Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 21 czerwca 2016
Margot
.
Czarny, jak smoła kogut budził każdego dnia całe gospodarstwo rozdzierającym pianiem. Pomarańczowy ogon prężył przy tym dumnie i przebierał nóżkami na kupie gnojówki. Margot otworzyła okiennice. Ciężkie drewniane skrzydła uderzyły głucho w ścianę. Wychyliła się i zblokowała je małymi, żelaznymi główkami w filuternych kapelusikach. Zapadki posłusznie obsunęły się pozostając na straży otwartego okna.
Kogut darł się w niebogłosy. Dziewczyna uśmiechnęła się do różowo kwitnących drzew, jakich korony rozciągały się wzdłuż okalającej domostwo alei. Było przyjemnie ciepłem dobrze rozbudzonej wiosny. Słońce powoli, ospale wdrapywało się do góry . Długie, poranne promienie przeciskały się przez gałęzie drzew, krzaki, zalewały bogato kwitnący ogród.
Król drobiu zdawał się wkładać całą swoją duszę w coraz bardziej ochrypłe pianie. Nie chciał nawet przez chwilę zawiesić porannego wołania. Margot zaczęła odliczać. Wiedziała, że nim dojdzie do trzydziestu kogut straci głos. W godnym milczeniu będzie trwał aż do następnego dnia. Potrzebował całej doby żeby odbudować możliwości wokalne swoich strun głosowych.
Dwadzieścia dwa, trzy, czte.. Koniec. Głos zawiesił się i kogut zamilkł, pozostając dumnie z pazurami w gnoju. Wtedy , jak zwykle każdego ranka wyskakiwały na podwórze kury. Przytulnym gdakaniem przejmowały władzę nad całością, nic sobie nie robiąc z czarnego jegomościa, z patetycznie pomarańczowym ogonem.
Margot od wielu dni obserwowała ptasi rytuał. W mieście nigdy nie spotkała kury inaczej , jak w lodówce, w plastikowych foremkach, albo już zarumienione z rożna na co wtorkowym rynku. Odepchnęła od siebie te wizję. Nie byłą wegetarianką, ale w kontakcie z czarnym monarchą i plotkującymi kumoszkami, nie lubiła myśleć o tym, gdzie może skończyć ta urocza rodzinka.
Odetchnęła lekkim podmuchem porannego wiatru. Narzuciła szlafrok i pobiegła do kuchni. Urwała kawałek bułki, wystającej z podłużnej torby na pieczywo. Wyciągnęła z szafki duży słoik miodu. Gorąca kawa już była zrobiona w dzbanku. Ktoś wstał wcześniej, ktoś już był tu przed nią.
Długi nóż z wygrawerowaną pszczołą utoną w słoiku. Margot czuła jak żołądek zaciska się jej z głodu, a może i z łakomstwa, na widok złotej, pachnącej słodko masy. Porcelanowy kubek szybko rozgrzał się od parującej kawy. Dziewczyna powoli rozsmarowała masło i tworząc łódeczkę z kawałka chrupiącej bułki wypełniła ją miodem.
Zamknęła oczy gdy wkładała sobie w usta ten poranny przysmak. Jeszcze kilka łyków kawy i wiedziała, że dzień będzie udany.
      
poniedziałek, 23 lutego 2015
Psu palma odbiła

.

Słońce było już wysoko na niebie kiedy powoli się budziłam. Mój sen chroniły dotąd przymknięte okiennice. Ciężkie, drewniane, typowe dla domów południowych. Nie było wiatru, a powietrze zdawało się być ociężałe od wysokiej temperatury. Otworzyłam oczy z dużą niechęcią. W domu nie było absolutnie nikogo. Wszyscy rozbiegli się za swoimi sprawami. Tylko ja pozostałam leniwie w łóżku. Okna otwarte przepuszczały dźwięki szalejącego od lata ogrodu. Ptaki co chwila wznosiły okrzyki. Drobne szare maleństwa zalęgły się tuż pod dachem i co parę minut dostawały nową porcję robaków. Pisklaki z każdym, nowym transportem ćwierkały coraz głośniej. W końcu krzyknęłam: - Dość! Ile można dzioby rozdzierać?! To mój dom, mój sen i moje przebudzenie! Nie tak głośno proszę!

