Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 25 marca 2014
Śmiech po Koluszkach

Od trzynastu lat każdy mój wyjazd do Polski odbywał się przy współudziale moich dzieci i czasami męża. Tydzień temu po raz pierwszy byłam sama. W moim ukochanym mieście, bez rodziców, bez dzieci, nawet bez psów. Poczułam się jak kiedyś na wagarach. Niby z wyboru, ale chyba bezprawnie. Nie zastanawiałam się jakie muzeum zwiedzić, co dzieciom pokazać, gdzie pójść na pierogi, ani na jaki film się wybrać. Nie szukałam co się nadaje dla dzieci w jakim teatrze, ani czy jutro będzie dobra pogoda, i czy rowery są gotowe na wycieczkę. Żyłam przez kilka dni egoistycznie dla siebie, nieegoistycznie dla przyjaciół, a właściwie... to zupełnie nie jest do końca tak.

Po pierwsze przywitałam się z moją książką w Empiku. Bardzo się z tego ucieszyłam. Zupełnie tak jak dzieci się cieszą ze Świętego Mikołaja. Przyznam się nawet, że w jednym z Empików, przełożyłam książkę na półkę w wejściu. Tak żeby ktoś, kto nie zauważył, w końcu to uczynił. Niestety pani sprzedawczyni zauważyła mój niecny czyn i powiedziała: "Moja Francja " leży tuuu. Potem przełożyła ją tuż obok. Ponieważ miejsce było równie widoczne, nie sprzeczałam się. Aż mnie korciło żeby powiedzieć że to ja ją napisałam. A potem pomyślałam , no i co z tego? Ważne jest kto ją przeczyta, a nie kto ją napisał. I cicho poszłam dalej.

Na odchodnym jednak spytałam się jak się sprzedaje. Odpowiedziała mi: - jak wszystkie czerwone okładki - dobrze.

No to się ucieszyłam, że ta okładka jest czerwona. Zwłaszcza, że jak bardzo lubię ten kolor. Mam takie sukienki, buty, torebki. Maluję paznokcie na czerwono, dzieciom kupuję czerwone kurtki, mam czerwone zasłony, szlafrok... i od trzech dni tulipany w ogrodzie. Słowem dobrze się stało, że okładka też ma ten kolor.

W związku z czerwoną książką pojechałam do Łodzi. Pierwszy raz od lat wielu siedziałam w pociągu. Do tej pory poruszałam się głównie samolotem albo samochodem. Teraz postanowiłam wziąć pociąg, bo przecież do Łodzi z Warszawy nie będę latać .

W pociągu było bardzo ciepło. Niestety okien nie można otworzyć, ale było czysto i porządnie. Usiadłam blisko drzwi, bo inaczej bałam się ,że się rozpłynę w tej mojej czerwonej sukience. Po kilku minutach każdy rząd w wagonie był zajęty przez nowego pasażera. Jedni czytali, drudzy gadali. Ci ostatni mówili do telefonów. Chciałam czy nie, musiałam słuchać, bo mówili głośno. I tak jeden pan relacjonował dokładnie gdzie usiadł, przy którym oknie i kiedy ruszyła, maszyna. Po drodze jeszcze się pytał czy żona zrobiła lewatywę Lusi. Potem się domyśliłam że to jakieś zwierzę bo córka by chyba kości w nagrodę nie dostawała. Potem prosił jeszcze o wstawienie ziemniaków bo pewnie zaraz dojedzie.

"Zaraz" trwało dłużej jak podróż z Lyonu do Paryża. No ale wiem, we Francji nie było komunizmu, mają drogie TGV, itd.. My dopiero tak mieć będziemy. Jednak dwie i pół godziny do Łodzi z Warszawy, to już podróż dla hobbystów!

Potem zaczęła rozmowę pewna młoda , zadbana pani o tipsach. Wyraźnie mówiła przez telefon koleżance, jak je ma przyklejać. Tamta chyba nie rozumiała do końca, bo przyklejały wspólnie te tipsy przez prawie godzinę. Pociągowa koleżanka denerwowała się, że tamta taka ciamajda i że nic nie rozumie. Żal mi jej było, bo przyklejać tipsy przez telefon to nie jest łatwa rzecz. Poza tym już wiem jak je przyklejać, gdybym chciała, mam już instrukcję obsługi.

