Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
poniedziałek, 31 marca 2008
Poszkolne rozmowy

Eliot wchodząc do domu - wiesz mamo dlaczego tak długo bawiłem się w ogrodzie?

W odpowiedzi znajduje moje pytające spojrzenie.W chwilę później słyszę wytłumaczenie

- No wiesz, po to żeby się wykończyć. Właśnie jestem wykończony.

*

Armand w samochodzie ogromnie stroskany. - Mamo, czy jak będę duży, to będę mamą czy tatą?

- Synku jak będziesz miał dzieci to na pewno będziesz tatą.

- To będę się nazywał Ajmand Tata?... i po namyśle - a ja bym wolał być babcią i mówić po polsku , no bo jako tata, to musiałbym mówić po fjancusku.

*

Wielobarwny uśmiech Mona Lizy

Kiedy urodziłam swojego pierwszego synka był maj. Mieszkałam wówczas na ulicy: Promenada Mona Lizy, na osiedlu o nazwie "Rezydencja Wielki Wiek". Było to w Wersalu i wszystko zdawało się prawie królewskie. Wypieszczone przez ogrodników alejki, trawniki i wszelakie krzewy tonęły w kwiatach. Nie znam ani nazw tych roślin, ani nawet nazw odcieni, wszystkich barw, jakimi kwitły. Chodziłam na spacery szczęśliwa macierzyństwem i pięknem, jakie mnie otaczało. Obok wózka kroczyła moja Misia. Podhalan w Wersalu, to było coś. Każdy się zatrzymywał, każdy patrzył z podziwem. A ja z zakłopotaniem szukałam jakiegoś bezkwietnego miejsca, żeby pies mógł załatwić to, co miał do załatwienia. Na szczęście opodal był las i tam chadzaliśmy: ja, mój syn i Misia.

Mimo bliskiego sąsiedztwa z Paryżem, nie wybierałam się doń często. No chyba że, musiałam coś załatwić. Ponieważ mąż mój miał i ma nadal pracę "wyjazdową",  często przebywa daleko od domu,  muszę liczyć od zawsze, tylko na własne siły. Jako przeciwniczka nianiek, opiekunek i pomocy do dzieci, a żyjąca daleko od rodziny, brałam ze sobą Eliota i wyruszałam samochodem do stolicy załatwiać sprawy. Ach, cóż to był za horror! Nie kończące się korki na obwodnicy, ja karmiąca piersią z niemowlakiem w samochodzie, smród, hałas i zmęczenie. Parkowanie w Paryżu jest czymś wyjątkowo przykrym, więc szukałam wyłącznie podziemnych parkingów. Strasznym odkryciem były ostatnie schody prowadzące na ulicę. Oczywiście, nikt nie pomagał we wnoszeniu ciężkiego wózka, a wind prawie nigdy nie ma, lub są zepsute. Więc radź sobie matko sama. Chciałaś dziecko, to cierp! Potem slalom po chodnikach, gdzie ludzi całe pielgrzymki, wystawione tablice reklamowe i menu do setek restauracji, zagradzają przejazd wózkiem. Paryż, a zwłaszcza jego centrum, to zdecydowanie nie miejsce dla matki z dzieckiem. To wiem już na pewno. Wracałam wtedy do Wersalu jak do jakiegoś raju na francuskiej ziemi.

Od tego czasu zastanawiam się, jak żyją tam ludzie kalecy, na wózkach lub wszelakich pojazdach inwalidzkich? Po moim doświadczeniu wydaje mi się to absolutnie nie do wyobrażenia. Paryż jest miejscem dla młodych, bezdzietnych, a jak dzietnych, to dorosło-dzietnych ludzi, zdrowych, i najlepiej bogatych. Paryż to również miasto cudowne, o najpiękniejszych perspektywach jakie widziałam. Miejsce dla zakochanych, ciekawych sztuki i koloru, itd.., itd... Wszystko to banały, każdy zna "ochy" i "achy" na temat Paryża. Poznałam go z różnych stron i w różnych momentach mojego życia. Ale i tak, wiem już, że nie jest to miejsce dla mnie... Bo Paryż, potrafi oszukiwać.

Pamiętam jedną z pierwszych iluzji, jaką karmiłam swoje paryskie wyobrażenie. To było po przeczytaniu "Łuku Triumfalnego". Ach, Ravic pijący calvadosa w jednej z knajpek paryskiego wieczoru z tajemniczą Joanną Madou... Byłam licealistką i też tak chciałam. W jakiś czas później znalazłam się z moim "Raviciem" w maleńkiej brasserie, tuż przy St Michel. Było wiosennie ciepło. Roześmiani turyści zatrzymywali się raz po raz w wejściu.  Mały, okrągły, stolik z marmurowym blatem i wyrzeźbioną nogą dzielił nasze zakochanie. Zamknęłam oczy i poprosiłam o calvados. Pękaty kieliszek wypełnił moją dłoń. Wzruszona sceną, Paryżem wokół żyjącym, dotknęłam ustami złotego alkoholu. Wstrzymałam oddech wiedząc, że trunek będzie miał mocny smak. Nigdy wcześniej go nie piłam, ale przecież Remarque tak wspaniale o nim pisał. Wiedziałam, że będzie to moment, którego nie zapomnę.

