Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 29 września 2006
Salut!

Czy taka osoba może być traktowana poważnie przez poważnych Francuzów?

11:00, fabella
Link Komentarze (17) »
czwartek, 28 września 2006
Powiedz mi jak się nazywasz to..

Zapewne każdy zauważył,iż moje dzieci nie noszą typowo polskich imion. Ale ponieważ blog nie jest im poświęcony ale Francji to dziś będzie o francuskim nazywaniu się. 

Problem wyboru imienia jest znany wszystkim rodzicom. Tylko,że my mieszkamy we Francji, mamy część rodziny w Polsce, a francuski dziadek jest Hiszpanem. Daliśmy sobie za zadanie aby imiona jakie mają nosić nasze dzieci były wypowiadalne w możliwie wszystkich znanych nam językach, przy minimalnym ryzyku modyfikowania ich oryginalnego brzmienia. O ile z Eliotem nam się udało, bo wszyscy się dziwili ale wypowiadali jak należy. To z Armandem jest trudniej ze względu na końcówkę -and, co w języku polskim traci swą nosową dźwięczność i staje się zwykłym -ał. Brzmi mniej ładnie, trochę dziwi polskich kolegów i ciocie ale w końcu wszyscy się przyzwyczaili. Najbardziej niepokoiło mojego męża iż imiona te ulegną w Polsce zdrobnieniom i nie będzie potrafił zrozumieć kiedy się woła jego dzieci a kiedy nie. Ale poza Armandzik czy Eliocik nic się specjalnie nie dzieje więc jesteśmy zadowoleni z wyboru.

We Francji imiona niezwykle rzadko ulegają zdrobnieniom. Dodaje się słowo mały czyli "petit" do imienia i w ten sposób na przykład z Jana mamy nie Jasia, Jasieńka, Jasieczka ale małego Jana - petit Jean. Ja akurat nie lubię zdrobnień chciaż ich różnorodność w języku polskim świadczy o bogactwie jak i uczuciowości Polaków. Francuzi widać są mniej sentymentalni językowo ja pewnie też. :-)

Inną cechą francuskich imon jest ich dwuczłonowość. Bardzo często spotyka się imiona jak np. Jean-Pierre czy Marie-Francoise. No właśnie trudno jest wyobrazić sobie - Mario Franciszko zrób porządek w pokoju! Albo Janie-Filipie idź umyj ręce! No tak, ale we Francji to jest zupełnie normalne i po francusku to brzmi zupełnie naturalnie.

U dzieci zaobserwowałam,iż ostatnio słyszy się dużo imion angielskich i staro-francuskich. Np Godfryd albo William no i cała masa Tom'ów, Arturów itd...

Imiona żeńskie w przeciwieństwie do bardzo wielu języków europejskich właściwie nigdy nie kończą się na -a tylko na -i. Np. Marie a nie Maria.

Poza tym Francuzi lubią bardzo przezwiska. Bardzo wielu moich znajomych właściwie nie nazywamy po imieniu tylko jakimś tworem językowym albo przymiotnikiem albo skróconą formą prawdziwego imienia. I tak mamy przyjaciółkę "Ciocię"(Tatie ) albo "Fifi" albo "Lulu". Chyba wszyscy znają przecież Zidana czyli "Zizou".

Te przezwiska są prawie zawsze krótkie z samogłoską powtarzającą się w każdej sylabie. Tak bardzo są przywiązani do tego nazewnictwa,że często nie pamiętam ich prawdziwych imion, co przy przedstawianiu znajomych w czasie spotkań towarzyskich jest dla mnie dużą gimnastyką pamięciową. Ale wszyscy i tak świetnie sobie radzą i mają kolejny temat do rozmów o niczym.

