Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 20 czerwca 2008
Symfonia o smaku czereśni

Wiosna 2008 roku była deszczowa we Francji. Lyon zwykle cudownie słoneczny, płakał w strugach deszczu. Kamieniczki , co jak domki lalek, zgubiły się prawie przemoczone aż do piwnic. Ich kolory włoskiej tarakoty, brązy, czerwienie spokojne, żółcie ... ach wszystko na nic, w chłodzie i ulewie smutno-szarej. A przecież cieszyłam się jak każdego roku z pączków, kwiatów, zapachów marcowych. Jednak już od kwietnia było wilgotno, nieprzyjemnie. Światła mało, więc markotnie.

Przy takiej pogodzie już od początku wiadomo było, że drzewa czereśniowe i morelowe, tak liczne w tym regionie, nie będą hojne owocem. Kwiaty którymi tak wdzięcznie się bieliły - zmarzły. Pokurczone jak babuleńki, nie umiały wykrzesać z siebie słodyczy. Ach, jaka szkoda! Bo przecież, zwykle kiście czerwone ciężko zwisały niczymi winogrona, co to obok dojrzewają cierpliwie, aż do września. Niewiele zatem mamy czereśni. Ogród cały w zieleni skąpany, nie można narzekać. Sosny, cedry, tuje, mimo, że iglaste lubią wodę. Pachną przy tym aż w głowie się kręci od tego szczęścia. Tylko czereśnie w tym roku markotne. Postanowiłam zatem nie zrywać sporadycznie zwisających owoców. A niech tam, ptaki chociaż radości mają.

Napęczniałe od deszczu kulki pękają teraz w łakomych dziobach. Skrzydlaci współlokatorzy mojego ogrodu szybko zrozumieli, że ich nie przeganiam. Że pozwalam na zwykle zakazany owoc.  Cicho patrzę na ich codzienną ucztę i nic, nic nie oponuję. Dziatwa stała się zatem bardzo liczna. Rudzików masa, kosów ze trzy pary, synogarlic rodzina, sikorek, i tych szarych, jak i kolorowych. A od kilku dni zrobiło sie nawet kanarkowo-żółto od czyżyków.

Gdy rano wstaję, żeby zrobić kawę, otwieram sobie okno kuchenne, gdzie widok mam na naszą stareńką czereśnię. Na wpół już biedaczka przymiera przygnieciona czasem. Gałęzi coraz więcej bez życia widać, ale ciągle jeszcze daje słodkie czereśnie. I gdy tak stoję cała w zapachu kawy, a dzieci i mąż jeszcze kończą sny, te ptaki latają jak oszalałe z dziobami kolorowymi od czereśni. To pod drzewem szukają tego co inne, szybsze, przez nieuwagę zgubiły w locie. Jeszcze inne w koronie się panoszą jak kury na grzędzie. A ile przy tym krzyku, szamotania, wesołości. Kosy to nawet urządzają konkursy na najlepiej wykonaną arię. Szare ich żony ogonami tylko wywijają umorusane czeronym sokiem nic sobie nie robiąc ze starań rozśpiewanych mężów. Zresztą cóż się dziwić , muszą się najeść do woli bo dzieciaki już w gniazdach za matkami wołają. 

Przypatrując się temu drobiazgowi, z pachnącym miękko kubkiem w dłoni, wiem, że żyję, że jest pięknie mi w tym ptasim zamieszaniu. I że wszystko ma jakiś sens i powołanie. I właśnie wtedy serce mam jak dzwon pełen muzyki, bo przecież warto żyć każdą chwilą. Warto oddawać ptakom czereśnie z ogrodu.

 

A potem zaczyna się dzień, bieganie, ale jakże cudownie rozpoczęte. I tak będzie jeszcze kilka dni. Bo owoców jest w tym roku niezwykle mało i dobrze, że chociaż zdjęcia przypominają, że w przyszłym roku może być tak jak kiedyś , bogato w czerwień...

niedziela, 15 czerwca 2008
Piotruś Pan z laptopem

Kiedy czytałam po raz pierwszy Piotrusia Pana nie było napisane, że jest on Francuzem. Dzisiaj to wiem, a jeszcze do tego odkryłam, że zawsze chodzi z laptopem i telefonem komórkowym zamiast ucha. Dla tych, którzy nie pamiętają tej wesołej bajki przypomnę, iż Piotruś Pan to opowieść o chłopcu, który nie chciał stać się dorosły i spędzał czas w świecie wyobraźni. Z czasem, jak mi się zdaje, udało mu się rozmnożyć, a w dzisiejszej Francji klonów owego Piotrusia jest bardzo wiele. Sama, lecąc ostatnio na dwa dni do Warszawy zdałam sobie sprawę, iż ilość tych "chłopców" jest szczególnie duża na lotniskach. Poznaję ich na odległość, bo z jednym z nich żyję już od 12 lat i znam historię bajki na pamięć.

