Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 19 marca 2010
Przedwiośnie po francusku

.
Słońce świeci jak na wiosnę przystało i budzi do życia uśpioną zimą przyrodę. Lyon znów będzie dusił się pod parasolem gęstej zawiesiny spalin i wyziewów pobliskich fabryk. W radio dziennikarze powtarzać będą jak memento, żeby lepiej nie wychodzić, nie spacerować, nie otwierać okien. Ale wszyscy spragnieni ciepła i tak nie będą słuchać komunikatów.

Jest połowa marca. W sobotę nieodwołalnie zacznie się wiosna. I czy podoba się dziennikarzom czy nie, koniec zimy wypchnie nas wszystkich na ulice, do parku i na tarasy liońskich restauracji.

Zawiozłam dzieci do szkoły, pobłogosławiłam ich nowy dzień i zawróciłam do domu. Postanowiłam przejechać się boczną dróżką. Mieszkamy poza miastem. W jednej z tych miejscowości, co jak winogrona podoczepiane są do głównej gałęzi liońskiego drzewa. Minęłam sady czereśniowe. Minęłam szeregi brzoskwiń . Już niedługo zaleją się rumieńcem fioletowych kwiatów. Porobię zdjęcia i będzie jak co roku. Pod stopami wilgotna zieleń a nad głową wyciągnięte ramiona nieruchomo tańczących drzew.
-Poloneza im się zachciało! Usłyszałam zamyślona pośród jeszcze gołych sadów. Tak mi tęskno do prawdziwej wiosny. Marzę sobie jak to będzie za dwa, trzy tygodnie. Z jednej strony białe kwiaty czereśni, z drugiej delikatne jabłonie, grusze i różowe jak rokokowe damy brzoskwinie.

-Poloneza im się zachciało! Powtórzył zniecierpliwiony głos tuż za mną. Odwróciłam się niechętnie w stronę natręta. Jakiego poloneza? Co pan wygaduje? Stojąca opodal czapla kroczyła spokojnie między drzewami.
-Przecież widać ,że jestem kobietą. Czapla a nie czapel. To , że mam głos po zimie zjechany nie znaczy, żeby mnie od razu od samców wyzywać. Te drzewa jak zakwitną znów będą poloneza tańczyć? A przecież wiadomo , że drzewa nie mogą tańczyć, bo stoją. Pani będzie pstrykać te swoje fotografie i dzieciakom ciemnoty wciskać , że sad wygląda jakby poloneza odstawiał. Ech bzdury.

Odleciała trzepocząc dystyngowanie wielkimi skrzydłami. Może ma rację. Bzdury. Winnice opodal ciągną się sznurami. Korytarze krzewów niczym labirynt kryją w sobie tajemnicę smaku. Parę kilometrów ziemi. Wzgórze na którego szczycie cierpliwie zbito kamienie w dom-zamek. Każdy krzaczek jest już przycięty. Nowe pędy będą mogły się odrodzić. Małe paluszki wyciągać, zawijać wokół rozciągniętych niczym pięciolinia drutów. Każdy krzaczek niczym uparta nuta będzie trzymał się swojego dźwięku. Wypuści liście, zielone pętelki zakręconych wąsów łapczywie będą połykały każdy promień słońca. Każda roślina urodzi drobne kupki kulek. Wiatr rozczesze te kłębuszki. Deszcz napoi wodą. Ciepło lata doda słodyczy. We wrześniu ciężkie grona niczym grzech ciążyć będą na dorodnym krzaku. A potem będzie wino.

- Jaki grzech? Coś ty? Popatrz jak jest fajnie. Skaczę, skaczę i nikt mnie nie widzi. Tu listek, tam trawka. Kurcze, wiosna w zagrodzie, a ty jakieś banialuki ludziom opowiadasz.
Ponad jednym ze sznurów winnic fikał niczym na trampolinie zając. Zwykły szarak jakich wiele. Łapkami strzepnął rosę z uszu i darł się na całe gardło, że mu dobrze. Nim się zorientowałam, już go nie było.
Wracając do samochodu , w ubłoconych przedwiośniem butach, zastanawiałam się nad sobą.
Nie ćpam, nie piję, wariatów w rodzinie też nie mam. Od dwóch dni słońce grzeje, ale to nie powód żeby mieć takie halucynacje. Wsiadłam do auta i czym prędzej uciekłam do domu.
Już mam doń wchodzić, gdy zza parkanu mały krasnal z gołym tyłkiem wykrzykuje skrzypiącym głosem. - Dzień wagarowicza, dzień wagarowicza! Zmywam się z tej bajki i lecę do piekarni!
O rany, to ten krasnal od piekarzowej. Był kiedyś taki jeden . Zakochał się w jej biuście i nie chciał wyjść ze stanika. To było jeszcze wtedy, gdy mieszkałam w Condrieu. Wacek miał na imię. Mieszkał na strychu w starym bucie. Wlazł mi do portfela i z pieniędzmi, gdy płaciłam za bułkę, dał dyla w ogromny dekolt piekarzowej. Kobieta słusznej wagi nawet nie zauważyła , że krasnal prawie utopił się w jej piersiach. Potem znalazłam liścik w pelargoniach ,że nieszczęśliwie był zakochany i zwiał do Polski.
Chłopie wróciłeś, miło cię widzieć, wydusiłam rozbawiona.
A on tylko pokazał mi gołe pośladki , majtnął długą brodą i krzyknął, że się świetnie bawi we Francji na wiosnę.
Zniknął jak ten zając i tyle go było widać.
Usiadłam do komputera. Napiłam się kawy i opisałam mój ranek.
A gdy skończyłam, pod nogami usłyszałam westchnienie psa.
- Ale zboczeniec z tego Wacka. Co za świństwo, żeby tak w bułkach, z gołym tyłkiem...

