Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
czwartek, 16 października 2008
Smaki Południa

Armand by you.

Francja jest jedynym krajem w Europie z głową w północnych chmurach i ze stopami w ciepłym Morzu Śródziemnym. Do tego chłodzona alpejskimi śniegami, pełną piersią oddycha atlantyckim wiatrem. W takim młynie ciepła, zimna i wilgoci musiała się narodzić królowa smaku - kuchnia francuska.

Brzmi to pewnie bardzo jednostronnie, subiektywnie i nie wiem jeszcze jak mało sprawiedliwie w stosunku do innych krajów. A jednak bronię tej tezy. Francuzi, bowiem są ludźmi, dla których jedzenie to wyłącznie przyjemność i cel sam w sobie. Filozofia życia zamknięta w kubkach smakowych, z czym nie spotkałam się w żadnym innym kraju.

Naturalnie, Polak na to odpowie: no tak, ale nasze ciasta, nasze wędliny, dziczyzna i przetwory. Włoch wyśpiewa arię o wyższości włoskich makaronów i serów nad resztą świata. Niemiec czy Anglik spije pianę z własnego piwa, a Hiszpan z suszoną szynką w dłoni podbije świat.

Cóż, Francuz miast bronić własnej kuchni przeżywa ją, tworzy, tworzy, i ciągle tworzy. Nie dość, iż zamieszkuje kraj, w którym wszystkie regionalne dania Europy znajdują swoje echo, to na dodatek, wciąż szuka nowych horyzontów, nowych doświadczeń kulinarnych i z radością adoptuje je na swoim talerzu.

Pojęcie kuchni francuskiej wywodzi się głównie z tradycyjnej kuchni regionalnej, jaką od wieków praktykują Francuzi. Problem w tym, że Francja to kraj duży i różnorodny. O ile, zatem w Polsce bigos, czy barszcz czerwony, jadane są wszędzie, to w kraju Galów sprawa się komplikuje, bo nie ma dań typowych dla całego narodu. Żeby, zatem najłatwiej wyobrazić sobie mapę smakową Francji, trzeba ją podzielić na cztery części. Ponieważ mieszkam w Lyonie, a jest on stolicą gastronomii francuskiej, proponuję posmakować Francję wyjeżdżając i wracając zawsze do mojego miasta.

Kiedy jadę w odwiedziny, w strony rodzinne męża, na południowy zachód Francji, wiem, że będę goszczona sałatą przyprawioną oliwą, ostrygami i daniami z gęsi czy kaczki. Regiony położone wzdłuż pasma Pirenejów bogate są również w suszone wędliny, jak w Hiszpanii, jak i potrawy mięsne. Jednak zwłaszcza w dania przygotowywane z gęsi i kaczki. Absolutnym rarytasem jest wątróbka z tych ptaków.

Biedaki napychane są ziarnem w tak okropny sposób, że nie mogą się podnieść pod ciężarem swojego ciała. Budzi to ogromny sprzeciw ekologów. Cóż, nic się nie da z tym zrobić. Smak wątróbki okrutnie otrzymanej, jest tak wyśmienity, iż żaden Francuz nie poświęci własnej przyjemności w imię równouprawnienia ptactwa domowego. Zwłaszcza, że w tutejszych ogrodach rosną drzewa figowe. Jasnozielony kolor delikatnych owoców, każdego roku, jest obietnicą słodkich konfitur, jakie towarzyszą na talerzu ptasiej wątróbce. Biedne gęsi i kaczki, nawet te dziwaczki, legnąć muszą na ołtarzu gastronomii francuskiej.

W drodze powrotnej do Lyonu odbijam w stronę Marsylii. Mam tam wielu przyjaciół. Tam też, wszystko pachnie oliwą, czosnkiem, ale i rozmarynem. Sławny na świecie melanż ziół prowansalskich pochodzi właśnie z południowo wschodniej części Francji. Wystarczy zatrzymać samochód na poboczu jakiejkolwiek drogi wokół Aix-en-Pronvance czy Marsylii, żeby zauważyć kępki rosnących wszędzie wonnych krzaczków. Prowansja to ziemia obiecana większości znanych malarzy XIX i XX wieku. Przyjeżdżali tu dla światła, barwy, ciepła, ale i kuchni. Każdy bowiem dobry malarz, umiejąc łączyć barwy, jest wyśmienitym kucharzem. Wyjątkowo właśnie ci artyści, są wrażliwi na smaki. Prowansja zadawalała podniebienia wszystkich impresjonistów, kubistów i surrealistów. Kto wie, może, dlatego, iż spędzali tak wiele czasu w prowansalskich restauracjach, dali światu równie piękne, bogate w kolory dzieła?

