Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 28 kwietnia 2009
Ale dzień!

- Armand, zjesz banana?

- Tak, ale tylko jeśli on nie ma siniaków.

...................................................................................................................................................................

Armand w chwilę później je banana i opowiada co było w przedszkolu.

- Dzisiaj widziałem coś, co nawet sobie nie wyobrażacie. Pani poszła z nami, tam gdzie jest woda i zobaczylismy ryby bez tego co jest po bokach. Miały tylko sam ogon.

- Jak to? Ryby bez płetw? Ale musiały szybko pływać - dziwił się Eliot.

Podekscytowany Armand mówił dalej : - No taaak. Sam widziałem. A potem z tych ryb to będą żaby.  

Ślimaki :))

Jedziemy dzisiaj do szkoły i przy drodze Armand z Eliotem zauważyli porzucone zabawki.

- Mamo, tam ktoś zostawił kolorowe samochodziki.

Wytłumaczyłam im, że niedaleko jest miejsce, gdzie stacjonują samochody campingowe. W nich żyją Cyganie i ich rodziny. Wczoraj, widziałam cygańskie dzieci bawiące się tymi zabawkami,więc pewnie zapomniały je w pośpiechu i dlatego dziś widzieliśmy je tutaj. 

- A kto to są Cyganie?

- To tacy ludzie, co nie mają domu i mieszkają całymi rodzinami w samochodach campingowych. Jeżdżą z miejsca na miejsce i wożą ze sobą cały dobytek w tych wozach. W nich też śpią i żyją.

- Ojej, to zupełnie jak ślimaki- usłyszałam pełne zachwytu głosy moich dzieci. 

.

czwartek, 23 kwietnia 2009
Liońskie powroty

Każdy gdzieś wraca. W Lyonie nawet w środku dnia, nikt nie sprawia wrażenia, że się śpieszy. Słońce odbija się od tynków i wlewa się w najbardziej zacieniony fragment miasta. Przewaga Lyonu nad Paryżem zawiera się właśnie w tym ciepłym świetle i spokojnych powrotach ludzi. Już w kwietniu pachnie wakacyjną atmosferą.

Ten pan w garniturze idzie w stronę Rodanu. A młodzi ludzie z walizką w stronę Saony. Znajdujemy się na Półwyspie. Tak właśnie nazywa sie ta dzielnica. Królują tu budynki z XVIII i XIX wieku. Gdybyśmy poszli za chłopakiem z walizką, dotarlibyśmy do Starego Lyonu. Byłby to skok w XIV i XV wiek. Lecz jeśli ktoś wolałby pójść drogą zamyślonego Francuza, to znalazłby się już w XX wieku. Miasto urodziło się tam gdzie jest starówka. Dziś rozwija się dalej, aż za Rodan, w stronę Alp.

A gdy podniesiesz oczy, to ze wzgórz wznoszących się nad Starym Lyonem bez problemu zobaczysz Mont Blanc. Gdy w Alpach jest ładna pogoda, to w Lyonie pod wieczór doskonale widać szczyty. Ale gdy jest inaczej ... ach to i tak, każdy idzie do restauracji.

   

czwartek, 16 kwietnia 2009
Truskawki we francuskim sosie

Mamy połowę kwietnia i wiosnę w pełni. Brzoskwinie już zrzuciły swój róż na ziemię. Czereśnie prześcigają się z rzepakiem w ilości wylewanych na świat kwiatów i kolorów. Nawet magnolie już opadły i ustąpiły fioletowym bzom. Nie ma, co ukrywać - ocieplenie klimatu daje pszczołom do wiwatu, bo wszystko kwitnie nagle i bez opamiętania.

Słońce, chmury, chmury, słońce - wspólny mianownik mają - ciepło. Tak jest każdego dnia. Nawet wyłączyłam ogrzewanie, a to świadczy o dużej zmianie aury. Oczywiście tylko w ciągu dnia, bo w nocy nie wierzę, że już można. 

Dziś zasadziłam pelargonie. Różowe, bo tak sobie życzy Armand. To, ze względu na jego ukochaną Camille.(Czytać trzeba Kamji, czyli nasza rodzima Kamila). Róż to ulubiony kolor każdej dzisiejszej dziewczynki. Od butów zaczynając, po gumki do włosów, tornister, spodnie, spódnice, skarpetki, ołówki, a nawet okładki do książek, wszystko musi być absolutnie różowe. Ocieka różem. Kapie różem...Ach!

Słowem Armand kocha Kamilę, więc mamy różowe pelargonie.

