Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Zaproszenie

http://www.nieformalna.pl/index.htm

W związku z obchodami Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego 2008, odbędzie się wystawa malarstwa i fotografii w Galerii Nieformalnej w Warszawie. Zapraszam do odwiedzenia tego niezwykle interesującego miejsca. Wystawiać będę tam wiele moich prac, a nawet zamierzam przyjechać osobiście do Warszawy.  

Ogromnie cieszę się z tego wydarzenia, albowiem wystawa Art in Nature IV, grupy Emocjonalistów, jaka miała miejsce w NY http://www.paf-ct.org/Events2008/Emotionalists/Brochure.pdf , w kwietniu br. przyniosła mi już wiele dobrych ocen i miłych opinii.

Jednocześnie dziękuję wszystkim za ciepłe komentarze na blogach, na temat moich fotografii. To dzięki nim mam więcej odwagi w pokazywaniu tego, co dotąd pozostawało w szufladach mojej prywatności.

Patrycja Todo

środa, 23 kwietnia 2008
Podglądanie wiosny

Jest kwiecień . Drzewa owocowe już prawie przekwitły. Jeszcze jabłonie, tuż za mną, zalane są nieśmiałym kwieciem. Ale nie to mnie teraz zachwyca w wiośnie. Zieleń, która jeszcze nie tak dawno mgiełką przykrywała wychudzone zimą gałązki, dzisiaj już oceanem wylała się na sady. Winnice rodańskie przeplatane rzędami drzew brzoskwiniowych, czereśniowych i morelowych, muszą jeszcze poczekać na listowie. Przycinane przez cierpliwych Francuzów już za parę dni wypuszczą pierwszą zieleń. Zaraz potem drobne grona przez wiele, wiele tygodni dojrzewać będą na stokach nadrodańskich wzgórz.

Jest chłodno wilgocią, która przepełniona zapachami wiosny potrafi już mącić spokój i zamyślenie. Piękno otaczające mnie nie pozwala tęsknić do innego świata. Tuż obok przysiadł rudzik. Ognista plamka jego krawatki śmignęła by zniknąć w zamieszaniu. Nad koronami drzew słyszę śpiew kosa. Nawołuje po królewsku panią kos, bo już czas budować gniazda. Koło nogi przebiegło coś małego. Tak szybko i tak bezszelestnie, że prawie trudno mi uwierzyć, że to coś rzeczywiście widziałam. Życie, już dobrze rozbudzone po zimie zdaje się teraz wylewać z każdego zakamarka kraju. Sprawia, że czuję się jak krasnal, podglądający ogromne przebudzenie Natury.

.

W szumie wiatru wplecionego w przekwitające kwiaty czereśni, zapominam o ludzkich problemach. Wdzięczna przyrodzie, że ciągle, mimo wszystko się odradza, stoję w szeleszczących trawach. Wrastam prawie w tę Ziemię z której nie pochodzę. Tak mi jest dobrze. Bez gwaru, bez rozmów, zbędnych pytań czy dyskusji. Nie wiem czy to mądrze tak wtapiać się w tę zieleń. Nie wiem czy powinnam, czy mi wolno. Chmury nad głową rozdrapane błękitem popołudniowego nieba rozpraszają wątpliwości.

Boję się zamknąć oczy. Ach, żeby tak zatrzymać ten moment na wieki . Nagle w dłoni zatrzymują się zagubione różowe płatki. Rozsypane kwiaty brzoskwini jeszcze nie tak dawno tańczyły poloneza. Gałęzie jedna w drugą wczepione tworzyły cudowne korowody. Dzisiaj już w zieleni zatopione sypią różem na odchodne. Scena tak bajkowa, iż przez moment wydawało mi się widzieć , wśród tych drzew różowych postać zabłąkanego krasnala. Podrzucam na wietrze to wspomnienie. Niech leci, leci aż do kosa, na liści koronę. Pamiętaj, krasnale nigdy nie błądzą w brzoskwiniach.

.

