Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 29 września 2007
Domy Francji

środa, 26 września 2007
Kto ty jesteś ? Francuz mały. Jaki znak twój? Orzeł biały.

- Dzisiaj są urodziny dziadka Marka, więc dzwonimy do Warszawy i śpiewamy stooo lat! - Z uśmiechem w oczach podaję telefon moim chłopakom. W chwilę później rozbrzmiewa znana urodzinowa przyśpiewka. Malutki Armand - dodaje tęskno - kiedy przyjedziesz dziadkuuuu? Ja chcę do Wajszawy, do babci Joliii... A Eliot dodaje jeszcze urodzinowe - No to wesołych świąt!

Pękam ze śmiechu, co wprawia w oburzenie Eliota. To już przecież poważny mężczyzna i poważne życzenia a śmiech matki bardzo wydaje się być nie na miejscu. Sześć lat, szkoła jedna, druga, jazda konno i pływanie. Tak, czas leci bardzo szybko. Każdy, kto ma dzieci zna ten problem.

Ja urodziłam swoje maluchy we Francji. Naukę polskiego rozpoczęłam już w ciąży. Nie ma zmiłuj się! Do rosnącego brzucha mówiłam o sobie, o rodzinie, o świecie. Mieszkam w kraju gdzie języki obce są O B C E. Telewizja, radio, ulica, domy, kina wszystko odbywa się w narzeczu Moliera. Nie ma miejsca na inną mowę, inne dźwięki... A mnie chodziło od początku o Inwokację, o to by siąść pod lipą a potem poganiać po pustyni, bo w puszczy raki zimują. Literki, moje kochane spółgłoski, wszystkie szumy, szepty, chrząszcze, wszystkie te brzęczące i dudniące w moim sercu niech grają równie wspaniale w uszach moich dzieci. A zatem od drugiego miesiąca życia jednemu a potem drugiemu synkowi czytam wiersze na głos, wszędzie, w samochodzie, na spacerze, w parku i w kąpieli. Deklamuję, zmieniam głos i robię przy tym takie miny, że każda ruszająca lokomotywa bucha, dmucha i doprowadza małych słuchaczy do kolorowego śmiechu. Musi być wesoło, musi być ciekawie. Ten polski wibrujący, szeleszczący, tak różny od tych „-ąsów„, które prześlizgują się przez nos każdego Francuza, aby delikatnie rozleniwiać piękną melodią. Jak wygrać z tak cudownym językiem jak Francuski? Można. Ja wygrywam.

Od sześciu lat walczę o każdą sylabę, poprawiam wymowę moich dzieci, nie daje szansy żadnym zniekształceniom ani błędom. Mówię głośno, wyraźnie i poświęcam każdy moment dnia na polską rozmowę. Poza tym czytam, czytam codziennie na głos i piszę dla nich nowe utwory, kołysanki, opowiadanka, wierszyki itd. Jeszcze jak byli tyci, jak ta rękawicka, opowiadałam im o wszystkim, co widzieli, co mijali. Każda drobnostka, każdy gest czy produkt kupowany w sklepie - wszystko ma polską nazwę. Bez spoczynku, bez wytchnienia mówię, jestem słuchana i słucham polskiego wraz z moimi dziećmi. Rozmawiamy dużo, bardzo dużo. Daję odpowiedź na każde pytanie. Dawniej słuchali mnie w wózku, kiedy opowiadałam im o tym, co myślę, o otaczającym ich świecie. Dzisiaj coraz częściej ja ich słucham.

Gdy zaczęli chodzić do przedszkola znalazłam im miejsce dwujęzyczne. Pół dnia mówi się tam po angielsku a pół po francusku. W ten sposób dzieci nie mają zdominowanej głowy tylko przez wszędobylski francuski. Ponieważ szkoła jest oddalona o 25km w samochodzie słuchamy bajki. Kupuję je zawsze, gdy jestem w Polsce. Gdy nudzą nam się nagrywam sama na kasetę mój głos i słuchamy nowych historyjek. W każdą sobotę zabieram dzieci dodatkowo do szkoły polskiej. Napiszę o niej już wkrótce. Dzieci czekają na nią cały tydzień. Jest miejscem wyjątkowo lubianym przez moje krasnale. Tam wraz z nauczycielami i innymi rodzicami staramy się nauczyć dzieci bycia Polakami. Obchodzimy razem różne święta, tradycje. Robimy teatrzyki i spektakle. Wspólnie tworzymy Polskę w pigułce.

