do tego część tych nadreligijnych kobiet z dumą potwierdza ich własny wybór nie rozumiejąc, że żeby odebrać dzieci z przedszkola muszą pokazać twarz. Bo nikt nie zaryzykuje wydania malucha chodzącym prześcieradłom. Tak samo jest na lotnisku,bo paszport ma zdjęcie a człowiek twarz, i to nawet kobieta.  Albo na pogotowiu. Gdzie niektóre baby nie chcą się rozbierać przed lekarzem, bez wpółuczestnictwa ochroniarza pod postacią brata albo ojca. I trudno jest im zrozumieć , że żeby urodzić trzeba pokazać ginekologom więcej jak mały palec u nogi. Sama byłam świadkiem takich scen w liońskim szpitalu. Rzecz niepojęta w nowoczesnej Francji.

W wielu szkołach państwowych nie daje się w stołówkach świniny , żeby nie urazić niektórych dzieci. A mięso wołowe zarezerwowane jest głównie dla uczniów pochodzenia arabskiego, bo nie zawsze starcza dla wszystkich. Nie muzułmanie niech wcinają szpinak! Wiem, bo bratowa męża jest dyrektorką takiej szkoły, i tego wymaga od niej mer.  Zaleca się również "chodzenie dziewczynek w spodniach a nie w spódnicach, żeby nie prowokować". A na niektórych basenach miejskich trzeba było wprowadzić zakaz noszenia okryć na kostiumie kąpielowym, bo niektóre panie tłumaczyły, że burka to takie większe pareo i w tym chciały się kąpać. A przecież nikt nie chce topielców w basenie miejskim. Tak jest właśnie w Vienne w departamentcie w  Isere. Można sprawdzić.

Tak czy inaczej, Francja powolutku przekonuje się, że problem jest i żeby ochronić swoją demokratyczną wizję społeczeństwa nie może dłużej akceptować kobiet-widm na ulicach, ani zakutanych w kaptury młodych gniewnych. Pytanie czy Republice uda się uporać z jej własnymi obywatelami? Wiadomo ,że jednym prawem nie da się zwalczyć salafistycznego tornado. Ale od czegoś trzeba zacząć.

Jednym z symboli Francji jest wizerunek Marianny. Postać młodej dziewczyny, z gołą piersią na barykadach Rewolucji. Pozowało do jej rzeźby wiele kobiet. Słynna Caterine Denevue czy Brigitte Bradot. Bo przecież "Bóg stworzył kobietę!". To czemu ją teraz ludzie zakrywają?

A ja myślę, że Francuzom uda się ją w końcu rozebrać definitywnie. Prędzej czy później uda im się! W końcu jako specjaliści od mody coś na ten temat wiedzą. 

Z mojej strony, pozdrawiam wszystkich golasów Europy.

Łączmy się i nie poddawajmy  ! Bo gołe jest piękne! No prawie zawsze.

 

niedziela, 29 listopada 2009
Grypa na nosa

Dwa tygodnie temu Armand wrócił ze szkoły z czerwonymi oczami, gorączką i kaszlem. Dałam mu paracetamol i położyłam do łóżka. Gorączka falowała, raz w górę, raz w dół. Rano zawiozłam do szkoły Eliota i w sekretariacie powiadomiłam o stanie młodszego brata. Pan dyrektor, ze zrozumieniem usprawiedliwił nieobecność syna. Potem poprosił, żebym udała się do lekarza, a najlepiej do szpitala, żeby stwierdzić, co małemu dolega. Przecież od września o niczym innym się we francuskiej szkole nie mówi jak o grypie A!

W drodze powrotnej do domu zatrzymałam się w pobliskim szpitalu. Zapytano mnie, jakie są objawy choroby dziecka. Powtórzyłam ból głowy, 40 stopni gorączki, kaszel i ból mięśni. Przyszła pani lekarka, przyszła pielęgniarka. Radziły, radziły i dały mi jedną maskę. Pokazały jak nosić, jak wiązać w "dzióbek" i dodały, że muszę pójść do lekarza rodzinnego. Kazały myć ręce i nie całować dziecka. Zapytałam o grypę A. Powiedziały mi, że mają zakaz robienia testów wszystkim chorym z wyjątkiem tych, co są w stanie bardzo ciężkim. Zapytałam jak będę wiedziała, jaką grypę ma syn? Powiedziały, że lekarz to sprawdzi " na nosa" bo nikt nie robi testów.