Stoły prowansalskie pokrywają najweselsze, najbardziej barwne obrusy, jakie spotkałam w życiu. Materiały żółte, zielone, fioletowe i niebieskie, pełne są malowanych pszczół, cykad, kwiatów lawendy i żółtej mimozy, czarnych owoców oliwek i czerwonych maków. Do tego talerze, dzbanki i misy gliniane, jakie używają tubylcy, ożywają od wypalanych w glinie owadzich dekoracji, jak i żółto-zielonych emalii. Chyba nie ma człowieka, który na widok tak zastawionych stołów nie roześmiałby się jak szczęśliwe dziecko. Wszystko jest tu pełne słońca i radości. Za każdym razem, gdy jestem w Prowansji, napawam się tymi obrazami.  

Kamienne miasteczka tego regionu posiadają główny rynek, na którym codziennie odbywa się handel żywnością.Otoczone platanami stragany, wypełniają jaskrawoczerwone papryki, fioletowe bakłażany, wszelakiego rodzaju sałaty i oliwki we wszystkich odcieniach zieleni. Melony i arbuzy goszczą wraz z winogronami, brzoskwiniami i innymi południowymi owocami. Tu też, po raz pierwszy spotkałam, otoczone czosnkowymi warkoczami, czarne pomidory, żółte i zielone ich wariacje. Duże, małe, karbowane, okrągłe jak i podłużne. Istny raj dla wszystkich hobbystów pomidorowego szaleństwa. Handlarze, zachęcają do kupna tych wszystkich pyszności, wykrzykując z tym typowym dla Południa śpiewnym akcentem. Język ten, ma tak różną intonację i wymowę od tej, jaką znają cudzoziemcy z filmów, iż często widać wątpliwość w ich oczach, czy aby to jeszcze Francja? Ależ tak, i to najprawdziwsza z prawdziwych. Ta sama Francja, co Bourvil'a i Montand'a. Tylko, że cykady i słońce każą jej śpiewać na włoską nutę.

Kiedy, zatem odurzeni zapachami prowansalskich zapachów, usiądziemy zmęczeni w jednej z tutejszych restauracji, podane nam będą talerze, błyszczące od cytryny, jaką skrapia się sowicie ryby i owoce morza. Najbardziej cenione z prowansalskich dań, pochodzą bowiem z marynarskiego menu. Absolutną królową marsylskiego stołu jest na przykład bouillabaisse. Zupa rybna, którą niegdyś, biedni marynarze robili z ostatków nie sprzedanych ryb, muszli i krewetek. Rarytas ma kolor miedzi, od jednej ze śródziemnomorskich ryb, jakiej używa się do jej gotowania. Do morskich dań, podawane są zapiekanki ze wszystkich wymienionych wyżej warzyw. Stół pachnie wysmażonymi na oliwie czosnkiem, ziołami i cytryną. A ponieważ żadne danie we Francji nie jest spożywane bez winnego akompaniamentu, Prowansja gości również winami wszystkich odcieni. Od białego, poprzez różowe, spożywane głównie latem, aż po czerwone.

Nie jestem specjalistką i nie będę opisywać rodzajów win. Osobiście najbardziej lubię wina południowe, bo pachną mi najbardziej słońcem i posiadają owocowy odcień. Proszę jednak pamiętać, rytuał jedzenia we Francji, niezależnie od regionu, zawsze jest nierozerwalnie związany z winem.

