Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
czwartek, 27 września 2012
Kropelki na.... Francję
.
Ależ nie, nie będę oceniać. Przecież to nie jest moja sprawa... -Ojej, biedne dziecko. Mamo zobacz co ona mu robi!
Moi synowie zareagowali natychmiast. Jak zwykle w takich razach oburzeni zachowaniem kobiety. Urodzeni, wychowani we Francji, ale nie udaje im się przyzwyczaić do widoku agresywnie zachowującej się kobiety do dziecka.
Ależ nie, nie powinnam reagować. Nie zmienię kraju, ani jego mieszkańców. Jestem tu tylko kimś z zewnątrz... Ileż razy mówiono mi, że to nie moje sprawy i nie powinnam się wtrącać. Ileż razy kłóciłam się nie zrozumiana o co mi chodzi! Ileż razy zwracałam uwagę Francuskim dorosłym,że przecież tak, nie można do dziecka.....

Carrefour, duży sklep na przedmieściach Lyonu. Jest środek tygodnia, godzina popołudniowa. Podchodzę do kasy z wypełnionym koszykiem. Właśnie zrobiłam zakupy z moimi synkami. Każdy z nich miał własną listę tego, co trzeba kupić do szkoły. Każdy z moich synków spokojnie i z uśmiechem, wybierał patrząc, żeby nie było zbyt drogo, ale ładnie i praktycznie.
Jedne dzieci skrupulatnie wybierały jak moi chłopcy. Inne biegały jak oszalałe nic nie robiąc sobie z zakłopotanych rodziców, a właściwie głównie mam. Francuscy tatusiowe niezwykle sporadycznie zajmują się sprawami własnych dzieci. Kobiety, dzieci.... niczym w młynie akcentów, kolorów, wszyscy zebrani w jednym celu - szkolnych zakupów.
Ktoś mnie popchnął, jakiś mały kopnął, ktoś zaśmiał się nerwowo. Wszędzie rozstawione kosze z produktami, torbami, flamastrami. Koniec sierpnia, wszyscy przygotowują się do nowego roku szkolnego. Jakaś matka nerwowo nie wytrzymuje, bo od wielu minut nie może znaleźć odpowiedniego klasera. Postanawia wrócić po zakupie bagietki. Jakaś Arabka nie daje rady z odczytaniem listy. Dziecko nieporadnie chce jej pomóc, a ostatecznie brodaty ojciec wzywa kogoś z personelu sklepowego i radzą sobie wspólnie.
Eliot robi miny, bo dzieciaki przeklinają a my nie lubimy takich klimatów. Armand przekonuje, że ma już wszystko i chce zobaczyć żywe kraby. No to idziemy.

Krewetki duże, małe, poukładane w sterty, nad nimi króluje gigantyczny tuńczyk. Armand wskazuje na homary. - Mamo, jakie to straszne! Związali mu skrzypce!
- Szczypce ! - poprawia Eliot. - No przecież mówię ,że łapki. - broni się Armand.
- mamo a jakbyśmy go kupli i wypuścili na wolność?
- Bardzo chętnie, ale daleko mamy do morza.
- Ale gdybyśmy byli blisko.
- To z pewnością byśmy go uwolnili.
- A potem , zjadłaby go jakaś ryba... wtóruje Eliot.

To może kupimy psom jakiegoś gryzaka. odciągam chłopców w stronę kasy.
Nagle, straszny krzyk kobiety zwraca naszą uwagę. Młoda, szczupła Francuzka trzyma chłopca za ucho i bije go drugą ręką w tył głowy. Mały ma tyle lat co Eliot. Obok przygniecionego do ziemi dziecka idzie starsza siostra. Nastolatka beznamiętnie prowadzi wózek, wyraźnie przyzwyczajona do reakcji matki.  Chłopak płacze w niebogłosy. A matka nakazuje mu się uciszyć. Zarzuca mu kapryszenie przy zakupach i uprzykrzanie jej życia. Tłucze chłopaka, gdy on chroni głowę rękami i purpurowy chlipie parę metrów od nas. Nikt, absolutnie nikt nie reaguje. Nawet nie zwraca uwagi.