 Armand czuł się rzeczywiście fatalnie. Dałam mu paracetamol na przemian z ibuprofenem dziecięcym. Gorączka opadała i w dwie godziny później znów męczyła malucha. Chłodziłam rozpalone czoło,  poiłam syropem i tak w kółko. Wieczorem byliśmy u lekarza. "Na nosa" powiedział, że to stan grypowy. Co do litery A czy B, to powtórzył informacje, jakie uzyskałam wcześniej w szpitalu? Nikt we Francji nie robi testów grypowych! Są zbyt drogie, a grypa A wcale nie jest bardziej groźna jak grypa sezonowa. Poza tym dodał, że na tę ostatnią umiera parę tysięcy osób rocznie w samej Francji, tylko się o tym nie mówi.Spytałam, komu robi się testy? Powiedział, że tym, co umierają, żeby wiedzieć, co im się zdarzyło...

Przy wyjściu lekarz  powiedział mi, że "Armand z pewnością nie ma grypy A, bo tak mu się wydaje." Zatem nie miałam się,  o co martwić.

Wróciliśmy do domu. Armand znosił grypę dzielnie,zadowolony ,że to nie ta grypa o której mówili mu w szkole, ale rzeczywiście był zmęczony. Po pięciu dniach nie miał gorączki i ciut więcej jadł i mniej go bolała głowa. Szóstego dnia Eliot wymiotował wieczorem z bólu głowy. Kaszel, obolałe mięśnie i wysoka temperatura  powaliły ośmiolatka, podobnie jak jego sześcioletniego brata. Zatelefonowałam do szkoły. Powiedziano mi, że zdrowiejący Armand musi zostać w domu do wyzdrowienia Eliota, bo zarażamy.

Zadzwoniłam do pediatry. Pani, jak zwykle miła, fachowa i konkretna powiedziała, że dzieci mają ewidentną grypę i nie wolno mi ruszać się z  domu? Zapytałam o grypę A. Powiadomiła mnie ponownie, że testów nikt we Francji nie robi, bo nie wolno, a symptomy i tak są indentyczne jak przy grypie B. Kazała dawać paracetamol i ibuprofen, co sześć godzin. Jeśli dzieci będą się dusić trzeba iść do szpitala. Po kilku dniach dzieci biegały po domu z energią młodych koziołków. Nadal jednak mają katar. Nie wiem, na co chorowały. Na lekarskiego nosa - pewnie na grypę. 

Po powrocie do szkoły dzieci w dzienniczku dostały informację:  ”Z powodu dużej ilości zachorowań na grypę H1N1 w naszej szkole prosimy o zatrzymanie dzieci chorych w domu przez 7 dni. Jak i kontaktowanie się ze służbami sanitarnymi lub lekarzem domowym."

Tydzień temu Francja zaczęła masowo szczepić ludzi na świńską grypę. Francuzi, sceptycznie nie poszli masowo do wyznaczonych centrów szczepień. Parę dni temu francuska pani minister zdrowia zapowiedziała w dzienniku, że "ludzie się nie będą szczepić to i będą umierać na grypę H1N1." Francja zakupiła ponoć znacznie więcej szczepionek niż ma obywateli.Bo tak jest bezpieczniej. Zatem, tylko 1 procent populacji światowej jest w posiadaniu 10 procent wyprodukowanych szczepionek. Według mediów wirus już szaleje we Francji. Każdego dnia mówi się o zamykanych masowo szkołach z powodu nowej grypy. Odwołano mecz, bo było dwóch chorych piłkarzy. Im ponoć zrobiono testy. Natomiast lekarze podzielili się. Jedni mówią, że trzeba się szczepić, innie - przeciwnie i że nowa grypa nie jest groźna.Poza tym wirus mutuje i nie wiadomo czy ta szczepionka chroni przed tymi mutacjami. Z polskich mediów wynika ,że w Polsce wszystko jest pod kontrolą. A we Francji przeciwnie,że wirus bez szczepionki zabija. Komu wierzyć?

