Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 30 września 2014
Rozmowy przy kolacji

Mąż do naszego dziesięcioletniego Armanda: - synku jesteś za lewicą, prawicą, centrum, czy extremelną lewicą, czy extremalną prawicą?

- Tato, jeszcze nie znam dobrze wszystkich programów. Nie mogę Ci odpowiedzieć.

...uff, dobra odpowiedź synku .

.........................................................................

Armand: - no tak, ale jak można żyć bez polityki?

ja z mężem chórem: - nie da się! Nie ma demokracji bez polityki i partii politycznych, a demokracja to najbardziej sprawiedliwy z systemów i taki wybraliśmy w naszych krajach.

Armand: - to dlaczego mówicie że Front Narodowy to są troglodyci?

ja: - bo nawet i tacy są w społeczeństwie. Najgorsze, że w ich wypowiedziach jest trochę prawdy o tym co się dzieje we Francji, prawdy, której boją się inni politycy. Tymi skrawkami udaje im się przekonać wiele naiwnych ludzi.

mój mąż: - gdyby doszli do władzy my byśmy bezpowrotnie opuścili Francję. Niestety cele FN są bardzo negatywne i dlatego trzeba głosować na partie liberalne, żeby zwalczały takich ludzi, którzy chcą zamykać okna i granice.

Armand: - to głupie, że oni to chcą.

....uff, dobra konkluzja.:)))

11:16, fabella
Link Komentarze (6) »
środa, 24 września 2014
Ostatni oddech lata
22:23, fabella
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 września 2014
Motylem to załatwiam

Kiedy w 2006 roku Andrzej Lepper został mianowany na wicepremiera, a parę miesięcy później Kaczyński stanął na czele rządu, coś we mnie pękło. Nie mogłam uwierzyć, że Polacy wybrali tak beznadziejnych ludzi. Byłam szczerze zawiedziona. Konsekwencje dla Polski były oczywiście fatalne, a ja już nie chciałam ani czytać o tym, co dzieje się nad Wisłą, ani przejmować się tym. Pocieszałam się, że azymut dla kraju jest dobry: kapitalizm + unia + demokracja, sprawią, że prędzej czy później dojdzie do odsunięcia niebezpiecznych ludzi na margines społeczeństwa.

Zajęłam się Francją. W końcu w niej mieszkam i to jej losy dotykają mnie bezpośrednio. Z mężem i znajomymi dyskutowaliśmy o polityce w Europie i na świecie. Zastanawialiśmy się jak doszło do bankructwa banków, jak to się stało, że Ameryka jest w tarapatach i że kryzys, wojny, ocieplenie klimatu, a Chińczykom żyje się dostatniej. Z czasem w Polsce doszło do zmian i bardzo mnie to ucieszyło. Leppera nie było już w wiadomościach, Kaczyński niestety ciągle jest. Jednak to, co we mnie pękło w 2006, już chyba się nie skleiło i kocham bardzo mój kraj, ale mniej przejmuję się jego polityką.

Nadal uczę dzieci polskiego, historii i tradycji. Zachwycamy się krajobrazami  naszej słowiańskiej ojczyzny, cieszymy się, że Warszawa jest coraz piękniejszym miastem, a polska prowincja i wsie są obrazem zdrowego dobrobytu i świadectwem pracowitości. Nie przeżywam już jednak ani Smoleńska, ani podsłuchów, a o wojnie ukraińskiej myślę z rezerwą i niezmienną niechęcią do Rosjan.

Tymczasem do władzy we Francji doszli socjaliści, i na czele państwa został wybrany bezradny kłamczuch. Złościłam się, jak wtedy z tym Lepperem i Kaczyńskim, jednak kimże jestem w tym scenariuszu? Starałam się, jak mogłam, żeby nie przejmować się , bo przecież we Francji zawsze tak było, że raz prawica zarabia pieniądze, raz lewica je wydaje, a wszystkim i tak żyje się w miarę dostanie. 

