Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
niedziela, 29 października 2006
Indiańskie lato

Koniec października a Dolina Rodanu wciąż zielona. Już niektóre klony rdzą się pokryły, kasztanowce zapomniały,że w ogóle zrzuciły swoje czekoladowe owoce a tu ciągle ciepło, letnio, czasem nawet upalnie. Potocznie nazywane indiańskie lato przeciąga się i nie pozwala naturze pogodzić się z jesienią. Lyon nie jest miastem barów czy kawiarni. Tutaj raczej możesz zjeść w małej restauracji niż się wygrzewać w słońcu na tarasie z aperitiwem jak to czynią mieszkańcy Tuluzy. Tutaj smakujesz przy stolikach pokrytych białymi obrusami a nie obgadujesz przechodniów w promieniach słońca.

Na szczęście jest jednak miejsce gdzie można usiąść bez obowiązku biesiadowania. Mały budynek przy Nabrzeżu Świętego Antoniego stoi na szerokim chodniku, tuż nad wodami Saony. Stoliki rozrzucone jakby od niechcenia wypełnione są spragnionymi spokoju i orzeźwiającego trunku ludźmi. Może być to piwo ale częściej Ricard zmieszany z wodą. Napój dla mnie nie do wypicia choć to symbol Prowansji, Marsylii, całego Południa, o dziwnym kolorze rozmytej pistacji. Jego anyżkowy zapach miesza się z perfumami rozgadanych kobiet. Ach we Francji tyle się mówi! Szybko, w pośpiechu padają słowa.Zawsze się martwię czy nadąży kolejna sylaba za wypowiadanym wyrazem. Francuzi ponoć mówią najszybciej na świecie. Nie wiem kto mierzył czas ale chyba się nie pomylił. Słońce wybiela strzelistą sylwetkę katedry Świętego Jana. W górze Bazylika dokładnie nad gotycką świątynią a obok, o ironio, miniatura wieży Eiffel'a.Wszystko pomyślane, wszystko jest zbudowane jak bez wysiłku, bez kaprysu monotonii. Budynki bez najmniejszego przypadku tworzą jednolitą całość.Tu nie ma miejsca na bałagan,tylko artystyczną tęsknotę do harmonii. Niebo grzeszy swoim błękitem. Bo przecież dziś to prawie listopad!      

"...on ira, ou tu voudras quand tu voudras.." śpiewał kiedyś znany piosenkarz o lecie, indiańskim lecie.Tylko,że ja nie wiem gdzie chcę iść. Tu mi dobrze. Właśnie tak w tym ogromie światła, wśród tych obcych ludzi. Apaszka jedwabiem tkana mojej sąsiadki jak piwonia płonie w październikowych promieniach. Poznaję literkę H, myślę - ładny detal luksusowej garderoby. Wiem jak bardzo grzeje mięsisty jedwab w takim słońcu. To nic - wygląda przecież jak kwiat.

To ciepło przenika wszystkie myśli, oczy błyszczą tak jak tylko w słońcu mogą błyszczeć źrenice. Oliwkowa dzisiaj jestem. Z dala dochodzą mnie krzyki sprzedawców warzyw i owoców na targu.  To po tej samej stronie Saony tylko bardziej w stronę miasta. Jeszcze dalej są bukiniści. Tacy sami jak w Paryżu. W swoich metalowych straganach trzymają mnóstwo niechcianych książek,ale i perełki literatury. Tam znalazłam smakowite przepisy Aleksandra Dumas. Ciekawe co lubią jeść geniusze?

Z zamyślenia wyrywa mnie przeciągły dźwięk motoru. Na jednym kole jedzie jakiś gorący młodzieniec. Ale nikt nie zwraca uwagi. Tylko mój synek otwiera szeroko oczy wołając : - Mama motoj! Papa t'as vu la moto?!! Z tym rozkrzyczanym pędem maszyny przyleciał zefir. Przyniósł zapach palonych liści. Któż pali liście w centrum Lyonu? Czemu właśnie teraz? Było mi tak dobrze w tej mojej Francji. A tu nagle ten specyficzny oddech palonej jesieni przypomniał mi niezliczone spacery po warszawskim Bródnie. I nagle indiańskie lato pali me wspomnienia. I nagle pierwszy listopada zaczyna krzyczeć z całej siły w moich myślach.

Bo kto postawi świeczki na tej płycie gdzie ukochane imię i nazwisko !? Bo kto zrozumie ten płacz roześmianych w słońcu źrenic? Przecież jest tak pięknie wokół..

Lyon. Indiańskie lato rok 2006.  

czwartek, 26 października 2006
Raz na moście, raz pod mostem

Lyon narodził się u stóp Złotych Wzgórz nad brzegiem Saony. Wartko płynąca rzeka, o kolorze ziemi kończy swój bieg w wodach zielonego Rodanu. Ich ramiona okalają Półwysep który jest dzisiaj sercem Lyonu. Znajdują się tam domy bogatej burżuazji lyońskiej, piękne sklepy, pasaże a la parisienne.