Stoję jak źle zaczarowana ze łzami w oczach. Serce mi łomocze. Eliot i Armand współczują dziecku. Wiedzą, że mam ochotę podejść. Jednak wszyscy kupujący w sklepie, łącznie z facetem od ochrony zupełnie nie przejmują się sceną. Zastanawiam się skąd znam tę panią. Zdenerwowana kobieta wrzuca zakupy do toreb, a chłopiec wciska słuchawki od MP3 i już spokojnie przenosi się w innym wymiar. Cały incydent trwa zaledwie parę minut. A ja już 4 tygodnie nie mogę ochłonąć!!!

A dzisiaj, kupując syrop w aptece skrzyżowałam wzrok z pewną aptekarką. To ona! Poznałam nerwową mamę z Carrefoura. Teraz z uśmiechem obsługiwała wszystkich klientów. - Może dam coś na uspokojenie... - radziła pewnej starszej pani, która właśnie skarżyła się na brak snu. Patrzyłam na biały fartuch, na blond włosy, szczupłe dłonie. Przyciszonym głosem elegancko starała się pomóc każdemu .

Teraz ja stoję przy kontuarze. Proszę o paracetamol, jakiś syrop. Gdy wraca z lekami, łapię ją silnie za nadgarstek. Potem zwinnym ruchem szczypię w ucho i gryzę w nos. Trzymając blond włosy przy ladzie przez zęby rzucam: - nie lubię końca wakacji. A wychodząc dodaję - a to naderwane ucho to za flamastry i kolorowy klaser!




.....................................................................................

ps. Drogi czytelniku. Całe zajście miało rzeczywiście miejsce. Dodam tylko ,że z wyjątkiem mojej agresji. Dziś w aptece rozpoznałam matkę-idiotkę. Dziś kupiłam syrop i wyszłam grzecznie z apteki. Nie zrobiłam nikomu krzywdy, ale.... pomarzyć chyba wolno?

.........................................................



poniedziałek, 17 września 2012
Francja made in China.
.
.
Podobno ludzie bogaci i ci, którym się wiedzie bardzo dobrze, są bardziej od innych nieszczęśliwi . Według specjalistów cytowanych przez pana w radiu francuskim, powodem owego paradoksu jest stres. Otóż uprzywilejowani są ponoć bardzo zestresowani. Nieszczęśliwi szczęśliwcy martwią się, że ich dobre życie się popsuje jak chińska zabawka. Czyli ich "urodzaj" życiowy jest mało trwałym stanem. Co za okropność! Wszystko ci się układa dobrze. Masz zdrowie, rodzinę, urodę , dobrobyt i nic. Nie możesz się cieszyć, bo się martwisz! Co za fatalna sprawa.


Podobno, szczęśliwi tak bardzo się niepokoją, że blokuje im się dobre samopoczucie. Przysłowiowa fajtłapa, ciapa, zezowate szczęście, szary nieudacznik, może mieć wyższy poziom zadowolenia , od kogoś udanego z pierwszych stron gazet! Co za pech!

Na szczęście Francja ma nareszcie nowego prezydenta i wspaniały, mądry, nowy rząd. Obiecują, że teraz naprawią wszystko i będzie sprawiedliwie. Teraz bogaci, będą musieli się podzielić z biednymi. A jak już się podzielą, to będą pewnie mniej bogatsi, a biedni poczują się bardziej dofinansowani. Tak, jak powinno być zawsze i co miała już zapewnić Rewolucja Francuska.  Podzielą się Francuzi wszystkim obywatelsko i będzie po równo, albo będzie... że zacytuję w myślach wielkiego Cambronne'a.