Zapadła cisza i tylko owady uparcie bzykały dalej w kępach rozmarynu. Kwiaty i zioła uwielbiają taką pogodę. Kolczaste łodygi skrywają lawendowe krzaki, jakie sadzę wszędzie od wielu lat. Pszczoły, bąki, wszelakie bzyki fruwały od płatka, do płatka, od róży do pachnącej lawendy.

Wsłuchiwałam się w ten szum z rozleniwieniem. I gdy miałam się właśnie zabrać do dalszej drzemki, lekki ruch okiennic wprawił mnie w mrożące osłupienie. Ktoś ewidentnie chciał otworzyć drewniane skrzydła tuż nad moją głową. Podniosłam się jak oparzona. Pod deskami ujrzałam grube, męskie palce pokryte owłosionym puchem czarnych włosów. Biegały nerwowo szukając okiennej zapadki.

Nie czekając długo złapałam książkę leżącą na szafce nocnej i zaczęłam okładać paluchy ciężką lekturą. Nic to jednak nie dało, bo właściciel tłustych łapsk ewidentnie zawisł i krzycząc z bólu wpijał się dalej desperacko w zewnętrzny parapet. 

Po pierwsze było gorąco. Po drugie nie było nikogo w domu. Po trzecie, ponieważ było gorąco i byłam sama, spałam zupełnie naga w łóżku, tuż pod otwartym oknem. Absolutnie nie wchodziło w rachubę spotkanie z niedzielnym yeti w negliżu. Za wszelką cenę postanowiłam zlikwidować typa znęcając się na jego paluchach. W mgnieniu oka zerwałam z łóżka prześcieradło, owinęłam się nim jak w togę i zwinnie doskoczyłam do okna, pociągając silnie za metalowe rączki okiennic. Zatrzasnęłam tym samym palce agresora, otworzyłam jeszcze raz i z obrzydzeniem zepchnęłam zmiażdżone ręce w dół. Zapadła cisza...i cichy tupot jęczącego mężczyzny. Uciekł. Zniknął tak, jak się pojawił.

Przez wiele minut nie mogłam się ruszyć z wrażenia i zwykłego strachu. Ochłonęłam zbierając myśli.Wyciągnęłam z szuflady telefon i zadzwoniłam do męża. Nie odpowiadał. Pomyślałam o policji, ale pewnie i tak, by nie przyjechała. Francja, lato, niedziela...

Wyszłam z pokoju. Głowa mi pękała od ciepła i zdenerwowania. Poszłam do kuchni. Wypiłam sok pomarańczowy, a potem zimną wodę gazowaną. Wzięłam do ręki nóż. W razie czego ubiję dziada. Nie weźmie mnie żywcem. Trzymając lewą ręką togę, prawą - nóż, wyszłam do ogrodu. Pies leżał jak martwy pod czereśnią i nic. Patrzę, wołam... ruszył ogonem. Raz, drugi, trzeci... Żyje!

Patrzę pod oknem, duże wgłębienie świadczyło o ciężkiej wadze delikwenta. Czemu pies nie reaguje, gdy wchodzą zbiry do domu?! Pomyślałam, że może przez ten upał ? A może mu coś dano?

Podeszłam bliżej, ale pies wyglądał na zupełnie zdrowego. Pod płotem zauważyłam jakiś but. Duży, niebieski, męski klapek z palmą. Nigdy nie wyobrażałam sobie, jakie buty noszą zboczeńcy. Teraz już wiem, że są to japonki z plastikowymi palmami.

Z obrzydzeniem podniosłam klapek patykiem. Rozmiar 46! Co za wielki chłop! Miałam szczęście. Trzymając togę w lewym ręku, dołożyłam do niej nóż. W prawym trzymałam patyk i wróciłam do domu. Co tu zrobić? Postanowiłam zamknąć lepiej okiennice, pójść pod prysznic i zastanowić się w chłodnej wodzie.

Reszta dnia przeszła bez przygód. Wieczorem przyszedł mąż. Przez cały dzień był poza domem, na meczu rugby, ze znajomymi sąsiadami. Ja nie lubię tych sportowych niedziel zwłaszcza, gdy świat tonie w upalnym słońcu. Nie zdążyłam mu opowiedzieć o mojej przygodzie, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. To nasza sąsiadka wpadła oddać mężowi pożyczone w ciągu dnia pieniądze.

