Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 13 października 2007
Nie ma jak u babci...

Urodziłam się wiele lat po śmierci moich obu babć. Znam je z opowieści, kilku zdjęć i cmentarza. Chodzę na Ich groby, stawiam świeczki, kwiaty. Rozmawiam jak przychodzę z wizytą. Nie wiem, jaki miały głos, spojrzenie ani dotyk, więc w tym mówieniu czuję się dość sama. Jako dziecko zazdrościłam moim kolegom,że mogą jechać na wakacje, albo na obiad do babci. Ja nie mogłam. Los tak zrządził.

Miałam jednak cudownego dziadka. Zwłaszcza jako licealistka przychodziłam do niego prawie codziennie na herbatę albo jajecznicę. Mieszkał prawie w tej samej kamienicy gdzie mieściło się moje liceum, tuż przy placu Unii Lubelskiej. Chadzaliśmy na spacery do pobliskich Łazienek i na pyszne WZetki do kawiarni na Rozdrożu. To chyba najcudowniejszy okres w moim życiu. Dziadek miał ocean cierpliwości dla mojej młodości. Pomagał mi, gdy czarne chmury zbierały się nad moją głową po gorących wywiadówkach. Uspokajał niezadowolenie ojca na moje różne wyniki w nauce. Był kimś bardzo ważnym w moim życiu. Spokojnym przyjacielem do którego mogłam przyjść bez tłumaczenia się. Było mi z Nim  dobrze.

Umarł, gdy miałam dwadzieścia lat. Nagle zatrzymało się serce dziadka, a ja zgasłam na pewien czas. Ta śmierć wprowadziła mnie w twardą dorosłość. Uświadomiła jak szybko upływa czas kochania. Jak bardzo boli strata bliskiego. Ale nie o tym dzisiaj...

Moje dzieci mają szczęście posiadania dwóch babć i dwóch dziadków. A w tej czwórce są aż trzy narodowości. Niestety wszyscy mieszkają daleko. Mimo to więzy między krasnalami a starszym pokoleniem kwitną ku mojemu szczęściu.

Moi rodzice parę lat temu weszli na drogę Internetu. Kupili sobie komputer i parę razy w tygodniu, rozmawiają przez skypa. Widzą się z dzieciakami na ekranie komputera. Poza tym spędzamy część wakacji razem. Przyjeżdżamy do siebie, kiedy tylko jest to możliwe.

Mama zawsze pomagała mi w pierwszym okresie po porodzie. Robiła absolutnie wszystko, by czas ten stał się cudownym wspomnieniem a nie przykrym kieratem. Armand jak i Eliot są wyjątkowo z Nią związani. Już po miesiącu bycia daleko, zamęczają mnie prośbami o wyjazd do babci i dziadka, albo o to by Oni nas odwiedzili. Każdy nasz wyjazd z Warszawy okupiony jest płaczem i rozdarciem. Każdy wylot babci do Polski kończy się siusianiem chłopców w nocy w łóżko i pochlipywaniem. Babcia jest wyrocznią w wyborze tego, co chcą jeść. Wiernym słuchaczem szkolnych przygód i powiernikiem w sekretach. Walczy podobnie jak ja o idealne wypowiadanie się w języku polskim i wysyła nam tony książek, elementarze, filmy i gry. Jest uśmiechnięta i wybacza wszystko, jak to prawdziwa babcia. Do tego, jak to dzieci mówią, jest piękna i zawsze gotowa do zabawy i rozmów.

Mój mąż dość często wyjeżdża w delegacje. Skutkiem czego, zostaję sama z dziećmi i jakoś muszę sobie radzić. Jakiś czas temu, kiedy mieliśmy naszego dużego psa Misię, powstał problem wychodzenia na spacer w godzinach wieczornych, w czasie nieobecności męża w domu. Włączałam wtedy komputer. Przed web-kamerą ustawiałam interfon, który przekazywał każdy dźwięk z pokoju dzieci. Mama siedziała w Warszawie przed swoim ekranem, wpatrywała się i wsłuchiwała w mały nadajnik. Wtedy brałam komórkę i psa na spacer wokół domu. Gdy jeden z chłopców się budził, kręcił, czy w jakikolwiek sposób dawał o sobie znać, mama dzwoniła na moją komórkę, a ja biegiem wracałam do domu. Czasami tak samo robiłam, gdy brakowało mi chleba w domu, a dzieci były chore i nie mogłam z nimi chodzić po mieście. Jest to nasz rodzaj baby sittingu przez Internet. Dzisiaj mam duży ogród i małego psa. Nie ma już zmartwienia jak go wyprowadzać. No i dzieci nie są już niemowlętami w łóżeczku. Czas płynie dalej.

