Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 31 marca 2007
Domy Francji - Vienne (pół godz. na południe od Lyonu)

piątek, 30 marca 2007
Domowe rozmowy (2)

- Mam 39 stopni gorączki a w gardle całe stado wygłodniałych jeży - powiedziałam dzisiaj mężowi przez telefon jadąc do przedszkola.

- Oh cherie, to psychosomatyczne przecież jutro jedziemy do rodziców. - odparł jak zwykle nie zmartwiony mąż.

To ja mu na to szczebiocząc - A wiesz, Armand wylał mleko na welurowe siedzenie Twojego autka. :))

Cisza i narastająca burza w słuchawce przegoniły krzyczące słowa - No przecież mówiłem Ci żebyś nic im nie dawała w samochodzie!!!!

- Cheri - ja na to - oczywiście, że nie dałam. To był tylko żart! Zdenerwowałeś się cooo?

Ach zemsta jest rozkoszą Bogów i ... żon.

Kochaj teściową swoją jak siebie samego

A jeśli nie kochasz siebie to już nie musisz kochać teściowej? Ja przykładowo nie mogę powiedzieć, że jestem w sobie zakochana. No owszem lubię to i owo . Często denerwuję się jednak na siebie choć tak generalnie jestem sama z sobą w zgodzie. No ale żeby tak od razu kochać? Nie, to pewne, że nie. Zatem teściowej też nie kocham. Jej męża również nie, ale ponieważ ich syn jest moim mężem nie mogę się wykręcić od miłości rodzinnej. Więc lubić ich to nie lubię. I to wcale nie jest związane z faktem iż są moimi teściami. Ot ludzie jakich wiele, nie interesujący się zbytnio mną i nami. Jestem nawet zdania, że teściowa zupełnie nie jest ingerująca w życie syna. Może poza pewnymi detalami mało interesującymi większą publikę. A jednak fakt, iż mój mąż chce za wszelką cenę abyśmy się wszyscy kochali wg tytułowego przykazania wzbudza we mnie tylko poruszenie, żeby nie powiedzieć złość.

Miałam w życiu dwie teściowe i dwóch teściów. Ci pierwsi są moimi przyjaciółmi do dzisiaj choć ich syn już od dawna nie jest. Obecni przyjaciółmi nie są, ale z synem owszem się kochamy. Zatem nie problem w samym teściowaniu. Uważam, że albo coś z kimś masz wspólnego albo dzielą was całe lądy. W moim przypadku to są kontynenty, z oceanem w zahaczeniu o księżyc. Czemu aż tak wiele? Ano moja Francja moją nie zawsze jest. Teściowie jako mieszanka francusko-hiszpańska są klasycznym przykładem ludzi o mentalności małomiasteczkowej francuskiego Południa. Ach tak, można się zachwycać filmami Pagnole'a. Można lubić oliwę i słońce. Jednak co innego fikcja artystyczna a co innego obowiązek rodzinny. W rzeczywistości wygląda to tak iż nie rozumiemy się od pierwszego wejrzenia. Wraz z ich poznaniem potwierdziły się wszystkie moje wcześniejsze teorie na temat różnicy między małomiasteczkowością a pochodzeniem inteligenckim. Jemy inaczej i co innego, zachowujemy się, ubieramy się i czerpiemy inne przyjemności z życia. Na przykład podstawową radością mojej teściowej jest zajadanie się ziemniakami z fasolą a wszystko polewane sosem z kawałkami słoniny. Danie regionalne ale Boże uchroń każdego turystę. Człowiek trawi tygodniami a jak już uda się to i tak nie wierzy, że strawił. Również podejście do zwierząt. Dla babci moich dzieci zwierzę to głównie pożywienie. Zatem pies to pies a nie jakiś przyjaciel. Z zadowoleniem zawsze opowiadane są przy stole wspomnienia o tym jak prababcia ukręcała kaczkom głowy by wydobyć wspaniałe wątróbki do przygotowania foie gras. Ja natomiast ratuję pająki przed przypadkowym zgnieceniem i zawsze łapię je w szklanki i wypuszczam do ogrodu. Inną jeszcze sprawą jest podejście do dzieci. Mają się ślepo słuchać a jak nie to "po buzi" i do kąta. Dziecko nigdy nie jest traktowane jak partner do rozmowy. Moje krasnale nigdy od nikogo nie dostały batów. Jeszcze w ciąży będąc powiedziałam, że jak ktokolwiek ruszy moje dzieci to oczy wydrapię i podam do sądu. A ja słów na wiatr nie rzucam to się każdy boi. Poza tym z Polakami to lepiej nie zadzierać bo to taki dziwny naród żyjący wśród lodów i dzikich zwierząt...