Mam na imię Patrycja. Ufff..łatwe do zapamiętania we Francji i bardzo tubylcze imię i nie posiadam przezwiska. To ułatwia życie bo gdybym się np nazywała Zofia to pewnie zrobiono by ze mnie Sophie. Nie dość,że bym straciła "a" to pewnie z czasem skrócona byłabym o "so-" i zostałabym z jakimś Fifi. Ojej, nie chciałabym się nazywać Fifi !

Ale chyba jeszcze bardziej nie chciałabym się nazywać Aissa. Ach tak, we Francji przecież żyje oficjalnie 6,a nie oficjalnie 12milionów Francuzów arabskiego pochodzenia. Zatem z imionami też już się pozmieniało i trudno dziś powiedzieć,że np Mouloud albo Moustafa to nie tak do końca francuskie imię.

A jeżeli do tego dodamy Chińczyków, Afrykanów, Włochów czy Polaków to już w ogóle pogubić się można. Więc taki Marcel gdy spotyka się z Aiszą, to musi uważać żeby jej brat, Salam mu gęby nie obił bo wtedy to nawet sąsiad Gino, co to sobie kupił ostatni model Mercedesa nie pomoże .... a kolega Zdzichu z Polski też nic nie zrobi, bo remontuje domy na czarno i nie będzie się we francuskie sprawy mieszał . 

 

  

      

Armand

.

środa, 27 września 2006
Eliotowe odkrycie

W parku przedszkolnym gdzie rośnie bardzo dużo kasztanowców i klonów Eliot  poza kasztanami znalazł dopiero co wyrośnięty malutki klon. Z zachwytem usłyszałam: - Mamoo zobacz jakie malutkie klontko!

Parę osób się odwróciło jak zwykle słysząc obcy język a ja cieszyłam się z tego klontka jeszcze cały wieczór.

jeszcze nie jesień

.

.

.

.

Wszystkie zdjęcia zrobiłam zaledwie 20km od Lyonu. Tu mieszkam, tu żyję, tu wierszuję, tu tęsknię za Warszawą. I tylko piękno Doliny Rodanu uspokaja tę nostalgię która jest zawsze przyczajona w zakamarkach mojej duszy.

poniedziałek, 25 września 2006
Mowa - żaba

We Francji niewiele osób zna języki obce. W tv wszystko jest tłumaczone na ojczysty-macierzyszty. W kinach to samo. W urzędach zupełnie nie można się dogadać w żadnym z wymienialnych języków. To samo jest w większości sklepach, niestety w muzeach, na poczcie, w restauracjach czy nawet w firmach. We Francji mówi się po francusku. To oczywiste.

Nie, wcale nie jest takie oczywiste. Po pierwsze dlatego, że język francuski zmienia melodię, dźwięk, akcent a nawet słownictwo w zależności od regionów. Tych ostatnich jest bardzo wiele bo Francja jako jedyny kraj na świecie ma morze Północne o zapachu piwa, ocean o smaku ostryg, morze Śródziemne w oliwkowym rytmie i Alpy, pnące się aż do nieba. Francja to chyba jeden z tych najpiękniejszych "tworów" jakie Bóg dał ludzkości. A przynajmniej takie jest moje zdanie.

Francuzi,dumni i trudno im się dziwić z tego bogactwa regionalnego, albo mówią śpiewając po francusku, albo szeleszczą jak liście jesienne albo prawie w ogóle zapominają wypowiadać część mówionych słów. Jak opisać akcenty? Oto jest pytanie na które nie dam rady odpowiedzieć w tej notce.  Postaram się zatem ograniczyć do Lyonu. Mimo iż dla Paryżanina to już południe Francji to jeszcze nikt nie zapomina tu graserować jak to często jest spotykane sto km w stronę Marsylii. Dla cudzoziemca to francuski jaki znamy z filmów. Natomist specyfiką tutejszą jest wypowiadanie litery "a" jakby to było "o". Moi synowie wołają na ojca prawie "popo" miast "papa", jak to jest przyjęte, ku jego zdesperowaniu albowiem on pochodzi z prawdziwego, pirenejskiego Południa, gdzie wypowiada się wszystko jak  jest napisane a nawet to czego nie powinno lub nie ma.