 ...jednak znowu coś we mnie pękło. Wielu znajomych uciekło na emigrację i sprzedali wszystko, co posiadli we Francji paląc za sobą mosty, i smutno nam jest bez nich, bo żeby się spotkać musimy jeździć po świecie. Inni znajomi, co zostali, z niechęcią mówią o tym, co się dzieje i w ogóle są zdegustowani codziennością.

W marcu wyszła moja pierwsza książka i dzięki niej poczułam, że już nie powinnam więcej ani mówić, ani pisać o Francji. Jak widać również i na blogu, nie chciałam wiele się wypowiadać. To, co miałam przekazać innym, zostało na papierze. Nie chciałam więcej o tym nawet myśleć. Czasami lepiej tak żyć, bo inaczej strach przed wizją nieciekawej przyszłosci w kraju, z którym związałam własne plany staje się nie do zniesienia. Dziś nie znam prywatnie prawie nikogo, kto nie mówi mi, że dba o dobrą edukację dzieci, żeby mogły wyjechać i budować życie daleko od Francji, bo w niej będzie tylko gorzej! ...no ale ktoś tu może jeszcze zostanie?

Ponieważ na razie nie mogę inaczej, postanowiłam nie myśleć o tych smutnych sprawach. Postanowiłam znowu uciec i zająć się czymś innym. I tak zaczęłam doceniać każdy rozwijający się pąk róży w moim ogrodzie. Nauczyłam się je pielęgnować i zapewniłam dobre towarzystwo lawendą i hortensjami. Zasadziłam wielokolorowe Weroniki, których kwiaty wracają na całą zimę, wtedy, gdy ich kolczate koleżanki zasypiają królewskim snem. Dosadziłam palmę, oleandry i powojniki. Każde z nich kwitnie w innym czasie i ogród nie jest nudny. Doczekałam się potomstwa pod dachem mego domu. Trzy rodziny maleńkich kopciuszków fruwają mi nad głową od wielu miesięcy. Zainstalowałam wodopoje dla ptaków i owadów. Motyle, pszczoły, bąki i inne bzykacze z radością czuwają nad  wciąż kwitnącymi masywami. Oliwka, jaką zasadziłam dwa lata temu, daje już mnóstwo owoców. Morelki, brzoskwinie, a wcześniej czereśnie nie zawiodły obsypując stoły ciężkimi owocami.  Codziennie jemy własne pomidory, bakłażany i paprykę! Nauczyłam się również odpoczywać.

Udaje mi się nawet przerywać prace i kłaść się na brzegu basenu. Przypomniałam sobie, że trzeba dbać o ciało, odpoczywać i uśmiechać się do każdego promienia. Od klku miesięcy pływam codziennie i cieszę się, że mimo strasznych kredytów, jakoś udaje nam się je spłacać. Ograniczyłam czytanie gazet do weekendów. W piątek i sobotę dostaję Le Figaro i jeszcze parę innych tygodników. W każdy piątek wraca też mój mąż do domu. Wtedy świętujemy,że jesteśmy razem, zastanawiając się nad smakiem różnych gatunków naszych pomidorów i ogórków. Przez tydzień jestem sama z dziećmi i zwierzętami. Mąż pracuje w Szwajcarii. On też wyemigrował i nie chce za żadne skarby wrócić do ojczyzny. Ja jeszcze nie potrafię podjąć takiej decyzji, więc dzielimy codzienność na dwa kraje.

Jakiś czas temu mąż zmienił pracę i zostawił francuską firmę na rzecz angielsko-amerykańskiej korporacji. Tak zresztą czyni od wielu miesięcy bardzo wielu pracowników kadr zarządzającyh. Francja jest coraz mniej  atrakcyjna pod każdym względem. 