Początek wiosny, blisko Zośka, nie Zośka, ale nie może być zimno,  ale tylko i wyłącznie ciepło, cieplej, najcieplej! No, bo od dzisiaj, kwiatów moc w skrzynkach, doniczkach, gdzie się dało, zasadziliśmy. To znaczy ja sadziłam, a chłopcy robili z ziemi babki. Potem podlewali wszystko, łącznie z butami. Więc może jutro nam wyrosną adidasy w szafie?

Tak czy inaczej wiosna, a nawet lato złapaliśmy za rogi, jak młodego byka. Żeby było jeszcze bardziej przekonywująco, od ponad tygodnia jemy truskawki. W Hiszpanii rosną ich tysiące, miliony i są sprzedawane we Francji. Duże, wielkie, gigantyczne. No i zupełnie bez smaku. Ale wyglądają truskawkowo. My je kupujemy, bo innych jeszcze nie ma. W końcu to dopiero kwiecień. Ale nam się chce truskawek, więc kilogramy tych hiszpańskich mutantów kroimy w kawałki i posypujemy cukrem. Inaczej nie da się ich jeść, bo smak truskawkowy jest tylko w podtekście, a wielkość zbliżona do arbuzów. A może kiedyś będą arbuzy wielkości truskawek? I też bez smaku? I też z cukrem?Ale w normach europejskich, nie jakiś tam obcych, niebezpiecznych!

Dzieci są zachwycone. Duże, czerwone truskawy codziennie - po prostu letni deser na wiosnę. Wspaniałość! Ja natomiast martwię się, czy wzrost moich olbrzymko synków nie jest w jakimś stopniu wynikiem tych truskawkowych kulfonów. Mąż znalazł nawet jakiś artykuł, o tym , że te hiszpańskie truskawkole rosną na wodzie zmieszanej z chemią, hormonami, i jeszcze jakimiś okropieństwami. Ziemi ani tyci, ale za to same lekarstwa. Zupełnie jak u sportowców. To może ja będę miała w przyszłości championów za synów? Spokojnie, myślę sobie. Bo,  jak spojrzeć na skład byle jakiego serka, gdzie guma z mąką kukurydzianą, i jeszcze jakimiś farbkami udają wanilię, i to cudo wtrząchamy od lat wielu, bo zdrowe. To te truskawy andaluzyjskie są jak najbardziej w porządku. A że duże, a że czerwone? Co tam?!

Cóż, nie należy wpadać w panikę. W końcu jadamy jaja tylko od kur wyprowadzanych na trawkę i prawdziwe masło, a nie margarynę. Poza tym nie kupuję żadnych potraw gotowych. Gotuję sama z warzyw, mięs, ryb itd. Pogodziłam się z faktem, że wszystkie te produkty i tak są już od lat modyfikowane, dochemizowane i dopowane, upiększane itd.  Zresztą jak kiedyś wzięłam abonament na fermie bio, to przez trzy miesiące jadałam jabłka z dziurami, a chleb był taki, że przez tydzień trawiłam jedną kromkę. Przyjaciółka, z którą tak się bio karmiłyśmy, już po dwóch miesiącach miała wątpliwości. No, ale czego nie robi się dla zdrowia i planety?

Ach jaka to była kosztowna trauma. Bio chłop karmił nas swoimi bio produktami tak intensywnie, że zupełnie straciłam chęć do życia. Po 3 miesiącach jadania średniowiecznych warzyw i owoców pomyślałam, że z pewnością wyzionę ducha, albo dostanę porażenia jelit. Ginął we mnie instynkt archeologa. W dniu popełnienia sepuku przyjaciółka przerwała abonament i na szczęście dzisiaj, jadam już nie bio, ale z dużą radością. Zresztą chemię mamy ponoć wszyscy w kodzie genetycznym. Nie ma co się męczyć.  

Wiek ludzi i tak się wydłuża,  na tyle, że Francuzi martwią się aktualnie, wysokim poziomem umieralności wśród 90ciolatków i stulatków. Podobno zima była groźna, zimna i bardzo dużo staruszków nie dało rady jej przetrzymać. Kurcze, to chyba normalne, że wiekowy człowiek umiera? Ale Francuzi nie mogą się z tym pogodzić, bo bardzo ich wielu, tych umarłych stulatków, no i zarywają francuskie statystyki.