Kiedy dzieci mówią o ich ojcu do mnie, używają polskiego słowa "tata" co oznacza po francusku "ciocia". A kiedy mówią na odchodnym polskie "papa" do polskich znajomych to Francuzi myślą,że na wszystkich facetów mówią "tata". Jeszcze bardziej nam się komplikowało życie jak uświadomiliśmy sobie,że w przypadku kiedy dzieci by zdecydowały się mówić do męża po polsku "tata" to by wyszło,że mają ojca ciotę. Ale na szczęście jako prawdziwe dwujęzyczne istoty nigdy nie popełniły tego błędu.

Poza tym mieszkańcy Lyonu mówią dość wyraźnie ale i szybko. Podobno właśnie Francuzi mówią najszybciej ze wszystkich narodów świata. Nie wiem, czasu nie mierzyłam ale rzeczywiście kaskady słów płyną z eteru, w tv czy w czasie spotkań towarzyskich ku mojej uciesze. Bo ja bardzo lubię ten język. Ma w sobie coś eleganckiego jak Concorde, który już nie lata, jak Chanel, czy jak Champagne. Jakiś czas temu gdy jeszcze nie mówiłam tak dobrze jak teraz, ani nie byłam w stanie zrozumieć tego co wylewa się z ust rozgadanych Francuzów siadałam w metrze albo w sklepie i wsłuchiwałam się w tę piękną melodię. Dziś mi się to już nie udaje, bo rozumiem sens słów i tracę muzyczny wymiar tego języka. 

I właśnie siedząc tak w wagoniku pędzącego pod Paryżem metra, zasłuchana w sylaby francuskiej gadaniny, zauważyłam starszą damę. Pani miała pewnie ze sto lat. Siedziała tuż naprzeciwko mnie, w lakierowanych bucikach z atłasową kokardką. Włosy w kolorze perły miała gładko ściągnięte do tyłu a na szyi apaszkę z grubego jedwabiu, znanej marki Hermes. Czyste wcielenie wyobrażenia Francji jakie noszą w sobie cudzoziemcy spokojnie zdawało się nie widzieć kolorowych twarzy i przesuwających sie obok postaci.Na jej szczupłych kolanach leżała drobna czarna torebka z której właśnie wysunęła się chusteczka z wyhaftowanym monogramem. Ta pani, była kwintesencją francuskiej elegancji której coraz mniej się widuje na ulicach.

Bielusieńka chusteczka która po francusku nosi nazwę "mouchoir" leżała teraz obok drobnego bucika, na brudnej podłodze pędzącego metra. Chcąc uratować od zapomnienia delikatny kawałek materiału pochyliłam się do damy szepcząc: -Pardon madame, mais vous avez perdu votre moustache.

Co oznacza w tłumaczeniu: przepraszam panią ale zgubiła pani pańskie wąsy.

Słowo mouchoir (fonetycznie-muszłar) pomyliło mi się ze słowem moustache (mustasz) i wyszło, że się najzwyczajniej w świecie zgrywam z szykownej pani. Ta obrażona najpierw na mnie nakrzyczała a potem wysiadła zostawiając pełną wstydu wraz z maleńką chusteczką. W chwilę później jakaś mała murzynka podbiegła do mnie i z okropnym, akcentem z podparyskich przedmieść, powiedziała,że sobie weźmie ten drobiazg, bo ja jakoś się do tego nie kwapiłam.

Ten wstyd pali me policzki do dzisiaj, nawet teraz jak to opisuję z zielonym uśmiechem w oczach.      

  

piątek, 22 września 2006
Koń czyli cheval

- Jeś tjawkę konikuuuu? Tak ? jeś? - Armand zamilkł by w chwilę później dodać - Oj,on nić nie mówi.

