Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 09 marca 2012
Pozimie

Jeszcze zimny wiatr nie pozwala wierzyć w wiosnę. Jeszcze nie pachnie zielenią. Millery jest dziś skąpane w fali oślepiająco jasnych promieni. Zabieram na spacer psy. Mały, co jest dorosły, biega jak oszalały pośród wysuszonych zimą traw. Duży, ale mały, naśladuje nieporadnie zwinnego kolegę. Łapy mu się plączą, bo chce ze mną, ale i beze mnie. W prawo, w lewo. Z trudem podejmuje decyzję i macha ogonem na znak szczęścia.

Wdycham pierwsze słoneczne ciepło. Przypomina mi się 15 lat temu podobny spacer. Było to w Holandii, koło Valkenburga. Wtedy też mieszkałam otoczona polami. Tak samo jak dziś wyszłam na spacer z białym psem. Wtedy wszystko było inaczej.

"Pozimie" nie jest przedwiośniem. Przyroda ociąga się z radością. Nie pozwala sobie jeszcze na śpiew i kolorowe fanaberie. Przede mną rozciąga się spokojny pejzaż. Winnice wmieszane w sady. To z pewnością czereśnie. Poznaję je po grubych pniach i cienkich gałęziach. Wrócę tu za niedługo. Dalej, tuż za kamiennymi murkami zaczyna się jakaś posiadłość.

Na szczycie wyżyny piętrzy się willa. W Polsce, nazwano by to zameczkiem. Ale we Francji zameczek, to jak polski pałac. Tu takich wielkich , starych domostw, co krok, co miejscowość. Teren wokół jest zadbany. Niebo przegląda się w wielkich oknach. Czasami promień słońca padnie i błyszczy niczym brylant. Białe okiennice zapraszają, to ciepło do środka. Taka chałupa , myślę, to musi być strasznie wychłodzona po zimie. Przecież nikt tego nigdy tutaj nie izoluje. Odpycham te drobnomieszczańskie myśli. Co tam zima!

Jakby na przekór chłodnym podmuchom wiatru, siadam na pożółkłej trawie. Rozciągam się na miękkim dywanie i zdejmuję okulary. Bombil, zachwycony, robi to samo. A misiowaty Baca, wielkim cielskiem wciska się między nas, przygniatając nasze lenistwo.

Na chwilę nie jestem ani matką, ani żoną. Na chwilę, znów jestem dziewczyną, która chciała zawsze, od dziecka mieć psa. I teraz nareszcie go ma. Z rozpuszczonymi włosami, bez okularów, znów leżę , jak 15 lat temu, na wyczerpanej zimą ziemi. Nie muszę nikomu nic tłumaczyć. Nie mam niepotrzebnego telefonu w kieszeni, dokumentów, nawet torebki z czerwoną szminką. Nie martwię się przez chwilę, nie tęsknię i nie gonię czasu. Po prostu jestem sobą, tak bardzo, że aż śmiać mi się chce.

Nie słychać pobliskiego Lyonu, bo zefir szumi głośno w trawach. Nie słychać samochodów, bo w południe nikomu nie chce się tu jeździć. Wszyscy pałaszują, a ja tak leżę sobie na tym otwartym polu, z dwoma białymi psami i wracam do samej siebie.

 
czwartek, 08 marca 2012
Dzień Kobiet
- Co to znaczy , że dziś jest Dzień Kobiet?

- To znaczy , że dzisiejszy dzień jest dniem, kiedy świętuje się istnienie kobiet... nie lubię, jest sztuczne..

- Ojej, ty nie lubisz swoich urodzin, nie lubisz Sylwestra, a teraz Dnia kobiet. Mamo dziwna jesteś...- Armand martwi się, że ma inną mamę jak wszystkie.

- To jest nie tak. Bardzo lubię Dzień Matki i Dzień Dziecka, zupełnie nieznany we Francji. Ale ten dzisiejszy...

- A kiedy jest Dzień mężczyzn?- ciągnie Eliot.

- Nie wiem, bo się tego nie świętuje.