Opowiem Wam dzisiaj o mostach które łączą Stary Lyon ze strojnym Półwyspem. Wjeżdżając do miasta od strony północno-wschodniej powoli przy akompaniamencie bogatej roślinności, napotykamy na pierwsze zabudowania. Najpierw trafiamy na uroczą wysepkę  w samym środku Saony. Tam możemy się zatrzymać by posilić się przed spotkaniem z Lwem Francji. Tu też po raz pierwszy widzimy drobniutki mostek który jest zaledwie uwerturą do tego co zobaczymy dalej.

 

Saona nie jest potężną rzeką. To tylko taka drobna kochanica Rodanu więc można było na niej budować kładki i przejścia wszelakiej szerokości i kształtu. W parę minut po pierwszym moście znajdujemy ich ogromna ilość. Budowane kaskadowo ułatwiają przejście pieszym i rowerzystom z jednego brzegu na drugi.

            

Stary Lyon promieniuje tymi metalowymi konstrukcjami i zadziwia prostotą jak i urokiem. Wszytko co widzimy jest kolorowe, ciepłe, w barwach palonej ziemi... Czasami wydaje się,że jesteśmy w krainie lalek, gdzie domki układane są rączkami wesołych dzieci.

 

 A czasami świat poważnieje w huku przejeżdżającej autostradą ludzkości.Saona jak wstążka we włosach plecie te swoje warkocze aż do momentu spotkania z Rodanem na południu miasta.Tam sprawa staje się bardziej poważna.

 

Ciężkie konstrukcje betonowe muszą unieść ciężar tranzytu długiej Autostrady Słońca, która połączy Marsylię z Paryżem. Poważna sprawa nie pozwala na koronkowe żarty czerwonych passerelles sprzed kilku kilometrów. Chociaż i tu wystarczy zejść pod most aby znaleźć ciekawe obrazy. 

 

.

.

I jakby w ostatnim kaprysie rozmarzonej dziewczyny Saona raczy nas odbiciem kolejowego mostu w zwierciadle wody. 

Potem zaczyna się już męska historia potężnego Rodanu. 

.

sobota, 21 października 2006
Sex we Francji

Parę dni temu w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego zobaczyłam wywiad z młodym Francuzem który przekonywał wszystkich, że: " masturbacja sprawiła wielokrotnie, że mu ulżyło.. Zwłaszcza rano." Po tej świetlanej wypowiedzi jeszcze przez ponad trzy minuty (a to przecież bardzo długo w tv) dziennikarze rozpływali się nad dobrodziejstwem jakie płynie z masturbowania się. I to bez znaczenia płci, stanu cywilnego i wieku!

W ten oto sposób między wojennym Irakiem, powodziami na Południu Europy a  wybuchową Palestyną  stanął mi przed oczami tutejszy Marcel dzielnie zwalczający złe samopoczucie pod ciepłym prysznicem, o świcie, zaraz przed gorącą kawą bez mleka.  A przecież już wielki De Gaulle ponoć mówił, że "Francją rządzi wszystko poniżej rozporka". I jak spojrzeć na poligamię Mitterand'a na koszt Republiki, lub na znane chyba wszystkim historie kurtyzan królów Francji, to publiczna wypowiedź w dzienniku jest dalszym ciągiem gorącej historii tego kraju. Tak, Francuzi lubią sex i kochają się kochać. Zdradzają się ile wlezie, wybaczają sobie, cierpią..Chociaż może nie tak dramatycznie, bo i tak przecież pozostaje - masturbacja.

O ile nie widzi się ogromnej ilości kobiet w mini spódniczkach, czy głębokich dekoltach jak to bywa w Polsce. To jednak plaże są pełne toplessowych widoków. Gazety, filmy... ogólnie media aż do znudzenia sięgają po sexowy temat. Z golizną się wszystko lepiej sprzedaje. Ostatnio nawet bardzo popularna reklama pokazuje dwie biedronki które tak się ostro zabawiają,że cały samochód się trzęsie,a przechodnie pękają z zazdrości. Jestem pewna,że wiele osób wybierze własnie ten model.   

Temat nazwijmy rozporkowy jest czymś zupełnie normalnym również w codziennych rozmowach. W sferach burżuazji, może za woalką -ą i -ę ale w zamkniętym środowisku dobrych znajomych też się świntuszy. O innych środowiskach to nawet nie muszę pisać. Czasami trąci to nawet wulgaryzmem, ale rzadko i niewinnie. Dalej nie mogę powiedzieć, że Francuzi jakich znam są wulgarni. Nie . Oni po prostu ciągle gadają o "dupach"- a za dosadność wypowiedzi proszę o wybaczenie. Kobiety zresztą też. W radio, w żartach, w filmach naprawdę wszędzie można się otrzeć o ten temat. Tak to już jest. Mnie, osobie wysoce nie pruderyjnej zupełnie nie przeszkadza ta atmosfera. 