- Pewnie dlatego,że je trawę - tłumaczę

Mamo cio ty znowu opowiadaś ?!- dostało mi się z oburzeniem - On nie mówi po polśku. On tylko po fjanciusku mówi, no mamooo.

--------------------------------------------------------------------------------------------

Ponieważ moja Francja jest również Francją moich dzieci które mimo,że francuskie to i moje polskie są, to postanowiłam wklejać co jakiś czas ich wypowiedzi na temat ich ojczystego kraju.

Armand ma prawie trzy lata i mówi po polsku i francusku a jego starszy brat ma pięć lat i poza tymi dwoma językami , zaczyna mówić po angielsku. I nic mu się nie miesza, a akcent w każdym ma bezbłędnie idealny. Myślę,że radość sprawię tymi wypowiedziami równie dużą jak mi one sprawiają.  

wtorek, 19 września 2006
Nie lubię Francuzek

Nie lubię Francuzek ale lubię Francuzów. Nawet mam jednego za męża i urodziłam sobie jeszcze dwóch, bo tak Ich lubię. Biorąc po uwagę niestosowność tej wypowiedzi, bo przecież nie należy uogólniać , przyznaję się i tak mimo wszystko, że kobiet we Francji nie akceptuję a jeśli to bardzo rzadko.

Kiedy przyjechałam do Lyonu po raz pierwszy, miałam za sobą dorosłą część życia w Holandii. Moja mentalność formowana jest przez warszawski dom rodzinny, częste "wojaże" kontraktowe moich rodziców po świecie, polski patriotyzm w stylu Norwida, studia w Belgii i dorosłość w Holandii. Z takim bagażem wzbogaconym o gorący temperament, niepraktyczną marzycielskość i kosmopolityczne podejście do życia wylądowałam w najbardziej nieprzystępnym dla cudzoziemców miast francuskich jakim jest Lyon. Mój mąż mimo,że Francuz to jednak "nie czysty rasowo" bo z ojca Hiszpana i wychowany między południem Francji a hiszpańską Katalonią, co nie ułatwiało zadania tworzenia sobie towarzystwa do gadania i popitki w rodańskiej stolicy.

Ale i tak się nie dałam i porobiliśmy sobie nowych i nie tylko znajomych. Mąż potracił jednak bardzo wielu "przyjaciół" lyońskich przeze mnie, bo jak się dowiedzieliśmy czas jakiś później,panie nie mogły mnie zaakceptowć. Nie pasowałam już wtedy do wyobrażenia " kto jest prawdziwą kobietą we Francji". Wtedy było nam wszystko jedno bo miłość parasolem nam była.

Mój akcent, trochę belgijski, trochę nie wiedzieć czemu włoski, moja fasada i cała reszta o której pisałam wyżej, podobała się panom i prawie wszyscy byli dla mnie prawie zawsze prawie uprzejmi. Tak jest do dzisiaj ale z paniami mi nie wychodzi. A od kiedy mam dzieci to i paniom francuskim nie wychodzi też ze mną.

Bo ja: Matka Polka jestem i dzieci myję je w wannie pełnej wody codziennie a większość z nich nie, więc dzieciaki mało czyste często chodzą, tak jest prościej i taniej;

bo dzieci ubieram ciepło jak jest zimno , a lekko jak jest ciepło a one nie;

bo mówię w pięciu językach,a z synkami wyłącznie po polsku a one tylko we własnym-ciasnym francuskim i to rzadko o sprawach które mnie interesują;

bo ja się przejmuję,że na Alasce topi się 1km dziennie śniegu a one nie;

bo ja chodzę ubrana jak kobieta o one coraz mniej;

bo ja politykuję a one nie;

bo ja mówię głośno się śmiejąc a one zawsze się krzywią i śmieją głównie półgębkiem;

bo ja noszę spódnice a one coraz mniej;