Ach wymieniać różnic wiele. Ja chodzę do kościoła by się pomodlić. Oni żeby popatrzeć na sąsiadów. Ja lubię czytać i pisać - oni rozwiązują krzyżówki i oglądają TV lawinowo. Ja sprzątam bałagan - oni go robią. Ja Warszawianka - oni z Limoux. Miejscowość urocza acz dla mnie coraz bardziej trudna do zniesienia. Jednak staram się w sobie wykrzesać odrobiny ludzkiej cierpliwości i jeżdżę co jakiś czas w to miejsce. No bo mąż tęskni do ziemi a ja Kaja..

Nie wiem na jak długo starczy mi tego rodzinnego humanizmu. Teraz jednak spełniam jeszcze te pańszczyznę uczuciową w imię równości rodzin, dziadków i teściów. Może pójdę kiedyś do nieba za to dobro. Ale chyba po takich strasznych notkach jak ta dzisiejsza to mi się już nie uda. Najgorsze jest to, że mój organizm broni się jak może. I za każdym razem kiedy mąż szykuje mi kolejną rodzinną pielgrzymkę w swoje strony ja dostaję nagłego ataku anginy. Siedzę wtedy z gardłem czerwonym jak duch komunisty i cierpię. Do tego u teściów jak w każdym porządnym południowym domu wszystko jest nie uszczelnione, nie ogrzewane a woda ciepła z bojlera, więc pod wydział.

Nigdy przenigdy nie było mi tak bardzo zimno jak na Południu! Nawet w czasie zimy stulecia, gdy kaloryfery popękane były a ja z rodzicami i ich przyjaciółmi leżeliśmy w jednym łóżku. Jedną z tych osób był Marc. Francuz który zakochany w przyjaciółce rodziny zjawił się w Warszawie na święta. Człowiek ten przemiły, zabawny opowiadał pod kołdrą jak pożyczał krawaty od denatów, a był lekarzem w kostnicy. Śmialiśmy się na całego z tych historii. Zima szalejąca po Warszawie, klatka zamarznięta niczym w bajce Andersena - a my pod kołdrą z razowcem i smalcem posypanym solą. Nie wiedziałam, że ten wesoły horror z akcentem paryskim to tylko zwiastun prawdziwego kataklizmu jakim było wiązanie się z francuską rodziną mego męża.

A zatem weekend zapowiada mi się znowu chorobowo. Jednak może znajdę w sobie odrobinę radości i porobię zdjęcia z pobliskiego Carcassonne dla Was drodzy czytelnicy. Wybaczcie mi osobisty charakter dzisiejszego pisania . I oby tylko słońce dopisało a teściowa zbyt bardzo nie starała się w kuchni. Zresztą i tak jadę z własnymi pomidorami i serem. Ahoj jak mawiają dzielni harcerze przed spełnianiem dobrych uczynków.

niedziela, 25 marca 2007
Domowe rozmowy (1)

We Francji aktualnie toczy się sidaciton. Podstawowym hasłem jest - chrońcie się! Zdenerwowana strasznymi statystykami wpadłam do pokoju z impetem oświadczając - Kiedy chłopcy będą wychodzili na pierwszą prywatkę wypełnię im kieszenie prezerwatywami. A uczyć jak się je wkłada zacznę jak tylko zobaczę błysk w ich oku na widok spódnicy!