Po dramatycznym wystąpieniu pani minister Francuzi masowo poszli się szczepić. Z wyjątkiem pielęgniarek i pomocy medycznej, według ostatnio zatroskanej pani minister. W zaimprowizowanych "szczepialniach" pokazuje się w telewizji zmasowane setki ludzi. W tym, takich, co kichają, kaszlą, zarażają innych.... ale i są szczepieni. Kobiety w ciąży, małe dzieci czekają po parę godzin, żeby dostać upragniony zastrzyk. W małych miasteczkach wokół Lyonu postawiono drogowskazy prowadzące do źródła przeżycia. Atmosfera jak za epidemii cholery, albo jakiejś innej paskudy. Ludzie stukają się w głowę, inni idą po strzałkach,  bo nie chcą umrzeć. Jednak szczepieni są na razie tylko ci, co dostali wezwanie pisemnie do skrzynki.  

W piątek dowiedziałam się, że dzieci mają być szczepione dwa razy. Decyzję podejmują rodzice. Pani minister powiedziała jednak, że powinni zaszczepić się wszyscy, żeby chronić tych najbardziej zagrożonych. 

W czwartek, mąż mój był na corocznej kontroli lekarskiej w pracy. Doktor powiedział, żeby się nie szczepić. Ani on, ani jego dzieci nie będą szczepione, bo nie wiadomo, jaka jest ta nowa szczepionka. Poza tym z jego wiadomości grypa H1N1 jest mało groźna w porównaniu z grypą sezonową. Nie ma sensu wpadać w panikę. W ten sam czwartek zadzwoniłam do pediatry. Ta, zawsze przeciwna szczepieniom grypowym, teraz poradziła mi zaszczepić dzieci. Zapytałam jak wiadomo, że dzieci nie miały już tej grypy. Przecież nawet ich nie zbadała. Powiedziała, że tak jej się wydaje, ale wybór należy do mnie. Wczoraj, w aptece kupowałam krople do nosa na przeciągający się katar dzieci. Zdezorientowana zapytałam, co robić? Pani aptekarka powiedziała, że nie wie, bo żadnych informacji poza prasą nie mają w aptekach.Chciałam, zatem kupić maskę, tak na wszelki wypadek. Ale tego nie wolno sprzedawać. Natomiast gdybym kupiła litr płynu dezynfekującego do rąk, za 20euro, to mogłabym dostać 5 masek. Nie kupiłam.

 Poza tym koleżanka pani aptekarki pracuje w szpitalu i wszyscy chorzy pacjenci w Lyonie mają aktualnie grypę A. Według tej koleżanki, grypa sezonowa się nawet nie zaczęła! Wszyscy, zatem mają tę świńską. Zapytałam, jeśli tak, to chyba nie jest dobrym pomysłem,  żeby szczepić chłopców, którzy może już chorowali na nową grypę. Pani wzruszyła ramionami, bo nie wie.

 W między czasie moja mama, która jest u nas z wizytą zaczęła mieć czerwone oczy, bolały Ją uszy i głowa. Ale jakoś z tego wyszła. Ja od wczoraj mam problem z krtanią, gardłem i czuję się podle. Ale grypy nie mam. No, tak na nosa...

Nie zaszczepię ani siebie, ani chłopców. Nie mam żadnej pewności, co do tej szczepionki, ani nawet wirusa. Nie wiem, co to są mutacje grypy A, ani nawet, o co chodzi w tej całej panice. Mąż też nie chce tej nowej szczepionki. Wszystkie informacje, jakie czytam na polskich portalach o korupcji i niejasnej sytuacji w międzynarodowej organizacji zdrowia są zupełnie przemilczane przez francuskie media. Zupełnie jakbym zyła na innej planecie, a nie w Europie!

 Nikt nic nie wie konkretnego.Specjaliści zaprzeczają sobie wprowadzając jeszcze większy chaos informacyjny. Ludzie szczepieni są masowo, nawet ci, co pociągają nosem. Żaden przez spotkanych lekarzy nie umiał mi podać rzetelnej, logicznej informacji, co do ryzyka, ani nawet rozwoju grypy. Szkoła ewidentnie kłamie podając rodzicom informacje, że dzieci chorują na grypę, H1N1. Przecież nikt nigdy nie sprawdził, na co zachorowały moje dzieci i pewnie nigdy się o tym nie dowiem. Zakładam "na nosa" , że na grypę. Ale tego też nie wiem na sto procent. 