bo ja pieszczę i całuję swoje dzieci od rana do wieczora krzycząc całemu światu jaka jestem z nimi szczęśliwa a one tylko narzekają ;

bo ja się przejmuję zbitym kolanem moich maluchów a one nawet by na nie nie spojrzały;

bo ja kobiecę się od rana do wieczora a one odkobiecają się i to już trwa sto lat;

bo ja myję własnoręcznie swój samochód a one nie;

bo ja gdy idę do teatru to w szpilkach i długiej sukience a one z pleckami a i to rzadko do teatru;

bo ja gotuję barszcz swojej rodzinie a one coraz częsciej kupują zamrożoną pizzę;

bo ja trzymam swojego gigantycznego owczarka podhalańskiego na kolanach a one nigdy, przenigdy by sobie takiego psa nie kupiły a nawet nie dotknęły bo to włosy zostawia i wielkie takie jeszcze chrapie aż ściany się trzęsą i kosztuje;

bo ja ścielę rano łóżka całej rodzinie a one pewnie nie bo i po co?;

bo gdy pada deszcz moje dzieci noszą kalosze które w przedszkolu im zmieniam na normalne obuwie a ich dzieci cały dzień w tych kaloszach chodzą z zapoconymi biedaki stopami i nikt się nie przejmuje;

bo gdy facet mi na ulicy mówi coś miłego to się uśmiecham i idę dalej patrząc słońcu w twarz a one gryzą gościa i już po nim;

bo ja rodziłam umalowana a do karmienia kupiłam sobie śliczną koszulkę żeby mnie dzieci i mąż podziwiali a one nie karmią " bo to kanibalizm "(cytat) ;

 bo ja pomagam przejść starszej babci na światłach a one trąbią by zniknęła starość z ich pola widzenia, bo taka brzydka, powolna i niepotrzebna;

bo ja dzwonię codziennie do moich rodziców a swojego dziadka opłakuję już 14lat i jeszcze nie mogę się z tym pogodzić a one jak było gorące lato pozwoliły umrzeć z samotności i pragnienia swoim starszym bliskim. A było ich tak wielu ,że nie było miejsca w kostnicach, i trzeba było kłaść ich w chłodziarkach od kapusty a im nie chciało się wrócić z wakcji na pogrzeb;

bo ja naprawiam sama pralkę, wbijam gwoździe i reperuję odkurzacz a one nie;

bo ja płaczę na widok rozgniecionego ślimaka a one je jedzą, a najgorzej,że ja też zaczęłam je jeść i mi smakuje;

bo ja zdejmuję z rusztowań na placyku zabaw płaczące ze strachu dzieci a one wtedy nie wzruszone palą papierosy, mimo że to są ich dzieci;

bo martwię się że w polskim sierocińcu stawka żywieniowa na dzień dla dziecka jest 3 złote czyli mniej jak jedno euro a one w ogóle o takich rzeczach nawet nie chcą mówić, słyszeć;

bo ja nie biję moich dzieci, a one dość często tak i to po twarzy, a moja kiedyś najlepsza przyjaciólka francuska to tak biła swoją córkę, że ta dostała aż padaczki. Jak jej powiedziałam,że tak nie wolno bo to zbrodnia,to już nie jest moją przyjaciółką a ja się dowiedziałam,że mam dzieci bez charakteru to nie muszę ich bić;

bo ja kocham życie a one ich wolność;

bo ja kocham Wolność a one ich stereotypy;

bo ja nie patrzę na markę ubrań ich i ich dzieci a one tak;

bo ja im mówię dzień dobry a one udają,że mnie nie widzą gdyż wiedzą,że nie jestem z Lyonu;

bo ja uważam że macierzyństwo wzbogaca i nadaje sens mojemu istnieniu a dla nich to społeczny obowiązek ;

bo ....

....na dzisiaj to tyle. Ulżyłam sobie ale taka jest też ta moja Francja.