Mój mąż stoicko odparł - Dobra, dobra sam ich nauczę ale teraz Armand czeka na mleko...i nie zapomnij króliczka 

sobota, 24 marca 2007
Królewski balkon

- Coś ty, zwariowałaś ? Chorego na AIDS we własnym domu trzymasz? - z przerażeniem w głosie zapytała się mnie znajoma gdy zadzwoniłam do niej z Maastricht gdzie mieszkałam.

- Tak. Jest u nas na weekend, śpi, je i najważniejsze, że żyje! ... jeszcze żyje! - odpowiedziałam do wymownej ciszy w telefonie. Znajomy nazywał się Jan. Był Holendrem, homoseksualistą i zachorował na AIDS 15 lat temu. Odwiedził mój dom bo chciał odwiedzić wszystkich znajomych przed podróżą wokół świata. Nie ukrywał swojej choroby. Wtedy jeszcze mało o niej było wiadomo. Ale on nam wszystko wytłumaczył ze spokojem a my mu uwierzyliśmy. (My to znaczy ja i moja rodzina.) Jedno było pewne, że nie można się tym bakcylem zarazić tak jak grypą, katarem czy jakimś innym fruwającym potworem. Jan przyjechał z kimś kogo nazywał Body. Osoba jaka towarzyszyła mu wszędzie, opiekun potrafiący mu pomóc w momencie osłabienia, ataku choroby. Body okazał się uroczym człowiekiem. Opłacany przez jakąś organizację i w części przez ubezpieczalnię był jak anioł stróż naszego znajomego. Jan, wysoki ale już bardzo szczupły mężczyzna w wieku trzydziestu paru lat nosił już aktywną w sobie chorobę od ponad roku. Ginął, kruszył się pomalutku ale konsekwentnie. Zrozumiałam wtedy, że to nie Jan dla nas ale my dla niego jesteśmy niebezpieczni z całą artylerią naszych mikrobów, bakterii i wirusów. Po pierwszej kolacji jaką zjedliśmy razem w domu był tak bardzo zmęczony, że Body musiał go na rękach zanieść do łóżka. Rano zbudził się znowu taki jak dawniej. Uśmiechnięty i silny. Wieczorem mój chroniczny katar tak wymęczył biedaka. Dowiedzieliśmy się o tym jakiś czas później a on chciał żeby było normalnie.

Koleżanka z jaką rozmawiałam przez telefon dzwoniła czasami z Warszawy żeby się dowiedzieć jak mi się żyje na obczyźnie. Rozmowa jaką przytoczyłam na wstępie była naszym ostatnim kontaktem. Nigdy już do mnie nie zadzwoniła. Nie chciała się nawet zobaczyć. Pewnie ze strachu, że ja też jestem zarażona. Nasz przemiły Jan zdążył dokończyć swoją pielgrzymkę do wszystkich znajomych. W Holandii ponoć każdy go gościł. Nie wiem jak było gdzie indziej. Objechał też świat z jakąś wycieczką turystyczną. Potem - umarł.

 

Gdy przyjechałam do Francji pierwszy raz na dłużej gościli mnie ludzie jakich poznała wcześniej moja kuzynka w Nowym Jorku. Studiowałam na uniwersytecie letnim w Wersalu i tamże też w przepięknym apartamencie świeżo poznanej rodziny mieszkałam. Jesteśmy przyjaciółmi do dzisiaj. Spędziłam u nich kilka miesięcy. Nie chcieli centa za tę gościnę. Potraktowali mnie jak własną córkę mimo, iż sami posiadali troje dorosłych dzieci. Nauczyłam się od nich jak żyją na co dzień Francuzi. W południe jadłam sałatę zieloną z winegretem przed daniem głównym, potem warzyw całe góry, ryby, mięsa ... No i koniecznie na koniec sery. W czasie śniadania z przerażeniem patrzyłam na zatapiane w mleku bagietki z dżemem. A wieczorem ze zdziwieniem znowu siadałam do obiadu. Każdy posiłek spędzaliśmy razem. Ja opowiadałam im jak to w komunizmie się żyje a oni odkrywali przede mną różne oblicza francuskiej kultury. Mówiliśmy ciągle i o wszystkim. Czasami aż huczało od tych rozmów. Czasami dziwiłam się ile mądrości w tych ludziach. Czasami oburzałam się na ich poglądy dotyczące mojej religii.