I tu wcale nie chodzi o sex shopy na każdym rogu ulicy. Tutaj tego jest bardzo niewiele. Nie ma aż takiej potrzeby. Francuzi nie mają germańskiej obsesji pornografii. Ona naturalnie jest jak wszędzie. Jednak ich podejście do sexu kojarzy mi się z czymś dużo bardziej zdrowym, romatycznym i zwłaszcza - wesołym.

Podobno są najlepszymi kochankami na świecie.Tak mówią statystyki i wszelkie sondaże. No nie wiem. Wszędzie można chyba spotkać Don Juanów jak i Pietaszków. Nie mam aż takiej frywolnej natury żeby z całym światem dla porównania się zadawać,ale z mężem jest mi dobrze.

Poza tym nie widać takich rzeczy jak holenderskie monobordele. Chodzi mi o wystawy z żywym "towarem". Natomiast są domy publiczne pod kryptonimem masaże, kluby itd. Trochę jak w Polsce. Ostatnio rozwinęła się nowa gałąź odwiecznej prostytucji . Ja to nazywam pic-upowe usługi. W pewnych dzielnicach miast, na parkingach, chodnikach można spotkać dziesiątki małych ciężarówek. Za kierownicą siedzą głównie grube Murzynki i gadają przez komórkowe telefony dla zabicia czasu. Klienci podjeżdżają grzecznie do takiej wybranki serca. I ładują się do części bagażowej. Zabawnie wyglądają te samochody choć muszę przyznać,że obrzydzenie mnie bierze z powodów totalnego braku higieny. Ale popęd nie wybiera, jak mus to mus. Panom to nie przeszkadza bo chętnych widuję każdej maści, pochodzenia od krawatowych biznesmenów, poprzez tatusiowatych aż do wycieruchów spod mostu. Jestem obeznana w temacie albowiem jadąc do przedszkola mijam codziennie takie dwie ciężarówkowe damy na poboczu naszej drogi. Zresztą podobno to i tak lepiej niż stać na ulicy. Bo na głowę nie kapie a co swoje łóżko, to swoje. A ponieważ jest na kółkach to i nawet można nim uciec.

Poza perwersyjnym detalem nie mogę nadal powiedzieć aby Sodoma i Gomora tu się odbywała. Sex jest chlebem powszednim tego narodu. Naturalnym elementem egzystencji jak wino, ser czy bagietka. W dodatku mają język niezwykle moim zdaniem sexowny , bogaty w oszałamiająco szeroki wachlarz "amour'owego" słownictwa!   

I tylko jeden bemol przeszkadzać zaczął. Jest nim panoszący się coraz bardziej islamizm. Bo z tymi strasznymi chustkami, smutnymi twarzami często agresywnych kobiet, ponurym spojrzeniem ich mężów i braci, on zwyczajnie nie pasuje do Maupassant'a, do kasztanów na placu Pigalle czy roznegliżowanych kabaretów. Nie wiem jak Francja sobie poradzi z tym kontrastem. Jednak nie wierzę by Francuz był w stanie przestać świntuszyć na rzecz jakiejkolwiek religii. I jakoś tak przez skórę czuję, że to jest może największa broń przeciwko wschodniemu obskurantyzmowi. Ten młodzieniec w tv miał rację, że masturbacja może w różny sposób ulżyć, myślę sobie.

A zatem Panie i Panowie do dzieła!  

czwartek, 19 października 2006
Nowy fotoblog!

Ponieważ nie chcę zmieniać charakteru tego bloga, a dostałam wiele prywatnie mail'i z  prośbą o fotografie, a wpaść w fotograficzną przesadę nie planuję na tych stronach to tu: http://fotomania.blox.pl/html    będzie znajdować się teraz moje portfolio. Mam nadzieję, że się spodoba. :)

Natomiast mój główny blog który istnieje już od prawie 2 lat nadal będzie bez zmiany pod adresem : http://patunia.blox.pl/html.

19:35, fabella
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 października 2006
Jesienna melancholia

Choć nie w moim stylu są prywatne wynurzenia a jeszcze mniej żale do świata to muszę stwierdzić iż trudny czas przyszedł na moje samopoczucie. Niby jest wszystko dobrze a jednak coś nie jest. Jesień w Lyonie nie jest porą roku nieprzyjemną. Może złotem w parkach nie sypie tak jak w Łazienkach warszawskich. Może fioletem węgierskim kosze nie są wypełnione ale owoców nie brak a winnice goreją purpurą. Zupełnie jakby z żalu,że takie ograbione z winogron, oblewają się bordowymi rumieńcami. Do tego słońce często przygrzewa, dni nie są jeszcze krótkie a wiele drzew i krzewów w ogóle liści nie straci, bo mrozów tu mało i okrągły rok zieleni się wokoło. 