Zupełnie jak wtedy, gdy chodziłam z Armandem w ciąży. Było zbyt ciepło. Też staruszkowie umierali grupowo. Było lato, wakacje. Francuzi mieli ogromny problem, bo jak przerywać turnus z powodu umarłej praprababci, lub prapradziadka? Tylu ich umierało z przegrzania i pragnienia, że nie mieścili się w kostnicach. Rodziny nie wracały z urlopów, nie odbierały, prapraseniorów. Aż w końcu pod Paryżem opróżniono chłodnie z kapusty, czy jakiś innych warzyw,  pewnie też modyfikowanych, i tam układali umarłych. Okropność takie lato stulecia!!!

 Teraz niestety zima zebrała smutne żniwo. Nic też dziwnego, bo jeśli domy starców są równie dobrze izolowane jak mój dom, to wcale się nie dziwę, że stuletni ludzie nie dali rady przeżyć. Ja mam 38 lat i też  z trudnością znoszę spanie we własnym łóżku, ze szronem we włosach. A taka stuletnia babcia, to chyba niewiele ma włosów, a w peruce nikt przecież nie sypia. Od tygodnia media lamentują, że złe będą statystyki w tym roku.

No to my jemy te hiszpańskie truskawy, nie martwiąc się już więcej o nic. Zadopujemy się na stuletnie życie. Problem jednak jest taki, że we Francji, jak na zdrowy kapitalizm przystało są różne rodzaje tych czerwonych gigantów. Marokańczycy nie w ciemię bici też koksują własne uprawy i przysyłają nam truskawy. W końcu , w pobliskim markecie stałam ostatnio nieco w konfuzji. Bo i jedne, i drugie owoce podobne są do mamutów. I jedne, i drugie czerwone, świecące. No jakieś plastykowe by zupełnie wysiadły przy tych "naturalnych".

Już sobie myślę jak cukrem i śmietaną będę je charakteryzować na jadalne. I wtedy podchodzi do mnie pan. Pan jest Francuzem-animatorem. Tak się przedstawił. Poradził wybrać andaluzyjskie truskawy. A kiedy się spytałam, dlaczego hiszpańskie , a nie marokańskie, to on mi się spytał o mój akcent. To mu mówię, żem Polka. Popatrzył ze zrozumieniem i wytłumaczył,  że to czerwone, w pudełku to truskawa. To ja mu na to, że wiem. Zdziwił się. Bo myślał, że jak Polka to nie wiem, co to truskawka, że takie u nas nie rosną. Powiedziałam, że w Polsce, te owoce są tylko mniejsze, ale ze smakiem i głównie w sezonie letnim. Dużo ich jemy, tak dużo, że on pewnie tyle nigdy nie sprzedał. Ale się zachwycił. Powiedział mi, że ma 43 lata i nie zna Polski i chyba pojedzie sobie tam na wakacje. No na te truskawki. Myślał biedak, że u nas to tylko ziemniaki ludzie jedzą. Rozwiałam mu jego wątpliwości, mówiąc że też inne rzeczy jemy. Spytałam się, czy wie, co to biała albo czerwona porzeczka. No, bo czarną znają tu wszyscy. Odpowiedział mi, że pewnie jakieś modyfikowane paskudztwo ta porzeczka. Trzymał w ręku andaluzyjskie, czerwone kartofle i dziwił się, bo mu mówiłam, że u nas, ta biała i czerwona porzeczka rośnie od tysiąca lat. To on mi na to - ojej, to tak długo już jest Polska?

Wzięłam truskawki z ręki przemiłego animatora. Profesjonalista myślę. Na odchodnym dodał mi śmietanę w sprayu. Tym mlecznym dezodorantem polaliśmy sobie w domu truskawy. Popatrzyliśmy przez okno na różowe pelargonie. Eliot wzdychał  z radości, bo jutro przychodzi do nas jego ukochana Alicja i jej też, pewnie spodobają się nasze kwiaty.

Przed snem podlałam doniczki z dodatkiem dopingu dla roślin i ze smakiem pomyślałam - lato, najprawdziwsze lato mam w kwietniu. Jutro, deszcz nie deszcz, wszystko mi i tak urośnie, a chłopaki będą mogli sobie zaprosić koleżanki na różowe popołudnie. No i zjemy truskawy na deser. I sobie je popsikamy słodką śmietaną w sprayu. Pycha cywilizacja! 

 

sobota, 11 kwietnia 2009
Wesołych Świąt

.

.

Wszystkim życzę Wesołych Świąt. Wiary w miłość, w Człowieka. Żeby zło omijało każdego z Was i nigdy nie opuszczała radość i słoneczny uśmiech.

Oby Wielkanoc przyniosła Wam zdrowie i nikt o Was nie zapomniał.

Patrycja Todo

.

czwartek, 02 kwietnia 2009
Popatrz wiosna!

:)) by you.