- To głupie i niesprawiedliwe. Czemu wymyślono ten Dzień kobiet?

- Bo od zawsze kobiety, były wykorzystywane przez mężczyzn. Chodzi o to żeby przypomnieć panom , że ich świat bez nas nie mógłby istnieć, że jesteśmy ich matkami, żonami, siostrami i babkami.  Od zawsze kobiety miały mniej praw, więcej obowiązków, mniej wolności, a teraz mają jeszcze więcej obowiązków i niższe pensje za tę samą pracę.

- Mamo, to okropne być kobietą!

- No nie, nie tak bardzo. Mamy przecież dzisiejsze święto - odpowiadam śmiejąc się na głos.

- A czy jest dzień psa?

- No pewnie, i psa, i kota...

- A żółwia?

- No , żółwia, chyba nie. - Odpowiadam porównując się w myślach do gadów.

- Aaa, to żółwi, nikt nigdy, nie wykorzystywał?-zastanawiał się Armand.

- Dzień Kobiet lub nie , ale ja nie będę dziś całował nauczycielki - zdecydował buntowniczo Eliot.
wtorek, 06 marca 2012
poniedziałek, 05 marca 2012
Polityka żab
Francuska demokracja daje mi się we znaki. Za dwa miesiące ma tutaj rządzić nowy prezydent. Dylemat lewicowo-prawicowy wstrząsa narodem. Media młócą do bólu wypowiedzi kandydatów.

5 lat temu bardzo się w to zaangażowałam emocjonalnie. Sarkozy kazał wtedy wierzyć, że zmieni Francję. Wydawało mi się, że nareszcie, do władzy doszedł ktoś, kto mówi normalnie o bolączkach społeczeństwa i kto, bez pardonu, rozprawi się z socjalistyczną mentalnością Francuzów. Cieszyłam się, że to, co mi tak bardzo przeszkadza w codzienności francuskiej, odejdzie w przeszłość. Pomyliłam się. Mój mąż lepiej zna swój kraj. W końcu też Francuz choć, co nieczęste tutaj, o liberalnych poglądach, więc wątpił w mój entuzjazm. Tłumaczył mi, "nie uda się, bo Nicolas jest dzieckiem spokojnego Neuilly, nie będzie wprowadzał rewolucji i chce być wybrany jeszcze raz, więc nie złamie ducha socjalizmu ". Niestety miał rację. 5 lat minęło, a lewacka Francja dalej jest, gdzie była. Można tylko pogratulować obecnemu prezydentowi , że nie udało mu się popsuć bardziej tego i tak zardzewiałego systemu.

Dziś, obok Sarkoziego - nie lewicowego nie liberała, na scenie wyborczej Republiki liczą się Francois Hollande - lewicowy burżuj politruk, Marine Le Pen - "prawdziwa" Francuzka, o poglądach prawicowych z socjalistycznymi ciągotami, Melenchon - komuch i uparty Bayrou - ni z lewa , ni z prawa, zdrowy , chłopski filozof.

W takiej sytuacji, mogę sobie pogratulować własnego, obywatelskiego, wyboru. W przeciwieństwie do wielu moich polskich rodaków,nigdy nie naturalizuję się i nie będę Francuzką. Nie mam zatem problemu i nie muszę głosować na żadnego z obecnych polityków. Patrząc "zimnym", liberalnym okiem, pośród wszystkich kandydatów nie ma ani jednego, który chce zbudzić Francję z socjalistycznego, leniwego snu.