 

A jednak za gardło złapała mnie jesienna melancholia. Taką naturę niestabilną mam i z tego powodu mniej widać mnie na blogu. Nawet znajomi niespacjalnie mnie widują.  Żadne depresje nie wchodzą w rachubę, bo szczęśliwy zwykle człowiek jestem. Jednak z rana mgłą Bóg na okolice rzuca i myśli me przytłacza. Więc nie zwlekając długo biegnę z aparatem po tych polach kolorowych. W winnice chowam moje jestestwo i zdjęcia robię lawinowo.

Jesień to czas orgii dla malarzy i smutków dla poetów. Malować nie potrafię, poetka ze mnie prywatnie-szufladowa więc ani smucić mi się nie wypada ani radować szczególnie. I taka zawieszona w tej nicości własnych możliwości staram się prześlizgnąć do następnego dnia.

Z odejściem lata pogodziłam się bo taka kolej rzeczy lecz tegoroczna jesień nie rozpieszcza mojego ducha. Zatem wybaczcie że portret mojej Francji jaki staram się tu stworzyć nabierać będzie barw wolniej aniżeli to zakładałam. Nie smucę się wielce tylko jakoś mi tak niewygodnie z samą sobą.  Pozostaje mi mieć zatem nadzieję, że cierpliwość nie opuści ani mnie ani Was, drodzy Państwo.

.

   

poniedziałek, 09 października 2006
z ostatniej chwili godz.19.28

A dokładnie takie diabelskie niebo widziałam siedem minut temu z moich okien.

niedziela, 08 października 2006
Francja a Kościół

" Droga pani Todo, Francja od bardzo dawna nie jest już w kontekście katolickim " - usłyszałam od księdza na spotkaniu związanym z chrztem mojego synka. W tym jednym zdaniu mieści się cała prawda o przywiązaniu do korzeni "najstarszej córy Kościoła" cytując Jana Pawła II. 

Ponad dwieście lat temu Rewolucja Francuska dawała prawa obywatelskie mieszczanom i zabierała przywileje rozpasanemu klerowi. Ścinała głowy arystokracji i niszczyła koronowane postacie z fasad gotyckich katedr. Najczęściej nie zdając sobie nawet sprawy iż były to portrety biblijnych monarchów. Żal mnie ogarnia gdy widzę te puste nisze na fasadach cudów gotyckiej architektury. Z drugiej strony nie powinno się chyba oceniać tych co głodowali a głodować nie chcieli między innymi w imię chwały Boga.  No cóż Rewolucja owoce swe dała i mieszczaństwo w dwieście lat później ma się dość dobrze a Kościół francuski jest w dużo gorszej formie.

 Laicyzm jest dla wszystkich , no może prawie wszystkich Francuzów, dumą i wizytówką ich ojczyzny. Skromnie dodam, że jako osoba wierząca acz mało praktykująca uważam, że tak właśnie powinno być. Kościół nie może się mieszać do polityki ani prawa czy edukacji obywateli. Tak też jest we Francji . Sami Francuzi są różni. (Pominę dzisiaj Francuzów innych wyznań, bo to jakby oddzielny temat.)

Jedni a jest ich chyba większość wierzy nieśmiało w Boga ale po swojemu. Do kościoła chodzą rzadko, przestrzegają troszkę rytuały, sakramenty ale tak w ogóle to widać ich w świątyniach mało. Inni są bardziej aktywni , widoczni ale też bez przesady.

Same budynki należą do Kościoła, no chyba, że stanowią część dorobku historycznego Francji a wtedy urzędy miasta lub regiony wspomagają finansowo niektóre prace remontowe, konserwacyjne. Generalnie bieda aż piszczy bo wiernych mało a nawet jak przychodzą to na tacę miedziaki tylko rzucają. To jest zresztą ogromny problem bo tam gdzie komuniści są u władzy katedry czy zabytkowe kaplice niemalże rozsypują się. Za przykład służy mi Vienne, miasto na południu Lyonu gdzie katedra cudem jeszcze się nie zawaliła. Ale rządy są tu lewicowe, mieszkańcy głównie wierzący w Allacha a ksiądz dziurawe buty nosi.

To chyba trudno sobie w Polsce wyobrazić ale tutaj księża biedę klepią w pełni tego słowa znaczeniu. Mimo, że kalendarz dni wolnych zdominowany jest przez święta katolickie to chyba myślę są ostatnie ślady tej religii na frankijskiej ziemi. Przesadzam może ciut chociaż... Na prowincji na jednego księdza przypada około dwudziestu parafii. Msze odbywają się zatem raz w tygodniu,no czasami częściej ale generalnie modlą się "wybiórczo". Poza tym w kościółkach widuje się głównie starszych ludzi a jak są młodzi to pewnie Polacy. Tak przynajmniej było w Condrieu gdzie mieszkałam przez dwa lata. :) Za to jeśli chcesz ochrzcić dziecko i uda ci się jakimś cudem złapać księdza między dwusetnym kilometrem jego pogoni za wierymi, to masz rytuał z prawdziwego zdarzenia. Ksiądz jest tak szczęśliwy,że znalazł w parafii nową owieczkę poniżej osiemdziesiątego roku życia,że chrzci, komunię daje i bierzmuje z zapałem, miłością i w pełni religijnego skupienia. A o to chyba coraz trudniej nawet w naszych polskich świątyniach.