Opisuje to wszystko, bo nigdy jakoś, wydaje mi się nie powiedziałam swojej mamie, jak bardzo ważną jest osobą w moim życiu. Daleko, ale ciągle blisko. Dzwonię do Niej codziennie. Widujemy się, co dwa, trzy miesiące. Kocham ją najbardziej na świecie. A teraz jest jeszcze najukochańszą babcią dla moich dzieci. Zawsze mogę na Nią liczyć. A chłopcy, gdy są przeze mnie karceni za złe zachowanie, zawsze mi grożą, że kiedyś to uciekną do babci Joli i już ich nie będę miała. Ale ja się nie boję. Tam mogą uciekać. Bo przecież nie ma jak u babci, cichy kąt, ciepły piec i najlepsze ciasta na świecie. Poza tym zawsze, tam na nich czeka miłość, a z raju to już od dawna nie wyrzucają.

piątek, 05 października 2007
Domy Francji

Lyońska starówka

Sex z pingwinem

Człowiek to zwierze stadne. Potrzebuje innych żeby istnieć. Nawet w świecie wirtualnym oczekuje kontaktu z drugim homo sapiens. Pewnie, dlatego zaczęłam pisać blogi. Internet to wspaniały środek do komunikowania się. Można pozwolić sobie na bardzo wiele nie ruszając się z miejsca pracy, lub z domu, samotnie, a jednak w grupie. Można pisać, co się myśli i czytać, co inni myślą. Znajdować to, czego się szukało, a nawet i takie rzeczy, co nam do głowy nigdy nie przychodzą. Na swojej stronie umieściłam kilka adresów blogów wybranych z całego oceanu blogosfery. Najbardziej mnie zainteresowały, polubiłam ich właścicieli i w miarę regularnie czytam o tym, co mają do powiedzenia.

Kiedy zaczynałam swoją "karierę" blogową, zorientowałam się o możliwości "zainstalowania" statystyki. Pokazuje ona ile osób mnie odwiedza. Z czasem można również śledzić skąd pochodzą czytelnicy, a nawet, jakie frazy wypisali w wyszukiwarce, aby dostać się na moje strony. Statystyki są, zatem, formą podglądania tych niewidzialnych dla mnie. Tych, co nie zostawiają śladu i są, chociaż zdawałoby się, że ich nie ma. Wpadają najczęściej przez przypadek, albo przyszli śladem innych, co to mają moją wizytówkę u siebie.

Ponieważ nie lubię podglądania, nie zaglądałam w te statystyki. Jednak, próżność moja zepchnęła mnie w piwnice własnej ciekawości. Okazało się, że w zeszłym roku odwiedzano mnie aż 49797razy. Jeszcze bardziej zdziwiłam się, że w obecnym roku było tych wizyt aż 58313! Czyli, ponad 100 tysięcy razy ktoś, tu zaglądał! Ponadto, mam czytelników na wszystkich kontynentach i z aż 83 krajów. Zakładam jednak, że wiele osób wpadło przez przypadek, pomyłkę i równie szybko poszło sobie dalej. Statystyki, bowiem, są bardzo dociekliwe i pokazują mi, co ktoś szukał w Internecie, a wszystkowiedzący, google wskazał mu moje blogi. 

A zatem, po roku prowadzenia Mojej Francji i ponad 100 tysiącach odwiedzin, z przerażeniem stwierdziłam, że wyszukiwarki internetowe wpisały mnie, chyba, na listę wszystkich dewiacji seksualnych, jakie można sobie wymyślić. Tak, więc trafił do mnie ktoś, kto szukał:„Rosjanek gołych na ulicach", "sexu ze zwierzętami", " zboczonych Arabów we Francji", a nawet, o zgrozo, "zdjęć maltretowanych dzieci".