Może uda nam się nie umrzeć w wyniku świńskiego wirusa? Może nawet uda się nie umrzeć wielu tym, co się nie zaszczepią? Tym natomiast, co się zaszczepili, życzę dużo zdrowia i brak ubocznych objawów. Bo nikt we Francji na piśmie nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za ewentualne efekty po szczepionce. Jeśli jednak za parę lat wyrosną im dodatkowe uszy to ktoś, będzie chyba musiał zapłacić własnym ryjkiem. Z niepokojem słucham o nowych przypadkach śmierci. Uspokajam się, że normalna grypa też potrafi być niebezpieczna, a przecież już ją miałam i żyję. Z radością patrzę na zdrowe już dzieci i trawię tymianek i podbiał na ból gardła. Z niesmakiem słucham wymyślonych informacji, bo nikt nic nie wie z pewnością. A po głowie chodzi mi tylko jedna myśl, że świńska sprawa z tej "grypy na nosa".

ps. Dziś w komenatrzach znalazłam ten link.

http://newworldorder.com.pl/artykul.php?id=1648&tytul=Prof.+Maria+Dorota+Majewska+o+szczepionkach

I rzeczywiście wypowiedź potwierdza moje wątpliwości.  

 

wtorek, 13 października 2009
Dobrodróg

Żebym nie wiem jak się starała, żebym nie wiem jak bardzo chciała być dobra, to jednak nie zawsze udaje mi się osiągnąć ten idealny stan ducha. Zatem jakiś czas temu, z niezadowoleniem spojrzałam na jadącą pod prąd kobietę. Kiedy w końcu ona, przejeżdżając obok mojego otwartego okna, najzwyklej w świecie napluła na mój piękny kołnierz z lisa. A mój syn z niedowierzaniem krzyknął , czemu ta pani to zrobiła? Z niechęcią pomyślałam, no tak Arabka. Wycierając tłusto spływającą wydzielinę przeklinałam w myśli każdą kobietę w chuście. Dziecku powiedziałam jednak tylko,że ta pani jest z pewnością chora psychicznie.

Nie dość,że miałam brudny kołnierz. Niesmak z powodu własnych rasistowskich myśli i z trudem uniknęłam rozwalenia samochodu przez piratkę drogową. To jeszcze na dodatek kłamałam dziecku.

 Od tego czasu nigdy nie jeżdżę z otwarym oknem. Włączam klimatyzator. Więc postępuję nieekologicznie i mnożę wyrzuty sumienia. Nie zwracam  również najmniejszej uwagi nawet na największe wykroczenia kogokolwiek. I udaję, że nie widzę dziesiątek kobiet w chustkach na francuskich ulicach. Niczemu nie są winne, a już na pewno nie temu, że jedna z nich napluła mi na ubranie za nic.

Tłumaczę się wielkomyślnie z powodu zbirowatej baby, pejczem obijam własne sumienie za złe myśli i z dezaprobatą patrzę już na mojego lisa. A w końcu co zwierzak zawinił? Nie dość,że go zabili, pofarbowali, to jeszcze nań napluli. A przecież nie będzie pluł nam.. ach nie, to już nie ta sama piosenka, nie ten sam film.

Postaram się być dobra mimo wszystko. A jak mi się nie uda to do spowiedzi i tak nie pójdę , bo już nie chodzę od zawsze. Zawsze - to bardzo długo i nie zmienię tego w najbliższej przyszłości. Lisa też nie uda mi się ożywić.

Dobro to trudna droga przez życie.  

............................................................................................................................

czwartek, 26 lutego 2009
Elegancja Francja cd

Elegancja to według mnie nie tylko ubiór, ale zwłaszcza styl noszenia się, zachowanie. Dobór szaty do miejsca i respekt dla świata, jak też do własnego ciała. Noszę jeansy, gdy chodzę na spacer. Zakładam szpilki, gdy idę do teatru. Dobrze i wygodnie czuję się prawie we wszystkim.
Tylko, że we Francji do teatru zakłada się już coraz częściej dresy i plecaki. Sama widziałam, sama przeżyłam!