Tata-Francuz cierpliwie stoi wtedy w cieniu. Nie mówi po polsku. Chciał, ale mimo znajomości czterech języków nie udaje mu się. Rozumie coś niecoś przez trzy czwarte. Ale z nami rozmawia po francusku. A zatem jak? Jak być rodziną, gdy nie wszyscy rozumieją się doskonale? Ja to nazywam żonglerką językową. Wszystko, co robimy razem, wykonujemy w dwóch językach. Jeżeli przy obiedzie rozmawiam z mężem po francusku, to do dzieci zwracam się zawsze po polsku. Mówimy o tym samym tylko, że maluchy mówią do ojca w jego języku a do mnie w moim. Ja żongluję pomiędzy nimi. Gdy widzę, że mąż traci sens rozmowy tłumaczę mu natychmiast, co dzieci mówią. Zresztą one same już to zaczęły robić. Podobnie reagujemy, gdy w towarzystwie jest moja mama lub inna osoba nie znająca „tubylczego„. Dzieci automatycznie tłumaczą na polski francuską rozmowę. Wymaga to wszystko wprawy, ale ja jestem już tak przyzwyczajona, że mogłabym pracować w cyrku językowym. Jestem w stanie prowadzić taką konwersację nawet w czterech innych językach jednocześnie. Moje dzieci idą tą samą drogą.

Dla ludzi z zewnątrz jest to dziwne. Spotkałam się z atakiem nawet u moich szwagrów, którzy nie chcieli bym mówiła po polsku w ich towarzystwie. Zgodziłam się i nie mówię. Po prostu przestałam ich widywać. Mąż trzyma moją stronę. Dopinguje nas w tym wyścigu z czasem. Bo im później tym trudniej jest utrzymać tak idealną dwujęzyczność. Wszędzie gdzie jestem rozmawiam z dziećmi w swoim szeleszczącym języku. Wymagam od nich idealnej wymowy. Koryguję każdy błąd i każę im powtarzać aż do skutku. Są tak bardzo do tego przyzwyczajone, iż same poprawiają się między sobą. Nawet w sytuacji konfliktowej czy w czasie choroby dzieciaki wiedzą, że trzeba mówić bezbłędnie.

Kiedy wyczuwam problem z wymową jak np.. z polskim "r" udaję się do polskiego logopedy. Ale właściwie tylko raz byłam zmuszona się do niego zwrócić. Zresztą planuję coroczne wizyty kontrolne. Tak na wszelki wypadek.

Od września, Eliot zaczął szkołę podstawową. Dostał się do wspaniałej instytucji międzynarodowej gdzie uczęszczają dzieci z całego świata. Każdy maluch musi uprzednio zdać egzamin wstępny. Jest to szkoła państwowa, bezpłatna, ale o specjalnym profilu nauczania wielojęzycznego. Mamy ogromne szczęście, że jest stworzona również sekcja polska. Dzieci mówią w swoich językach bez skrępowania. Mają lekcje polskiego i tak aż do matury!!! Są szczęśliwe, że znajdują się wśród takich samych pół-Francuzów pół-Polaków, pół-Włochów, pół-Niemców itd. Lubią to i zdają się być nawet tym zafascynowane. Zaczęła się przecież zabawa w czytanie i wielojęzyczne pisanie. Układają wspólnie wierszyki gdzie występują słowa im tylko znane. Są jak te gołębie pokoju - bez granic, wolne.

Wieża Babel jest, zatem nadal w trakcie budowy. Każdego dnia dokładam kolejną cegiełkę. Pogwizduję sobie przy tym dodając animuszu jak każdy normalny murarz. Chrząszcz będzie jeszcze długo brzmiał, trzeszczał i bez zgrzytu wciskał się w nosówki francuskiego walca. Niczym bąk brzęczy wśród najbardziej szlachetnych z melodii, by jak Jankiel na cymbałach grać jeszcze długo, długo aż do końca.... Jak Bóg da.

W tym roku zaczynamy się modlić po polsku. W sobotę zasiewa ziarno pani katechetka. Ale pamiętamy, że musi być wesoło. Dzieci lubią język, co się śmieje. Nie znoszą przymusu. Ta nauka jest jakby czymś, czego nie zauważają, ale instynktownie czerpią całą wiedzę ode mnie. Już myślę jak im wtłoczyć do głowy Ojca, co przecież nasz. Nasz i Wasz i Ich, ale jednak bardzo Nasz. A zatem anioły muszą mi pomóc. Eliot powiedział dziś, że chmury to są anielskie gąbki do robienia deszczu. Kolejny cud? Niech będzie i tak. Ja to nawet mogę kurze tam w niebie powycierać. Tylko niech zawsze ta Polska, ten język ukochany będzie w nich!