 Przepraszam za długość i przyziemny charakter tej notki. Przepraszam również te Francuzki które nie są takie jak te które ja poznałam i spotykam każdego dnia a które tu opisałam. Pewnie nie wszyscy mają takie doświadczenia i opinie na temat żeńskiej części tego społeczeństwa, a przynajmniej taką mam nadzieję. Poza tym często będę pisać o ludzkich sprawach bo nie mam z kim o tym pogadać. Mąż się zgadza ze mną więc nie będziemy tego roztrząsać a znajomym Francuzkom nie będę mówić,że mają mentalnosć do bani, zwłaszcza ,że one też pewnie tak o mnie myślą. Na szczęście nie wszyscy tacy są i może kilka "normalnych" kobiet spotkam w kraju który zawsze chce dawać lekcje innym narodom.

Jestem prawdopodobnie dziwolągiem ale dobrze mi z tym,a jak mi nie jest dobrze to piszę wiersze i znowu robi mi się dobrze. Nigdy nie zrozumiem świata Francuzek. Nigdy nie będę taka jak one. Cena jaką płacę będzie zawsze wyobcowanie i samotność wśród tutejszych ludzi. Trudno, zawsze są przecież blogi i bilety samolotowe do-wszędzie.

A poza tym sam Cesarz Francuzów pewnie myślał podobnie jak ja bo za pierwszą żonę wziął sobie kreolkę, zdradzał ją z Polką a ostatecznie poślubił Austriaczkę. Więc jeżeli sam Napoleon nie był zadowolony z rodaczek to czego wymagać ode mnie?:)))

 

niedziela, 17 września 2006
Winobranie

O ile w Polsce trwa grzybobranie to we Francji właśnie kończy się winobranie.

 

Rodańskie wina są wyśmienite i lubiane przez specjalistów gastronomii i dobrego smaku. Sławne białe wino z Condrieu (w którym jeszcze do niedawna mieszkałam a wino nosi te samą nazwę co miejscowość) osiąga ceny do 60 euro za butelkę i jest niebiańsko smaczne. Można też dostać butelkę za 16 euro ale to też stanowi dość dużą sumę. Ponadto warto się skusić na czerwone Cotes du Rhone,które w Polsce jest do kupienia w super-marketach. Z regionu pochodzą też jeszcze ciężkie czerwone wina jak Saint Joseph albo Cote Rotie.Wyjątko dobre jako akompaniament potraw mięsnych, dziczyzny, pasztetów i naturalnie serów, koniecznie francuskich.:-) Ponieważ jednak nie jestem specjalistką od win ani też nie mam zamiaru nią być, nie bedę się dalej rozpisywała na ich temat. Trzeba jednak pamiętać,że Francja to przede wszystkim dobre jedzenie, wino i miłość. Cała reszta jest nierozerwalnie związana z tymi trzema elementami. 

Wino, napój chyba najstarszy na świecie poza piwem, wymaga dobrego klimatu, ziemi, nasłonecznienia i całej kultury życia z nim związanego. Lyon i jego okolice są zatem sercem gastronomii francuskiej . 

Jeszcze nie południe ale już nie północ Francji, dolina Rodanu to również miejsce gdzie wzgórza tęsknią do Alp. Nawiasem mówiąc widać je było dość dobrze z mojego niegdyś apartamentu co do dzisiaj wprawia mnie w osłupienie. Obecnie mieszkam w części wysuniętej na południe od Lyonu i z Mont Blanc mam tylko wspomnienia. Widoki jednak są przepiękne. Kraina, często kojarzona wyłącznie z przemysłowym jej charakterem jest pełna lasów, zielni, łąk i naturalnie winnic.

Winobranie zaczyna się w zależności od nasłonecznienia okolicy w połowie sierpnia, albo później i trwa do połowy września. Winnice, przeciwieństwie do Bordeaux czy Baujolais nie są tak bardzo  rozległe. Ale, potrafią wypełniać całe zbocza wzgórz.