 Flejtuchowaci profesorowie szkół wyższych, mimo intelektu pokazują zwykły brak szacunku dla miejsca pracy, a tym samym dla studentów. Dziwią się potem, że młodzi traktują ich fatalnie. A jak mają traktować? Nikt ich nie uczył, ani respektu w ubiorze, ani w zachowaniu, ani w formie. Bo przecież, jeżeli wykładowca do pracy przychodzi jak łachmaniarz, to i może tak go trzeba traktować? Istnieje takie ryzyko w ocenie na skróty.

Niegdyś, niedomyty profesor archeologii, egzaminował mnie w zabłoconych traperkach, siedząc w gabinecie godnym Ludwika XIV. Mówił do mnie na "ty" i uważał, że się chyba zachwycę. Do dziś pamiętam jego brudne włosy i wyciągnięty sweter królujący nad misternie wyrzeźbionym biurkiem.
Znacznie lepiej czułam się w czasie egzaminu z Estetyki, gdy inny pan profesor, w czystej, dobrze skrojonej marynarce, dyskutował ze mną na temat Renesansu. Nie spoufalał się i dzięki mu za to wielkie.
I jeden. i drugi. byli pasjonatami i świetnie prowadzili wykłady. Ten drugi pozostał w pamięci pachnąco. Ten pierwszy, od archeologii, prehistorycznie.

We Francji też coraz więcej prehistorii. Elegancja stała sie obrzydliwym symbolem wstrętnego kapitalizmu. Synonimem czegoś mniej dobrego. Ktoś elegancki, to ktoś bez ducha i głębi, wewnętrznie biedny. Cóż za banalna karykatura!

A może, ten czas uwielbienia dla miernej garderoby wynika ze zwykłego lenistwa?!
Bo elegancja wymaga rygoru i codziennej pracy nad własnym wyglądem. Trzeba wyprać, wypastować, wyprasować - a to czynności nudne, banalne i mało szlachetne.
Czemu jednak wyłącznie zadrapana fasada ma skrywać bogactwo wnętrza?
Bo może taki pogląd jest bardziej wygodny i bezpieczny. W końcu żeby buty dobrze wyglądały, muszą być wypastowane. A to wysiłek codzienny i beznadziejnie krótkotrwały. No i trzeba wcześniej wstać, żeby o to zadbać. Do tego adidadsów w ogóle nie da się pastować. Więc problem z głowy! 

Piszę o tym, bo należę do tych, co najczęściej "mniej wygodnie" się ubierają i noszą. Jeansy prasuję, bo tak mi się bardziej podobają. I w ogóle wszystkie ubiory mam wyprasowane. Wolę hiszpański kapelusz od macdonaldówki. Mam i jedno, i drugie we własnej szafie. Tylko w różnych miejscach je noszę. Nie przeszkadza mi to rozwijać się duchowo. Głowa nie parcieje mi od kapelusza. Macdonaldówka świetnie chroni przed słońcem!

Co do wychodzenia rano z domu - nie wyjdę bez uczesanej głowy, podmalowanego oka i wyczyszczonych butów. Inni niech robią jak chcą!
Nie sądzę również, żeby mój styl bycia komuś przeszkadzał. Raczej zwraca uwagę, w oceanie szeroko rozumianej praktycznej wygody.

 
Błędem jest również postrzeganie elegancji, jako synonimu pustki i głupoty. Błędem jest myślenie, iż jedynie drogo można być eleganckim. To hasła żywcem wzięte z czasów socjalizmu! Kobietom na traktorach najwygodniej było w chustkach. A robotnicy i tak, czapki wkładali zawsze do kieszeni. Tak im było łatwiej uciekać, gdy ich goniła policja w czasie manifestacji i strajków. Czapka stała się koroną ideologii proletariackiej.

Inteligent kiedyś nosił kapelusz. Nawet wtedy, gdy go łoiła milicja. No ale może również i dlatego wyklęty był przez socjalizm?!!! Dziś już nikt tego nie pamięta.