Zza ściany usłyszałam, jak mu opowiadała w przedpokoju niewiarygodną historię. Otóż podczas ich nieobecności, przyjechał do nich bratanek z Paryża. Zupełnie zapomnieli o tej wizycie. Zadzwonił do nich na komórkę, więc mu powiedzieli żeby wszedł przez tylnie okno, które zostawili uchylone i poczekał na ich powrót. Wystarczyło tylko wsunąć rękę pod okiennice i podważyć zawleczkę. Chłopak podobno wielki, jak stodoła, więc musiał tylko się wdrapać trochę po ścianie. Co najbardziej niesamowite, że nie udało mu się to zupełnie i zamiast otworzyć, zamknął sobie jakoś nieszczęśliwie te okiennice na palcach. Zrobił to tak niezgrabnie, że połamał wszystkie palce i jest teraz w szpitalu. Sąsiadka dodała, że zupełnie nie rozumie jak to się stało, bo przecież u nich wcale nie jest tak wysoko. Do tego chłopak nie chce z nimi rozmawiać, a bratowa zwymyślała ich, że tak okropnie go przywitali. Sąsiadka najbardziej nie rozumiała dlaczego nie chce zupełnie się do nich odzywać...

Mąż przyszedł nieco zdziwiony tą historią. Zrobiło się trochę chłodniej więc usiedliśmy na tarasie. Nagle przybiegł do nas pies. Jemu też było przyjemniej. Podbiegł do męża i przyniósł mu niebieski klapek z palmą. Zachciało mu się bawić.

Mąż spytał zdziwiony skąd miał tego okropnego, wielkiego klapka. Zabrał mu to ze wstrętem i wyrzucił do śmieci.  

- Zobacz jacy są ludzie? Wszystko ci do ogrodu teraz wrzucają! Co za chamstwo! A psu palma odbiła żeby tym się bawić w taki upał. 

Piłam spokojnie różowe wino, zastanawiając się : co będzie dalej?   

sobota, 29 listopada 2014
Marie

Marie nie bała się już ani zdenerwowania ojca, ani chronicznego zniecierpliwienia mamy. W końcu z rodzicami widywała się przelotnie, przy kolacji i w czasie niedzielnego obiadu. Chociaż i ten ostatni odbywał się często przy udziale znajomych. Rodzice prowadzili bardzo towarzyskie życie w weekendy. Wtedy było jeszcze mniej czasu na rozmowy. W ciągu tygodnia pracowali i pracowali, poza tym pracowali i pracowali... Marie już dawno pogodziła się z tym, że rodzice zdawali się mało interesować tym, czym ona interesowała się najbardziej. Najważniejsze dla nich było czy ma dobre wyniki w nauce i czy wygląda porządnie.

A uczyła się bardzo dobrze w prywatnej liońskiej szkole katolickiej. Nie była wierząca, ale nie przyznawała się do tego nigdy i nikomu. Nikt zresztą w jej środowisku się nie przyznawał. Szkoły prywatne mają dobrą reputacje, a te katolickie są zdecydowanie najlepsze. Marie doceniała to, że rodzice właśnie do takiej placówki ją zapisali i płacili dość wysokie czesne. Ponieważ zarabiali dobrze, nie stanowiło to wielkiego dla nich wysiłku.

Marie ubierała się skromnie. Od małego uczono ją nie pokazywania zamożności. Miała długie, czarne włosy, zawsze rozpuszczone na szczupłych plecach. Utrzymywała je srebrną spinką, jaką chowała pod puklami opadającej na ucho grzywki. Miała czarne oczy i śniadą cerę. Była typową dla południowców ładną dziewczyną o zdecydowanej urodzie. Nosiła przeważnie wąskie spodnie i jasnoniebieskie bluzki. W czasie chłodów zakładała wełniane marynarki i spasowane płaszcze. Nigdy nie pokusiła się o buty na obcasie. Matka zawsze powtarzała jej, że ma jeszcze czas na bycie sexy.