A zatem jestem głodna jak wilk, a pan to też facet, pies to czupurek a dla górala owce to owiecki... Język żyje, wykrzywia się, nagina. Język to twór szlachetny acz żywy. Mówię gramatycznie, ale bawię się słownictwem. Żartujemy świadomie zmieniając sens wyrazów. Baba ocieka lukrem, ale czasami nosi chustkę, lub w niej ląduje. Śmiejemy się ze słów. Ja i moje dwa małe Francuziki. Zaraziłam ich miłością do tego cudownego języka, jakim jest polski.

Poza tym wakacje deszcze nie deszcz w Polsce, maliny jemy garściami, a truskawki polewamy śmietaną. Śmietana jest też w zupie, no i w sosach, nawet tych najbardziej francuskich, a zasmażka to już obowiązkowo.

Walkę dotąd wygrywam bez porażki. Eliot - 6 lat urodzony wychowany we Francji, mówi bez błędów, słownictwo godne ośmiolatka, rymuje już z radością, po francusku mówi również bez błędów, z akcentem liońskim, a dzień dobry potrafi powiedzieć w ośmiu językach. Jest radosnym dzieckiem świadomym swojego wielonarodowościowego życia. Nigdy nie wstydził się swojej polskości. Może, dlatego, że nigdy tego wstydu nie widział u mnie.

Armand - lat prawie cztery. Jest idealnie dwujęzycznym dzieckiem. Idzie śladem brata. Cudownie czuje się w Polsce, jest Francuzem i z zafascynowaniem śpiewa piosenki angielskie.

Dzieci wybrały polski do rozmowy między sobą! Język macierzysty jest dla nich oczywistym wyborem w rodzinie. Z kolegami mówią albo po polsku, albo po francusku, a nawet starają się używać słów angielskich. NIGDY nie mieszają tych języków. Ja też nie. Tak, więc gdy brakuje im jakiegoś słowa pytają się mnie po polsku, ja dalej tłumaczę na francuski. Ale tylko w takim kontekście. Nigdy nie zwracam się do nich po francusku ani oni do mnie.

Zatem można. Tylko trzeba być konsekwentnie zdeterminowanym. Zrezygnowałam z pracy, z czasu wolnego, zrezygnowałam z całych wakacji pod palmami, zrezygnowałam wygodnego mówienia w jednym języku jak i bycia społecznie korekt w kraju gdzie panuje hegemonia francusko-językowa. Zrezygnowałam z wielu zainteresowań, więcej pieniędzy i poświęciłam cały swój czas, zainteresowania, ale ile radości w zamian. Jestem szczęśliwą matką, bo moje dzieci rosną na bogaczy językowych. Będą znały Victora Hugo po francusku i Mickiewicza w rytmie poloneza. Rozmawiają z dziadkami tak jak ich dziadkowie rozmawiali z nimi, gdy byli kiedyś wnukami. Rodzina zresztą bardzo pomaga mi w tej pielgrzymce do polskości. Mama jak i tata poprawiają chłopców z równym zapałem jak i ja. Dbają o książki, gazety, gry językowe. Wydają dużo pieniędzy na filmy, przyjazdy i rozpoczęli przygodę z Internetem, by być bliżej. I są. Prawdopodobnie bardziej niż niejedni dziadkowie tuż obok mieszkający. I wszyscy mówimy. Mówimy dużo, ładnie, dobrze i ciekawie. Rozmowa to coś, co scalało moją rodzinę w jedną nierozerwalną całość. Alfabetem i tak jest miłość.

A zatem Ojcze nasz, któryś jest w niebie i rozumiesz bez względu na język, kolor skóry czy rytuał, pomóż by tak wspaniale dalej udawało mi się uczyć moje dzieci. Aby uwierzyły, że Orzeł Biały to wspaniały ptak, który nawet nad Rodanem może założyć gniazdo.

