Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 26 czerwca 2007
Domy Francji

15:35, fabella
Link Komentarze (1) »
Mężowie Francji

Kiedyś pisałam o seksie we Francji. Tak się spodobało, że w ciągu dwóch dni miałam 20tysięcy wizyt. Tekst polecany był przez gazetę pl. Ponieważ miał tytuł chwytliwy to się zrobiło gorąco. Jakieś zbiry zaczęły tu przychodzić, nawet grożono mi ku zmartwieniu moich bliskich. Dostawałam e-maile o dziwnej treści. Itd.., itd.

Cóż ... czas róż, czas burz - wszystko mija. Właściwie to najbardziej zdenerwował detal islamskiej chusty która mi nie pasowała do frywolnej Francji. Temat tabu jak się okazuje nawet wśród Polaków, ku mojemu zdziwieniu, zmartwieniu i buntowi. Tymczasem życie biegnie dalej. Blog przetrwał, ja też. Ponieważ opadły emocje mogę znowu pisać na temat drogi Francuzom - czyli o seksie. Postaram się nikomu solą w oczy nie sypać, więc tym razem będzie spokojnie acz frywolnie a może raczej z żalem.

Każdego dnia jadąc do szkoły mijam na poboczu stojące dwie małe ciężarówki. Takie typowe już dla francuskiego pejzażu, nazwane przeze mnie - burdelówki. Za kierownicą siedzą bardzo bogate w formy Murzynki. Rozmawiają przez telefon komórkowy zabijając czas w oczekiwaniu na klientów. Nie mogą się chyba nagadać bo co chwila staje jakiś samochód i spragniony pieszczot pan wyskakuje w stronę seksopoju. Obserwuję ten spektakl mimo mnie, bo droga do Lyonu prowadzi właśnie obok. Samochody klientów są różne. Rano najczęściej panowie pod krawatem w dużych drogich autach, z teczkami, z laptopami w ręku . Zachowują się jakby szli na zebranie a nie na zwykłe ciupcianie. Pewnie boją się, że ktoś im ukradnie te biurowe pakunki. Patrzę na nich ze smutkiem.  Zazwyczaj na tylnich siedzeniach mają foteliki dziecięce. Czasem jeden, czasem więcej. Myślę, iż żona zmęczona źle przespaną nocą nie dała szczęścia rano więc chłopa do Afrykanek aż przygnało. A zresztą, może jest i inaczej bo przecież męskich spraw nie da się oceniać żeńską głową. 

Nie rzadko stoję w korku więc widzę tych panów zaraz po seks-konsumpcji. Poprawiają krawaty, rozporki... zupełnie jakby wychodzili z toalety. Siadają jak gdyby nigdy nic i do roboty dalej jadą. Murzynki znów królują w szoferkach i kontynuują komórkowanie. I tak do następnego razu.

Kiedy wracam w południe z Armandem na obiad widuję już zupełnie inną klientelę. To zazwyczaj starsi panowie. Pewnie emeryci. Niektórzy nawet bardzo wiekowi. Parkują samochody wstydliwie w drugim rzędzie. Jakby chcąc ukryć własne pożądanie za czerwoną lub białą ciężarówką. Chyłkiem wskakują do środka i dużo dłużej w nich zostają. W końcu mają więcej czasu jaki ci biurowi pod krawatem, no i emerytury też niczego sobie we Francji.

O czwartej znowu tamtędy przejeżdżam bo muszę odebrać Eliota z przedszkola. To czas kiedy jest duży ruch w burdelówkach. Panowie stoją nawet w kolejce. Cierpliwie ustawiają swoje samochody czytając gazetki albo załatwiając sprawy przez telefon. Najczęściej rzemieślnicy, "tirowcy" i usługi wszelakie. Wyjątkowo regularnie widzę pogotowie hydrauliczne. Staje wtedy taki jeden z rurami. Zawsze ten sam. Myślę, że chyba ma abonament. Te rury to ma tak długie na dachu swojego pojazdu, że nie pozwala stanąć bliżej innym chętnym do miłości. Prawdziwy egoista. Z drugiej strony chłop tak się narobi cały dzień, naprzepycha pozatykanych ubikacji, ponaprawia kranów, odkorkuje szamba, że pewnie musi odreagować. W dodatku nerwową pracę ma facet bo polski hydraulik zawsze gotowy wygryźć go z rynku. Przybywa zatem w godzinach popołudniowych, to już i tak mu chyba wszystko jedno jeśli chodzi o zapachy jakie napotyka w burdelówkach. Stres leczy chyba skutecznie bo wraca wiernie każdego tygodnia a nawet częściej.