Stało się nagle. Spalone wargi domagały się wody. Gardło wypełnił ognisty calvados. Płyn miał chyba najgorszy smak jaki próbowałam. Chciało mi się uciec, schować w najmniejszą dziurkę paryskiej restauracji. Mój ukochany turlał się ze śmiechu, gdy ja wycierałam łzy ze skrzywionej, smakiem twarzy. Ach Joanno jak mogłaś? Jak mogłaś pić to okropieństwo?!!

Wieczór zakończył się miło, ale już nigdy nie dam się nabrać na literackie opowieści.

Mimo to, wracam do Paryża z pewną nostalgią. Tyle tam piękna i historii. Tyle książek napisanych, tyle opowieści. Od mostu do mostu, od ulicy do ulicy, można chodzić, chodzić i końca nie ma. A gdy już zmęczenie dopadnie ciało, to zawsze można pojechać do Wersalu. Wysiąść na malutkiej stacji, tuż przed Versailles Rive Droite, potem przejść przez tory i dojść do Rezydencji Wielkiego Wieku. Tam znajdzie się zawsze mała ławeczka, cichy krzew, na Promenadzie Mona Lizy, tuż we wspomnieniach... Tylko proszę pamiętać, musi być koniecznie maj. Wtedy jest tam najbardziej kolorowo.

Ach i jeszcze jeden drobiazg - nie polecam zabierać ze sobą Podhalanów, mało tam dla nich miejsca.

*

(fot.parc Gerland w Lyonie dzisiaj rano.)

czwartek, 27 marca 2008
Frapolski

W ramach rozbuchanej wiosny i przycinania ogrodu poszłam wczoraj do fryzjera z moimi krasnalami. Pani tak ładnie ostrzygła jednego i drugiego synka, że mi też się zachciało. Dzieci poszły pograć w piłkę na trawniku przed salonem fryzjerskim, a ja usiadłam z miną kogoś, kto się nie boi. No i po raz pierwszy od lat trzydziestu mam grzywkę. Odmłodziłam się tym zakryciem wiecznie marszczącego się czoła i bardzo zadowolona pokazałam swojej dziatwie. Armand zrobił zdziwione oczy i powiadomił mnie,że mnie nie poznaje. Eliot spytał się, co mi się stało, bo matka od zawsze bezzmienną jest. Zmartwiłam się ciutek, ale raz włos ścięty od razu nie odrasta. Strapiona, zatem wyszłam od fryzjera i patrzę na moje nie mniej strapione pociechy. W końcu Armand ulitował się nade mną i powiedział: - wiesz mamo śliczna ta twoja kłafurka!

(A dla wszystkich nie znających francuskiego dodam coiffure (kłafiure) to po francusku - fryzura.)
poniedziałek, 24 marca 2008
Wesołych Świąt

Wesołych Świąt życzę wszystkim mnie odwiedzającym. Byście zawsze byli  kochani przez Tych których kochacie, by radość chroniła Was przed żalem i smutkami.

Spędzam te Święta daleko od moich bliskich, rodziców, cioć i nawet męża. Musiał wylecieć do pracy do Chin, wczesnym rankiem, w wielkanocną niedzielę. Życie jest czasami mało wesołe. Na szczęście z dziećmi mamy wspólną radość bycia razem.

Dzisiaj jesteśmy w gronie przyjaciół. Będziemy jeść mazurki, zrobione przez panią domu i jajka faszerowane, jakie przygotowałam wcześniej. Będziemy mówić po polsku, a nasze dzieci będą się polewać wodą na ulicy, czego naturalnie nikt w Lyonie nie zrozumie. Jedynie umazane czekoladą buzie będą wskazywały na to, że dzieci są jednak Francuzami.

We Francji w Wielkanoc chowa się w domu i w ogrodzie czekoladowe jajka. Maluchy znajdują je i objadają się słodyczami przez całe dwa dni. 

 

 Tak jest i u nas w rodzinie. Pies dzielnie pomaga w odnajdowaniu czekoladowych skarbów, a chłopcy z okrzykami radości zbierają do koszyka jajka, kurki i zajączki. Kiedyś była to nasza kochana, podhalanka Misia. Znajdowała wszystko to, co ukrywałam w gałęziach krzaków. Dzisiaj, mały Bombil robi podkopy pod tymi samymi roślinami z nadzieją, że może coś w końcu spadnie i dla niego. Wczoraj spadł głównie śnieg, bo jajka zabrali chłopcy. Może w przyszłym roku uda się Bombilowi coś więcej zdobyć?