niedziela, 23 września 2007
Ostatni dzień lata

Pełny ekran

sobota, 08 września 2007
Nie ma mitu Matki-Francuzki

Francja to ponoć kraj w którym rodzi się najwięcej dzieci z całej Europy. Do normalności należą rodziny z trójką, czwórką pociech. W miastach takich jak Wersal, gdzie ludzie są zamożni i bardzo religijni spotykałam najczęściej pięcio-, sześciodzietne małżeństwa. I to wcale nie w tak modnych ostatnio puzzlach rodzinnych. Bo przecież ludzie biorą śluby i rozwodzą się lawinowo. W między czasie rodzą się owoce ich ulotnych uczuć. Potem budują nowe rodziny. Wklejają w to dzieci z poprzednich związków, no i robią się z tego mozaiki prawdziwie zaskakujące. W Wersalu jednak w dość stabilnych związkach programowo posiada się piątkę maluchów. Sytuacja ta jest jednak wyjątkowa i nie można oceniać Francji przez pryzmat królewskich przedmieść Paryża. Tam też widziałam najbardziej grzeczne, ale i najbardziej bite przez matki dzieci w wieku wczesno szkolnym.

Dzieś mieszkam blisko Lyonu. Moje dzieci chodzą do przedszkola i szkoły znajdujących się w samym mieście. Poznałam środowisko dziecięco-rodzicielskie właśnie tu. Również moi znajomi mają bardzo wiele dzieci a mieszkają zarówno w regionie Lyonu jak i na Południu . Generalnie ludzie w moim wieku najczęściej decydują się na dwójkę lub trójkę pociech. Ilość ta nie jest jednak wprost proporcjonalna do rodzicielskiego zaangażowania w wychowanie dzieci. Odnoszę właściwie wrażenie iż rodzice totalnie zdymisjonowali jeśli chodzi o kształtowanie nowego pokolenia. Dzieciom zapewnia się jedzenie, pełen wybór zabawek, gier i opiekę jako tako profesjonalną. Nie daje im się ani wiele czułości, ani czasu, ani wychowania, dobrych manier.  Nie poświęca im się prawie w ogóle uwagi. Zapycha się ich dzieciństwo informatycznymi gadżetami i słodkimi batonikami.  

Mamy we Francji należą do tych wiecznie wyzwolonych. W większości kobiety pracują zawodowo. Dzieci lądują w żłobku albo u niańki już w trzecim miesiącu życia. Ponieważ karmienie piersią do roku we Francji należy według wielu mam do reakcji kanibalistycznych (tak usłyszałam od jednej pani trzymając 4miesięcznego Eliota przy piersi) a ewentualne podawanie matczynego mleka nie przekracza tutaj trzech miesięcy i jest sporadyczne, zatem panie nie mają obiekcji co do rozstania się z niemowlętami. Oczywiście są też i wyjątki. Ponoć coraz więcej pań chce inaczej. Ale ja takich nie znam. A znam przecież bardzo wiele mam.

Młode wyemancypowane mamy idą do pracy bo nie chcą jej stracić, albo bo muszą z braku pieniędzy albo dlatego iż macierzyństwo uznają za czynność mało godną wolnej kobiety. Znam kobiety które zarabiają mniej niż personel opłacany przez mężów do opieki nad ich własnymi dziećmi! Wolą jednak być poza domem niż zajmować się obmywaniem pup ich własnych bobasów.  Trudno się dziwić wyborom. Matka typu Matka-Polka jest tutaj czymś prawie kuriozalnym. Francuzki nie należą do mam czyszczących zasmarkane nosy, ani do przytulających i całujących zadbane dzieci.  Uważają, że ta rola jest przeżytkiem cywilizacji. Może dlatego tak mało walczą też o miejsca zabaw dla najmniejszych.

Ogródki jordanowskie są niezwykle rzadkimi obiektami w tym ponoć tak cywilizowanym kraju. Pękają od zagadanych kobiet i zupełnie pozostawionych samym sobie maluchów. Regularnie zdejmuję z różnych pająkowatych rusztowań zapłakane czyjeś córki czy czyszczę rozbite kolana chłopcom kiedy ich matki zupełnie niewzruszone zapalają kolejne papierosy. Regularnie uspokajam rozbrykane, wychowywane bez najmniejszych reguł agresywne dzieciaki a w tle słyszę histeryczne trajkotanie jakiś opiekunek albo rodziców. Nadziwić się nie mogę na widok gołych nóżek u dziewczynek w pampersach w czasie gdy jesień chłodzi przymrozkami. Nie rozumiem zdziwienia zniecierpliwionych czasami pań kiedy zwracam im uwagę, że bicie w twarz małolatów jest czymś nagannym . I jeszcze mniej mogę się pogodzić z widokiem wybrylantowanych matek wydzierających się na niechlujnie ubrane maleństwa.