W pamięci jeszcze marzec słodko kwitnący, a wokół już zapach jabłoni i rzepakowa żółć zadrośnie zalewają ziemię. Jakie szczęście, że to mogę zobaczyć, poczuć, przeżyć. Przeżyć całą sobą.  

Wiosna rodańska trwa tak krótko, tak ulotnie. Podglądam ją z zachwytem. Śpieszę się by zapamiętać wszystko.  Bo jeszcze tyle tajemnic mam do odkrycia.. tyle obrazów do zatrzymania...  

wtorek, 22 kwietnia 2008
Lekcja tolerancji - Francji

Na placyku zabaw w Givors, 20km od Lyonu.

Eliot (prawie 7lat) - Mamo, dlaczego tak dużo Francuzek nosi ciągle te okropne chustki na głowach?

jaSynku, to są muzułmanki.

E. - A co to znaczy?

ja z powagą w głosie - To znaczy że, te panie wierzą w Boga, tak jak my. Tylko różnica jest taka, że my wierzymy w syna Boga Jezusa. Wierzymy w Jego historię i powtarzamy co mówił. Natomiast te panie w chustkach wierzą w Allacha, Mohamenta i Jego historię.

E. - No dobra, ale po co im te chustki?

ja lekko zmartwiona to samo pytanie zadaje sobie wielu dorosłych ludzi i też nie znajdują odpowiedzi. Tak do końca też nie wiem, co te chustki mają do wiary w Boga.

E. - Ale to jest okropne!!!

ja - Mnie też się nie podoba, ale może tym paniom nie podoba się , że ja mam włosy rozpuszczone na wietrze, bez chustki.?

Armand (4lata i pół) na widok faceta o wyglądzie BenLadena - Eliot zobacz - pan w sukience!

E. - Mamo, czemu ten pan nosi taką czarną sukienkę? To też jest okropne.

ja - Och Eliot, dla niego może być okropne, że ty właśnie masz spodnie.

E - No tak, ale panowie nie noszą sukienek. Tak tata powiedział.

ja - To jest taki jego tradycyjny strój. I to nie jest sukienka.

Eliot z uporem- Ale tak wygląda jak sukienka, fuj!

ja - Synku przestań, ten pan tak nosi, bo pewnie tęskni za swoim krajem, a tam panowie chodzą w takich ubraniach.

ETo on nie jest Francuzem?

ja - Może tak, a może nie, nie wiem. A poza tym może jest Francuzem i tym kimś ze swojego kraju na raz. No wiesz, tak jak my.

EMama, co ty mówisz, w Polsce panowie nie noszą czarnych sukienek

ja - Nie, to prawda. ale jedzą kiełbasę.

Armand pośpiesznie - ...i piejogi!

E. z radością w głosie - Och jak to dobrze,że możemy sobie tak o nich pogadać po polsku, co? I nikt nas nie rozumie.

ja - Ty lepiej uważaj, bo może się trafić ktoś kto zrozumie i będzie draka

E. z powątpiewaniem - eeetam, ale na pewno nie będzie to taki w sukience.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Walka o płomień

Za parę miesięcy zaczyna się olimpiada w Chinach. Świat nagle zorientował się, że w kraju niedemokratycznym na chwilę ma być pokojowo, sportowo i w ogóle wzniośle. Ani ten kraj nie jest moralnie do tego przygotowany, ani sportowcy, ani opinia publiczna nie potrafią się z tym faktem pogodzić.

Prawie każdy Francuz, wraz z nadchodzącymi w ostatnich tygodniach informacjami z Tybetu, poczuł w sobie typowe dla niego przeświadczenie o odpowiedzialności za obronę praw człowieka. Paryż zmobilizował siły i jak, powszechnie już wiadomo, starał się odbić olimpijski płomień. Plan spalił na panewce, bo chińscy policjanci przebrani za smerfy zdmuchnęli pokojową "świeczkę", a skośnooki ambasador tracąc cierpliwość, po prostu nakrzyczał na paryskich flików. Obrażony, zwinął całą ekipę i udał się w dalszą olimpijską pielgrzymkę. Osłupiali Francuzi ze zgrozą nie mogą pojąć, że w ich własnym kraju rządzi jakiś Azjata. Zrobiło się mało przyjemnie, bo Chińczycy podobno chcą bojkotować francuskie supermarkety...Itd, itd..