Lyon do którego wracam z prowansalskiego raju otaczają właśnie winnice. Czas płynie tu dużo spokojniej niż w stolicy. Małe miejscowości, jak wszędzie na Południu, poza rynkiem, mają też miejsce wyznaczone dla graczy w kule, zwane potocznie - jeu de boulles. Przejeżdżając przez Francję, zawsze można zobaczyć niewielką grupkę mężczyzn, rzucających srebrnymi kulami na wyznaczonym terenie. Ponieważ nic nie dzieje się bez jedzenia, a tym bardziej picia wina, owi panowie raczą się oczywiście bachusowym trunkiem. W Lyonie wymyślono nawet butelki z dnem parocentymetrowym, ażeby pod wpływem uderzenia taką srebrną kulą, nie wylewało się wino na ziemię. W restauracjach lyońskich właśnie w takich ciężkich butelkach, podawane jest tradycyjnie tutejsze wino. I mimo, iż wszyscy piją tu namiętnie i prawie codziennie winogronowy alkohol, nigdy nie widziałam prawdziwie upitych Francuzów, tak brzydko, a la polonaise.

Jakoś potrafią smakować bez ubocznych skutków. A może, jak to jeden Włoch kiedyś tłumaczył, związane jest to z samym napitkiem. Tworzony z winogron całą energię i smak bierze ze słońca. Promieniem malowany napój odurza, a nie upija, bawi, a nie smuci. Wszystko to wymysł Dionizosa. A może on też był Francuzem?

piątek, 03 października 2008
Sztuka jedzenia - sensem istnienia

siesta by you.

Jeśli chcesz poznać co to jest "orgazm gastronomiczny" ? Jeżeli chcesz wpaść w euforię tylko dlatego, że jesz? Przyjedź do Francji. Tu, zwłaszcza tu, znajdziesz wszystko czego żołądek zapragnie.
Powszechnie panuje znane twierdzenie, iż kuchnia francuska jest królową podniebienia. Podpisuję się pod tą opinią i dodam znacznie więcej. Francuzi stworzeni zostali głównie po to, żeby jeść. Dla większości ludzi konsumowanie żywności jest czynnością miłą, acz głównie niezbędną do przeżycia. We Francji, kuchnia podniesiona jest do rangi sakralnej. Tu, żyje się po to, żeby jeść, o jedzeniu mówić, rozprawiać, wielbić i doprawiać miłością. Francuzi konsumują życie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Czynią to z radością, jakiej nie spotkałam w żadnym innym kraju.

Każdego dnia widzę pielgrzymki udające się do piekarni. Na każdym kroku spotkać można dzieci, starców, młodych, eleganckich, jak i najgorszych popaprańców, z długą bułką w ręku. Każdy Francuz choć raz dziennie zjada bagietkę. Bez tego, jego życie straciłoby sens, a świat koloryt. Piekarnie są zatem wszędzie. Zapach chrupiącego pieczywa niesie się po całej Francji, niczym pieśń nadziei, że oto obiecany raj, jest już tu, na ziemi, na wyciągnięcie ręki. 

Pod tym względem "siedzę" w mentalności francuskiej aż po uszy. Każdego dnia odprawiam taniec radości przed pobliską piekarnią i niczym maratończyk wracam do domu z bułką krzycząc: - zwycięstwo! Jeszcze jest ciepła! Trzy pary moich ukochanych rąk, już przy drzwiach wyciągają chciwie palce, a pies włącza turbo w łapach i ogonie, dając wyraźny znak, że on też, chce, tak jak my, do nieba. Tworzy się chrupiący kanon, a oczy śmieją się do życia. Tak jest wszędzie.

Domy, restauracje, ulice, tramwaje, metro, autobusy i samochody rozbrzmiewają dwa razy dziennie melodią pieczywa. Jest ono niezbędnym, podstawowym elementem każdego posiłku. Dlaczego jednak dwa razy dziennie? A to dlatego, że we Francji, religia kosztowania potraw, odbywa się każdego dnia między godziną 12 w południe a 14, i później wieczorem, między 20 a 22.