Mój krasnalek miał nawet podwójnie długi sens bicia dzwonów,co jest przez księdza automatycznie ustawiane ku mojemu zaskoczeniu. I to prawie darmo! Albowiem nawet za ślub nikt się o pieniądze tutaj nie pyta. Masz to dasz,nie masz też dobrze. Ja dałam bo żal mi tych biedaków,co to sandały w zimę noszą i coraz częściej czarne twarze mają,bo z Afryki ich ściągneli. Bowiem we Francji coraz rzadziej spotkać można księdza nie cudzoziemca. Kiedyś to Murzynów do chrześcijaństwa nakłaniali, dzisiaj to  oni przekonują Francuzów do wiary w Chrystusa. Ale nawet i tu są wyjątki. 

Moje pierwsze dziecko chrzciliśmy w Wersalu. Tam też mieszkałam, tam synka urodziłam i tam Eliot mu na imię daliśmy. Wersal to ostatni bastion katolicyzmu. Dużo arystokratów,którym głów jakimś cudem nie ucięto, zamieszkało wokół znanego pałacu. Dzisiejsze ich praprawnuki dalej dużo dzieci rodzą i do Boga pieśni śpiewają w wypełnionych, a la polonaise kościołach. W Wersalu panuje zupełnie inna atmosfera jak w całej Francji. Brodatych twarzy "niet", allachowych chustek "niet", komunistów bardzo "niet", za to rodzinki sześcio-, siedmiodzietne bardzo często widywałam. Sąsiadowałam z tymi religijnymi ludźmi co to w każdą niedzielę ubrani grzecznie, wspólnie z maluchami na mszę chodzili. Ma się to nijak do prowincji.  Chociaż w Lyonie też trochę wierzących spotykam bo tutejsza burżuazja tak do końca z klerem się nie pokłóciła. No i rzeczywiście do kościoła chodzą, dzieci mniej mają ale jak "nasz" papież umarł to łzę niejedna matka na mym ramieniu wylała. Między sobą podobno nie płakały ale ja Polka to co innego, można było razem żale przelewać.

 A zatem reasumując, katolicyzm jest ale coraz mniej ważną religią we Francji. Nie wiem czy to źle czy dobrze a stojąc między rydzykową patrią i parzącym Islamem modlę się tylko by Bóg nie uciekł gdzie pieprz rośnie.        

 

sobota, 07 października 2006
Dodatek specjalny

Moja Francja jest blogiem opowiadającym o tym jak postrzegam kraj w którym mieszkam. Nic na to nie poradzę,że piszę również o jego negatywnych stronach. O ile jestem świadoma jak wygląda Polska i znam zalety i wady mojej ojczyzny to nie widzę powodu aby nie oceniać także kraju w którym właśnie przebywam. Nie wiem jak długo będę mieszkać we Francji. Nie planuję spędzania tu całości mego życia. Ale mąż jest Francuzem i właśnie tutaj mamy pracę . Prawdopodobnie za jakiś czas wyjedziemy z Lyonu, z Francji. Tak czynimy od lat. Nie muszę chyba przekonywać jak wiele ciekawych i interesujących rzeczy widzę w tym kraju. Jak bardzo ważne jest docenianie i kształcenie francuskiego patriotyzmu u moich także polskich dzieci. Ten blog już po kilku notkach pokazuje jak bardzo podziwiam to co widzę i jak bardzo lubię niektóre francuskie obrazy. Nie będę jednak tylko zachwycała się bo ten blog stałby się kłamstwem, lukrowaną papką dla turystów.

Poza tym bycie emigrantem nie jest udawaniem,że wszystko jest idealne w kraju w którym się żyje. I żeby nie wiem jak szokowało to niektóre osoby będę dalej opisywała plusy i minusy Francji.Tak ja widzę i nie wstydzę się tego. Albowiem to moja Francja a nie Francja innych i moje opinie bronię tak jak to potrafię. Blog jest formą wypowiedzi która pozwala na takie subiektywne oceny.