Opowieść uległa trochę modyfikacji wraz z upływem czasu. Nic nie trwa przecież wiecznie. Czerwony Kapturek już nie boi się wilka, ale Piotruś Pan ciągle goni za szczęściem. Patrząc wokół wśród własnych znajomych odkryłam, iż we Francji bardzo wielu panów w wieku 30-50 lat spędza ponad 50% swojego czasu zawodowego w delegacjach zagranicznych. A co za tym idzie, z dala od domu i rodziny. Wykształciło się nawet przekonanie, iż biznesmen we Francji nie może w żaden inny sposób zarabiać pieniędzy, jak poza granicami swego kraju, a nawet kontynentu. Skutkiem tego, każdego ranka na lotniskach widać w miarę młodych, szczupłych panów, w ciemnych garniturach, jasnych koszulach, z małymi teczkami na ramieniu. Większość z nich nosi obrączki, nie wypuszcza z ręki telefonu komórkowego i pachnąc dobrą wodą kolońską patrzy na świat jak gladiator. Nie mają ze sobą nigdy dużych bagaży, bo wyjazd na tydzień czy dwa maksimum nie wymusza walizek. Zresztą w delegacji, najczęściej w Azji lub Ameryce, zamieszkują w dobrych hotelach gdzie ubrania są prasowane i prane bezszelestnie, na czas i to, na koszt firmy.

W czasie mojej podróży z przykrością stwierdziłam zainteresowanie tych żonatych panów moją skromną mężatą osobą. Jeden z panów odważył się nawet dać mi wizytówkę z uśmiechem proponując spotkanie. Zdziwił się, że odmówiłam. No cóż, od lat ośmiu nie jestem już panią prezes, w biznesie, ale matką, żoną i kochanką własnego męża. A przecież on też, w nienagannym garniturze podbija świat z laptopem.

Obserwuję większość moich znajomych i żyjemy mniej więcej w podobnym rytmie. Umawiamy się na kolację miesiąc wcześniej, tak żeby każdy z naszych mężów zdążył wrócić z zagranicznych wojaży i odetchnąć po zmianie czasu. Większość dzisiaj lata przecież po świecie, dalekim świecie, gdzie inne godziny, inna żywność, no a z opowieści wynika, że pracują właściwie non-stop bez wytchnienia.

Mężowie nasi w trakcie owych wspólnych kolacji porównują jak trudne są negocjacje z Chińczykami, jak to Rosjanie chcieli ich upić w restauracjach, ale się nie dali, no i w ogóle, jakie okropnie trudne życie mają. Większość z moich znajomych to Francuzki, matki wielu dzieci, czynne zawodowo. Słuchają tych opowieści z ironią w oczach. Bo jak tu inaczej patrzeć? One nie cierpią na zmiany godzin czasu, tylko mozolnie wychowują gromadę maluchów, pracują od rana do wieczora, prowadzą domy, ganiając od opiekunki do opiekunki i zasypiają bez tchu przy pierwszej stronie czytanej miesiącami książki.

Ja, zrezygnowałam z tego systemu. Synków mam dwóch, szkołę i przedszkole daleko i brak rodziny do pomocy, rozmowy czy wspólnych obiadów. Robię łącznie 950km tygodniowo, spędzam 4 godziny dziennie w korkach i prowadzę dom na dobrym poziomie, bez sprzątaczek, kucharek, niań czy opiekunek, ucząc wytrwale moje dzieci języka polskiego i dobrego zachowania . Do tego ganiam na pływalnię, lekcje jazdy konno i do szkoły muzycznej wieczorem. Gdybym miała pracować zawodowo musiałabym chyba zgłosić do Pana Boga propozycję wydłużenia doby do 35 lub 40 godzin. Ponieważ, chyba, jest to skazane na porażkę, nie mogę wrócić do pracy zawodowej i trwam w pracy matczyno domowej - czyli bezcennej. 