Pan domu, dentysta - okazał się również archeologiem, znającym Afrykę i Madagaskar jak własną kieszeń. Duży znawca kultury Masajów poświęcał ogrom swojej energii na pomoc Afrykanom. Zbierał pieniądze, leczył ich darmo bo jeździł do nich parę razy do roku. Pani domu natomiast to osoba równie wrażliwa jak jej mąż. Towarzyszyła i czyni to nadal, ludziom w hospicjum wtedy gdy spotykają się ze śmiercią. Pomaga umierać samotnemu życiu. Osoba o ogromnej wiedzy ale i rzeźbiarka, malarka, absolwentka Ecole des Beaux Arts. Patrzymy na świat tymi samymi oczami.

Oboje nauczyli mnie tak wiele, iż trudno to ująć w kilku zdaniach. Dzięki nim odkryłam francuską masonerię. Loża do której należeli wypełniona była równie interesującymi ludźmi. Rytuał, sekret, jak i sama idea tej działalności okazały się niezwykle wzbogacającym przeżyciem. Tolerancja, miłość do Człowieka i wiara w Niego ponad wszelką wątpliwość i jakiekolwiek błędy, słabości były i są dewizą życiową tych ludzi.

Dość szybko powiadomiono mnie jednak iż to co wiem muszę pozostawić dla siebie. Wersal jest miejscem zagorzałego katolicyzmu. Arystokracja jak i bogata burżuazja jaka mieszka w królewskim mieście są wyjątkowo nieprzyjazne masonerii, która zwalcza przecież od wieków Kościół katolicki. Mój przyjaciel nie mógł sobie pozwolić na utratę klientów z powodu własnych przekonań. Nigdy zatem nie chwalił się swoim pacjentom, że jest masonem. Musiał zarabiać na życie, no i na te akcje pomocy głodnym Murzynom! Dlatego kiedyś powiedział mi : - Pamiętaj, póki pracuję nie możesz mówić o masonerii, bo w Wersalu bardziej się tego boją jak AIDS! A przecież nie ma się czego bać tylko mądrze żyć, prawda..

Ja się nie bałam ani jednego ani drugiego. Nauczyłam się cierpliwości w poznawaniu drugiego człowieka bez względu na jego choroby, przekonania i wyznania. Tak mnie wychowali rodzice i to wpajano mi w moim pierwszym francuskim domu.

Kiedy holenderski Jan zjawił się u mnie na weekend wspominałam zatem moich wersalskich przyjaciół. Przypominałam sobie maleńką uliczkę jaka prowadzi do starej katedry w Wersalu. Rue de la Cathedrale ściśnięta jest dwiema dużymi kamienicami. Fasada jednej z nich wychyla się w stronę kościoła misternie zdobioną balustradą. Ten jedyny balkon jaki znajduje się tam nadal niezmiennie od prawie trzech wieków, był przeznaczony dla Marii Antoniny. Procesje wiernych jakie odbywały się do Katedry przechodziły pod tym właśnie balkonem gdy wyfiokowana królowa spoglądała na nich z góry. Za nią stały pewnie damy dworu w zaciszu pastelowych boazerii apartamentu. W swoich koronkowych krynolinach obgadywały śmiejąc się prawdopodobnie, arystokratów i tych dziwnych mieszczan, co to tak coraz głośniej pokrzykiwali. Służba w białych perukach pilnowała drzwi pośród ukwieconych rokokowo ścian i kandelabrów. Któż mógł wtedy przewidzieć, że miejsce to będzie zamieszkiwane przez rodzinę masonów w drugiej połowie XX tego wieku? Któż mógł sobie wyobrazić że właśnie tam, pewna warszawianka będzie uczyła się jak nie bać się chorych na AIDS?