Murzynki kończą robotę przed zmrokiem. Zazwyczaj koło szóstej, jak jadę do szkoły muzycznej, zamykają kramik i wracają do Lyonu. Może tam mają drugą zmianę. A może są po prostu zmęczone. Muszę przyznać, że dziewczyny mają kondycję bo ruch w interesie jest niesamowicie duży. Od siódmej, ósmej rano do siódmej wieczorem kobity tylko zaspokajają panów różnej maści, wieku jak i korpulencji.

 Niedziele mają wolne. Parking pustką świeci . Wcale się nie dziwię bo panowie z rodzinami, dziećmi i żonami spędzają ten czas. Bóg im zapłać za ten jeden dzień wstrzemięźliwości. Wszak siódmego dnia kazał Najwyższy odpoczywać.

Moje dzieci patrzą na te samochody bez zainteresowania. Nie wiedzą czemu one tam stoją, dlaczego te czarne panie takie golaski i po co panowie, wyglądający jak ich ojciec, wsiadają z teczkami do tych podniszczonych ciężarówek. Na razie nie zadają mi pytań. Tylko ostatnio na światłach w Lyonie Eliot krzyknął do Armanda. - Armand popatrz na tę ciężarówkę obok. Za kierownicą siedzi jakiś pan. Mamusiu to panowie też mają prawo takimi jeździć? Nie tylko panie? To mu odpowiedziałam, że jak najbardziej mają prawo i panowie...

A wtedy Armand cały umorusany w czekoladzie z uśmiechem oświadczył - Mamoooo a ja mam mustaszki. ( moustache-fr. wąsy )

Dzisiaj rano mąż pił kawę poprawiając krawat. Wziął swoje sprawy w teczce i pojechał jak zwykle do pracy. Parę minut później, ja wyruszyłam w drugim kierunku do przedszkola. Moje czarne znajome już w robocie bo za ciężarówką dwa samochody, w tym jeden bez kierowcy. Armand z radością w głosie oświadczył,że ten z tyłu to samochód taty. Ciarki mnie przeszły po plecach. No zupełnie jakby jakiś kocur pazurami mi po karku przejechał. Na szczęście za kierownicą inna twarz, a zatem Eliot prostował - oj Armand taki sam jak taty, ten samochód. Zresztą tata jest już w firmie.

No chyba, że po drodze się zatrzymał - myślę. Mam zaufanie do męża. Każda z nas ma. Ale tam na parkingu to ten sam świat. Tych samych mężczyzn jakich mamy za ślubnych. Koło ciężarówek-burdelówek widzę takich samych panów jak moi znajomi, przyjaciele. Nie wiem jak im nie wstyd. Nie wiem, że ich to podnieca, zadawala. Murzynki nie mają ani kranu obok nawet żeby się umyć. Siedzą w tych puszkach na kółkach calutki dzień bez względu na słońce czy deszcz. Jedna taka kobieta jest w stanie utrzymać całą wioskę z tego europejskiego używania. Rozumiem ich dramat. Z trudnością akceptuję, że my tacy  światli i mądrzy w Europie, Francji - kraju praw i wolności człowieka - tolerujemy tę sytuację.

No bo jak pogodzić się z widokiem takich panów co to jeden wychodzi a drugi wchodzi do środka ciężarówki. Mijają się zupełnie jakby to był kiosk z gazetami. A przecież tam jest żywa kobieta a nie jakiś produkt. Wiem, wiem, "najstarszy zawód świata." Znam ten pogląd , że "same wybrały, bo jak ktoś nie chce to tego nie robi." A ja myślę, że robi gdy nie wie jak inaczej zarobić na jedzenie dla rodziny. Jak inaczej przeżyć i pomóc przeżyć bliskim. "Człowiek to brzmi dumnie." Jednak duma ma wiele twarzy.