A i tak sądzę, że im się to nie uda. Wrednie nie wierzę w te brednie, bo Francuz jest egoistą, jak każdy inny człowiek i nie lubi oddawać drugiemu co ma. Przez 200 lat się nie udało, to i teraz się nie uda. No i Bogu dzięki, bo jeżeli to zestresowane szczęście bogatych Francuzów, przytrafiłoby się biednym, to dopiero stanie się źle.

Ci, co do tej pory mieli problemy, staliby się zamożniejsi, a bogaci biedniejsi. Ponieważ jest kryzys, to i tak, nie uda się wzbogacić tych pierwszych na tyle, żeby byli bogaci. Ale mieliby choć trochę lepiej... No i mogliby się zacząć martwić, że to się popsuje. Jak w tym reportażu, co dzisiaj słyszałam. Błędne koło. 


Mimo moich wątpliwości, szykują się podwyżki podatków. Będzie mniej wesoło przez 5 lat. Francuzi kręcą nosami i coraz mniej kochają nowego prezydenta. Socjaliści wydali już dużo pieniędzy na pomoc dla dzieci, które poszły do szkoły. Tylko takich dzieci, których rodzice zasłużyli sobie niezamożnością. Moje dzieci nie muszą dostawać od państwa, bo dostają ode mnie. Za co ja, głupi rodzic, będę ukarana i zapłacę z pewnością więcej podatków.
A przecież bogactwo, to rzecz względna. We Francji dla średnio zamożnych robi się coraz mniej wygodnie. Socjaliści jak zwykle rozrzutnie  pustoszą kasy państwa i obiecują , że wydadzą jeszcze więcej nieswoich pieniędzy. Paru znanym właścicielom małych firm, ręce opadły i z pewnością zamkną biznes, bo nie dają rady dalej ciągnąć, przy zapowiadanych obciążeniach socjalnych.
Natomiast paru znanych mi nierobów, zaciera ręce, bo im, jak zwykle nic nie grozi.

Za to biedni rodzice, jak co rok we wrześniu, kupią sobie nareszcie duże telewizory w ramach wyprawki szkolnej własnych dzieci. Może nawet kupią takie wielkie z ekranami w 3D? Podobno te, sprzedają się najlepiej zaraz po wypłacie pierwszej szkolnej zapomogi. Będą mogli oglądać nowy rząd, jak kiedyś ja oglądałam filmy w rosyjskim kinie Oka. Chciałam je złapać, bo mi latały koło nosa. Takie niewinne , kolorowe motylki. A teraz oni, będą mogli udawać, że przytulają się do Hollanda za jego społeczną troskliwość. Ach jak mądry jest francuski naród i najjaśniejszy z jasnych pan prezydent.

Wszyscy będziemy we Francji szczęśliwsi. Najbogatsi , nareszcie nie będą musieli się martwić, że im się popsuje szczęście. Po prostu wyjadą do Szwajcarii, albo Belgii i głęboko w poważaniu będę mieli francuską ojczyznę. Średnio biedni ( średniozamożnych już nie będzie) nie będą się martwić, że wzbogacą się,  bo i tak, już im się to nie uda. A najbiedniejsi , będą mogli oglądać telewizję za szkolne pieniądze. Już nikt nie będzie chodzić do pracy, ani szkoły, bo i po co? Przecież i tak, nie będzie sensu się uczyć. Wszystko będzie w przyszłości państwowe, bo żadna francuska firma się nie ostanie. Nikt nikomu nie będzie zazdrościł. Poziom szczęścia Francuzów osiągnie zenitu i już, nie nawali jak chińska zabawka. Równości stanie się za dość. Będzie pięknie.  W końcu to nie przypadek, że symbolem Francji jest kogut. Jak sami Francuzi przyznają, jedyny ptak, który z nogami w gównie nadal śpiewa!