Dzień wcześniej w małym koszyczku moi chłopcy nieśli święconkę do kościoła polskiego. Francuzi nie znają tego zwyczaju. Było dużo innych dzieci, dużo rodziców, dużo znajomych. Kilka dziewczynek przebranych w strój krakowski zachwyciło moich synków kolorami koralików i wstążek. Ksiądz modlił się radośnie, a wesoły drobiazg spoglądał łakomie na pachnące kiełbasą koszyczki. Tą samą kiełbasą którą parę dni wcześniej zdobywały polskie matki w jakiś rosyjskich sklepach, czy pod kościołem polskim. Jedna  z nich zadzwoniła do mnie w piątek i z satysfakcją w głosie powiedziała : - Och kochana, przyjdź do nas na święta, udało mi się dostać w kościele trochę kiełbasy. Wczoraj, jeszcze trochę rzucili !

Zamknęłam oczy i myśl przebiegła roześmiana z przeszłości... Ach, "rzucili" jak za dawnych czasów!    

środa, 19 marca 2008
Domy Francji

Carcassonne

sobota, 08 marca 2008
Zakochany Armand

Mój czteroletni synek Armand jest zakochany. Wybranka serca nazywa się Camille. Dziewczynka ma długie blond włosy, pyzatą buzię i spokojny charakter. Armand twierdzi , że ją kocha bo ma "jóżową skójkę jak świnka i ładnie pachnie." Czterolatka odpowiada na uczucie mego syna przyzwoleniem i wypiekami na policzkach. Armand stał się cieniem ukochanej. Wszędzie gdzie ona, to i on. Skacze na jednej nodze wokół niej, gdy tylko przystaje, gładzi długie włosy i uśmiecha się tak mocno, że dołeczki niedługo zostaną mu na stałe. Nawet wtedy gdy się nie śmieje.

Gdy wychodzimy z przedszkola, a ponura babcia różowej Camille zabiera ją na obiad do domu, mój syn z wyprężoną piersią trzyma otwartą, ciężką bramę , pochylony lekko do przodu w królewskim ukłonie. Ostatnio babcia powiedziała , "kochanie doceń to, albowiem Armand jest prawdopodobnie jedynym, pierwszym i ostatnim mężczyzną w twoim życiu, co otwiera przed tobą drzwi. " Nie wiem skąd optymizm owej pani się bierze , ale prawdopodobnie z doświadczenia.

Zastanowiłam się, czy aby czarna wizja smutnej babci nie jest rzeczywistością i przykrym obrazem codziennego życia. Francja to kraj wyzwolonych kobiet i nowoczesnych mężczyzn. Przynajmniej taki obraz samej siebie kultywuje w mediach. Tymczasem mnie się wydaje , że panie ani nie są takie wyzwolone , ani ci panowie nie są nowocześni. Przeciętna Francuzka zdaje się postrzegać emancypację jako odrzucenie macierzyństwa, łagodności i kokieterii. Dlatego kobiety wcale nie walczą z prawem pracy jakie narzuca im tylko trzymiesięczny urlop macierzyński. Wiele pań podejmuje pracę uciekając od płaczu dzieci i kieratu domowego z przeświadczeniem , że tak jest lepiej dla wszystkich. Nie martwi ich fakt , iż tracą wspomnienia z dzieciństwa ich własnych dzieci. W obronie kobiet trzeba jednak dodać iż nie mają wielkiego wyboru. Prawo nie daje kobiecie wychowującej dzieci żadnego statusu. Nie ma ona punktów do emerytury, ani dodatków, pomocy, no chyba ,że narodziła więcej jak dwoje dzieci. Za jedno dziecko przy średnio dobrej pensji męża kobieta nie dostaje centa od państwa. Za dwójkę dzieci około 110 euro. Lepiej jest jak się ma trójkę, bo wtedy i płaci się mniejsze podatki, i można liczyć na więcej pieniędzy. Dlatego pewnie Francuzi robią dzieci lawinowo. Jednak zostając w domu z maluchami punktów do emerytury się nie nalicza, ani nie ma żadnych innych ulg, na jakie mogą liczyć np bezrobotni, albo funkcjonariusze publiczni. Po prostu matka dwójki dzieci nie pracująca zawodowo z wyboru, wychowująca własne dzieci, nie istnieje jako pełnowartościowy obywatel tego kraju. Z takim prawodawstwem trudno się dziwić, że kobiety wybierają pracę niż matkowanie.