Zatem nie wiem jak Wy drogie panie, ale ja dziś wieczorem zakładam jakieś koronki i inne fatałaszki, bo prawdę mówiąc lepiej zadbać o męża. Nigdy nie wiadomo kto tam po drodze do roboty mu się trafi ...

sobota, 23 czerwca 2007
Śniadanie w drodze

Pedofil męczy moje macierzyństwo

Ponad dziesięć lat temu mieszkałam w malutkiej miejscowości Eijsden. Oddalone od 20km od znanego Maastricht jest ostatnią mieścinką jaka znajduje się na terenie Holandii tuż przy granicy z Belgią. Ponieważ studiowałam w pobliskim Liege, byłam zmuszona codziennie przejeżdżać przez pasmo graniczne jakie znajdowało się na mojej drodze. Wąska ścieżka jaka prowadziła do Belgii niczym dopływ rzeki wpadała w szerokie "koryto" autostrady Słońca. Tej samej która pewnego dnia zaprowadziła mnie do Lyonu.

Tuż za ówczesnymi budkami celników granicznych znajduje się urokliwe Vise. Waloński charakter sprawia iż miasto przypomina trochę Francję. Można tam zjeść wyśmienite mule w białym winie, deser w lodziarni PAM-PAM i kupić ładne mokasyny za dość przystępną cenę. Ponieważ nie lubiłam pieczywa holenderskiego chleb kupowałam w Belgii. Piekarnia w Vise trochę francuska ale jednak z północy więc z przewagą chleba niż bułki była stałym przystankiem podczas mojej powrotnej drogi z uniwersytetu. Któregoś dnia przy jej drzwiach wejściowych stanął przy mnie młody mężczyzna i zaczął przyklejać zdjęcie dwóch małych dziewczynek. Julie i Melissa były pierwszymi ofiarami najbardziej znanego w Europie pedofila. Pan którego spotkałam był ojcem jednej z nich. Od tygodnia szukał swojej córki. W jakiś czas później to samo zdjęcie jakie wisiało na szybie drzwi piekarni zawieszono na barierce wiaduktu nad autostradą. Każdy kto przejeżdżał koło Vise miał pamiętać o tragicznym losie zagłodzonych na śmierć dzieci. To straszne memento ciągle jest w moich wspomnieniach i wkradło się do codzienności.

W jakiś czas później złapano pedofila i udało się nawet uratować dwie inne porwane przez niego dziewczynki.Sprawa nabrała światowego rozgłosu. Po raz pierwszy otwarcie zaczęto mówić o pedofilii, o zaginionych dzieciach. Po raz pierwszy organizowano manifestacje ludzi którzy wypuszczali białe balony na wietrze w proteście przeciwko okrucieństwu innych. Wtedy jednak nie miałam jeszcze własnych dzieci. Współczułam jak każdy normalny człowiek rodzicom ofiar. Dzisiaj jestem matką dwóch chłopców i po prostu boję się o nich. Nie tylko wciąż pamiętam smutną twarz belgijskiego ojca pod moją ulubioną piekarnią, ale drżę każdego dnia żeby nic takiego nie przydarzyło się moim maluchom.

Świat zwariował ? Tak i nie. Zawsze byli zboczeńcy podłapujący dziewczynki lub chłopców. Dzieci ginęły lub żyły we wstydliwej ciszy. Moim rodzicom udało się uchronić mnie od podobnych doświadczeń. Jednak kiedyś nie było Internetu, szerokiego dostępu do pornografii i nie było AIDS. Jeden ze znanych policjantów powiedział mi,że ilość pedofilów zwiększyła się od czasu kiedy śmiercionośny wirus stał się znany. Po prostu wielu panów chcąc uchronić się przed zarażeniem sięga po niewinne i zdrowe dzieci. Zmniejszając zagrożenie złapania AIDS niszczą bezbronnych i słabszych dla zaspokojenia własnych popędów. Odraza i złość mieszają się w moim sercu. Uważam iż tego typu ludzi powinno się nie tylko separować od społeczeństwa ale w jakiś sposób doprowadzać do kastracji chemicznej. Tak jak czynione jest to już w niektórych krajach. Pedofilia bowiem jest podobno nieuleczalna. Zatem w celu ochrony dzieci trzeba unieszkodliwiać tych chorych zboczeńców.