Nigdy nie uciekałam z Polski. Do dziś łzy błyszczą w moich oczach gdy z niej wyjeżdżam po wakacjach. Dzieciństwo w części spędziłam z dala od niej a dorosłość, jak to już wcześniej pisałam,zdarzyła mi się w zupełnie różnych krajach. Moim życiem rządził często przypadek lub zwykły zbieg okoliczności. Nie musiałam jednak wykonywać pracy "na czarno", robić różnych rzeczy żeby przeżyć. Nie musiałam chodzić do kościoła polskiego by znaleźć pomoc lub transport do Polski na święta. Po prostu do niej jechałam wtedy gdy miałam na to ochotę. Prowadziłam zawsze podobne życie i na tym samym poziomie co średnio zamożni Europejczycy bez kompleksów i zmartwień zagubionego emigranta. Może dlatego też nigdy tak na prawdę nie czułam się uciekienierem z mojego kraju. Bo też i nigdy przed niczym nie uciekałam.W Warszawie jestem wiele razy w roku. Moje dzieci widują swoich polskich dziadków częściej niż niektórzy Polacy w kraju. Nigdy nie zapomnę,że jestem Polką i nie wstydzę się swojego patriotyzmu. Mówię w paru językach ale przeżywam po polsku.

Doceniam i kocham kraj który mnie wychował. Nie znaczy to jednak,że nie znam jego słabości, wad. Polska jest trudnym krajem o trudnej przeszłości. Lubię go idealizować bo łatwiej mi tęsknić za Łazienkami niż za typami którzy stoją teraz na jego czele. Jestem tego świadoma. Krytykuję to co mnie denerwuje, potępiam to co uważam za godne potępienia i kocham co piękne, nawet jeśli kochać jest czasami łatwiej z dala. To nic zdrożnego pisać poematy do Ojczyzny.

Tak samo jest z moją Francją. Bo jeżeli bardzo lubię bagietki i podziwiam Luwr to nadal nie znoszę zawszonych szkół. Więc nie będę tylko pisać o bułkach i Mona Lisie. Francja to oczywiście wielki kraj, wielkiej historii który dał światu ogromnie dużo. To miejsce gdzie żyję ale które nie jest zawsze łatwym do bycia szczęśliwym, zwłaszcza dla cudzoziemców. Pewnie ktoś może powiedzieć - jest tak wszędzie. 

Pewnie będzie miał rację ale ten blog nie jest o "wszędzie" tylko poświęcam go mojej Francji. Pozwólcie zatem mi oceniać tak jak ją widzę przyjmując,że tak właśnie to widzę. Nie proszę o zgadzanie się ze mną ale o przyjęcie,że taki jest mój obraz Francji i jej mieszkańców, oparty na osobistym doświadczeniu. Wybaczcie mi uogólnienia, wybaczcie czasami brak tolerancji dla pewnych zachowań czy poglądów. Ten blog pokazuje Wam Francję moimi oczami widzianą. I dobrze,że myślicie i oceniacie inaczej. Szanuję inne opinie choć nie muszę się z nimi zgadzać. Tęskniąc za Polską potrafię zachwycać się lyońskim trabulem czy wyjadać winogrona ze zniszczonych dłoni roześmianych Francuzów.

Patrycja Todo

czwartek, 05 października 2006
Elegancja Francja

Ach któż nie zna tego powiedzenia Francja-elegancja? I tak na czerwnono pomalowane usta i niewidoczna mgiełka dobrych perfum na rozkrzyczanej ulicy stały się symbolem Francji. Czy tak rzeczywiście jest? I tak i nie.

Francuzi na ulicach dużych miast nie wyglądają na bardziej elaganckich niż Włosi, Hiszpanie czy Anglicy. Ale jeśli mówimy o modzie, to jednak spoglądamy w kierunku Paryża. Tam niestety coraz mniej Paryżan a coraz więcej ... no cóż pominę to wielokropkiem. W Lyonie sprawa ma się podobnie. Chociaż dość często można spotkać klasycznie ubraną Francuzkę z dobrze ubranym Francuzem w restaruracji czy na placu Bellecour to jednak coraz rzadziej widuje się ludzi eleganckich czy ubarnych z fantazją w dobrym smaku. 

W mniejszych miejscowościach jest podobnie. Mimo,że tam częściej może widuje się zadbane panie w dobrym stylu niż panów, których dobrze ubranych nigdy nie widziałam. No ale związane jest to chyba w ogóle z atmosferą jaka panuje we Francji. Krótko mówiąc Francuzi generalnie "zdziadziali". 

W każdym dużym mieście można jednak spotkać ubranych ludzi w bardzo podobne w stylu ubrania. Dobrej jakości, dość modne, z drobnymi znaczkami potwierdzającymi znaną markę ciuszki, noszone są przez panie burżujki zawsze w określonym od lat stylu. Nigdy nic bardzo kolorowego, najlepiej pastele i koniecznie złoty łańcuszek z jednym sznureczkiem pereł. Poza tym prawie nigdy wysokie obcasy, prawie nigdy długie włosy a makijaż często bez-makijaż. Panowie w garniturach antracytowych, koszulach w kratkę i skarpetki w romby w kolorowych krawatach i do tego kurtki . Ja to nazywam ni-płaszcz ni-wydraa do tego i butki najczęściej wiązane i źle wyczyszczone. Broń Boże płaszcz - bo niewygodny w samochodzie. No oczywiście są wyjątki, ale średnio zamożne mieszczaństwo tak wyglada. Spotykam to towarzystwo codziennie odbierając moje dzieci z przedszkola. Wszyscy udają,że się na siebie nie patrzą,ale wszyscy się jednak patrzą,no to ja też się patrzę. Nie mam kompleksów, bursztynami ogrzewam tę chłodną atmosferę i wdycham zapach zawsze dobrych perfum. Bo mamy jak i tatusiowie wypachnieni w naszym przedszkolu są bardzo często.