         

czwartek, 18 marca 2010
Zaproszenie na nową wystawę Emocjonalistów

11:55, fabella
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 marca 2010
Śmiech Arlekina
Francja to taki kraj w którym nie ma dnia bez strajku. Najczęściej przerywają pracę kierowcy autobusów miejskich, motorniczy kolejek podmiejskich, metra i pociągów. Z nimi solidaryzują się inni. Bardzo często są to nauczyciele. Zawsze wtedy gdy ma być przeprowadzona reforma edukacji narodowej. A ponieważ we Francji ciągle się reformuje wszystko, a zwłaszcza szkolnictwo, więc bez ustanku szkoły strajkują. Część rodziców rozumie, część narzeka, część protestuje wraz ze strajkującymi. Z reform nie wynika absolutnie nic poza faktem, iż poziom nauczania na etapie podstawowym i średnim jest coraz niższy. Myślę ,że najmłodsze pokolenie Francuzów będzie jedną z najgorzej przygotowanych do życia generacji w przyszłej Europie.

Przez pierwsze lata po urodzeniu opiekują się dziećmi niańki, ale również i żłobki. Tam przypada na jedną "mamę zastępczą" ośmioro niemowląt.
Ma to się wkrótce zmienić na dwanaścioro. Dlatego od wczoraj strajkują też żłobki. Paniom, jak się wydaje brakuje rąk, do przewijania i karmienia bobasów. Na nic więcej nie mają czasu. Ich sztuczne macierzyństwo sprowadza się do zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych małego homo sapiens.  Armia opiekunek prywatnych i żłobki zapewniają przyszłość nowoczesnego społeczeństwa francuskiego, gdzie nie ma miejsca na wychowywanie dzieci przez ich własnych rodziców.
Ten ostatni wybór jest powszechnie krytykowany jako degradujący pozycję kobiety w społeczeństwie. Natomiast rola tatusia, nigdy nie urosła w tym kraju do pozycji Rodzica.
Między strajkami żłobków, szkół niewiele uczących, komunikacji nie komunikującej czy można czasami znaleźć we Francji trochę szczęścia?
.


Jeżeli nie da się dobrze nauczyć francuskiego, bo nauczyciele robią nagminnie błędy ortograficzne lub są na zwolnieniu, między jednym , a drugim strajkiem. Jeżeli nie da się dojechać do pracy, bo pociągi stoją, a korki uniemożliwiają dojazd gdziekolwiek. Jeżeli nie da się pójść nawet do lekarza z rodzącą się depresją, bo ci też zamknęli gabinety , w proteście przeciwko...

Wtedy, można spakować manatki i pojechać na Południe.
.
.


Tam znajduje się małe miasteczko Limoux. Jego mieszkańcy niewiele pracują. Niewiele mają. Niewiele się też przejmują brakiem pracy i "mało-posiadaniem". Otwierają sklepy o 10tej. Zamykają w południe na obiad. Potem śpią, bo siesta rzecz święta. Pracują troszeczkę popołudniu. Ale niezbyt długo , bo przecież aperitif i znajomi czekają. Wieczorem długo biesiadują i gadają. Głównie o sąsiadach, o polityce, o winogronach wokół rosnących. Mówią też o karnawale. Bo karnawał w Limoux trwa od Sylwestra do końca marca. W każdą niedzielę aż do święta blanquette. Jest to wino musujące, najbardziej znane we Francji po szampanie. Trunek słodki, delikatnie szczypiący podniebienie, króluje na stołach regionalnych domów. Każde rodzące się limuksiątko chrzczone jest kropelką blanquette, jaką się wlewa do buzi dziecka zaraz po urodzeniu. Mój mąż tak samo witał naszych synków. Mimo, że urodzeni daleko, też są związani na życie z tym wdzięcznym winem.