(Brzoskwinie kwitną na różowo tak jak wstążki pamięci o wszystkich ofiarach AIDS)

http://www.sidaction.org/

sobota, 17 marca 2007
Przyjaciele

Bombil 3mies. i misio lat 5

piątek, 16 marca 2007
Być ale gdzie być? - oto jest pytanie

Problem wielu emigrantów polega chyba na poczuciu bezdomności. Mieszkam we Francji. Tu mam dzieci, męża, znajomych. Mówię, zastanawiam się po francusku. A mimo to nie jestem Francuzką. Nigdy nią się nie stanę. Nawet jeśli myślę o naturalizacji to tylko ażeby móc głosować przeciwko wszystkim wariacjom komunistycznego myślenia jakie napotykam w politycznej Francji. Również po to by móc skreślić wszystkich możliwych socjalistów jak i "lepenistów" z kart elekcyjnych. Myśl ta bardzo kusi mnie. Jednak jakoś niechęć jaką odczuwam do wielu Francuzek wciąż powstrzymuje w staniu się jedną z nich.

Inaczej było w Holandii. Tam stałam się dorosłą kobietą i łatwiej mi było się identyfikować z niderlandzką mentalnością. Jestem zatem w części Holenderką. Myślę o świecie po holendersku,ale płaczę i śmieję się już po polsku.

Mimo to trudno mi zarzucić brak znajomości Francji. Respektuję wszystkie tradycje, święta, kulturę tubylców. Staram się zrozumieć ich mentalność dopasowując do niej moją. I co ? I nic. Jestem tu ale nie stąd. Żyję tu ale nie chcę zostać na zawsze.

Niestety kiedy wracam do Polski to dzieje się jeszcze gorzej. Patriotyzm łatwiej trawi się z daleka. Po miesięcznym pobycie w Warszawie wciąż nie mam wątpliwości,że pochodzę właśnie z niej i stanowi ona integralną część mnie samej. Jednak zrozumieć dzisiejszej Polski nie potrafię. Obecna sytuacja polityczna mojej ojczyzny przypomina jakąś orwellowską wizję świata. Takiego obskurantyzmu i takich głupot jakie serwują nam wybrani demokratycznie do rządzenia ludzie jeszcze w Polsce chyba nie było. Smuta maluje się na twarzach wielu moich znajomych, przerażenie jak do tego doszło. Bzdury gadają zwykłe prymitywy, cwaniaki i nieuki na godnych stanowiskach państwowych a naród nic, nic nie robi żeby coś zmienić. Paranoiczna chęć zemsty i najzwyklejsza prywata tańczą poloneza! W końcu to moi rodacy a jednak obcy - myślę sobie. I znowu bezdomność zagląda mi w oczy. Bo ja takiej Polski nie chcę. Tylko,że matki się nie wybiera. Zatem taka, śmaka, ta biało-czerwona Ziemia zawsze będzie moja. A jednak dziś nie chciałabym do niej wrócić.

No to jestem w Lyonie a właściwie 20 km na jego południu. Ładnie mi tu, spokojnie, bezdramatycznie. Właściwie to ja bardzo lubię Francję. Jest piękna widokowo. Jest smaczna i kolorowa. Podziwiam jej historię. Zachwycam się ludźmi jakich światu dawała przez wieki. Jest wielka choć już nie majestatyczna. Pachnie oliwkami i papryką na południu, jak i piwem na północy.  Drugiej takiej nie ma. No i co? No i nic. Nie kocham jej. Jakaś taka bez głębi mi się wydaje. Bez wznosłych myśli, bez serca, bez poezji... 