Wiele innych, pasjonujących rozmów ludzie przeprowadzali i każdy dość głośno. Aż w końcu chciało mi się do toalety. Zebrałam siły i poszłam do pociągowego wychodka. A tam, niestety ktoś był wcześniej. Stwierdziłam że nie mam absolutnie wyjścia, bo moja sytuacja była nagła. Wewnętrzne obrzydzenie popchnęło mnie do zwalczenia obcych suwenirów. Spuszczam wodę raz. Spuszczam wodę dwa. Przy trzecim, upartym wodo spuście słyszę męski głos zza drzwi: - proszę pani, to tak od Koluszek pływa, nie uda się pani.

I zrobiło mi się swojsko, domowo, jakoś tak polsko.

Śmieję się do samej siebie, bo cała podróż w jedną i drugą stronę trwała pięć godzin! Ale o tym więcej jutro...   

czwartek, 23 stycznia 2014
Francuskie roboty

Świadomość upływającego coraz szybciej czasu, pooperacyjna niedyspozycja, jak i zwykła chęć zmiany codzienności, popchnęła mnie w kierunku domowego nieróbstwa. Jednak w brudzie żyć się nie da. A jeśli trzech  spośród siedmiu domowników, to dwa psy i kanarek, to sprawa czystości wydaje się być kluczowa.

Najpierw rozeznałam możliwość wzięcia pomocy domowej. W pobliskiej piekarni, na wywieszonej tablicy jest mini giełda pracy. Ale strach pomyśleć o wprowadzeniu kogoś obcego do domu. Zapytałam zatem sąsiadkę. Okazało się, że ma jedną panią do sprzątania i inną do prasowania. Ta od sprzątania jest płatna od godziny, a wymaga stawki godnej prezesa międzynarodowej korporacji. Zresztą okazało się, że ma tak dużo pracy, że nie jest dyspozycyjna aż do lata.

Pani prasowaczka nie przychodzi do klientów, tylko trzeba zawozić ubrania do jej domu. Pobiera opłatę od średniej wielkości plastikowego kontenera. W moim przypadku to odpada, bo nie wolno mi nosić ciężarów.

Zadzwoniłam do znajomej Francuzki, która pilnuje mi czasami psów i dorabia sobie pracą w domu. Okazało się że nie umie prasować koszul, polo i spodni. Czyli dokładnie tego, co u mnie jest najbardziej potrzebne. Stanęłam przed ewentualnością ubierania chłopców i męża w sukienki, ale nie chcieli.

I tak, minął miesiąc od mojej operacji i musiałam poradzić sobie inaczej.  Z pomocą przyszły soldy. Przez przypadek, nabyłam za sumę prawdziwie godną 40euro, odkurzacz robot. Ten sprytny przedmiot , po paru godzinach ładowania połyka wszystkie brudy z wdziękiem baletnicy. Kręci się, wierci, mruczy pod nosem i z zadziwiającą determinacją czyści podłogę i dywany.

Łazienka i toaleta dostały się w ręce męża. Pierwszy raz od 17 lat, odkrył, że dom nie jest do końca samoczyszczący, a wanna czy umywalka nie są tak magiczne, jak się do tej pory wydawały. Ubrania przenoszone są z kosza do pralki przez moich chłopców. Po wypraniu, sortuję je, według poziomu gniecenia się i suszę w suszarce. Dzięki temu, wyselekcjonowałam ponad 50%ubrań, które nie muszą być prasowane, a wyłącznie na ciepło składane. Każdy bierze swoje skarby i wkłada do własnej szafy.

A od wczoraj, sprowadziłam internetową drogą, robot do mycia podłogi. Podobnie jak brat-odkurzacz, mruczy, buczy i wyręcza. 

Zmywarka zmywa naczynia, pralka pierze , suszarka suszy, a roboty ganiają po podłogach i mam... czysto. Nie ominęły mnie zakupy, ale i to ograniczam do minimum, a w sobotę robimy wielkie sprawunki silnymi ramionami wszystkich domowych mężczyzn. Pozostaje mi kucharzenie, odkurzanie na wysokości. Ale jedno lubię, a drugie , dzięki czystej podłodze, jest mniej pracochłonne. Okna poczekają do cieplejszych, bezdeszczowych dni. Koszulami zajmuje się mąż sam, pościel suszę złożoną w specjalnej torbie , żeby się nie pogniotła, i prasuję resztę ubrań na bieżąco, w małych ilościach.