Francuzi jedzą dwa obiady dziennie nazywając ten południowy śniadaniem, a wieczorny kolacją.  Przestrzegają tego z dokładnością i nie odchodzą od tej reguły nigdy i nigdzie. Rano zazwyczaj jedzą niewiele, piją czarną kawę w pośpiechu, by z nabożeństwem oczekiwać na południowy posiłek. Życie o dwunastej we Francji toczy się wokół stołu. Małe dzieci są na stołówkach szkolnych, lub wracają do domów na półtorej godziny pałaszowania. Biura pustoszeją, sklepy są w większości pozamykane, restauracje wypełnione co do ostatniego stolika. Z otwartych okien domów dobiegają dźwięki talerzy i śmiechów. Właśnie jedząc Francuzi odnajdują sens życia.

W południe, podczas jedzenia, często słuchają też informacji w radiu i telewizji. Dziennik, jako podstawowe nowości, podaje gdzie wyprodukowano nowy rodzaj sera, czy wino będzie tego roku równie dobre jak zeszłego, i czy w Bretanii ostrygi są równie podniecające, jak te złowione na Południu, w Bouzigues. Jakiekolwiek inne zdarzenia i tematy , nawet te najbardziej wstrząsajace, nie zakłócają gastronomicznych nowinek. Każdy dziennikarz kończy wydanie informacji promiennym smacznego! W między czasie słuchający, jedzą i dyskutują o jedzeniu. Porównują doświadczenia, smaki, jak i opinie na temat restauracji, kosztowanych win, jakości warzyw i owoców w pobliskich sklepach.

W porze południowej odradzam, zatem każdemu, próbę załatwienia czegokolwiek. Nie powinno się wtedy rodzić, umierać ani chorować, nie powinno chcieć dokonywać zakupów, ani też zwiedzać czy niepokoić tubylców pytaniami. Nie należy robić niczego, co nie jest związane z konsumowaniem. W porze południowej we Francji, można ewentualnie skusić się na krótki seks, ale i to popijając kieliszek szampana w ukochanych ramionach. Tak, czy inaczej, śniadanio-obiad jest czasem świętym dla każdego normalnego Francuza. Wszystko co wcześniej, jak i później, nie ma znaczenia. Gastronomiczny rytuał powtarza się wieczorem.

Załatwianie spraw, praca jak i nauka, odbywają się zatem we Francji, wciśnięte między te dwie pory jedzenia. Jeżeli nawet sławny deGaulle, mawiał ponoć, iż cała mądrość Francuzów znajduje się poniżej pępka, to ja, pozwolę skromnie dodać, iż sztukę życia, praktykują oni powyżej.

Pełny ekran

Cóż jada się we Francji? Chyba nie ma trudniejszego pytania. Zresztą, równie ważne też, jest jak się jada, w jakiej kolejności, przy jakim akompaniamencie, w jakim regionie i w jakiej porze roku. Temat jest długi i szeroki jak Sekwana. Nie ma sensu starać się nawet opisywać konkretnych dań czy przepisów. Paleta jest tak bogata, iż tęczy by zabrakło do malowania obrazu. Postaram się jednak choć trochę przybliżyć temat, ale to, już  w następnej notce, bo teraz zgłodniałam, jest przecież po 12tej....  

.         

środa, 01 października 2008
Lodowate ciepło Francuzek

faces of femininity 1 by you.

Jestem kobietą w makijażu. Nigdy nie wychodzę z domu nieumalowana. Tak mam od osiemnastego roku życia. Tak będzie pewnie jeszcze wiele lat. Malując na czerwono usta czuję się bardziej kobieca. Ogromnym jednak minusem takiego makijażu jest niemożność wycałowania moich dzieci ani męża. Każdy boi się, że go pokoloruję swoją miłością, a i ja wolę ich przytulać bez plamiących barw. Takie właśnie czerwone usta są też symbolem francuskiej kobiety. Wyzwolonej, pewnej siebie, nie bojącej się pożądliwego wzroku mężczyzny. Czy taką jest w rzeczywistości?