5 lat temu uwierzyłam Sarkoziemu. Myślałam, że przy jego energii, możliwa jest zmiana. Wraz ze mną uwierzyło wielu Francuzów. Nie wiem, jak wielu było przekonanych o potrzebie "desocjalizmu". Jednak, wszyscy chcieli zdecydowanych kroków. Sarkozy zawiódł. Pewnie dlatego dzisiaj, nie budzi już entuzjazmu. Mimo wielu reform, nie był prezydentem, który, jak angielska Żelazna Dama, zmienił tok historii własnego kraju. Nie potrafił nawet sprawować tej funkcji ze znaną z poprzednich prezydentur dystynkcją. Może jego prywatny rozwodowy dramat, a może kryzys ogólnoświatowy, a może zwykły brak determinacji i odwagi, sprawiły , że Sarkozy nie doprowadził do załamania się socjalizmu we Francji. Jedynie panował nad tym, żeby system nie doprowadził do wyniszczenia kraju. Zresztą, fiasko nie jest takie proste, bo genialna infrastruktura, niezależność energetyczna i prywatne bogactwo obywateli, jak i wielkość państwa, chronią go nadal od greckiej katastrofy. 

Tak czy inaczej głosowanie na Sarkoziego po raz drugi, zapewniłoby utrzymanie względnej egzystencji Francji, w jako takim bezruchu. Takie rozwiązanie wydaje się najmniejszym złem. Dla Europy natomiast, jest to wybór najbardziej bezpieczny i korzystny.

Na drugim, ideologicznie biegunie, stoi Hollande - to najgorsza opcja, typowo lewicowa. Moim zdaniem zwykły politruk, który nie zaryzykował politycznie ani razu. Należy do elit paryskich socjalistów, tych, co to dają lekcje moralności wszystkim i mówią o biedzie przy szampanie. Nie był nigdy ministrem, a jako szef partii socjalistycznej nie proponował nic, poza krytyką prawicy. Ani talent polityczny, ani oratorski. Od wielu tygodni usilnie imituje Mitteranda. Program oparł głównie na wydawaniu pieniędzy państwowych i sprzecznych propozycji. Zresztą, cóż może zaproponować socjalista, poza utopią?

Francuz, w pełni tego słowa znaczeniu. Gaduła, żartowniś, lubi dobrze pojeść, popić i poświntuszyć. Totalnie zamknięty na świat poza Francją i arogant do bólu. Pojawienie się go na scenie polityki europejskiej z pewnością wywoła kontrowersje,jak i już widoczną niechęć krajów decydujących o losach kontynentu. Hollande drażni dwulicowością. To taki typ nowobogackiego, paryskiego burżuja, który nie chce mieć nic wspólnego z Arabami, ale się nimi oficjalnie otacza, dla zdobycia elektoratu. Podlizuje się związkowcom, ale przyjaźni z milionerami. Wmawia biednym, że powinni być bogaci, zabierając bogatszym. Czyli typowy, francusko socjalistyczny bełkot, w imię dwusetletniej ideologii równości i braterstwa. Coś, co osobiście może tylko śmieszyć w kraju, gdzie grupy społecznie, jak bogate mieszczaństwo, urzędnicy państwowi, robotnicy, rolnicy, bezrobotni i  wyginający rzemieślnicy, prywatni przedsiębiorcy, jak i post kolonijni emigranci, nie znajdują w ogóle wspólnego języka.

Hollande - prezydent, nie doprowadzi do ruiny Francji, ale ją ośmieszy i poddusi finansowo pracujących, jeszcze uczciwie ludzi. Kłamczuch, da dużo satysfakcji leniom, ale i budżetowym syndykalistom. Ma dużą szansę na wygraną, bo Francuzi myślą lewicowo, lubią farbowane lisy, lubią slogany o sprawiedliwości, a nieuczciwość polityczną, jak i moralną, nigdy nie uznawali za dyskwalifikującą wadę. Na samą myśl o tym dostaję gęsiej skórki. Nie da się chyba rządzić Francją kawałami?

Innym moim "ulubieńcem" jest Melenchon. Komuch, jakich tu mało, ale jeszcze są. Drepcze w cieniu socjalistycznego Francois. Nie liczy się politycznie, ale czerwieni ostro poziom dyskusji. Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku, w nowoczesnym kraju, są ludzie o marksistowskich poglądach, żywcem wyrwanych z XIX wieku. A może, to wcale nie jest taki nowoczesny kraj? No cóż , Francuzi to naród histo(e)ryczny, więc kultywują takie komunistyczne kwiatki.