Najbardziej chyba mnie wprawiło w osłupienie istnienie poszukiwaczy " sexu z pingwinem". Zazwyczaj nie piszę wiele o tej gorącej stronie ludzkiego bytu. Erotyka nie jest tematem dla mnie tabu. Zwłaszcza jak, to już kiedyś zaznaczyłam, że we Francji "dupy", to temat ogólnie powszechny! No, ale, żeby tak od razu z pingwinem?!!

Martwię się, iż nie mogę zaspokoić ciekawości niektórych koneserów sexu. Niestety, nigdy nie byłam na Alasce, a we Francji pingwiny są głównie w zoo. Nigdy również, nie wchodziłam w kontakty płciowe z tymi eleganckimi ptakami.

Pośród tematów szukanych przez internautów na moim blogu, jest naturalnie cała seria pytań dotyczących Francji. Jak w niej rodzić, jak dokonać eutanazji, jak wybić wszy, czy jakie imię wybrać dziecku, żeby było po francusku? To, już bardziej mnie podtrzymuje na duchu. Bo w końcu taki był cel mojego pisania -opisywanie mojej Francji.

Rozczarować musiałam pewnie przyrodników, bo szukają lawendy, a u mnie zwykła gadanina. Mało pocieszony był ktoś, kto zadawał pytanie o "podwójne obywatelstwo w Kuwejcie'', szukał "sexownego mężczyzny", czy chciał zgłębić wiedzę o "bogach Koryntu". U mnie ani mitologii, ani nawet skrawka męskiego ciała nie znajdziesz. No, chyba zaangażuję męża do współpracy. Jeśli chodzi o Kuwejt, to raczej nie mam możliwości. Lepiej byłoby z Algierią, albo Marokiem, wszak ulice miast Francji aż pękają od opalonych twarzy z północnej Afryki. Jednak Kuwejt zostanie bez odpowiedzi.

Wymieniać można długo, bo przy takiej ilości odwiedzin różne rzeczy ludzie wpisują. Uśmiałam się do łez z "sexu z pingwinem", ale i przeraziłam " z gwałconych grupowo w Europie". Co, też komuś łazi po głowie wypisując takie rzeczy? Ileż osób mijam na ulicy, co źle mają pod sufitem? Komu ufać i z kim rozmawiać ze spokojnym sumieniem, że za chwilę nie dorwie się do lodówki by spółkować w lodzie? A może ja jestem jakaś prymitywna,że tylko z mężem, od lat i to bez "gołych Murzynów"?

A propos tych ostatnich. Otóż, samochody-burdelówki, o których, kiedyś pisałam, nadal stoją na poboczu drogi krajowej do Lyonu. Panie, chyba te same, co przed wakacjami. Nie wiem też,czy wyjechały tak, jak ja, na urlop. Wczoraj, gdy przejeżdżałam obok, widziałam dwóch cyklistów w wieku mojego ojca. Trzymali rower koledze który właśnie się realizował... Zachowywali się jak pod budką z piwem, a nie jak koło ciężarówki, w której ich kolega obłapia murzyńską prostytutkę.

Parę metrów dalej, jechała duża maszyna czyszcząca z chwastów pobocze. Wielki traktor, a w nim młody mężczyzna. Wracając ze szkoły, znalazłam imponujący pojazd, zaparkowany grzecznie, tuż koło burdelówki. Szoferka była pusta. Armad krzyknął - mama zobacz, nie ma tego pana w tjaktorze. Pewnie odpoczywa!

Uśmiechnęłam się pod nosem. No, pewnie tak.  A co sobie chłop będzie żałował? W końcu była godzina obiadowa. Zresztą zawsze to bardziej zdrowe, niż zimny sex z gorącym pingwinem.

czwartek, 04 października 2007
Zaproszenie na forum

Zapraszam wszystkich do dyskusji na forum Wielojęzyczność w rodzinie jakie zaproponowała mi jedna z moich czytelniczek z Grecji. Każdy może zabrać głos!!!  Już są wypowiedzi krytyczne, ale i pełne zrozumienia dla wyboru takich matek jak ja. :))).

środa, 03 października 2007
Domy Francji

...a może Julia była z Lyonu?