A tuż za miedzą... dobrzy sąsiedzi, pracowici Niemcy. Oni nie są made in China. Nie popsują się z pewnością. Bez wątpienia chętnie zapłacą za wszystko, bo przecież jesteśmy wszyscy równymi Europejczykami.
N'est ce pas?
piątek, 14 września 2012
Latanioł
.
Chodzi po łąkach tuż koło mojego domu. Nikt się nim nie interesuje. We Francji bardzo niemodna jest wiara w to, że istnieje. Znam chłopca, co z nim rozmawiał każdego wieczora. Ale ile można tłumaczyć, że "wszystko nie jest możliwe"! A anioł stróż, to tylko wymówka dorosłych, żeby nie siedzieć przy zasypiających dzieciach."

Uciekł, zmęczony ciągłym powtarzaniem tego samego. Czasami, trzeba odpocząć. Czasami, potrzeba samotności - raduje. Dzisiaj, jest trochę zagubiony, pośród ociężałych od owoców jabłoni. Stękają jak ciężarne kobiety. Biedne matki i tyle dzieci. Kilogramami wiszą im u ramion. Bardzo jest mu ich żal. Mimo, że przecież socjalistyczne rządy dają teraz dużo pieniędzy na pomoc rodzinom wielodzietnym. Ale chyba te jabłonie to nie będą mogły liczyć na wiele. Przecież są prywatnie tu przez kogoś zasadzone. Pewnie jakiegoś , ostatniego kapitalistę ziemskiego. Biedne jabłonie.

Latanioł chodzi od rana do wieczora po łące pełnej owadów. Sam skrzydła ma niebieskie. Za nim, wlecze się biały pies. Takie zwierzęta widziałam w górach. Tu nie ma gór. Raczej pagórki, wyżyny. Światło ślizga się po tych wstęgach zieleni jak jakiś czarodziej...

Skrzydlaty stara się nie tracić z oczu najmniejszego podmuchu wiatru. W każdej chwili może oderwać się od ziemi. Dotknąć chmur, prawie nieba. Wolność, jaką mu daje przestrzeń pozwala zapomnieć o problemach ludzi dorosłych. Te wszystkie sprawy, którymi zaprzątają sobie głowy. Właściwie nie wiadomo o co im chodzi. Ciągle coś, komuś zarzucają. Ciągle dyskutują, żeby nie powiedzieć, że kłócą się. Spędzają bardzo dużo czasu na zarabianiu pieniędzy. A potem je wydają i narzekają , że znowu wydali i nie mogą już nic więcej, tylko znowu pracować, żeby je zarabiać. Strasznie męczące zdaje mu się to zarabianie. Wydawanie pieniędzy też jest trudne, bo potem ich nie ma, a jak ich już zupełnie nie ma, to ludzkie życie robi się bez sensu.  Przynajmniej tak mówią dorośli. Właściwie nie wiadomo dlaczego tak się stało na tym świecie.

Pod stopami ślimak. Ten to ma lepiej. Dom na karku, ale bez kredytów, podatków. Żeby iść wystarczy się poślinić i jazda. Za benzynę nie płaci. Skromnie pluje i podąża. Szkoda, że rogacz. Żona nie ma serca. Facet z domem, a ona na boki chodzi. Mimo to ślimak nie narzeka, bo niby na co. Zarabiać też nie musi, a jak nie zarabia, to i nie wydaje. Nie nakręca się tak jak ludzie. Duzi ludzie. Mali są trochę inni. Jeszcze się nie popsuli. Dorośli pozwalają im nosić skrzydła. Pewnie dlatego, że kiedyś też byli mali. Niech marzą , póki potrafią. A wtedy ślimak jest przyjacielem, a nie "pojadaczem" hortensji. Nikt go wtedy nie tępi. Nawet myszy są bezpieczne, bez trucizn, pułapek...
Latanioł chodzi i się dziwi, dlaczego duzi ludzie nie potrafią tak jak on. Zapomnieć na chwilę o hałasie i sprawach nie cierpiących zwłoki...
.


...a przecież ślimak zdaje się być szczęśliwy.