Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Słowik na topoli

Jeszcze nie ma słońca, jeszcze jest szaro i cała rodzina smacznie śpi, a ptaki za oknem już szaleją gotowe do rozpoczęcia dnia. Natura ma własne prawa, własny rytm niezależny od świata ludzi. Mieszkam pod Lyonem. Mam ogród, a w ogrodzie dużo kwiatów, krzewów i kilka dużych drzew. Mam też żywopłot wysoki na kilka metrów, który trochę chroni nasz świat przed spalinami i widokiem samochodów. Jesteśmy blisko miasta, ale już nie w mieście, trochę na wsi, ale wieś to nie jest. W moich wiecznie zielonych roślinach mieszkają sobie skrzydlaci. Głównie ptasia drobnica. Sikorki, rudziki, czyżyki i wiele innych gatunków. Kiedyś mieszkałam w Warszawie. Znałam głównie gołębie i wróble. Czasami w Łazienkach widziałam sikorki, kaczki i łabędzie. Nic nie wiedziałam o ptakach. Tylko tyle, co nauczono mnie na lekcjach biologii.

Odkąd mieszkam pod Lyonem obserwuję ptasie sprawy z zainteresowaniem i staram się trochę więcej o nich dowiedzieć. Wiem już, że pan kos jest czarny z pomarańczowym dziobem, a pani kosowa szara. Lubią wyszukiwać smakołyki na trawniku i wśród klombów, i w chruśniaku malinowym, co z roku na roku coraz większy. Pan kos codziennie wyśpiewuje serenady na najwyższym drzewie albo na dachu, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

Odkryłam również, że sikorek jest wiele rodzajów. Jedne są żółto niebieskie, inne czarno żółte, a jeszcze inne, mają zawdiackie czubki na głowie. Wszystkie przepadają za ziarnami słonecznika, które znajdują w naszym karmiku.

Bardzo ładne są żołto-zielone czyżyki i śpiewają trochę jak kanarki. Ich ulubionym miejscem są gałęzie przy oknach mojego synka, Armanda. Przyjemnie mu otwierać rano okiennice, bo nad głową ma te śpiewające maleństwa, a pod parapetem niebieskie hortensje i różowo białe róże.

Odwiedzają nas cały rok rudziki, ze specyficznym rdzawym żabotem. Pękate, jakby zbyt krągłe, z czarnymi jak koraliki oczkami. Podchodzą bardzo blisko w poszukiwaniu najmniejszych okruszków pod tarasowym stołem. Mają inteligentny błysk w czarnym spojrzeniu i śmiesznie przekręcają na bok główkę. 

Już trzeci rok z rzędu pod dachem zamieszkuje rodzina kopciuszków. Malutkie ptaszki z rudym ogonkiem, które mają przezabawnie skrzekliwy świergot, wychowują dzielnie swoje dzieci. Policzyłam trzy małe na gniazdo. Karmione są przez mamę i tatę wszelakimi owadami z częstotliwością zawrotną: robal do dzioba raz na trzy minuty! Praca to ogromna, bo dzieciaki budzą się z wschodem słońca i do wieczora są karmione bez wytchnienia. 

Najbardziej spektakularne ubranka mają szczygły. Przylatują do basenika z wodą rodzinnie, więc mogę się im dobrze przypatrzeć. Czerwone główki kontrastują z czarno żółtymi wypustkami na skrzydłach i białymi, masywnymi dziobami. Są bardzo głośne i łapczywie jedzą słonecznikowe ziarna, czym denerwują sikorki. Dochodzi czasami do gwałtowenj wymiany zdań, ale dość szybko sprawę rozwiązuje cień wielkiego drapieżnika, jaki czasami robi koła nad naszym ogrodem. 

Mimo, iż udaje mi się coraz lepiej rozpoznawać większość odwiedzających nas ptaków, nadal wiem o nich bardzo niewiele. Daję im  jeść, wypełniam wodą różne naczynia, które ustawiam pośród róż i lawendy. Rozpoznaję je po kolorach i ich mowie.  