Kiedy wiele lat temu przechadzałam się po raz pierwszy po Paryżu była jesień. Moja mama ze zgrozą patrzyła na kobiety w płaszczach, na wysokich obcasach i bez pończoch. Według eleganckiej Polki kobieta nie powinna zakładać na gołe nogi szpilek. Ale Francuzki są przecież wyzwolone, więc im wolno. Gwiżdżą na konwenanse. Są wolne. Poza tym nawet, gdy jest bardzo zimno, one chadzają z gołymi nogami, okryte lekkimi płaszczykami, bez naszych ciepłych, wełnianych, zawijasów wokół szyi. Kobiety Francji zdają się być zapewne bardzo gorące. Tak zresztą chyba było od zawsze. Z historycznych plotek wiadomo, że w mało grzanym pałacu wersalskim, jedyną kobietą ciepło ubraną była żona Ludwika XV, nasza rodaczka Maria Leszczyńska. Francuskie damy dworu musiały nieźle się naplotkować jeżeli trzysta lat później jeszcze się o tym mówi. Ja, mimo iż królową nie jestem, w Wersalu tylko urodziłam syna, a mieszkam gdzieś pod Lyonem, też marznę od pierwszych dni jesiennego chłodu aż do lata. Francja to przecież kraj nieizolowanych domów, niedogrzanych pomieszczeń i wilgotnych wiatrów. Moje francuskie znajome, w sposób równie aktywny jak wersalskie damy, dziwią się, żem z Polski, a taki ze mnie zmarzluch. Ponadto nie jest to jedyny powód ich zaskoczenia moimi reakcjami czy poglądami. Dziwimy się zresztą często i nawzajem.

Po raz pierwszy, gdy jadłam kolację u naszych znajomych zauważyłam, iż do stołu podaje pan domu. Nie widziałam w tym nic dziwnego. Ale w jakiś czas potem, Ci sami znajomi byli u nas, a ja właśnie przygotowałam obiad i podawałam z dumą pachnące talerze. Znajoma z histerycznym wyrzutem powiedziała mi, że źle, to ja gotuję sobie własną przyszłość małżeńską. Według niej nie powinnam się tym zajmować, a zresztą zapewniała mnie, że przejdzie mi to gotowanie i służenie z upływem czasu. Gdy dodałam, iż rano przed wyjściem do pracy robię mężowi kanapki z dżemem do kawy, myślałam, że upadnie pod stół. Byłam w jej oczach uosobieniem ofiary męskiej dyktatury. Podobne reakcje napotykałam jeszcze nieraz. Młode, nowoczesne panie, nie lubią przygotowywać jedzenia dla rodziny, a jeszcze mniej podawać do stołu. Zresztą nawet jeśli to czynią na codzień, to kiedy goście przychodzą z wizytą, to już panowie podają do stołu. Tak jest bardziej efektownie i społecznie korekt. Zupełnie jakby to miało jakieś znaczenie. 

Niby nic a jednak, nawet w takich detalach widać dbałość współczesnych Francuzek o równouprawnienie płci. Tak bardzo są tym przejęte, że nawet odcinają się od macierzyństwa. Traktują je prawie jako słabość żeńskiej płci i ciężar przed którym należy się bronić w życiu codziennym. Rodzą dzieci późno, najlepiej tuż przed menopauzą! Ale za to coraz więcej, dzięki czemu płacą coraz mniej podatków i robią wszystko, żeby jak najmniej się dziatwą zajmować. Maluchy od drugiego miesiąca lądują w żłobkach albo u opiekunek. Matki i tak nie karmią piersią, bo to zbyt uciążliwe.  Słyszałam nawet taki sąd, iż karmienie piersią graniczy z kanibalizmem. No, ale takie ekstremalne poglądy nie są na szczęście normą. Tak czy inaczej, "młode" mamy masowo dają dyla z domu, babcie udają, że są ciągle zbyt zajęte, a dzieciaki wychowują murzyńskie nianie i coraz częściej panie ze wschodniej Europy.  

Francuzki czują się najlepiej w pracy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Świeżo upieczone mamy w większości spełniają się zawodowo. Nawet wtedy gdy nie muszą. Nawet wtedy gdy ich mężowie zarabiają duże pieniądze, one budują mozolnie własne kariery. Zarabiają na zakupy, nianie, sprzątaczki. Pracują, pracują od rana do wieczora. Przy tym mówią, mówią bardzo dużo i bez przerwy na każdy temat. Zwłaszcza jednak się nie śmieją. Na ulicach z trudnością można spotkać uśmiechnięte panie. Duża, mała, młoda czy stara Francuzka jest poważna. Czasami nawet ponura, a najczęściej obojętna na otaczający ją świat.