Miało być o winobraniu. A zatem,winogrona można zbierać ręcznie.

 

Ale można i maszynowo.

Podobno najlepsze wina pochodzą z winogron zbieranych ręcznie. Np Champagne albo Condrieu. Ale i tak coraz częściej maszyny zastępują ludzi nawet nocą. Winogrona są wtedy chłodne i posiadają najwięcej wody, cukru i aromatu. W dzień wysokie temperatury męczą cenne grona. Francuzi kochają ich wina tak bardzo iż są nawet gotowi opuszczać łóżka z ich śpiącymi żonami aby zbierać dionizosowe owoce.

No cóż,może polscy rolnicy też się pokuszą aby ziemniaki albo żyto zbierać wieczorową porą. Nie wiem jednak czy efekt będzie taki sam jak w Dolinie Rodanu ale warto spróbować.

 

Lubię winobranie. Jest w nim jakaś słoneczna radość mimo ciężkiej fizycznie pracy. Ma dla mnie niemalże rytualny charakter i jest kwintesencją stwierdzenia "dary  Boże". Te pokręcone konwulsyjnie krzaczki rodzą rok po roku ciężkie grona a człowiek tworzy z tego sztukę życia.

.

w rączkach swych trzyma dziecko południa

szczęście granatowe

nic jeszcze o smaku wiedzieć nie może

a jednak jest już rozmarzone

wtem  z dala się niesie śpiew Bogów Koryntu

a Pan na fujarce się śmieje

śni chłopczyk malutki w winogron granacie

aż sok mu na brzuszek się leje

*

© - prawa autorskie zastrzeżone      

piątek, 15 września 2006
Początek nowej przygody

Witam w moim nowym blogu poświęconym Francji, w której mieszkam prawie od dziesięciu lat. Nie będę opisywać mojej prywatności ale to co uważam za ciekawe w codzienności Polki żyjącej i posiadającej rodzinę w kraju Galów. Opinie jakie bedę tu przedstawiała są wyłącznie subiektywnym spojrzeniem na sprawy jakie mnie dotykają. Moje doświadczenia prawdopodobnie różnią się od tych co inni, odwiedzający mnie blogowicze tu doświadczyli. Opiszę wyłącznie to co odczuwam , co dostrzegam, co mnie cieszy lub razi. Wiele rzeczy zupełnie prozaicznych w jednym kraju staje się zaskoczeniem w innym państwie. Wiele spraw jest tematem tabu a jednak stanowi część naszego życia.

Ponieważ prowadzę praktycznie sama dom rodzinny, z dwójką małych dzieci, które staram się nauczyć polskiego. Ponieważ publikuję inny blog, piszę dużo i jestem w trakcie realizowania planów życiowych. Ponieważ wreszcie internet nie stanowi kwintesencji mojej egzystencji, ale jest wyłącznie jej dopełnieniem, nie będę poświęcać temu blogowi bardzo dużo czasu. Postaram się jednak pisać regularnie nowe notki i pokazywać nowe fotografie .

Będą tu wklejane zdjęcia, które wykonuję zupełnie sama, bez fotoszopowych ugładzeń. Postaram się w sposób najbardziej prosty opisać jak się mi żyje we Francji. Ponieważ nie zamieszkałam w niej jako emigrantka polityczna, ani zarobkowa, a znalazłam się tutaj tylko i wyłącznie przez przypadek, wolna jestem od kompleksów i frustracji, także problemów z jakimi wielu moich rodaków się boryka.

Mam 35 lat, męża Francuza i dwóch synków. Mieszkam 20km od Lyonu w którym spędzam większość czasu. Żyję jak większość przeciętnych Francuzów. Z Polski wyjechałam definitywnie 17 lat temu. Mieszkałam w wielu miejscach, państwach i kontynentach. Teraz jestem we Francji i jej poświęcam tę stronę.