A jak jest naprawdę? Zdaje się, że Chińczycy dalej będą kupować w pekińskich carrefourach, albowiem 90 procent sprzedawanych tam produktów jest "Made in China".  A w kraju Gallów?  Ach, nie miejmy złudzeń...

Przeciętny Francuz to nie bojowy Paryżanin, tylko ktoś, kto codziennie zajada bagietki, spędza każdy weekend na gadaniu przy stole ze znajomymi i popijaniu dobrego winka. Podejrzewam iż duża część Francuzów nie ma pojęcia gdzie jest Tybet, ani dlaczego biją tam mnichów. Niewiele osób wie tak naprawdę, na czym polega komunizm, a już zupełnie nikt, nic, nie wie, o co chodzi Dalajlamie. "Niby" walczy o wolność, ale bez przemocy, no i ta wolność, ma być bez odrywania się od Państwa Środka. To wszystko jest bardzo skomplikowane, zwłaszcza, że większość Francuzów i tak jest przekonana o wyższości ich myślenia nad innym. Nie są w stanie zrozumieć dlaczego Chińczycy okupują Tybet, ani na czym polega kapitalizm po chińsku. Nikt nie wie o rezerwach wody w Himalajach, ani o złożach uranu, ani nawet o potrzebie Chińczyków utrzymywania kontroli nad granicami z Indiami. Mimo to, podobnie jak Polacy, Francuzi czują się mesjaszami narodów. A jako twórcy Karty Praw Człowieka wydaje im się, że są jak mało, kto upoważnieni do wygłaszania prawd ogólnoludzkich i ponad-państwowych, zupełnie jakby takie istniały.

Tymczasem, wydaje mi się, a jest to tylko moje, skromne zdanie, że nie każdemu pisane jest być szczęśliwym w tym samym ustroju. O ile w Europie demokracja i prawo jednostki do samo decydowania, jak najbardziej się sprawdza, to w innych miejscach na kuli ziemskiej nie koniecznie może dać te same rezultaty. Francuzi, najczęściej niewiele wiedzą o tym, jak wygląda świat dalej od departamentu, jaki zamieszkują. Jak więc mogą w ogóle wyobrazić sobie azjatycką rzeczywistość ? Otóż nie mogą, ale i tak krzyczą na całe gardło. I chwała im za to. Nikt bowiem kto światły nie chce pogodzić się z wynaradawianiem jednej nacji przez drugą. Zwłaszcza, jeśli po jednej stronie stoją uśmiechnięci, pokojowi Tybetańczycy, a po drugiej aroganccy, liczni jak mrówki Chińczycy. Galijski kogut nie jest oczywiście w stanie zrzucić z tronu dyktatorów i zwalczyć systemy totalitarne, ale przynajmniej wymierza policzek niesprawiedliwości i głupocie ludzkiej.

Skandaliczne wydaje mi się przyznawanie płomienia olimpijskiego krajowi, w którym istnienie ludzkie, sprowadza się do bycia śrubką w wielkim mechanizmie państwa. Nie pozwoliłabym sobie na wydawanie opinii na temat jak rządzić półtoramiliardowym narodem. Niewątpliwie Chińczycy wiedzą, co robią i ze skutkami powalającymi nasze leniwe systemy. Nie znaczy to jednak, że cud chiński, jak i środki, jakimi jest on osiągany, jest zgodny z naszymi ideałami. "Naszymi" - znaczy tymi, które są ważne dla Europy i oczywiście, Francji. A przecież olimpiada, to wymysł jak najbardziej europejski i noszący w sobie hasło Wolności. Czemu zatem pozwolono na zdradę tych ideałów? Jeżeli nawet parę lat temu mówiono o otwarciu Chin na demokrację europejską. Jeżeli nawet igrzyska zbliżą te dwa odmienne światy, to czemu organizatorzy olimpiady nie wywierali dotąd presji na chińskim rządzie? Czemu doprowadzono do kryzysu tybetańskiego, który przecież trwa od dziesiątek lat? Czemu nikt nie chciał po prostu spojrzeć prawdzie w oczy, iż Chiny nie są krajem, w którym będzie można samo decydować i myśleć jak się chce i nie nadają się do organizowania igrzysk?