 Nie jestem milionerką, a dzieci ubieram w marynarki, krawaty i lakierki na wigilię. Na rowery zakładamy adidasy, a do szkoły półbuty. Mój mąż też tak ma. Nasi rodzice również. Mój ojciec daje regularnie do pomniejszenia własne krawaty u krawca. Chłopcy uczą się już je wiązać. Bo jakoś z gumkami pod szyją nie widziałam moich synów. Dla nich naturalnym będzie dobór stylu ubierania się, do stylu życia. Lubią być odświętnie ubrani. Czują się wtedy bardziej dorośli. Bo są jak tata i dziadkowie. Do Filharmonii też ich tak ubieram. Nie przeszkadza im to w ciągłej zabawie i chłopięcej wesołości. Do ogrodu zakładają dresy, a do szkoły wyprasowane spodnie. Ja też nigdy nie zakładałam dresów do szkoły. Zresztą w liceum Żmichowskiej w Warszawie, jakie ukończyłam, nie przypominam młodzieży ubranej na sportowo, ani też wyzywająco. Może dziś jest inaczej , ale 20 lat temu tak właśnie było.

Natomiast we Francji jest już inaczej na pewno.

Kiedy był chrzest moich dzieci, rodzice chrzestni wyglądali schludnie i elegancko. Ale już własne dzieci ubrali w dresy. Te dzieci są dziś duże. I nie nauczyły się, że są miejsca i momenty w życiu, gdy przez ubiór pokazuje się respekt i dobre wychowanie. A szkoda. Bo przecież jak cię widzą, tak cię oceniają. I przed tym się uciec nie da.
Elegancja Francja to już przebrzmiały slogan zakurzonej epoki.

Ale za to jest wygodnie i szaro. Czy przez to bardziej stało się to społeczeństwo wartościowe? Moim zdaniem nie.

Nie oszukujmy się. Pod niewyprasowaną koszulą nie kryje się koniecznie i zawsze filozof. Leniem jest na pewno. Może być i mądrym, interesującym człowiekiem. Nie zmienia to faktu, że jest banalnym niechlujem.

Teatr, opera, kościół, muzeum - te miejsca już niczym się nie różnią od dworca czy zwykłego, warzywnego targu. Choć naturalnie dworce stają się muzeami - jak słynne d'Orsay, choć targi warzywne, to we Francji wrota do kulinarnego raju. Mimo wszystko, żal mi Republiki w wyczyszczonych butach i eleganckim płaszczu.

 Dziś rano w piekarni kupowałam bułkę. Wszedł chłopiec i bez "dzień dobry" kupił pieczywo. Drzwi zostawił otwarte i tyle go było widać. Potem weszła pani. Pewnie pochodzenia arabskiego. Miała na sobie płaszcz. Spod niego wychodziła koszula, gołe, henną pomalowane stopy i kapcie. Zwykłe bambosze z carrefoura. Grzecznie się przywitała i odeszła z bagietką. Za mną wszedł pan w czapce. Nie zdjął jej, bo pewnie nie wie, że tak należałoby zrobić. Kupił rogaliki na śniadanie. No i jeszcze jakaś matka z dziećmi. Miała dużo biżuterii na palcach, jakieś jeansy i żuła gumę. Gdy kupowała pieczywo jej maluch pakował rączki do dystrybutora "bonbonów". Cukierek wypadł na ziemię. Dama w pierścionkach stuknęła małego w głowę. - Chcesz jeszcze jeden raz? Zapytała zdecydowanie. Wyszli w chwilę później. Stałam i patrzyłam na tę moją Francję z niesmakiem. 

Rozmawiałam z właścicielką sklepu o pogodzie. Piekarzowa jest Portugalką, a jej mąż Wietnamczykiem. Robią świetne bułki. Zawsze rozmawiamy o dzieciach. Piekarzowa jest piekarzową, ale ma w sobie coś dystyngowanego. Z uśmiechem obsługuje klientów. Kiedy wszyscy już wyszli, pokiwałam tylko głową. A ona, swoją zgrabną sylwetką i zadbaną urodą kazała mi znowu pomyśleć - ach, elegancja Francja. 

 

sobota, 31 stycznia 2009
Elegancja Francja czyli barchanowe koronki damy

papillion by you.