Wyzwolone Franuzki chcą wierzyć, że udało im się nareszcie wyemancypować. W rzeczywistości jednak trudno wieczorem spotkać trzydziestoparoletnie mężatki wychodzące z koleżankami do teatru, restauracji czy gdziekolwiek bez ich drugiej połowy. Dziewczyny żyjące w celibacie owszem odważnie idą w świat. Mężatki natomiast, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zupełnie nie mają własnego życia poza pracą i domem. Z własnego doświadczenia widzę , iż wyciągnięcie jakiejkolwiek koleżanki z domu na kolację, kino czy koncert bez męża jest czymś nieosiągalnym. Odmawiają zawsze nieco zakłopotane sytuacją. Francuzka szybciej odda dziecko do opiekunki jak zostawi męża, by rozerwać się w towarzystwie własnych znajomych. No chyba , że w godzinach jego pracy.

Do tego dochodzi jeszcze wykreowany we Francji obraz kobiety silnej, bezkompromisowej, skutkiem czego mało ciepłej i jeszcze mniej uśmiechniętej. Panie nigdy, przenigdy nie obdarzają na ulicy radosnym spojrzeniem. Niewiele przytulają dzieci, a jeśli już to panów, i to tylko na początku miłości. Lodowce w spódnicach bez radości życia kroczą po ulicach, biegają po sklepach jak dzielni myśliwi i starają się wierzyć , że to jest właśnie równość płci , nowoczesność i wyzwolenie.

A co na to panowie? Cóż, panowie nie wyglądają na nieszczęśliwych. Powiedziałabym raczej, że w to im graj. Mają żony przynoszące pieniądze do domu, prowadzące domy, biegające na wywiadówki do szkoły i zawsze trwające u ich boku. Czasami panie mają jednak dosyć, a wtedy rozpada się rodzinny domek. W chwilę później jednak tworzą się nowe scenariusze, rodziny wielo-dzietne, wielo-rodzinne. Dzieci mają dwie mamusie, czterech tatusiów , dziesięć babć i piętnaście opiekunek. Towarzystwo staje się coraz gorzej wychowane, jeśli w ogóle jest jeszcze wychowane, dość smutne i coraz bardziej samotne. To zapomnienie dzieci jest czymś, co chyba najbardziej szokuje mnie w tym tak "oświeconym" społeczeństwie. Wszyscy udają , że Francja wspaniale sobie radzi, bo równo-uprawnienie a la francaise to rzecz święta.

Nikogo już nie dziwi kobieta z papierosem na ulicy, dzieci nie potrafiące jeść kulturalnie, panowie zachowujący się jak żywcem wzięci z bajki o Piotrusiu Panu.. Nikt nie reaguje na czapki na męskich głowach wewnątrz budynków, rozwalone postaci rozwrzeszczanej młodzieży w miejscach publicznych. Nikt się nie dziwi gdy zdenerwowana kobieta w samochodzie pokazuje komuś środkowy palec przy akompaniamencie przekleństwa. Nikogo nie dotyka fakt, iż mężczyźni nie mówią pierwsi dzień dobry, czy nie podnoszą się gdy nalewają kobiecie wino do kieliszka. Ach już nikogo nic nie dziwi.

Z wyjątkiem może lubianego nie tak dawno prezydenta Francji, co dzisiaj szokuje swoim słownictwem i zachowaniem. Ale i do tego zapewne przyzwyczają się Francuzi.

W tym kontekście miernoty zachowania, braku kultury i klasy, jakie zalewają Francję , jak i oczywiście resztę Europy, mój czteroletni Armand, z zakochaniem trzymający bramę swojej złotowłosej Camille, rzeczywiście jawi się jak ostatni z ostatnich "french lovers". Nie wiem czy mam rację tak wychowując własnych synów. Wiem jednak, że nie potrafię inaczej. Wyszłam z domu, gdzie wymagano ode mnie kulturalnego zachowania. Nauczano mnie , że przestrzegając pewnych norm, zasad okazuje się drugiemu człowiekowi respekt. Jak jednak żyć w społeczeństwie, który odrzuca takie zachowanie niczym relikt przeszłości? Jak szanować innych, gdy oni nie chcą być szanowani i nie szanują ciebie, ani nawet siebie samych?

I co zrobi Armand, gdy jakaś inna, już duża i wyemacypowana Camille, przechodząc przez trzymane jej drzwi wyzwie go od mięczaków, albo seksistowskich rasistów ?

Tymczasem wymagam ciągle od siebie, mego męża i moich dzieci zwykłej kultury i dobrego zachowania. Z uśmiechem mówię dziękuję, gdy ktoś trzyma mi drzwi a nie pcha się depcząc po piętach. A w ostatnim czasie kupiłam sobie nawet nowy kapelusz. Odtąd mniej widzę i słyszę co mało dla mnie miłe. Tylko ludzie się czasem dziwnie patrzą. No bo taka młoda w takim kapeluszu! A przecież w kapeluszu jest tak dystyngowanie dobrze!