Siedem lat temu wyjechałam do Malezji. Tam, w przeciwieństwie do Europejczyków wszyscy się śmieją. Uśmiechnięte buzie w kolorowych tkaninach wydają się jak szczęśliwe anioły, mimo, że wcale nie jest im przecież łatwo żyć. Kiedy wróciłam do Francji ze smutkiem zauważyłam bezbarwne spojrzenie tutejszych ludzi. Zwłaszcza jednak kobiet, albowiem panowie zdają się być bardziej komunikatywni i z otwarciem przyjmują zwykły uśmiech na spotkanej przypadkowo twarzy. Malezyjska przygoda uświadomiła mi jak bardzo niesympatyczne wydają się Francuzki na pierwszy rzut oka. Nie wiem czy to charakter narodowy, czy może czas agresywnej emancypacji doprowadził tutejsze panie do takiej postawy. Jedno bije z nich na odległość - chłód i obojętność.

Przez lata starałam się ignorować własne spostrzeżenia. Nie każda Francuzka jest przecież nadętą, smutną babą. Nie każda jest niesympatyczna czy bez wdzięku. Wiadomo przecież , że takie uogólnianie jest zawsze krzywdzące. Mimo to, większość ludzi tak właśnie osądza, porównuje i jest to chyba zupełnie naturalne. Zatem i mi wolno być taką niecną obserwatorką. Od kiedy mam dzieci nie umiem już patrzeć na tutejsze panie bez krytyki. Ja, z moją egzaltacją światem, z ciągłym przytulaniem do serca moich bliskich i śmiejącą się twarzą na widok słońca, po prostu nie pasuję do obcesowej Francji. 

I mimo, że tak wiele o niej wiem, tak wiele tu przeżyłam, mimo iż mam francuskie znajome czy koleżanki, nie potrafię znaleźć bratnich dusz pośród tutejszych dam. Lubimy się i spędzamy wiele czasu razem. Kiedy jednak tłumaczą mi, że płaczące godzinami niemowle należy zawsze zostawić same w pokoju, aż się zmęczy i samo zaśnie, a mężowi nigdy nie powinno się podawać do stołu, to aż mnie ciarki przechodzą. Kiedy dziwią się, że dzwonię codziennie do moich rodziców, a dziennika nie mogę oglądać bez  łykania łez, to robi mi się żal, że nie potrafimy podobnie odczuwać świata. Jestem pewnie staroświecka i tak mało francuska z moją słowiańską duszą.  No, może z wyjątkiem czerwono uszminkowanych ust.

Współczesne Francuzki są najprawdopodobniej gorącymi kobietami. Nie wątpię, że odczuwają i wzruszają się jak inne kobiety świata. Inaczej to jednak pokazują i inaczej są wrażliwe. Zawsze zdaje się być im ciepło, nawet wtedy gdy obiektywnie jest zimno. Niemniej jednak ani nie tulą swoich bliskich, mało się do nich uśmiechają i mało całują. Z rozmów ze wszystkimi cudzoziemkami jakie znam wynika, iż ich francuskie teściowe niemal nigdy nie otaczają ciepłem i troską wnuków. Moja własna na zapytanie dlaczego nie wzięła na ręce mojego dwumiesięcznego synka kiedy płakał, odpowiedziała, że nie chciała rozpuszczać smarkacza.

Niezwykle rzadko widać kobiety pomagające starszym ludziom. Zresztą same, francuskie, starsze panie są najczęściej pełne goryczy, dystansu i krytyki dla wszystkiego co je otacza.

W przedszkolu jedynymi rodzicami którzy podnoszą dzieci na ręce, dają buziaki czy wycierają nosy są ojcowie. Ponieważ jednak jest ich ogólnie mało, to w ogóle niewielu spotykam rodziców pokazujących miłość sobie, czy ich dzieciom.

Zaskoczyło mnie to, albowiem Francja to właśnie kraj miłości. Literatura ocieka uczuciami, emocjami i kochaniem. W każdej konfiguracji , w każdej formie jest ona tutaj dozwolona. A może właśnie dlatego, że jest jej tak mało w życiu, Francuzi tak wiele o niej mówią i piszą? A może to ja zbyt jestem uczuciowa?