W jednym z poradników dla kobiet, poszukujących pracy wyczytałam taką wskazówkę. "Kiedy idziesz na pierwsze spotkanie z rekrutującym cię pracodawcą, koniecznie załóż najbardziej seksowne koronkowe majtki, pończochy i wysokie obcasy. Nawet, jeśli będzie Ci mniej wygodnie, to i tak, będziesz się czuła kobieco, pewna siebie. I mimo, że te seksowne elementy przykryjesz biznesowym, smutnym garniturem. To i tak, ukryte rekwizyty zadziałają na twój styl bycia, profesjonalną pewność siebie i determinację. "

Czyżby zatem wszystko miało swój ukryty sens?  Drobiazgi garderoby wpływają aż tak bardzo, na zachowanie ich właścicielki? Smutnym wydał mi się fakt, iż bawełniane gacie, mogą utrudnić kobiecie drogę do kariery. Ale chyba coś w tym jest na rzeczy. Może rzeczywiście wszystko zaczyna się u podstaw? Nawet, tych najbardziej ukrytych jak bielizna czy buty? W końcu ponoć byt kształtuje świadomość.

"Elegancja Francja", powiedzonko wciąż tłucze mi się po głowie. Przypomina stukanie złotych młoteczków, jakie widziałam kiedyś w wersalskim pałacu. Bezwstydnie, w małej gablotce położone, pośród innych drobiazgów ludwikowskiej epoki. Wyfiokowane damy używały ich ponoć do wybijania spod peruk wszawych członków dworu. Pasożyty są zatem plagą francuskich głów nie od wczoraj. "Elegancja Francja" wraca echem za każdym razem, gdy widzę drapiące się podejrzanie dziecko, w przedszkolu czy szkole moich synów. A są to placówki powszechnie w Lyonie znane jako jedne z lepszych. 

Ileż jednak trzeba było wdzięku i gracji, ażeby do walki z wszawicą używać równie misternie rzeźbionych młoteczków?! Nic więc dziwnego, iż znam ludzi, którzy na temat ewolucji wersalskiej mody, poświęcili prace magisterskie. 

Dzisiaj, na szczęście nikt, już nie zabiera się do pasożytów ze złotym wybijakiem. Nie oznacza to, że problem znikł. Szkoły francuskie pełne są nadal swędzących głów, a ich rodziny podchodzą do tego z filozoficzną wyrozumiałością. Nikogo to nie dziwi. W końcu historia znana od wszechczasów, czego dowodem są królewskie gabloty.

Prozaiczna wesz wciąż gryzie za uchem Francuzów. Jednak epoka nie ta sama, a i wytworność współczesnych mało z dworską ma wspólnego. Elity francuskie znacznie zmieniły pochodzenie, zachowanie, wygląd. Tylko ich dzieci wciąż się drapią po głowie. 

Czas monarchii, arystokracji przeszedł do historii. Francuzi przyzwyczajeni do króla, zastąpili go prezydentem wybieranym demokratycznie. Każdy może go krytykować, jak i chwalić. Nawet i on, pozwala sobie na wulgarne odpowiedzi spotkanym przypadkowo niezadowolonym ludziom. Nikt jednak nikomu głowy nie zetnie za brak pochlebstwa dla władzy. Choć jeszcze nie tak dawno było inaczej. W końcu teraz mamy Republikę oświeconą i Demokrację przez duże D!  

Nie zmieniło się jedno - nadal istnieje dwór. Tylko, że teraz jest on prezydencki. Skupia tych, co tworzą śmietankę towarzyską. Tak było za prezydentury lewicowej jak i prawicowej. Dwór francuski skupia dyplomowanych "tenorów" z najlepszych wyższych szkół. Najczęściej ze środowisk mieszczańskich. Chociaż nie tylko. To też ulega zmianie.

We Francji, od półwiecza mówi się o tzw. windzie społecznej. Ci, z trudnych przedmieść, coraz częściej trafiają na wyższe piętra francuskiej polityki i administracji. Klasy mieszają się. Z dołu idą do góry, a te z góry dopasowują się do tych z dołu. Winda podnosi się i opuszcza niezwykle wolno, ale jest, i świadczy o powolnych, acz definitywnych zmianach. I dobrze, że tak jest! Szkoda tylko, że styl bycia tych z góry, staje się taki, jak tych z dołu. A niestety nie odwrotnie. Może dlatego przedstawiciele śmietanki towarzyskiej wyglądają teraz po prostu coraz mniej elegancko. Coraz gorzej się zachowują, noszą i odzywają.