Dzięki takiej rewolucji mam dużo więcej czasu. Poza tym wysiłek , jaki wkłada teraz rodzina w całości, w utrzymywanie porządku domowego, sprawił, że wszyscy więcej go szanują. z wyjątkiem upartych psów , które nie wycierają same łap po powrocie z ogrodu.

Niby banalne sprawy poruszam w dzisiejszej notce, ale czy aby tak zupełnie nieważne? We Francji trzy czwarte kobiet pracuje zawodowo poza domem. Część ma sprzątaczki, część testuje roboty, a reszta samotnie zajmuje się domem. Nie znam ani jednego Francuza , który sprząta, myje, prasuje. Z pewnością tacy są, ale ja przez 18 lat życia we Francji nie spotkałam się z takim skarbem. Niewielu wynosi śmieci. Niektórzy zajmują się ogrodami i nigdy nie myją samochodów żon, nie zawsze dbają o własne. W szkołach, na zebraniach rodzicielskich królują matki, nie ojcowie. U pediatry nigdy spotkałam ojców. Coraz częściej widzę dziadków , którzy zajmują się wnukami. Może na emeryturze dociera jak ważną rolę w wychowaniu dzieci powinni odgrywać mężczyźni?    

W parlamencie toczy się aktualnie debata o równouprawnieniu obu płci. Mężczyźni będą mogli brać urlop ojcowski, wymieniać się z kobietami, itd. Nie znaczy to że tak będą robić. Zarabiają najczęściej więcej od kobiet i żadna rodzina nie zrezygnuje z większego wynagrodzenie w dobie kryzysu i astronomicznych podatków.

Nie sądzę ,żeby udało się wymusić drogą ustawową autentyczne zaangażowanie w  obowiązki domowe i rodzicielskie. Obawiam się natomiast, że prawo to stworzy sytuację, gdzie kobiety uzyskają większy dostęp do zawodów "męskich". Będzie więcej kobiet hydraulików, cieśli czy rolników. Ale i tak w domach będą odkurzały, prasowały i porządkowały bez pomocy mężczyzn? Tego nie da się wyegzekwować żadnym prawem. Natomiast przeciwstawia obie płcie w jakiejś absurdalnej sytuacji walki i wojny o równość, bez uwzględnienia obiektywnych różnic. Bo jak na urlopie macierzyńskim mężczyzna ma karmić piersią? Albo jak wyegzekwować od pracodawcy, żeby zatrudniał młode kobiety, jeśli istnieje wyjątkowo, restrykcyjny system obciążeń socjalnych. Małe firmy boją się przyjmować do pracy panie, które w każdej chwili mogą pójść na urlop macierzyński. Albo są na zwolnieniu z powodu choroby dziecka itd. itd.... a za wszystko musi płacić pracodawca. W czasie dramatycznej koniunktury, której autorami są socjaliści, jest prawie niemożliwe wymaganie czegokolwiek od firm, które i tak ledwo zipią. 

Co trzecie małżeństwo kończy się we Francji rozwodem. W okręgu paryskim co drugie. Kobiety nie wytrzymują nierównego podziału obowiązków i dużo niższego wynagrodzenia w pracy. Fizycznie coraz trudniej są w stanie podołać. wolą rezygnować z jeszcze jednego obciążenia jakim stali się ich leniwi mężowie.

Dlaczego tak jest? Przecież Francuzki od czasów pierwszej wojny światowej zarabiają na życie samodzielnie, zajmują się domami, pracą i są coraz lepiej wykształcone? Dlaczego Francuzi nie chcą się z nimi dzielić codziennością i rodzicielstwem? 

Nie wierzę absolutnie w działania socjalistycznego parlamentu. Kobiety we Francji udowadniają od dawna, że są silne i mężczyźni z chęcią się z tym pogodzili. Może powinny pokazać że są trochę słabsze i nie wolno nikomu żyć kosztem ich życia? Nie wiem. Ten problem nurtuje mnie od dawna. Francuzki wyglądają na coraz częściej zaniedbane, smutne i twarde kobiety. Wypleniły z ich zachowania kokieterię, wdzięk i uśmiech. Tak bardzo chcą światu udowodnić ich potencjał, że nie starcza w tym świecie miejsca na wdzięk, ciepło i delikatność. Wyraźnie przygniata je zmęczenie.  Zbyt bardzo chcą być kobieto-mężczyznami. Panowie, tylko w części są tym zachwyceni i coraz częściej dymisjonują w tej wojnie płci. 