Zatem wszystkim którzy myślą, że to dobry pomysł ażeby wyjechać z ojczyzny na stałe mówię - nie czyńcie sobie złego. Nie stańcie się bezdomnymi poszukiwaczami niemożliwego. Bo może nie będziecie potrafili wrócić ani też nigdzie zostać.

A mi jest dobrze i tu i tam. Ale jak bardzo mi źle czasami. Ktoś mi kiedyś powiedział - najważniejsze żeby wiedzieć gdzie się chce być pochowanym. To ja mówię w Warszawie. Ale jak umrę gdzieś daleko no to przecież nie będę się kłócić i ludziom głowy zawracać. Jednak we Francji nie chciałabym umierać. W końcu nie urodziłam się w niej to i czemu miałabym tu ... Ach co tam śmierć. Jak tu nie wiadomo gdzie żyć jeszcze dalej by szczęśliwie przeżyć? 

Ach wiosna mąci zmysły marcowaniem...      

Domy Francji (2)

czwartek, 08 marca 2007
Dzień Kobiet w Czeczenii
                                                                                                      8 marzec 2005

Witaj kochana !

Dziś Dzień Kobiet i dostałam jeden czerwony tulipan . Minęło właśnie 156 dni od kiedy zabili mi synka. Miał 17 lat. Nie pisałam Ci o tym bo nie mogłam się pozbierać. Chciałam umrzeć ale Natalia potrzebuje matki, a ponieważ siostra moja zaginęła bez wieści już rok temu pozostałam tylko ja żeby się nią opiekować. Wczoraj wracałam z tutejszego targu. Kupiłam ziemniaki i jeszcze coś do zupy żeby małej przygotować jakiś obiad. Zima jest ostra i lód leży jeszcze wszędzie. Najgorsze są te dziury po bombach. Gdzie człowiek nie spojrzy to wyrwiska, zapadnięte piwnice i popalone domy. No zupełnie się nie chce wierzyć,że takie to wszystko jest porozwalane. A wracając z tych zakupów, potknęłam się i złamałam obcas od kozaków. Mówię ci jak pech to pech. Akurat przejeżdżał patrol radziecki. Jak mnie zobaczyli taką rozwaloną z tymi kartoflami to się zaraz zatrzymali. Uciechę mieli ogromną. Jeden podszedł do mnie chuchając prosto w twarz wódką i powiedział,że jak ja tak leżę na drodze to lepiej już żebym leżała z nimi. Udałam,że nie rozumiem, ale na wiele się to nie zdało. Zabrali mnie do jakiejś ciężarówki w opuszczonym garażu. Wiesz to było przy Placu Zwycięstwa? Tam gdzie Maria mieszkała z rodzicami. Teraz to jedna wielka ruina. Nic nie mogłam zrobić bo mi powiedzieli, że zabiją. I nawet to mnie nie przestraszyło, tylko ta mała mi chodziła po głowie. Bo kto się Natalią zajmie po szkole? - myślę, jak oni mnie tu ubiją. Więc cicho siedzę i czekam co oni ze mną zrobią. Niewiele więcej mieli lat od mojego synka więc nie spodziewałam się,że zrobią to co zrobili. Trzech ich było. Gwałcili po kolei. Nawet się nie broniłam bo wiem czym to się kończy. To już trzeci raz w tym roku myślałam. Ciało miałam jak z lodu. Ból po utracie mojego małego jest tak wielki,że nawet dziesięciu mogłoby mnie gwałcić i nic mnie to już nie obchodzi. Jak skończyli to zobaczyłam,że jeszcze jeden idzie. Taki był blondynek, z niebieskimi oczami. Stał przede mną i nic.