I po raz kolejny - Bayrou. Wzbudza we mnie sympatię i zaufanie. Taki miły Francuz, co to lubi być Francuzem, przywiązanym do własnej ziemi. Panu Bogu da świeczkę, a i dla rogatego coś się znajdzie. Myślę,że byłby dobrym prezydentem. Spokojny ojciec dużej rodziny. Sumiennie chodziłby do pracy, pogadał z każdym, posłuchał. Kulturalny, uczciwy facet. Cierpliwie przekonywałby, że nie da się tylko jeździć na wakacje, i że trzeba normalnie pracować i oddać w końcu zaciągnięte długi. Może nie ma w sobie talentu do rozwalania socjalnego gmaszyska ale, tak cegła, po cegle, może by zmusił Francuzów do roboty? Niestety, zbyt wyważony, za mało rozkrzyczany i zbyt mało paryski. Porusza niewygodne tematy . Nie wygra. Małe ma poparcie wśród elit.

I wreszcie Marine Le Pen. Prawdziwa córka, swego, prawdziwie francuskiego ojca. Jedyna , która ma odwagę mówić o wszystkich chorobach aktualnej Francji. Do tego, pozbyła się negacjonizmu historycznego, jaki charakteryzował niepoprawnego tatusia. Prawniczka , młoda i charyzmatyczna. Inteligentna blondynka, jak mówią niektórzy z przekąsem. Sprytnie wyleczyła się z natrętnego rasizmu swego ojca. Denerwuje coraz bardziej lewicującą dialektyką. Ale myślę, że nie ma wyboru, jeśli chce wygrać, musi sięgnąć po elektorat robotniczy.

Minusem Marine jest niewątpliwie jej nacjonalistyczny rodowód i dość radykalny pogląd na politykę zagraniczną Francji. Może sobie na to pozwolić, albowiem wie, że chyba nie ma szans na wygraną. Od niedawna, przedstawia interesujące rozwiązania ekonomiczne i logiczne propozycje wyjścia z gospodarczego impasu. Jest jedyną Francuzką , która odważnie krytykuje rozbuchany system pomocy socjalnej, chore podejście do macierzyństwa a la francaise i ewidentne fiasko francuskiej edukacji.

Jedyna, która otwarcie mówi o tym, co wielu Francuzów szepcze w domowym zaciszu. Bez ogródek przeciwstawia się islamizacji przedmieść i coraz większym przywilejom dawanym muzułmanom, wbrew laickim tradycjom Republiki. Jedyna, domaga się ochrony europejskiego rynku przed hegemonią azjatyckich produktów. I jako absolutnie jednostkowy polityk, krytykuje biurokrację europejską, która blokuje sprawne działanie Unii.

Niestety, Marine nie ma zaplecza politycznego. Zbyt mało w niej profesjonalizmu. Nie jest dogłębnie przygotowana i merytorycznie musi pogłębiać wiedzę na temat ekonomi, funkcjonowania Francji. Nie ma wokół niej ludzi, którzy potrafiliby rządzić Republiką. Zbyt mało specjalistów, zbyt dużo tępych ksenofobów i ludzi starej generacji. Nie uniosłaby ciężaru prezydentury. Zbyt młodym jest politykiem bez międzynarodowej sympatii, i potrzebnego doświadczenia. Zbyt bardzo budzi lęk po swoim ojcu. Jedno jest pewne, jako jedyna, zdaje się wyrażać prawdę, bez politycznie poprawnych sloganów.

Nie byłam nigdy fanką jej rodzimej partii. Jednak wypowiedzi Marine, obraz Francji, jaką definiuje i jak chciałaby ją zmienić, często odzwierciedla moją i bardzo wielu Francuzów, opinię. Jest najbardziej odważnym kandydatem .

Reszta to peleton i istnieje przez mgłę. Zieloni, wybrali sobie na czelę panią Joly. Kuriozum polityczne o podwójnym obywatelstwie. Norweżko-francuzka, o poglądach kosmicznych. Francuzi są może socjalistycznie skrzywieni, to jednak nie samobójcy, więc ta pani Joly , nie będzie zagrożeniem, ani dla Hollande'a, ani dla Sarkoziego.