I byłoby wszystko bardzo w porządku gdyby nie pewien problemik. Że oto w plecaku moich krasnali znajduję jak zwylke co roku kartkę w której powiadamia się mnie że: (cyt. )"Drodzy rodzice, nowy rok szkolny jak zwykle zaczyna się wraz z naszymi przyjaciółmi - wszami. Prosimy o regularne mycie dzieciom włosów. O regularne przeszukiwanie materacy, ubrań i generalne odwszanie rodzeństwa. "

I żeby dla wszystkich czytających było jasne , że "problemik" zawszonych głów nie jest czymś tutaj dziwnym. Bo w kraju Diora i Chanel wszystkie szkoły bez wyjątku mają zawszone dzieci. I nawet jeśli ja nigdy w życiu nie widziałam "life i w kolorze" tych zwierzątek to każdy bez wyjątku mnie zapewnia,że to zupełnie normalne,że wszy zawsze były,są  i będą w szkole. A jak ja szeroko otwieram ze zgroza oczy to mi się tłumaczy : "Wszy,ma cherie, idą do czystych głów, a poza tym są głowy do których wyjątkowo chętnie one idą..." te wszy ma się rozumieć.  

 

A zatem lecę po perfumy do Sephory i zatrzymuję się po drodze w aptece by kupić odpowiednie szampony, spryskiwacze czy jeszcze co tam mają, a mają dużo i nie wiem czy nasze głowy to nie są interesujące dla tych "przyjaciół'. 

A dziś rano jedna z wybrylantowanych mam to nawet mi powiedziała,że nie rozumie bo ona myje dziecko raz w tygodniu a powiedzieli jej, że to chyba nie wystarcza a przecież ostatnio kupiła sześcioletniej córce perfumiki "Pour enfants"(dla dzieci)  firmy Gerlain. No cóż Francja - elegancja.

"Fini les poux!
Santé
Parents : Documentation : Santé : Fini les poux!
Chantal Ann Dumas, N.D.

Depuis quelques années, nous assistons à une recrudescence des poux et tous les ans, plus de 41 000 enfants canadiens se grattent la tête à deux mains. Les enfants de trois à dix ans sont particulièrement concernées. Les contacts «tête à tête» étant évidemment plus fréquents lorsqu'on côtoie une foule de camarades, à la garderie ou à l'école. On sait aussi que les filles sont plus vulnérables que les garçons parce qu'elles portent généralement les cheveux plus longs et qu'elles partagent leurs accessoires avec leurs amies.

En dépit de son aspect plutôt commun, découvrir que son enfant a des poux de tête constitue toujours une nouvelle bouleversante pour bien des parents! En effet, même s'ils ne transmettent aucune maladie, ces minuscules insectes qui vivent sur le cuir chevelu inspirent habituellement le dédain, parfois la panique, et presque toujours, une certaine gêne. C'est qu'encore aujourd'hui, on associe souvent les poux à la saleté et à la pauvreté. Pourtant, n'importe qui peut être touché par la pédiculose et il semble même que les poux préfèrent de loin élire domicile sur une belle tête propre!" 

  

    

niedziela, 01 października 2006
Traboule

Uznawany za centrum przemysłu petrochemicznego Francji Lyon jest jednym z piękniejszych jej miast o czym nadal niewiele osób wie. Stare miasto to miejsce wyjątkowo zaskakujące.  

  

Budynki z XIII,XIV i XV wieku zdobione krzyżowymi sklepieniami budowane były pod nadzorem włoskich rzemieślników. Dzięki temu charakter tej architektury nabiera zupełnie unikalnego wymiaru na ziemi francuskiej. 

 Strzelisty gotyk przeplata się z miękkimi arkadami które Polakowi przypominają mariage krakowskich Sukiennic z rytmiczną architekturą wawelskiego dziedzińca. W przeciwieństwie do większości miast francuskich, ulice liońskie nie okalają gotyckiej katedry ale ciagną się wzdłuż wybrzeża Saony niczym brukowane wstążki. 

Kościół Św Jana stanowi integralną część Starego Lyonu (Vieux Lyon-jest oficjalną nazwą dzielnicy, tak samo jak Stare Miasto w Warszawie) ale nie jest jego epicentrum. Równolegle ciągnące się ulice wypełniają głosy siedzących na zewnątrz restauracji mieszkańców Lyonu. Jedynie stare ciężkie masywnym drewnem bramy milczą skrywając tajemnice domów.