Nie ma tygodnia aby w informacjach francuskich nie mówiono o pedofilii. Albo giną bezpowrotnie małe dzieci, albo właśnie osądzono jakiegoś zbrodniarza, albo wydano wyrok na kimś kto wcale nie zawinił i teraz trzeba go przeprosić. Nie chcę wpadać w obsesję iż na każdym rogu ulicy siedzi jakiś zboczeniec w krzakach i tylko czyha na moich synków. Jednak gdy bawią się w ogrodzie zamykam wszystko na klucz i cały czas patrzę gdzie są moi chłopcy. W moim własnym ogrodzie nie jestem już spokojna. Bo przecież giną dzieci nawet z pokoi hotelowych, nawet z ogródków przy domach czy w drodze powrotnej ze szkoły! Córka mojego szwagra przez wiele lat miała koleżankę u której spała w week-endy. Rodzice byli bardzo zaprzyjaźnieni. Tylko,że tatuś koleżanki od roku siedzi w więzieniu bo ostro zabawiał się z niektórymi dziewczynkami . Miały tylko 9 lat!!! Tatuś przyznał się do czynu kiedy jedna z dziewczynek nie chciała więcej iść w odwiedziny i opowiedziała wszystko swojej mamie w sekrecie. Brat męża odchodził od zmysłów. Bo przecież jego córka była tam częstym gościem. Na szczęście jest brunetką. A "szanowny" tata-znajomy lubił tylko koleżanki blondynki. Cała nasza rodzina jest do dzisiaj w szoku. nasza mała musiała przechodzić testy psychologiczne i nie tylko. Bo dzieci w tym wieku nie zawsze wszystko chcą powiedzieć. Z tym facetem często jadaliśmy razem kolację u mojego szwagra. Bardzo lubił dzieci i wydawał się być dobrym, normalnym człowiekiem. Któż mógł przypuszczać? Jego własna żona nie potrafi sobie z tym poradzić.

Nigdy nie zostawiłam moich dzieci z kimś obcym. Postanowiłam zrezygnować na jakiś czas z pracy bo bałam się o nich i nigdy nie zostawiłam ani w żłobku ani w tak popularnych we Francji przechowalniach. Bałam się,że ktoś mógłby im zrobić krzywdę. Mamy mniej pieniędzy, mieszkamy w wynajętym domu ale jeszcze zbyt wcześnie jest na to żebym poszła pracować.

Męczy mnie świadomość że każde dziecko może być potencjalną ofiarą jakiegoś zboczonego człowieka. Odczuwam strach i nienawiść do tych wszystkich typów którzy krzywdzą to co najbardziej wartościowe - dziecięcą niewinność. Nie pozwolę swoim dzieciom nocować u kolegów, ani posiadać Internetu w pokoju jeszcze przez wiele lat. Kontroluję wszystko, rozmawiam z Eliotem któremu wytłumaczyłam, że nie wolno nigdy od nikogo brać cukierków, prezentów ani niczego bez mojej wiedzy. Wytłumaczyłam, że boję się o nich bo nie wszyscy ludzie są dobrzy . A zwłaszcza ci co wydają się tak bardzo mili dla dzieci mogą być niebezpieczni. Chore czasy gdzie rodzice muszą wpajać własnym dzieciom brak zaufania dla świata. Tak bardzo chciałabym żeby było inaczej.

Z jednej strony denerwuje mnie mediatyzacja pedofilii z drugiej ulegam strachowi i zdaję sobie sprawę z konkretnego zagrożenia. O ile ja mogłam jeździć na rowerze sama w wieku siedmiu, ośmiu lat na osiedlu warszawskim dzisiaj już nie pozwolę moim dzieciom na to samo. Wolę wziąć sama rower i pojeździć z nimi. Ale jak długo będą to akceptowali? Nie chcę ich ubezwłasnowolnić.

Problem mam z jednym. Rola rodzica polega na uczeniu dzieci samodzielności. Każda matka musi umieć wypuścić swoje pisklę na ten pierwszy lot. Tylko kiedy ma to nastąpić? Jak podjąć tę decyzję i w jakim wieku dziecka aby potrafiło się samodzielnie obronić przed ludzkim zdziczeniem? Tak trudno jest być dzisiaj matką.

Na stronach moich blogów zawsze publikowałam zdjęcia moich pociech. Walczyłam tym samym ze strachem i obsesją iż ktoś gdzieś może wykorzystać te zdjęcia do jakiś niecnych zamiarów. Nawet wtedy gdy na ostatnie walentynki centrum handlowe w Gdańsku skopiowało zdjęcia moich dzieci do dekoracji świątecznych bez mojego zezwolenia , bez wiedzy, nawet wtedy nie likwidowałam ich z bloga. Uważam iż nie powinno się wariować. Ale kiedy dwa dni temu w gazecie wyczytałam o sieci pedofilów internetowych którzy miliony zdjęć wymieniali między sobą. Kiedy dowiedziałam się o listach dzieci polecanych na zmówienie do gwałtu i to przez ich własnych rodziców czy sąsiadów wpadłam w panikę. Usunęłam wszystkie zdjęcia dzieci z moich stron.