A w Limoux, przez trzy miesiące w każdy weekend, zbierają się na placu centralnym grupy przebranych ludzi i wraz z orkiestrami piętnasto-osobowymi świętują . Tańczą i grają przemieszczając się z baru do baru, gdzie goszczeni są oczywiście - kieliszkiem blanquette. Mężczyźni, kobiety , starzy, młodzi tańczą w rytm typowej, regionalnej muzyki . Każda grupa ma te same kostiumy. Każda własną orkiestrę. Odpowiednią nazwę.
.



Rano przebierańcy noszą maski tematyczne, związane z polityką lub profesją.
Po 17tej na plac wychodzą grupy pięknych pierrotów. Raz są zielone, raz niebieskie, czerwone. Po 22ej znowu można spotkać te same roztańczone postacie. Tylko , że taniec jest wolniejszy, bajeczny, tajemniczy. Magia gestu, ukrytego pod maską spojrzenia i przez wieki powtarzanego rytuału.
Pod arkadami kwadratowego placu, przechodzą korowody muzyków, pierrotów raz uśmiechniętych, raz nostalgicznych. Zakrytymi szczelnie dłońmi gestykulują niczym hiszpańskie tancerki. Wywijają nad głowami długimi witkami. Raz po raz któryś z tancerzy dotyka swoją różdżką gapiów. Wtedy na głowę szczęściarza wysypuje się deszcze konfetti, jakie w torbach noszą inne pierroty.

Muzyka rytmicznie porywa ciało, a z nim duszę. Wciąż przypomina, że to kraina oksytańska. Duże pierroty spoglądają zza wyrazistych masek spokojne, królując ponad wszystkimi. Jakby były z innej bajki wyginają do tyłu swoje kolorowe jestestwa.Wiedzą , że chroni je rytuał sekretu. Nikomu nie wolno dotknąć przebrania. Występek taki jest karany  nienawiścią zebranych. Nikt nie odważyłby się dokonać takiej zniewagi.
.


 Pierroty otwierają szeroko ramiona  jakby oddawały serce jakiemuś nieznanemu bożkowi. Kręcą się, by raz po raz utulić w jedwabnych, kunsztownie przygotowanych ubraniach małe dzieci .  Te też są zakryte. Nikt im nie mówił jak mają tańczyć.  Należą do tego świata i idealnie naśladują rozmarzenie starszych.
.


Gapie skupiają się w zachwycie. Arlekiny od czasu do czasu rzucają swoje zaciekawienie szarymi ludźmi. Im bardziej znany mieszkaniec Limoux , tym większe zainteresowanie pierrotów.
Mój mąż doskonale zna te pieśni, tańce, gesty. Ileż razy sam był takim rozmarzonym człowiekiem -lalką. Teraz stoi ze mną wśród tłumu. Dzieli się z własnymi dziećmi tym cudownym widokiem.
.

Jeden z pierrotów wyciąga ku nam swoją carabène. Poznał pewnie kolegę z klasy, albo sąsiada. Gapie rozsuwają się z szacunkiem. Armand spogląda ze zdziwieniem, gdy na głowę jego dużego taty biała ręka pajaca sypie konfetti. W chwilę później nasz synek porwany jest przez uśmiechnięte maski. Raz po raz ginie jego śliczna buzia w fałdach kostiumu tańczącego pierrota. Wiruje nie mogąc się uwolnić.
.


.
Mamo, mamooo ja chcę do ciebie !!!!
Uspakajam go. Oddano mi dziecko pośród radości tłumu. Synku nie bój się, właśnie przyjęli cię do rodziny. Teraz jesteś w tej samej historii. Zobacz Eliot już zna ten taniec. On wie , że te magiczne istoty kryją w swoim przebraniu własne życie. Że chcą podzielić się swoją magią. Może jest wśród nich wasz wujek, wasza babcia, ciocia, albo znajomy? Nigdy się nie dowiesz. Musisz ich kochać tak jak one ukochały marzenie karnawału. Zaufaj ich bajce.
.



Chłodny wiatr przypomina , że zima jeszcze króluje nad szczytami Pirenejów. Jeszcze parę godzin temu doskonale widać było ich szlachetnie wybielone rysy. Jest już noc. Porcelanowe twarze wciąż tańczących pierrotów rozświetlają teraz zapalone lampy. Nie widać zmęczenia. Przecież maska trwa wiecznie. Jeden arlekin zawieruszył się samotnie koło wyciszonej fontanny. Wyciągnął otwartą dłoń, na której płatki konfetti zmieszały się z padającym śniegiem. Spojrzał spokojnie w stronę granatu nieba. Czyż tam , na górze też jest karnawał?
.

 
.
Tuląc do snu dzieci usłyszałam rozmarzony szept Armanda. Jutro też zobaczymy pierroty? Eliot rzeczowo rozwiał tęskną nadzieję. Nie - bo one żyją tylko w niedzielę, tylko w Limoux , tylko podczas karnawału.

Rano, po powrocie do Lyonu, usłyszeliśmy w radio , że mobilizacja strajkowa trwa. Karnawał czy sen? Bajka czy fiasko?
Francja. Moja Francja....
.