Francja wydaje mi się dziwnym krajem. Propaguje się tu rodzenie dzieci przez obniżanie podatków i pewne finansowe pomoce wielodzietnym rodzinom. Kobiety decydują się na rodzenie i medycznie zapewnia im się najlepszą chyba w świecie opiekę. A jednocześnie brak miejsc publicznych jak placyki zabaw, z piaskownicą, huśtawką i zwykłą ławką jest tak odczuwalny iż rodzice tacy jak ja muszą czasami jeździć wiele kilometrów aby znaleźć się w przygotowanym do zabawy miejscu. Moi chłopcy przeżywają pełną frustrację po powrocie z Warszawy. Zupełnie nie mają gdzie się bawić. Narzekają , że w Polsce to jest fajniej. Chodzimy zatem na kilka wyszukanych z trudnością placyków. Tam przeżywam istne tortury bo widok odbiega od wymarzonego... Najczęściej w jednym rogu siedzą na ziemi arabskie Francuzki. W chustkach zasłaniających im głowy, z pomarańczowymi od henny gołymi stopami zdają się nie widzieć nikogo poza ich własnymi koleżankami. Ich maluchy bardzo często nie znają francuskiego i nie reagują na żadne perswazje zainteresowanych ich zachowaniem jak ja rodziców. Dokładnie w innym rogu siedzą matki nie-Arabki gadające ciągle i bez przerwy. Często obok stoją wózki z niemowlętami jakby znajdującymi się tam przez przypadek. Nikt się nimi nie przejmuje a jeśli to głównie aby dać butelkę i tylko tyle. Gdzieś w jakimś innym rogu widać znudzoną niańkę albo zagubionego ojca. Dzieci biegają jak opętane. Ciągle ktoś krzyczy i ciągle ktoś kogoś albo bije, albo popycha. Nikt, absolutnie nikt z rodziców nie reaguje na te reakcje. Każdy uważa, że to nie jego sprawa. Czasem jakieś dziecko się przewraca i płacze ale nawet wtedy rzadko jakiś dorosły się zainteresuje. Moje krasnale i ja staramy radzić sobie w tym dziwnym świecie. Wiedzą, że podam im rękę gdy trudno jest im utrzymać równowagę, bawię się z nimi piłką, puszczamy latawce. Wiedzą że jestem, że ich słucham z zainteresowanie. Staram się przeżyć wraz z nimi ich dzieciństwo . Uśmiecham się lub karcę. Zwracam uwagę na nich i na resztę jaka biega wokół.

Przerwałam pracę po to właśnie by poświęcać im mój czas. Mamy mniej pieniędzy, mam mało powszechnie rozumianej wolności... ale życie składa się z wyborów. Rozumiem zatem kobiety które wybrały inaczej. Żałuję jednak, że one tak rzadko rozumieją mój wybór. Zadziwia mnie fakt iż matki które podobnie jak ja nie pracują zawodowo nadal oddają swoje dzieci jakimś obcym opiekunkom i poświęcają swój czas na opalanie się albo jakieś inne mało ważne rzeczy. Zaskakuje mnie iż tak samo bezzawodowe jak ja mamy zupełnie nie cieszą się z bycia z własnymi dziećmi.

Francja zaskoczyła mnie kobietami bez uśmiechu na twarzy, bez ciepła matczynego, bez uroku młodego macierzyństwa. Zaskoczyła mnie rozpaplanymi kobietami i totalnym brakiem u nich ciepła a nawet kobiecej kokieterii. Czasami odnoszę wrażenie, że bycie kobietą i matką jest jakimś wyzwaniem społecznym, wypełnianiem kalendarza życiowego. Nie ma tu w ogóle miejsca na radość z macierzyństwa.

Coraz częściej wydaje mi się iż Francuzki pomyliły się myśląc, iż emancypacja wyklucza bycie cierpliwie kochającym rodzicem. Przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Dodam wielkimi literami iż na szczęście opinia moja nie dotyczy każdej kobiety we Francji. Są też i inne przykłady, jednak opisałam to co najbardziej rzuca mi się w oczy. I pewnie często jeszcze wrócę do tego tematu.

Ilość przeżytych przeze mnie sytuacji jakie potwierdzają moją opinię jest tak wielka iż trudno mi czasami nie pokusić się o krzywdzące mniejszość uogólnienia. A zatem wybaczcie mi dobre mamy Francji, ale mało Was tu widzę. Oj mało...