W największym naszym żywopłocie mają swój dom gołębie grzywacze. Ich ciężki lot nie należy do finezyjnych wyczynów ptasiej rasy. Są natomiast bardzo troskliwe dla małych i bardzo rodzinne. Widzę jak trudno im utrzymać się na giętkich gałęziach wysokich iglaków. Ich gniazdo jest schowane w środku żywopłotu, więc karmienie odbywa się przez nurkowanie rodziców w zieloną ścianę. Wymaga to determinacji, bo ptaki są duże, masywne i dość niezgrabne w poruszaniu.

Wieczorem, kiedy wszystkie ptasie rodziny odpoczywają, zaraz po ostatnich kantatach kosów, zaczyna koncert słowik. Mieszkając w mieście, nigdy nie słyszałam podobnej muzyki. Ten szary, niepozorny ptaszek, ma głos czysty jak kryształ. Srebrzyste nuty osiadają niczym rosa na moim ogrodzie, pobliskich sadach i winnicach. Nikt nie potrafi podobnie czarować głosem, jak słowik w świetle księżyca. Śpiewa na sąsiednich topolach. Smukłe drzewa są wspaniałą lożą dla nocnego śpiewaka. Wzrusza siłą głosu, jak i niezwykłą ilością melodii. Zaraz po zachodzie słońca ślimaki wychodzą z ukryć i podgryzają młode pędy hortensji, dżdżownice bezszelestnie figlują pośród liści konwalii, a tam w górze cała opera . 

Świat pędzi, internet ponagla. Rytm pracy, szkoły, wakacji, codziennych problemów, płacenia rachunków, sprzątania, gotowania i robienia zakupów, wszystkie cywilizacyjne wynalazki i polityczne dyskusje zaprzątają myśli, wypełniają codzienność i rozmowy. Wszystko to jest ważne, determinujące życie. Jednak kiedy wieczorem staję cichutko w moim ogrodzie, zapominam o ludzkich sprawach i słucham słowika. Samochody nie jeżdżą, głusi ludzie siedzą w domach przed telewizorami i komputerami. To najlepszy moment na to, żeby być na zewnątrz, niedaleko tych topoli. Bardzo ważne jest też żeby mieć zamknięte oczy. Wtedy jeszcze lepiej słychać każdą wyśpiewaną nutę. Nie ma w tej muzyce ani smutku, ani trochę melancholii. Słowik wyśpiewuje piękno życia z energią, radosnym zapałem. Rozumiem cesarzy, którzy chcieli posiadać ten śpiew tylko dla siebie, bo jest on jak obietnica wieczności...

Czereśnie już od tygodnia pospadały na ziemię. Nasze ogrodowe drzewo obdarowało nas koszami owoców. Niestety bardzo szybko dojrzewa i równie szybko kończy owocowanie. Nawet zboże u sąsiadów zdaje się już być gotowe do ścięcia. Na Południu wszystko dzieje się dużo wcześniej, jak na Północy. Niepokoi mnie ten pośpiech, bo jestem z kraju, gdzie czereśnie jada się latem, a nie wiosną. Jednak lubię przyglądać się naturze i porównywać ją w różnych znanych mi zakątkach. Nauczyłam też tego moich dzieci. Chłopcy mają teraz 14 i 11 lat. Eliot jest wyższy ode mnie prawie o głowę. Dyskutuje o poważnych problemach, słucha dużo muzyki i zajmuje się sprawami, jakimi ja , nie zajmuję się od trzydziestu lat.

Armand wyprostowany patrzy mi się prawie prosto w oczy. Robi się duży, a przecież dopiero co krzyczał : baaaabciaaaa czecześnie!