Tego pamiętnego listopada było wyjątkowo chłodno. Lyon znajdujący się na pograniczu wiatrów alpejskich i śródziemnomorskich wybrał się na romans z zimą. Temperatury od wielu dni oscylowały w granicach zera, co na warunki rodańskie jest bardzo doskwierającym zimnem. Każdy ranek wydawał się być taki sam. Lyon, spowity we mgle, jaką oddychał Rodan i Saona z trudnością znajdował energię ażeby z radością przeżywać coraz krótsze dni. Gęste opary unosiły się nad zielonkawą wodą, której wartkie nurty przecinały kolejne mosty. Rodan dużo szybciej radził sobie z wdychaniem tych tumanów mgły. Tymczasem Saona, węższa i ściśnięta między Stary Lyon a wybrzeża Świętego Antoniego prawie do południa spowita była jak w woalce. Mosty, mostki, kładeczki jakich mnóstwo nad tym brunatnym dopływem zdawały się nie puszczać mgielnych szeptów i trwały w ich wilgoci całymi godzinami.

Marie chodziła do jednej ze szkół przy pieszej kładce Świętej Trójcy. Jej szkoła też była tego samego imienia. Przyklasztorny budynek zaadoptowano na liceum dla dobrze urodzonych. Tak właśnie mówiła jej babcia o miejscu, gdzie Marie zdobywała wiedzę. Dziewczyna wiele razy się zastanawiała czemu to ona jest lepiej urodzona? Bo niby taka dziewczyna, co jest z Villeurbane i tam zapisano ją do państwowej szkoły, ma być gorzej urodzona? Lepiej, gorzej.. Marie w swoim nastoletnim buncie często denerwowała się na te babcine wywody. Jednak bardzo kochała starszą panią, która z dużym taktem i wyrozumiałością słuchała wnuczki.

W jeden z tych mgielnych, listopadowych poranków, Marie szła sumiennie do szkoły, gdy pod kładką Świętej Trójcy usłyszała dziwne dźwięki. Zatrzymała się niepewnie wchodząc na mostek, ale nie mogła nic dojrzeć, mimo, że dźwięki były coraz bardziej rozpoznawalne. Zza gęstej mgły dochodziło ją niewątpliwe łkanie jakiejś kobiety. Marie starała się wypatrzeć czy osoba jest sama, czy może nie. Po chwili krzyknęła proponując pomoc. Chciała wezwać policję, albo strażaków. W odpowiedzi wróciła do niej cisza.

Rano czas płynie bardzo szybko, a Marie była poważną uczennicą. Oderwała się od niepokoju o płaczącą osobę. Szybko ruszyła w stronę szkoły i równie sumiennie przetrwała w niej dzień. Po lekcjach postanowiła jednak sprawdzić, czy w dole, pod kładką, nie ma kogoś lub czegoś, co dałoby jej szansę zrozumieć to, co stało się rano. Zwinnie, jak tylko młode dziewczyny potrafią, zeskakiwała ze schodów by jak najszybciej dojść do kamiennego nadbrzeża Saony. Nic jednak nie znalazła. Może tylko kilka niezgrabnych napisów i wyrastające ze ściany chwasty.

Przez kolejne dwa dni sytuacja się powtórzyła, aż Marie postanowiła podzielić się swoimi obawami z matką. Ta jednak, rano tak bardzo się spieszyła do biura, że w ogóle nie wysłuchała córki. Natomiast ojciec wychodził z domu najwcześniej i obiecał, że porozmawia z nią w weekend.  Każdego dnia była mgła i każdego dnia Marie stawała na kładce Świętej Trójcy i nasłuchiwała płacz kobiety. Bała się jednak zejść bez dobrej widoczności. Poza tym nie chciała mieć problemów w szkole w związku ze spóźnieniem.

Aż przyszedł grudzień i liońskie Święto Świateł. Jak co roku miasto przygotowało iluminacje, zabawy i uliczne spektakle. Marie, podobnie jak większość liończyków z niecierpliwością oczekiwała święta poświęconego pamięci Świętej Marii Panny, patronki Lyonu, która według legendy uratowała kiedyś jego mieszkańców przed zgubą i epidemią. Nikt jednak nie myślał już o tych strasznych czasach. Każdy natomiast oczekiwał, czym zaskoczą nowe widowiska świetlne, jaką historię opowiedzą artyści jednego wieczoru.

Marie zapomniała o mgle, o kobiecie, zapomniała o niepokoju. Jak co roku ubrała się ciepło i ruszyła z rodzicami do centrum. Był 8 grudzień. Zmierzch przerodził się w noc. W każdym liońskim oknie zapalono świeczki. Tysiące światełek  drżało odbijając się w niezliczonych szybach wielokondygnacyjnych kamienic.