Tak czy inaczej, coraz więcej widać związków mieszanych. Coraz więcej Azjatek, Słowianek czy Murzynek wchodzi w związki małżeńskie z szczęśliwymi Francuzami. Pewnie mają dosyć tego beznadziejnego dąsania się własnych rodaczek. Francuski romantyzm pozostał na ekranie, fotografiach i w literaturze. W życiu coraz więcej widzę kobiet sfrustrowanych, w depresji , pozbawionych kobiecego ciepła i czułości.

Do tego, fatalne jeszcze jest to, że coraz mniej chodzą w szpilkach, a o czerwonej szmince, zadbaniu i kokieterii,  to już w ogóle można zapomnieć. Ciekawe czy Mademoiselle COCO o takim wyzwoleniu marzyła zdejmując gorsety z własnych rodaczek?

A może wynika to z tego, że Francja to kraj, gdzie mimo bezustannej walki emancypantek jest ciągle daleko w tyle, za nowoczesnymi państwami Skandynawii czy Beneluxu? W końcu Francuzki, dopiero w sto lat po męskiej części populacji dostały prawo głosowania zaledwie w 1944 roku! 

Sama na własnej skórze przekonałam się, że załatwienie banalnej sprawy urasta do szczytów Alp, bez wspomagania mojej mężowskiej połowy. Kiedy przyjeżdżam moim samochodem do mechanika, po pierwsze pyta się gdzie jest mój mąż. A malarz, hydraulik czy ogrodnik dzwoniący do moich drzwi, nawet ze mną nie chce rozmawiać, nie widząc w tle mego ślubnego.

Ostatnio nawet takiego jednego, co to usuwa korniki ze strychu, spytałam się, po co mu mój mąż, kiedy się o niego dopytywał. Odpowiedział , że to kobiety płacą własnymi czekami, ale mężczyźni decydują na co. Nie byłam przekonana więc dodał, że to są męskie sprawy: strych, rury czy opony. Odpowiedziałam , że burdele są pełne męskich spraw, a na tym co w domu czy w samochodzie znam się znacznie lepiej niż mój mąż. Poza tym sama podłączam pralkę, wbijam gwoździe i organizuję przeprowadzki średnio raz na dwa lata. Mąż jest ciągle na wyjazdach a rodzina daleko, więc muszę sobie radzić sama. Tłumaczyłam mu to wszystko, a on jak zahipnotyzowany gapił się w moje wymalowane oczy. Chyba nic nie zrozumiał. Korników nie mam, więc faceta nie wpuściłam do domu. Zresztą śpieszyłam się po dzieci do szkoły i przedszkola. Poza tym ciasto w piecu, no i musiałam jeszcze uszyć spódnicę dla córki znajomej.

Wieczorem, w moim chłodnym domu zastanawiałam się nad tym wszystkim. Jedna ze spotkanych francuskich mam, powiedziała mi, że u niej jest zawsze ciepło. Mieszka sama, wychowuje syna i nie musi z nikim walczyć o podkręcenie pieca do temperatury 23 stopni. Jest urokliwą, wrażliwą kobietą i zawsze z radością prowadzi swojego malucha do przedszkola.

I kiedy napisałam ten tekst pomyślałam o niej. Zrobiło mi się głupio. Bo przecież tak źle opisałam tutejsze kobiety. Na szczęście jednak  jutro przejadę obok domu sąsiadów. A tam zawsze przez okno patrzy na nasz samochód ponura kobieta. Mieszkam tu trzy lata. Spotykam ją cztery razy dziennie. Nigdy się do mnie i moich dzieci nie uśmiechnęła. Nigdy nawet mile nie spojrzała, nawet wtedy, gdy nasz śliczny piesek sikał ze szczęścia na jej widok. Nigdy nie odpowiedziała na wesołe dzień dobry wykrzykiwane przez naszą czeladkę w czasie codziennych spacerów. To właśnie jej dedykuję ten tekst i wszystkim naburmuszonym Francuzkom jakie spotykam, każdego dnia na ulicach mojej Francji.

.

silence by you.