To się patrzę na niego bo nie wiem czy mnie bić będzie czy może jakąś inna torturę wymyśli. A on zaczął płakać jak małe dziecko. Drzwi od ciężarówki były zamknięte i nikt tego nie widział. Tylko z garażu dochodziły głosy jego pijanych kolegów. Podciągnęłam rajstopy, kożuch opuściłam i patrzę na to jeszcze dziecko. Duży był ale chudy jakiś taki,że żal mi się go zrobiło. Usiadł skulony obok mnie i płacze. Co zrobić? - myślę, bo Natalia wraca o czwartej a mnie w domu jeszcze nie ma. Boli mnie wszystko a ten tu ryczy. Ach mówię Ci, bo sama nie wiem dlaczego, ale wytarłam mu twarz chusteczką i przytuliłam. Powiedział tylko, że chce do Mamy. A ja już wiedziałam,że się boi bo mnie nie zgwałcił tak jak ci z garażu... i jest tylko synem czyjejś matki. Serce mi wyło tak głośno, że aż się przestraszyłam, że mi pęknie. Wróciłam do domu o czwartej punktualnie. Natalia przyszła piętnaście minut później. Zdążyłam się umyć i uczesać. Tylko się zdziwiła,że jakaś taka smutna jestem ale dałam jej zupę z wczoraj i usmażyłam naleśniki. Potem przeleżałyśmy cały wieczór razem na kanapie. Opowiadałam jej o mojej siostrze jak byłyśmy małe. Ona uwielbia te historie o jabłkach z dziadkowego ogrodu. Wiesz jak nas złapał w niedziele rano kiedy to zamiast na msze chowałyśmy się w trawie i zajadałyśmy jabłka z ogrodu.

Piękne to były czasy. A może i nie takie piękne ale byłam szczęśliwa. Dziś mam czterdzieści lat a czuję się jakbym miała sto. Natalia jest jedynym światłem w moim życiu. Muszę ją chronić. Nie wiem może stąd uciekniemy. Już obcięłam jej włosy na krótko żeby wyglądała jak chłopiec. Ale to też jest niebezpieczne bo chłopców to już od czternastego roku wywożą gdzieś i pewnie zabijają. Terroryści mówią, a ja wiem,że oni nas wszystkich chcą zlikwidować. Trzyma mnie tu jeszcze myśl,że może mama Natalii się odnajdzie i wtedy razem uciekniemy. Nie będę czekać długo bo dla dziecka jest to bardzo niebezpieczne. Opowiem Ci w następnym liście gdzie jesteśmy i co dalej się dzieje z nami. Dzisiaj w południe ktoś zadzwonił do drzwi. Wiesz boli mnie jeszcze wszystko po wczorajszym gwałcie ale podniosłam się i otworzyłam drzwi. Przede mną stał ten rusek co wczoraj tak płakał. Podał mi tulipan i powiedział,że to na dzień kobiet. I jeszcze dodał "przepraszam" za to co oni zrobili ale byli pijani i jakoś tak wyszło. Odszedł ze spuszczonymi oczami. A ja stałam tak z tym czerwonym kwiatem jak oszukana calineczka. Całuję Cię bardzo mocno i mam nadzieję,że Twoi wszyscy zdrowi i weseli.

Z Groznego Twoja najlepsza przyjaciółka Dunia

.

...Od czasu tego listu Dunia przeniosła się do Moskwy. Ukrywają z Natalią pochodzenie bo nigdy nie wiadomo co się może jeszcze zdarzyć.