Tekst który właśnie piszę jest kolejną walką rozumu z własnym strachem. Jestem osobą otwartą i zawsze miałam zaufanie do ludzi. Moi rodzice uczyli mnie iż co dam innym będzie mi zawsze zwrócone. W wielu krajach mam przyjaciół którzy zawsze na mnie czekają z otwartymi ramionami tylko dlatego że dawałam im własne serce i zaufanie. Miałam dużo szczęścia i mam je nadal. Często słyszę zdziwienie u wielu osób iż odważyłam się poznać osobiście tylu blogowiczów. Bo przecież tylu świrów łazi po Internecie. Tyle zła się czai za ekranem. A ja mówię iż nie można patrzeć na świat przez pryzmat ludzkiej niegodziwości i ciągłego zagrożenia. Patrząc tak na życie trudno mi jest pogodzić się z własnym niepokojem o dzieci. Stoję z parasolem szeroko rozpiętym nad głowami moich synków. Ale przecież deszcz nie pada ciągle. Jest jeszcze tyle słońca na ziemi.

sobota, 09 czerwca 2007
Czereśnie

W ogrodzie mam drzewa czereśniowe. Już na początku maja zbierałam pierwsze owoce. Ale najsmaczniejsze, te czarne jak południowe wino dojrzały teraz. Ciężkie tak bardzo,że biedne drzewo się ugina pod sznurami czerwonych korali. Codziennie rano gdy tylko wstaję biegnę do tej czereśni. Jeszcze jest mi ciepło po nocnym przebudzeniu kiedy wkładam w usta chłodne od rosy owoce. Stoję tak ze stopami w wilgotnej trawie. W domu wszyscy powolutku schodzą się do kuchni. Tam zaraz będzie pachnieć kawą, rozgości się słodko gorące dla dzieci kakao ... Ale ja tych kilka minut mam jeszcze dla siebie. I dla tej hojnej czereśni. Czasami słońce mi akompaniuje a czasami kapuśniaczek delikatnie skrapia tę tajemnicę. A trwa to zaledwie tydzień, może kilka dni więcej. Potem owoce zaczynają chorować. Każda czereśnia jest jak dojrzały grzech. Maleńkie robaczki mają ciepłe schronienie przy pestkach i niszczą sobą od środka to co tak kusząco wygląda wśród liści. Dlatego muszę się bardzo śpieszyć ze zrywaniem jeszcze nie zarażonych owoców.

Jak tylko budzę się biorę psa na ręce. Znoszę po białych schodach do ogrodu i biegnę do tej mojej czereśni. Ptaki jak oszalałe ze szczęścia śpiewają w wiecznie zielonych igłach sosen jakie wypełniają ogród. Pachnie żywicą i dziewiczym porankiem. Wilgoć miesza się z cytrynowym słońcem. Nad głową soczysta zieleń i czereśnie jak czerwone korale kiedyś z gliny wypiekane. Delikatnie acz ze zdecydowaniem dłoń ma sięga po kolorowe kulki. Wpycham  łakomie każdą w usta. Sok jak wino czerwone zawsze plami moje przebudzenie. Mój sekret odkryją potem dzieci w kuchni. Też będą chciały zjeść czereśnie. Mam dla nich zawsze w dłoniach schowane. Te najładniejsze. Pękate od cukru i nocnego kropienia.

Kawa czarnym ciepłem wypełniła już dom. Zamykam oczy. W chłodnych od ogrodu rękach trzymam zgrabny kubek. Jeden z wielu jakie kupuję wszędzie gdzie jestem. Kolorowe kwiatki porcelany przeciskają się przez palce. Jakby zazdrosne o słodki zapach czereśni jakie jeszcze przed chwilką trzymałam w dłoniach. Zapominam gdzie jestem. Nie ważne czy to Polska, czy Francja czy gdzieś jeszcze. Dzieci z okrągłymi od owoców  policzkami patrzą się wesoło na to moje zapomnienie.

Tak bardzo chce mi się wtedy żyć.