Moje znajome Francuzki, te, które zarabiają pieniądze, wspomagane są trochę przez rodzinę, ale najczęściej opłacają armię pomocy domowych i innego personelu, bo przecież na męża liczyć nie mogą. Mężowie fruwają po świecie i czekają, na wystawienie im pomników za to, że są tacy dzielni. Niektórzy mają biura na stałe w zupełnie innym kraju, więc widują się z rodziną w sobotę i niedzielę do wczesnego wieczora. Ale nawet wtedy urządzają w domu, tak popularne dzisiaj video-konferencje, ze współpracownikami gdzieś daleko we wszechświecie. Oczywiście jest to tak bardzo ważne, że dzieciaki muszą siedzieć trusia, bo tatuś pracuje. Zatem, w soboty, najczęściej zapisuje się je na sport i rekraację w klubach, związkach itd. Wtedy, już tylko żona przeszkadza, w czasie tych ważnych rozmów internetowych, lub komórkowych. Z czasem jednak i ona "ucieka" do sklepu, fryzjera albo na wymarzoną kawę z przyjaciółką. Wieczorem zastaje swojego bohatera śpiącego przed telewizją.

Rano, w niedzielę, dzieci chcą być niestety z tatusiem, a przecież on musi odpocząć po całym tygodniu pracy. Najchętniej wywiesiłby kartkę hotelową z napisem" Proszę nie przeszkadzać". Niestety w domu się nie da. Ratuje sprawę wizja poniedziałkowego lotu w delegację. Świtać musi gdzieś pod łepetyną kolejny tydzień pracowity ale bez obowiązków domowo-rodzinnych. Więc nasz Piotruś wstaje i bawi się z dziećmi jak z "Zagubionymi chłopcami". Rzeczywistość przerasta bajkę. Dramat miesza się uśmiechem.

Tylko, co będzie dalej? Na jakich ludzi wyrosną dzisiejsze dzieci? Coraz więcej kobiet ma dość tego systemu. Zarabiają tyle samo co mężczyźni , a cała odpowiedzialność za kierat domowy i wychowanie dzieci spada na nie same. Zatem coraz częściej uciekają w to samo i zaczynają podróżować, bo tego wymaga praca, biznes, stanowisko. Znam taką jedną panią osobiście. Matka kolegi mojego syna z klasy. Po trzech latach przedszkola nie chciano jej wydać syna po zajęciach, gdy przyszła wyjątkowo go odebrać. Nikt jej wcześniej nie widział. Nie wiedziano, że jest mamą jej własnego syna. Dzieciak do 6 roku chodził w niemowlęcym body do przedszkola. Zasmarkany, nie domyty, ale w prywatnym angielskim przedszkolu ! Jego mama, urokliwa pani dyrektor zapewniała mnie, że wszystko mu wynagradza prezentami z Hong Kongu. Mąż jej też często wyjeżdża, więc dzieciak ma super zabawki, a rodzice błyskotliwą karierę. To nic, że się prawie nie znają, a maluch do dzisiaj je steki palcami, bo nikt go nie nauczył nożem i widelcem. W przyszłości będzie pewnie też dyrektorem, tylko palce będzie miał często brudne i serce z kamienia. Nie nauczono go kochać, bo zbyt mało było na to czasu. 

W lipcu nasi przyjaciele wyprawiają 20tą rocznicę ślubu. Trójka dorastających, dobrze uczących się dzieci, ona na pełnym etacie pracownik kadrowy, on pan dyrektor w Skandynawii. Widują się 6dni w miesiącu. Nie wiem jak uzbierało się te 20 lat rocznicowe. Fiesta ma być na 70 osób, w pięknym zamku z najlepszymi kucharzami. Widują się tak mało, że pani jeszcze młoda, zaczęła z samotności uprawiać jogging. Biega po 30km tygodniowo. Jej Piotruś podbija świat i zawsze narzeka na przepracowanie, spanie w hotelach, obiady w restauracjach... a przecież Szwedzi tak dużo piją.. Więc ona słucha tych opowieści i biega. No bo co ma robić innego, kiedy chłop gdzieś za morzami, dolinami?