Wszystko zapowiada się na pojedynek tych dwóch. A zatem ja idę na polityczne wagary. Przysłuchuję się coraz mniej, i z coraz mniejszą nadzieją patrzę w przyszłość. Podobnie jak kiedyś, gdy doszedł do władzy Miller, a potem zaczęła się lepperiada. Wraz z pisowskimi rządami w ogóle przestałam myśleć o polskiej polityce. Taka banicja poglądowa. Ale, z wygraną Tuska, odzyskałam wiarę w rozum. Choć i tak, nie wszyscy z paczki mnie przekonują.

Rodzimy Donald jest politykiem, jakich lubię, choć też, czasami, zbyt bardzo przypomina mi ostrożnością Nicolasa. Ten ostatni, z powodu braku determinacji w reformowaniu kraju, może dziś przegrać wybory, a wtedy zbiorą się czarne chmury nad Francją. I będę jeździć na krótsze wakacje i kupować mniej butów.
 
Na razie, wokół francuskich stacji benzynowych, przy Leclercu, ludzie stoją w wielkich kolejkach. Tam podobno taniej dają, bo ktoś wpadł na pomysł zablokowania cen paliw mimo galopujących cen za baryłkę. Mamy 2012 rok, a Francuzi tworzą ogonki i się cieszą, że tak im się uda lepiej żyć. Peerelu czyś dotarł i tu? Aż strach się bać.
........................................................................................

ps.Wczoraj wieczorem, tj 6 marca, Nicolas Sarkozy brał udział , jako główny bohater, w telewizyjnym programie "Słowa i czyny". I muszę przyznać, że jestem pełna podziwu. Ten człowiek posiada niesłychaną zdolność do przekonywania, do własnych poglądów. W skali 1 do 10 daję mu 11! Cóż za znajomość tematu, jak wspaniałe przygotowanie merytoryczne, cóż za energia, uczciwość wypowiedzi! Wciąż zbyt mało liberalizmu, ale Francja już tak ma. Natomiast, niewątpliwie, jest to człowiek o niezwykłym talencie politycznym. Brawo.
Sarkozy nabrał ogłady, otwarcie przyznał się do popełnionych błędów, nareszcie skrytykował to obsesyjne, u Francuzów, a zwłaszcza u francuskich dziennikarzy, napiętnowanie ludzi zamożnych. Okazał się politykiem po raz kolejny, pełnym humanizmu i głębokiej wrażliwości. Bardzo konkretnie przedstawił plan leczenia francuskiej gospodarki. Zaproponował bardzo sprawiedliwe reformy . Nie wpadając w lepenowską nutę, umiał dać konkretne propozycje, by kontrolować  emigrację. Okazał bardzo
ludzkie podejście do tego problemu .

W pojedynku z byłym premierem, socjalistycznym Fabiusem, nie zawahał się ani chwili, ocenić krytycznie prezydenturę, lewicowego guru Mitteranda. Wytknąć słabość Hollanda i dwulicowość całej partii socjalistycznej.

Jedynym minusem prezydenta wydał mi się jego upór w utrzymywaniu socjalnego charakteru państwa. Jednak większość Francuzów chce właśnie takiej Francji, więc cóż mi do tego. Jeśli nie chcę żyć jak oni, powinnam stąd wyjechać.

 Sarkozy, pośród wszystkich kandydatów jest jedynym, jaki zasługuje na poparcie. Nikt bowiem z wymienionych wyżej nie posiada charyzmy międzynarodowej. Nikt nie proponuje równie konkretnego scenariusza .  Przekonał mnie i zachwycił absolutnym profesjonalizmem. W Polsce , nie znam ani jednego polityka , który jest tak wspaniale przygotowany do polityki, o takiej wiedzy i takim doświadczeniu jak Sarkozy.
Oby mu się udało wygrać.