Tak piękne będę miała wspomnienie.



poniedziałek, 04 czerwca 2007
XXL - XS - S ... a M robi zdjęcie, bo eLa nie ma

Czas tworzenia zależy od pozycji siedzenia

Od pewnego czasu mniej piszę. Mniej pojawia się tekstów w "Mojej Francji"i mniej wierszuję.. Natchnienie to codzienność artystów myślę sobie.... Cóż ja pyłek marny...?

A może to sprawa tylko siedzenia? Jakiś czas temu w pewnym małym sklepiku z antykami znalazłam małe biureczko. Mebelek zgrabny wyjątkowo, z małą szufladką na drobiazg kobiecy przypadł mi do gustu i po wielu negocjacjach udało mi się go kupić. Postawiłam sobie swój komputer, lampę i usiadłam. Bardzo się sobie spodobałam i podjęłam decyzję ,że właśnie przy nim będę dalej pisać , bo to lubię najbardziej.

Polubiliśmy się od pierwszego spotkania. Ja i moje biureczko. Początki jednak nie były łatwe. Przyzwyczajona do poprzedniego okrągłego stoliczka w stylu art deco przedwojennej Warszawy nie umiałam się znaleźć przy szczupłym prostokącie francuskiego mebla. Ten polski pozwalał mi na moszczenie nóg w zygzaki, na układanie różności wokół... Jakiś był taki bardziej cierpliwy i akceptował każde krzesło, każdy fotelik. Moje nowe biureczko jest jak szczupła i zgrabna kobieta. Miło popatrzeć ale nie pasuje do wszystkiego.

Mimo to dobrze mi się przy nim pracowało. Powiesiłam sobie nad nim różne ładne rzeczy. Wstawiłam nawet do sypialni by w spokoju móc tworzyć. Pojawił się jednak poważny problem. Nie mogłam wstawić krzesła z podłokietnikami. Stojący obok fotelik przeszkadzał i zajmował zbyt dużo miejsca. Trzeba było znaleźć krzesło-szczupaka. Tylko jedno mam takie drewniane, proste siedzisko co to wpasowuje się idealnie między nogi biurka.. O ile początkowo używałam swój stary fotelik i dalej dzielnie płodziłam słowa tu publikowane. Tak później ażeby wyglądało porządnie zasiadłam w mało wygodnym krzesełku. .  Ani nóg skrzyżować , ani się pogiąć.. no nic, nic nie mogę robić co robię zwykle podczas pisania.  Nagle poczułam się jak w niewygodnej ławce szkolnej. Nogi w dole, nie ma gdzie postawić herbaty, a o łokciach to nawet nie myślę. Do tego bolą mnie plecy już prawie chronicznie a i pupa też nie jest zadowolona. Sztuka nie cierpi ale ja zaczęłam.

Coraz mniej czasu poświęcałam na pisanie. Coraz więcej zdjęć robiłam i wciąż mniej słów popełniałam. Rano jednak z dużym zadowoleniem znajdowałam krzesełko równiutko wstawione pod szufladką uroczego antyku. Dopisałam nawet ideologię iż to lepiej dla oczu, bo ponoć dłużej jak godzinę nie powinno się siedzieć bez przerwy . Tak więc oto chronię wzrok..

Z czasem ma dusza jakoś osowiała. Znajomych blogowych mniej odwiedzam. Mniej świata widzę, mniej piszę, mniej tworzę i tak pusto do dzisiaj dotrwałam. Wybór jest jednak prosty. Nie zdradzę prostokąta i nie wrócę do okrąglaka. Stół warszawski oddałam złotym rybkom i bursztynowej lampie. Poza tym lubię mojego Francuza. Jednak krzesło na którym jeszcze teraz siedzę wywalam w czeluście naszej piwnicy. Niech go myszy zjedzą gada jednego. Postawię sobie mój wygodny stary fotelik co to nie chce być usidlony w nogasach drewnianego chudziaka.Usiądę sobie i znowu będę pisać. Bombil, mój psiaczek malutki wspaniale pochrapuje pod stopami i zadowoli się ogromnie , że nic mu już nie będzie przeszkadzało w jego podbiurkowym królestwie. I znów chce mi się stukać w klawiaturę, znowu czytać co w świat inni wysyłają. Znowu będę wiersze pisać i lawinowo słowa wymyślać. Oby tylko wszystkim cierpliwości starczyło w odwiedzaniu moich stron. A jeśli czas tworzenia zależy od pozycji siedzenia to może z czytaniem jest podobnie? 

sobota, 02 czerwca 2007
Domy Francji