Kiedyś mięli francuską pracę, teraz już jej nie chcą, bo astronomiczne podatki zabijają średnie i małe firmy, bo problemy związane z niezrozumiałym kodeksem pracy ( 3000 stron - absolutny rekord ) są nie do rozwiązania, i coraz trudniej zarobić na wygodne życie... bo nie ma żadnej wizji politycznej poza beznadziejnym partyjniactwem...bo regularne skandale rządzących socjalistów, mieszają się ze śmiesznymi plotkami z życia seksualnego prezydenta. Od kłamstwa do kłamstwa , od oszustwa do oszustwa, a wszystko pod kołderką socjalistycznych sloganów o równości i sprawiedliwości społecznej.

Powoli rozstajemy się z tym, co francuskie. Najpierw z pracą, potem z samochodami. Na szczęście nie wszystko stracone. Kiedyś piliśmy francuskie wino, i dalej pijemy francuskie wino. Bagietki jemy też francuskie. Żywność jest niezmiennie dobra, ale atmosfera już mniej.

Francuzi narzekają jeszcze bardziej jak kiedyś. Trudno im jest żyć z mentalnością lewicową, ale potrzebami kapitalistycznymi. Chcieli mało pracować, dużo odpoczywać, wygodnie żyć, a się nie przemęczać. No i teraz płacą gigantyczne podatki, bo wychowali zbyt wielu pracowników budżetowych, zbyt wielu mają też źle wykształconych obywateli, którzy bez pracy w podduszonym sektorze prywatnym, mogą liczyć tylko na socjalne utrzymanie, zbyt silnych aparatczyków i związkowców.

Francuzi wybrali beznadziejnego prezydenta i coś się popsuło na dłuższy czas, bo okazuje się, że socjalizm nie działa, tak jak im się marzyło.... a miało być tak pięknie...

O motylki... o róże...Staram się nie podchodzić emocjonalnie do tematu Francji, bo i tak nic nie zmienię. Staram się i dlatego mało mnie na tym blogu.

Cieszę się z ciepłej wody w basenie, obiektywnie dobrego poziomu życia, martwię chroniczną tęsknotą za mężem i dbam o stan własnych nerwów. Uroda Francji jest tak ogromna, zapachy i smaki nadrodańskiego regionu tak urzekające, że uda mi się przetrwać nawet socjalistyczne rządy obecnych amatorów.

Najbardziej martwi mnie jedno, że nie widzę azymutu. Wtedy w Polsce , za Leppera, też źle mi było, ale była nadzieja, że to chwilowe, taki wypadek młodej demokracji. We Francji już coraz mniej osób widzi azymut i coraz mniej Francuzów wie jaką drogę powinna obrać ich ojczyzna , żeby nie dostać zadyszki....ale może i to się zmieni?

Tymczasem cieszę się, że Tusk jest tam, gdzie jest, że siatkarze polscy są mistrzami świata, a polskim matematykom udało się właśnie rozwiązać najtrudniejszą hipotezę Talagranda. Oczywiście zupełnie nie wiem o co chodzi , ale brzmi imponująco i warto się chwalić, że Polacy, to mądrzy ludzie są.

Staram się również kupować polskie jabłka. Niestety we Francji mało jest polskich owoców, a tak bardzo chciałam zrobić Putinowi na złość. Na jesieni będę w Warszawie, to z pewnością nadrobię czas i najem się jabłek pod każdą postacią. 

Cieszę się również, że moja książka sprzedaje się dobrze, za co dziękuję wszystkim moim czytelnikom. Piszę zatem drugą i mam nadzieję, że już niedługo uda mi się ją skończyć.

Wracam teraz do motyli. Jeszcze ich mnóstwo na mych krzakach siedzi. Jeszcze trzy dni do powrotu mego męża wytrzymam jak zwykle, a potem znowu będziemy się cieszyć z pomidorów i złościć na Hollanda przy zmrożonym kieliszku różowego wina.

15:53, fabella
Link Komentarze (13) »