Słowo od autora

Niestety mój blog (a tym samy moja skromna osoba) jest ofiarą od kilku dni ponurych opowieści osoby podpisującej się loginem: uwaga cenzura lub monikacx3200.Wszystkich moich blogowych znajomych i inne osoby wciągnięte w tę "awanturę o nic", uprzejmie przepraszam za zaśmiecane przez tę wariatkę komentarze. Niestety nie mam wpływu na to, co kto o mnie wypisuje. Nie po raz pierwszy mam do czynienia w wirtualnym świecie z chorymi frustratami. Nie zamierzam również prostować wypowiedzi tej osoby, bo to żałosne i nikogo nie powinno interesować. Nie zamierzam się również tłumaczyć z tego, dlaczego zablokowałam dostęp do komentarzy pewnym internautom. To moja prywatna sprawa i tylko prywatna. Jeżeli ktoś czuje się zawiedziony treścią mojego bloga, to niech po prostu go nie czyta

Mam prawo do ingerowania w to, kto mnie odwiedza i co wypisuje w komentarzach pod moimi tekstami. Różne dziwne rzeczy zostawiają u mnie różni ludzie, tylko po to by zaistnieć w świetle innych. Blog, mimo iż publiczny, jest sprawą prywatną!!!! Jeżeli ktoś chce niech sobie założy własną stronę i tam wylewa swoje opinie.

Nie będę więcej komentować wypowiedzi uwaga cenzury. Szkoda mi czasu i energii, której to wyżej wymienionej osobie, jak widać dotąd nie brakuje, bo wysyła swoje bełkotliwe wypowiedzi na lewo i prawo. I tak dość długo znosiłam jej nieciekawe opinie na tematy przeze mnie poruszane.

A zatem wypełniać będę dalej mój skromny kawałek internetowej przestrzeni. Taką mam potrzebę i radość z tego płynącą. Spędzam tu miło czas i jestem bliżej moich przyjaciół, rodziny i znajomych. Staram się, aby mój blog był miejscem przyjemnym, gdzie można posmakować Francji takiej jak ja ją postrzegam. Nie chcę natomiast żeby był poligonem dla ponurych, niesympatycznych ludzi. Świat jest i tak wystarczająco trudny. Po co jeszcze bardziej go zaśmiecać? Jestem życiową optymistką i życie postrzegam kolorowo, czego dowodem jest moja dotychczasowa twórczość na blogach. Moje problemy, z jakimi muszę się borykać w życiu zostawiam najczęściej w prywatnym kręgu i traktuję blog jako rozrywkę i ucieczkę od codzienności.

Dziękuję za miłe reakcje i biorę zawsze pod uwagę konstruktywną krytykę. Nie chcę jednak wracać tu w celu dostania kolejnej pokuty czy bury od jakiś smutasów, ani mieć z tego powodu stresów!!!

A zatem będzie więcej przyjemnych zdjęć i głównie miłych tematów ku rozczarowaniu frustratów i innych ponurych internautów.

. Jeżeli ma zastrzeżenia, co do języka czy formuły, jaką przyjęłam w prowadzeniu moich stron to niech to zgłosi do gazety.pl, która do tej pory tak bardzo życzliwie polecała Moją Francję na swojej głównej stronie. Na moim blogu nie czynię niczego, co nie jest zgodne z regulaminem. Wszelkie żale proszę kierować na mój adres e-mailowy, który jest zamieszczony na blogu i nie zaśmiecać innym życia sprawami, które ich nie dotyczą.
poniedziałek, 01 października 2007
Myśli jesienne

Jesień jest dużo cieplejsza od lata. To ostatnie było w tym roku wyjątkowo mało przyjazne. Słońce wrześniowe na Południu jest tak gorące jak to z końca lipca na Północy. Mieszkam na Południu. Wszystko tu jest południowe. Liście prawie nigdy nie nabierają barw jesiennych palone przez promienie wszędobylskiego światła. Zwijają się w suche ruloniki i spadają na ziemię jak chrust. Jedynie drzewa owocowe i winnice malowane są żółciami i czerwienią. Część roślin w ogóle nie traci liści. Zielenieją głęboką barwą cały rok. Nawet wtedy gdy spada jednodniowa zima drobną warstwą śmiesznego śniegu przebijają zielone krzaki przez zimną biel.