Mimo, że Paryż jest stolicą wielkiego krawiectwa. Mimo, że to tu, właśnie nad Sekwaną, w każdy sezon rzucane są na świat nowe trendy mody. Mimo tego całego jedwabnego zamieszania, średnia krajowa coraz bardziej szarzeje i dziadzieje. Paryska bohema, najczęściej o poglądach lewicowych, bo tak jest bardziej ludzko i szlachetnie, ponosi po części winę. I nic nie szkodzi, że ma się to nijak do dekadenckiego jej stylu życia. Tak jest powszechnie przyjęte i już. 

Dziś dobrze widziany jest niechlujny styl bycia, brudne buty i źle ogolona broda. Na naganę zasługuje krawat i dobrze wyprasowana spódnica. W końcu dobry, mądry Francuz, uczestniczy głównie w codziennych demonstracjach ulicznych, w strajkach, a nie w operetkowej rzeczywistości.

Do tych "lepszych" należą również filozofowie i pisarze. Skupieni wokół kilku paryskich gazet i wydawnictw, jak i programów telewizyjnych. Niczym wyrocznie oceniają co wolno, a co nie wolno. Co jest dobrem a co złem. Mówią mądrze, ale niestety, wyglądają okropnie. No bo taki czysty, wyprasowany filozof, to przecież nie filozof. A taki wymięty człowiek, najlepiej w swetrze, z brudnymi włosami, to od razu widać, że rozumie życie.

Ach Paryż, Paryż... wciąż Paryż na szczycie Francji. A w nim, już nie tylko urodzenie decyduje, że jesteś lepszy. Raczej pieniądze, wykształcenie, no i polityczny talent. A co za tym idzie styl życia. No i elegancja. A właściwie jej brak? Bo przecież kiedy się jest artystą, politykiem i staje się po stronie biednych, to trzeba być niechlujem. Nikt inaczej nie da wiary, że się jest prawdziwym ideowcem. Poza tym i tak, jedwabne koronki miękko chowane są pod wytartymi dżinsami. Jak w poradniku, " żeby dodać sobie kobiecej pewności siebie"...

Ale nie tylko "kobiecej pewności siebie". Mężczyznom też jest ona potrzebna. I tu przypomniała mi się prawdziwa historia pewnego znajomego. Zaproszony z żoną na bardzo szykowne przyjęcie cierpiał na grypę gastryczną.Człek to duży i otyły. Mam nadzieję, że wybaczy mi tę moją niedyskrecję.

Nie wypadało mu odmówić, więc dzielnie uczestniczył w zabawie, odchodząc często w ustronne miejsce.  Niestety za którymś razem zastał zamknięte drzwi toalety. W końcu po dłuższej chwili udało mu się dostać do środka. Ku jego największemu ambarasowi stało się to ciut, zbyt późno. Nie zastanawiając się długo, zdjął schorowane gacie i zwinął do kieszeni marynarki. Żeby nie chodzić z pokaźnym zawiniątkiem odszukał torebkę żony i pozbył się niewygodnego rekwizytu. W drodze do domu zwierzył się żonie z przykrej przygody. Ona, mocno zdegustowana poszukała gaci męża w eleganckiej kopercie, ale bez skutku. Nic nie znalazła. Panu pomyliły się torebki. Ktoś inny dostał brudne slipy mojego znajomego.

Śmieszny tragizm tej historii zawsze mi się przypomina, gdy idziemy gdzieś w gości z moim mężem. Tradycyjnie pytam się go o samopoczucie. No i na wszelki wypadek noszę bardzo małe torebki. Tak, w razie czego... Bo przecież nigdy nie wiadomo, co, komu, może się zdarzyć. Poza tym, mimo powszechnie panującego trendu we Francji, staram się zawsze wyglądać elegancko. Co wprawia w duże zakłopotanie moich francuskich znajomych. A zwłaszcza wtedy, gdy idziemy razem do teatru lub na koncert. Ale to już inna opowieść choć nie mniej dramatyczna. 

 
1 , 2 , 3 , 4