Obiektywnie, przez ostatnie tygodnie, nie byłam w stanie robić więcej, jak odpoczywać i dbać o zdrowie. Nagle, mój francuski mąż i dzieci zauważyli, że nie podołam. Zaopiekowali się mną, bo okazało się, że nie jestem niezniszczalna. Przejęli wiele spraw i po raz pierwszy zadbali o porządek i czystość. Dom nareszcie zaczął funkcjonować wspólnie, a nie kosztem mojego życia. Mąż zainteresował się również tym co dzieje się w szkole. A w weekendy gotuje nam różne nowe potrawy z książki kucharskiej.

 Nie muszę już pisać po nocach, zarywając cenne godziny odpoczynku, bo do tej pory tylko wtedy miałam czas dla siebie. Nie zasypiam ze zmęczenia w połowie zdania.

Zmian w życiu rodzinnym nie da się wyegzekwować żadnym prawem. Francuskie lewicowe feministki znowu wymachują sztandarami równości. A to wcale nie chodzi o żadną równość.

Czasami lepiej się przyznać, że już dalej nie daje się rady. Czasami warto powiedzieć, jesteś silniejszy, pomóż mi, a ja pomogę tobie. A może się mylę? Wciąż szukam odpowiedzi. 

Dobranoc... do jutra :) 

   

piątek, 09 marca 2012
Pozimie

Jeszcze zimny wiatr nie pozwala wierzyć w wiosnę. Jeszcze nie pachnie zielenią. Millery jest dziś skąpane w fali oślepiająco jasnych promieni. Zabieram na spacer psy. Mały, co jest dorosły, biega jak oszalały pośród wysuszonych zimą traw. Duży, ale mały, naśladuje nieporadnie zwinnego kolegę. Łapy mu się plączą, bo chce ze mną, ale i beze mnie. W prawo, w lewo. Z trudem podejmuje decyzję i macha ogonem na znak szczęścia.

Wdycham pierwsze słoneczne ciepło. Przypomina mi się 15 lat temu podobny spacer. Było to w Holandii, koło Valkenburga. Wtedy też mieszkałam otoczona polami. Tak samo jak dziś wyszłam na spacer z białym psem. Wtedy wszystko było inaczej.

"Pozimie" nie jest przedwiośniem. Przyroda ociąga się z radością. Nie pozwala sobie jeszcze na śpiew i kolorowe fanaberie. Przede mną rozciąga się spokojny pejzaż. Winnice wmieszane w sady. To z pewnością czereśnie. Poznaję je po grubych pniach i cienkich gałęziach. Wrócę tu za niedługo. Dalej, tuż za kamiennymi murkami zaczyna się jakaś posiadłość.

Na szczycie wyżyny piętrzy się willa. W Polsce, nazwano by to zameczkiem. Ale we Francji zameczek, to jak polski pałac. Tu takich wielkich , starych domostw, co krok, co miejscowość. Teren wokół jest zadbany. Niebo przegląda się w wielkich oknach. Czasami promień słońca padnie i błyszczy niczym brylant. Białe okiennice zapraszają, to ciepło do środka. Taka chałupa , myślę, to musi być strasznie wychłodzona po zimie. Przecież nikt tego nigdy tutaj nie izoluje. Odpycham te drobnomieszczańskie myśli. Co tam zima!

Jakby na przekór chłodnym podmuchom wiatru, siadam na pożółkłej trawie. Rozciągam się na miękkim dywanie i zdejmuję okulary. Bombil, zachwycony, robi to samo. A misiowaty Baca, wielkim cielskiem wciska się między nas, przygniatając nasze lenistwo.

Na chwilę nie jestem ani matką, ani żoną. Na chwilę, znów jestem dziewczyną, która chciała zawsze, od dziecka mieć psa. I teraz nareszcie go ma. Z rozpuszczonymi włosami, bez okularów, znów leżę , jak 15 lat temu, na wyczerpanej zimą ziemi. Nie muszę nikomu nic tłumaczyć. Nie mam niepotrzebnego telefonu w kieszeni, dokumentów, nawet torebki z czerwoną szminką. Nie martwię się przez chwilę, nie tęsknię i nie gonię czasu. Po prostu jestem sobą, tak bardzo, że aż śmiać mi się chce.

Nie słychać pobliskiego Lyonu, bo zefir szumi głośno w trawach. Nie słychać samochodów, bo w południe nikomu nie chce się tu jeździć. Wszyscy pałaszują, a ja tak leżę sobie na tym otwartym polu, z dwoma białymi psami i wracam do samej siebie.