Właśnie w taki jesienno ciepły dzień jak dzisiaj nachodzi mnie chandra. Czai się, czai i łubudu spada na moją strapioną głowę. Nie wiem nigdy jak się zachować w takich momentach. Nie mam komu się poskarżyć. Nie umiem nikomu powiedzieć o tym prawie smutku. Każdy ma i tak tyle problemów, więc po co im jeszcze dorzucać własne. Nie lubię współczucia. Zdmuchuję z czoła złe myśli. Kładę się niby spać. Potem jakoś przechodzi. W końcu początek jesieni nigdy nie jest chroniczną chorobą.

Mąż wrócił już z delegacji. W ciągu tygodnia cieszę się nawet gdy go nie ma, bo więcej czasu mam na własne przemyślenia . Ale weekendy są straszne. Dobrze mi z dziećmi ale tak daleko od wszystkich rodzinnie kochanych ... więc jest mi samotnie źle. Tak bardzo tęsknię do bycia razem. Do wspólnych rozmów, kawy, do zwykłego współodczuwania... Trwamy czasami zmęczeni sobą, czasami rozczarowani, czasem szczęśliwi. Ale kto obiecywał, że małżeństwo to rzecz łatwa? Poza tym kiedyś będzie jeszcze inny czas . Zawsze jest jeszcze drugie życie...

Moi rodzice obchodzą dzisiaj 40tą rocznicę ślubu. Niech Im będzie dobrze razem jeszcze przez wiele lat. Życzę Im tego z całego serca. Są najukochańszymi ludźmi jakich mam, na jakich zawsze mogę liczyć. Zawsze i wszystko podporządkowywali mojemu dobru. To znaczy być dobrym Rodzicem. Słońce przebija przez rozgrzane okno. Nawet kwiatów nie mogę zanieść mojej ślicznej mamie. Nawet szampana nie mogę się napić z rodzicami w ich rocznicę ślubu! Wysoką cenę płacę za miłość do męża, do tej nowej, własnej rodziny. Czasami myślę sobie, że zbyt wysoką.

Piszę ten tekst zmęczona tęsknotą jaka mnie zawsze nachodzi w jesienno słoneczne popołudnie. Wiem, że bardzo wielu Polaków wyjeżdża z Polski aby znaleźć lepsze życie, pensję, przyszłość. Wiem, że ciężko im żyć w kraju którym rządzą sutanny i przepełnieni nienawiścią do świata pokraczni bracia-bliźniacy. Ale jeżeli kiedykolwiek ktoś trafi na ten blog, a właśnie trzyma paszport w dłoni aby wyjechać gdzieś w dal, proszę niech się zastanowi, niech zrozumie jakie bierze ryzyko. Bo przecież tylko raz można świętować 40tą rocznicę ślubu własnych rodziców. I wcale nie jestem pewna czy warto jest podejmować ryzyko płakania pod prysznicem z tęsknoty tak żeby nikt nie słyszał...

Jutro minie chandra. Jutro będzie lepiej. Lyon pięknieje w słońcu jesiennym. Październik zapowiada się ładnie. Kobiety w kolorowych apaszkach jak motyle wyglądają na pełnych ulicach miasta. Kasztany szczerzą kolce na lakierowane buciki jakie noszą tutejsze modnisie. Stoję przed jedną z wystaw. Jacyś ludzie całują się tuż obok. Gołębie gruchają jakby to była wiosna a nie pełna jesień. Miłość wisi w powietrzu. Moje życie przygląda się temu wszystkiemu jakby zamknięte w jakimś kloszu. Nie zazdroszczę szczęścia innym. Przecież lubię swoje bycie. Tylko czasami uwiera mnie trochę w duszy.

Wracam do domu. Otwieram komputer i piszę. Ratuję własne samopoczucie listem do świata. Proszę wybaczyć mi zatem chwilę jesiennej słabości. Jutro się poprawię i znowu będzie bardziej radośnie. Nowe chwile, nowe myśli, nowe fotgrafie. Trzymam w dłoni czekoladowo brązowy kasztan. Zbieram te wrześniowe owoce i zapełniam nimi wszystkie kieszenie. Takie bogactwo po mojemu. Na szczęście ciągle we mnie są marzenia. Na szczęście ciągle jeszcze potrafię być szczęśliwa .