Mój mąż zrobił parę lat temu MBA. Zrobił go w celu zmiany kariery, aby mieć mniej delegacji i więcej życia rodzinnego. Ale chyba nie lubi krzyku dzieci, kieratu domowego, szarego porannego wstawania, sprzątania po sobie, a nie przez serwis hotelowy. Chyba nie, bo zaraz po dyplomie znalazł pracę i wyjeżdżał 2 do 3 tygodni non stop w miesiącu zagranicę. Przeprowadzki, rodzenie, odchowanie niemowlaków, szkoły, lekarze, dom... wszystko robiłam sama. Pomagali mi moi rodzice przyjeżdżając z Polski i kilku przyjaciół. Przestaliśmy się prawie znać.

Mój Piotruś kiedyś zjawił się w domu w pachnącej koszuli i ładnym krawacie jak zwykle, kiedy właśnie przewijałam naszego synka. Mały nie poznał tatusia. Rozpłakał się, bo nie wiedział, co ten duży pan robi w jego pokoju. A tatuś nawet jak nie był w delegacji, to pracował w biurze do ósmej wieczorem, więc mijał się ze snem dziecka. W nocy nigdy nie wstawał, no bo przecież w Pekinie, w hotelu, nie dosłyszał płaczu malucha. W paryskim la Defense biurowce wypełnione są tysiącami takich panów. Po tej płaczliwej sytuacji z naszym dzieckiem postawiłam ultimatum i wróciliśmy do Lyonu. Od tej pory częściej się widzimy. Dzieci już poznają ojca.

Jednak i tu praca mojego Piotrusia wysyła go ciągle do Chin, Rosji, Ameryki czy Afryki. Mnie to męczy i przeraża, a jego fascynuje, pociąga. Nie należy się dziwić, że dopiero parę miesięcy temu odkrył gdzie jest wejście do przedszkola, mimo, że mój starszy syn już od roku chodzi do podstawówki w innej szkole. Gdybym nie miała cierpliwości i nie opowiadała mu o tym, co dzieje się z naszymi dziećmi, nie miałby pojęcia jak wygląda ich życie, ich koledzy, sympatie. Właściwie nic by nie wiedział o nich, a nawet o mnie.  

Takich rodzin jak nasza, czy moich znajomych, jest we Francji bardzo wiele. Wymusza to rynek pracy, ale przy współudziale Piotrusiów Panów. Mają oni wspaniałe alibi na to by żyć jak wolne ptaki w obrączkach. Bo przecież budują nowy świat, własne Ego, no i zarabiają na życie... Ach jak to brzmi dumnie, szlachetnie. Nie ma nic wspólnego ze zwykłą codziennością, pieluchami i kurzem na półkach. Jest drogocenne, a nie takie rodzinnie prozaiczne.

W tych fanfarach bohaterstwa pojawia się coraz częściej mały bemol. My, kobiety, matki, żony, mamy coraz bardziej dość tego systemu!

W tym roku obchodzę 10 rocznicę ślubu. Nie potrafię liczyć tak jak moja przyjaciółka. Dla mnie 10lat ślubu to znacznie krócej. Dni, noce, weekendy, tygodnie przeżyte w samotności nie chcą mi wejść w licznik ślubnego czasomierza. Nie będę robić maskarady, nie chcę żadnego święta bo nie mam na nie ochoty w zabieganiu za dziećmi, szkołą i obowiązkami domowymi. Pracuję ciężko za darmo i sama wychowuję synów. Nie poświęcę ich, żeby się nazywało iż spełniam się zawodowo. Chowam do szuflady emancypację bo kiedy ich tatuś, odlatuje w piotrusiową krainę, oni mają chociaż ostoję we mnie, w przeczytanej wieczorem książce, w pachnącej kolacji i spokojnym uśmiechu.

Kiedy to piszę wiele osób pakuje właśnie bagaż. Jutro muszą wyjechać w delegację. Biznes jest biznes. Znów Piotruś z Piotrusiem usiądą w samolocie. Laptopy znowu będą szumieć przy akompaniamencie silników wehikułu czasu. Jakaś wizytówka, jakiś uśmiech, jakaś wróżka, przelotny , zgrabny Dzwoneczek w restauracji, czy hotelu...

Tylko dokąd tak dojdziemy drodzy Państwo? Quo vadis? wciska mi się w duszę.