Podoba mi się zatem ferwor, z jakim Francuzi protestują przeciwko chińskiej propagandzie. Podoba mi się, że stają w obronie narodu skazanego na unicestwienie lub więzienie.

Podoba mi się, że Francja była ziemią obiecaną dla polskich solidarnościowców, dla chilijskich uciekinierów za czasów Pinocheta, czy armeńskich ofiar. I nawet, jeśli większość Francuzów, nigdy w życiu nie oddałaby codziennej bagietki dla tych uciśnionych, to jednak przez lata głosowali za systemem pomocy socjalnej dla politycznych emigrantów.

Inną sprawą są różne konsekwencje tej szeroko rozumianej dobroci. Ochrona socjalna jednostki pogrąża dziś Francję w przeokropnych długach i marazmie ekonomicznym. Do tego prezydent, w którego wierzyłam, okazał się nowobogackim krzykaczem, a reformy, jakie obiecywał, przeprowadzane są w żółwim tempie.

Nikt już nic dzisiaj nie wie, ani nie rozumie. Lewicy aktualnie nie ma, no, bo być nie może. Wiadomo już oficjalnie, że socjalizm a la francaise jest zwykłą paranoją. Prawica, ciągle jednak boi się pójść drogą liberalizmu i nie chce, żeby każdy, wreszcie zadbał o własne życie. Policja wlepia mandaty za wszystko i nic, by zapełnić kasy państwa. Nie można nawet krytykować LePena, ponieważ wyparował ze sceny politycznej. Do tego, co chwila w mediach pokazują zdjęcia żony prezydenta bez majtek, co to niby jest sztuką, a prezydent zupełnie stracił humor, jak mu sondaże spadają historycznie nisko. Francuzi, według mnie, zdecydowanie nie wiedzą, co mają z sobą zrobić w ich własnym kraju. Na lewo się nie da już dłużej iść, bo portfel jest zbyt pusty, a żeby na prawo skręcić, to strach wszystkich bierze. Do tego francuscy Arabowie grożą na przedmieściach strasznym szariatem. Burżuje biednieją, bo ceny coraz wyższe, a święte krowy systemu, pracownicy budżetówki, nawet specjalnie nie strajkują, gdyż rząd zwalnia ich kaskadowo. W tej całej, mało wiosennej atmosferze sprawa Tybetu i olimpijskich igrzysk okazały się jak "tratwa meduzy" unosząca beznadziejnych rozbitków. Francuzi podchwycili temat ratując chociaż własne ideały. Coraz częściej jednak jestem przekonana, że w walce o olimpijski ogień polegną przytopieni falą własnej nieudolności.

Kiedy parę dni temu kupowałam szalik w jednym z lyońskich butików i z radością znalazłam metkę, świadczącą o produkcji francuskiej a nie chińskiej, pani sprzedawczyni pogratulowała mi zakupu. Spytałam, dlaczego. Odpowiedziała, że przecież i tak nikt nie potrafi produkować tak dobrze pięknych produktów jak Francuzi. Nie wiem czy miała rację. Właściwie to jestem pewna, że nie miała, ale ucieszyłam się, że w to wierzy. Dobrze, że jeszcze, choć trochę wierzą w siebie Francuzi. Bo przecież rzeczywiście, to dzięki nim mamy encyklopedię, a Człowiek swoją kartę broniącą honoru i wolności.

Jeżeli zatem Francuzi mają u siebie bałagan i aż strach łapie za gardło jak sobie z nim poradzą, to oddaję im cześć za to, że potrafią nadal wierzyć w ludzką godność stojąc zawsze po stronie uciśnionych.

wtorek, 15 kwietnia 2008
Rumienica

Lyon - Stare Miasto

wtorek, 01 kwietnia 2008
Domy Francji

Palmy, drzewa figowe, a Pireneje tuż, tuż..