 

Czasami jednak mieszkańcy gdy wchodzą do środka nie domykają drzwi a wtedy...ukazuje nam się widok na wąskie, ciemne przejścia. Nad głowami szepczą historie z przeszłości, nerwowo wyrzeźbione w piaskowcu sufity by w końcu doprowadzić nas do serc starych kamiennic.

I tak, ciemne gotyckie korytarze oddychają w końcu wielo-kodygnacyjnymi podwórzami gdzie klatki schodowe są typowymi włoskimi patio. Każde piętro połączone jest arkadowym balkonem z kręconymi schodami otwartymi na wspaniale błękitne niebo. Jakże ogromą niespodzianką są te miejsca co jak płuca wśród ciasnej zabudowy łączą

 wewnątrz budynków ulice.    A zatem wchodzimy z rue Św. Jana do jednego z niezliczonych domów,korytarzy by wąskim przejściem dotrzeć do koronkowej "studni" która połączona jest kolejnym przejściem. Przemykamy niepostrzeżenie przez uliczkę aby nagle znaleźć się na brzegu szaro-brązowej Saony. Ta spokojnie płynie aby na brzegu lyońskiego półwyspu wpaść w ramiona zielonego Rodanu. Zostawia za sobą dziesiątki tych tajemnych kuluarów których nazwa traboule jest po prostu z łaciny wziętym "przejściem na skróty".

Ach któż dziś pamięta, że dziesiątki tych cudownie malowanych na czerwono, pomarańczowo i brązowo budynków uratowało życie tym rzadko nie godzącym się z reżimem Vichy Francuzom ? Labirynt jakie tworzą znany jest wyłącznie starym, doświadczonym mieszkańcom Lyonu. Niemcy nie dawali sobie rady w ciemnych korytarzach starej dzielnicy. Albowiem Lyon był miastem Resitance czyli Podziemia francuskiego w czasie Drugiej Wojny Światowej. To właśnie stąd pochodził Jean Moulin - oddech wielkiego De Gaulle'a w nazistowskiej Francji. I to właśnie tutaj starano się bronić honoru starej Damy.

 

Gotyckie traboule stanowiły parasol dla tych nielicznych bohaterów . Uciekali korytarzami w których jeszcze do dziś można słyszeć bicie ich serc, ale i śmiech włoskich budowniczych przeplatany promieniami słońca.

Będąc w Lyonie nie powinno się omijać okazji wejścia do trabouli schowanych w malowniczych domach, których właściciele zobowiązani są przez miasto by udostępniać parę godzin dziennie ich otwieranie. Można nawet skorzystać ze zwiedzania grupowego wraz z przewodnikiem który więcej może opowiedzieć jak ja na tym blogu. 

................................................................................................................................................................

Jakiś czas temu napisałam poemat "Flamenco". Był on napisany również pod wpływem uroku lyońskich traboule. Przytoczę tu tylko fragment dla urozmaicenia, żeby nie było zbyt turystycznie .:)Całość historii jest w poematach na Blogu Patuni

(...)Pociągnąłeś mnie za rękę w stronę nieznaną.

Ujrzałam kamienicę słońcem malowaną

i jej okna wysokie, wysokie do nieba

patrzyły zdziwione, że tak na nie spozieram.

Przechodziłam pod nimi światłem porażona,

promieniem co ściskały w drewnianych ramionach.

I z tym błyskiem w oku na katedrę zerkały.

Gdy mnie całowałeś tajemnicę skrywały

w ciemnych korytarzach kamiennego traboula.*

Już przesiąkła flamenco czarna twa koszula.

Echem niesie się oddech po arkadach, gurtach...**

i kołacze się w domu co go stara furta

w pajęczynie żelaznej nagle uwięziła.

Tańca głośne klaskanie cisza zastąpiła.

Trwaliśmy w niej wieki jak ten mur alkazaru

zapatrzeni w maswerki bez szeptu zegarów.***

Ach cóż to była za chwila mnie wzruszająca

gdy poznałam flamenco w tych gotyckich pnączach !

Uwikłane w krzyżowych nad głową sklepieniach

było świadkiem letniego w Lyonie uniesienia.

A zaczęło się przecież zupełnie niewinnie

pod gargulcem katedry. Może sekret w rynnie

gdzie dusza chimery z deszczem się mieszała

na parasol czarny tego dnia nam kapała?(...)

.

**gurt - «łuk przyporowy oparty na słupach, podtrzymujący i wzmacniający sklepienie budowli»

***maswerk - got. motyw dekor. składający się z elementów geom. (laskowania tworzące koła, odcinki koła, stylizowane trój- lub czteroliście, rybie pęcherze), wykonany w kamieniu lub cegle, przeważnie jako wypełnienie górnych partii okien i balustrad, także (ślepy maswerk) wypełniający pola ścienne; 

© - prawa autorskie zastrzeżone