Marie uwielbiała ten dzień , uwielbiała te światła i atmosferę Lyonu bez samochodów. Było w tym wieczorze coś co ratowało nadzieję, że nie wszystko stracone w świecie pieniędzy, karier, lepiej i gorzej urodzonych ludzi. Był to też dzień kiedy czuła, że ma rodziców i że są razem. Szli jak zawsze w ten wieczór razem z nią, trzymając się pod rękę. Kiedyś, malutkiej, pozwalali fikać między sobą. Teraz, szła mając po obu stronach najważniejszych ludzi w jej dotychczasowym życiu. Mama elegancko ubrana, otulona miękkim, kaszmirowym szalikiem z uśmiechem pokazywała jej wszystkie światełka. A tata, silnym ramieniem torował im drogę w ulicznym tłumie gapiów. Po długim marszu dotarli do Placu Terreaux. Klasyczna fasada Muzeum Sztuk Pięknych w zadumanej ciemności oczekiwała na spektakl. Naprzeciwko szumiała ogromna fontanna z galopującymi końmi. Kamienne zwierzęta zdawały się wyskakiwać z wody. Uwięziona w basenie miękko poruszała się odbijając  światła aparatów fotograficznych, które trzymali zniecierpliwieni czekaniem turyści. Prostokątny plac zamyka pokaźny ratusz i równie duża, pięciopiętrowa kamienica. 

Nagle, nad ściśniętym tłumem uniosła się muzyka. Podobna raczej do lekkich nut Sati'ego przerodziła się bardzo szybko w rytmiczny stukot deszczu. Złudzenie było tak ogromne, że każdy wyciągał ręce jakby w poszukiwaniu spadających kropel. Jednak niebo było bezchmurne i ani jedna drobinka wody nie dostała się na plac. Ciemne ściany budynków rozbłysły maleńkimi przebłyskami iskierek. Było ich tak wiele, jak dźwięków wydobywających się z rozstawionych głośników. Ludzie patrzyli na spektakl z zachwytem. Lasery, światła, miliony postukiwań sprawiały, iż każdy poczuł się jak w sercu ulewy. I nagle zrobiła się cisza. Wszyscy wstrzymali oddech. Znad fasady wylewał się teraz strumień szarej wody. Raz była zielonkawa, raz niebieska , raz zupełnie brunatna. Głośniki wydawały teraz już typowy dźwięk płynących strug ni to deszczu, ni wodospadu. Z ratuszowej fasady wylewał się drugi potok świetlistej wody, ten zupełnie zielony. Każdy zrozumiał, że chodzi o Rodan i Saonę. Aż wkrótce wszystko ustało. Ojciec Marie z radością przytulił żonę i ze zdziwieniem zauważyli dziwny smutek w oczach córki.

Teraz, znad fontanny unosiła się para. Była jasno złota. Coraz więcej i więcej unoszącej się mgły wprawiło tłum w osłupienie. Wydawało im się, że toną w niezmierzonych tumanach pary wodnej. Z fasady muzeum i ratusza zniknęły obrazy nurtów rzecznych. Rozległ się cichy płacz kobiety. Kwiliła wśród złotej mgły nad głowami oszołomionej widowni. Każdy wiedział, że to patronka Lyonu opłakuje zmarłych wieki temu liończyków. A potem płacz umilkł i na ostatniej fasadzie placu Terreaux wszyscy ujrzeli małą dziewczynkę. Wyświetlona postać okazywała się w kolejnych oknach kamienicy. Aż stanęła po środku, w krótkiej spódniczce z białą falbanką.  Trzymała w rączkach małą świeczkę i chciała ją zdmuchnąć, ale powstrzymał ją głos. Ten sam głos przed chwilą płaczącej kobiety. Teraz wołał: - Marie, Marie nie rób tego! Tymczasem wszystkie projektory zgasły. Tylko w oknach wciąż paliły się świeczki zapalone przez mieszkańców Lyonu.

A potem mama trzymała szlochającą w ramionach dziewczynę. Nie wiedziała czemu tak bardzo się wzruszyła. Nie wiedziała dlaczego córka płacze. I wycierając gorące łzy wyszeptała jej do ucha, tuż nad srebrną spinką: - Kocham cię córeczko. Wybacz mi Marie, że nie rozumiem czemu płaczesz, ale kocham Cię najmocniej na świecie.