Teraz stoi na drabinie, pod czereśnią, z koszem ciężkim jak sumienie i pyta się, czy starczy tych czereśni, czy jeszcze ma pozbierać więcej... Silny jest i tryska zdrowiem. Nie pamięta, że mówił "czecześnie". Na szczęście ja nie zapomnę nigdy.

Mój mąż skończy pięćdziesiąt lat za dwa tygodnie. Martwi się, że ma siwą brodę, więc ją goli. Mimo, że brody w modzie. Wszędzie widzę gęste, duże męskie brody, jak sprzed rządów cara Piotra Wielkiego. On je zgolił, bo tak miało być nowocześnie. Teraz nowocześnie jest gdy się je zapuszcza. W te wakacje widać będzie dużo brodatych twarzy, krótkie spodenki i owłosione nogi w sandałach. Już się martwię tym widokiem, ale przecież nie powinnam, bo jako osoba modna, powinnam cieszyć się z nowoczesności innych, nawet takiej owłosionej! 

Mimo to mąż goli siwiejącą brodę. Na szczęście skóra nie siwieje , bo by się chłop zupełnie zestresował. Mężczyźni dużo bardziej się martwią starzeniem, jak kobiety. Przynajmniej ja się mniej martwię niż on. Inna sprawa, że nie mam jeszcze pięćdziesięciu lat. Jednak we Francji ludzie żyją bez problemu sto lat. Więc co ten mój mąż francuski się tak martwi? Przecież jest dopiero na statystycznym półmetku.

Ciekawe jak długo żyją słowiki? Może ten na drzewie też siwieje i dlatego tak śpiewa, żeby udowodnić światu, że ciągle jest młody? A może nie wypada sobie z męża dworować i tylko ciągle go trzeba zapewniać, że jest młody, młody, jak ta wiosna?

Tymczasem w Polsce Polacy wybarli nowego prezydenta. Nie mój ci on, i nie będę już myśleć o polityce przez najbliższe lata. Ten we Francji też nie mój, ale bardziej wesoły. Bo taki Duda, to chyba nie będzie na skuterze w nocy jeździł do kochanek. Nasz polski prezydent będzie się dużo modlił. Francuski dużo je, bo wyraźnie przytył i mu marynarka się napina na brzuchu i pupie. Z pewnością modli się mniej. Duda pewnie nie przytyje, bo opłatek jest małokaloryczny. Staram się nawet nie myśleć co ta nowo przybyła Duda będzie robiła z Polską i Polakami.... i po raz pierwszy nie tęsknię już do mojej ojczyzny.

Tak czy inaczej, jako matka w rodzinie polsko francuskej, powinnam się przejmować wyborem demokratycznym Polaków i Francuzów. Jednak nie będę o tym myśleć wiele. Nic nie zmienię, a tylko stan nerwowy mi się poszarpie. Wolę oglądać ptaki w ogrodzie i słuchać słowika.

Z ostatnich wieści powiadają, że idzie lato. Zatem będziemy zbierać ogrodowe pomidory. Kupiłam również kostkarkę na rocznicę ślubu. Będziemy sobie robić lód i wrzucać go do różowego wina. Z pomidorami i oliwą, a do tego bagietką prosto z pieca... moi drodzy żadna Duda, ani nawet skuterkowy prezydent nie jest w stanie mnie już wzruszyć! Zaczynam lato w świetnej formie fizycznej, bo mi zdrowie dopisuje. Zaczynam lato, w bardzo dobrym samopoczuciu młodej matki dorastających synów, jak i świadomości bycia kochaną żoną i córką. Ptaki śpiewają, lody stukają w kieliszkach i niczego mi więcej nie trzeba. Do tego niedługo będę zbierać lawendę z moich kolorowych klombów. Włożę ją w bawełniane torebki i poukładam w szafach. Będą mi majtki pachniały jak w Prowansji i czy warto wtedy martwić się kulawą demokracją?

      

11:07, fabella
Link Komentarze (21) »