13:10, fabella
Link Komentarze (8) »
Moich pięć nie francuskich sekretów

Zostałam zaproszona do zabawy w odtajnianie własnych sekretów. Mój miesięczny pobyt w Warszawie uświadomił mi,iż stało się to hobby moich rodaków. Agent agentem pogania, prawda ma ponoć krzyczeć najgłośniej i nawet blogownia wpadła w sekreto-manię. Ale ponieważ ta ostatnia jest tylko zabawą w wesołym tonie i nie wypada zawieść paru osób które mnie wytypowały czynić będę mą powinność.:)

Tajemnica pierwsza

Lat temu 30 poszłam do szkoły. Byłam dziewczynką wygadaną, zwracającą na siebie uwagę innością. Z ciemnymi włosami, śniadą cerą, o głowę mniejsza  bo i rok młodsza od innych dzieci przyciągałam do siebie wszystkich urwipołciów ze szkoły i okolic. W toaletach każdej z podstawówek do jakich chodziłam było koslawo napisane LOVE PATRYCJA. Ponieważ w czasach mojego dzieciństwa nie było to imię popularne jak teraz i nie było innych dziewczynek o takim imieniu wiadomo iż chodziło o mnie. Jeden z moich adoratorów miał na nazwisko Gołąb. Matkę miał z wąsem, wagi ciężkiej, z alkoholowym oddechem. Ojca nawet ta matka chyba dobrze nie znała więc cóż o synu mówić. Rosły chłopak o głupowatym umyśle znany był wszędzie ze swojego łobuzerskiego zachowania. Jego "gołębie" serce przepełniła jednak miłość do mnie i okazywał mi to waląc na każdej przerwie gdzie popadnie. Ukrywałam to przed rodzicami. Aż któregoś dnia mama odkryła moje siniaki i z przerażeniem pokazała te wylewy memu ojcu.  Tata wydał wojnę łobuzowi. On dalej się we mnie kochał ale już z daleka.

Nie trwała długo ma radość bo w krótkim czasie pojawił się nowy adorator. Miał na imię Traczyk. Ten kochał mnie scyzorykiem. Warszawska rodzina jakiś pijaków wydała na świat kolejnego nieszczęśnika. Ale tym razem przystąpiłam do samoobrony. Za każde dźgnięcie mnie kopałam go tak mocno jak tylko potrafiłam. Zemścił się nazywając mnie Kopytko. Zazdrosne koleżanki podchwyciły natychmiast straszne przezwisko. Nad klozetami siusiających chłopców majaczyło Love Patrycja a po korytarzach unosiło się bolesne wołanie Kopytka. Tak bardzo nienawidziłam tego przezwiska! Zmiana szkoły była wybawieniem w moim znękanym życiu pierwszoklasistki. Rodzice dowiedzieli się o "kopytku" dopiero ostatniego lata. Zdziwieni że trzymałam ten sekret przez 30 lat w ciszy. Do dziś mam ciarki na plecach i zmiany na mięśniu prawego uda jakie odziedziczyłam po amorach Gołębia. Ten natomiast krąży po ursynowskich śmietnikach. Spotkałam go pół roku temu. Nie poznał mnie. Ja twarz tę będę zawsze pamiętać. Zresztą wykapana mamusia się z niego zrobiła. Wąsik, tusza .... ten sam glamour.

Tajemnica druga

Wprost uwielbiam jeść samotnie to co lubię najbardziej kiedy nie ma nikogo w domu. Np kiedy mąż jest w delegacji a dzieci śpią w swoich pokoikach wyciągam najbardziej wykwintne rzeczy jakie nabywam wcześniej po cichu. Przygotowuję sobie talerzyk. Otwieram małą butelkę szampana. I tak przy Wariacjach Goldberga w wykonaniu Glenn Goulda rozkoszuję się kawiorem, albo carpaccio, albo sushi... Mam też inny scenariusz takiej degustacji . Np gorącą kąpiel i malutki kryształowy kieliszek z rubinowym porto przy akompaniamencie Concerto de Aranjuez albo gorącego Piazzoli.Wszystko w wannie z pianą i unosząca się parą. Ostatnia wersja mojej tajemnej rozkoszy - to gorąca herbata, zaparzona ze specjalnej mieszanki Earl Greya ze sklepu Blanche Dael w Maastricht jaką trzymam w sekretnym pudełeczku, a do tego ukrywana przed rodziną paczka polskich pierniczków alpejskich. Zazwyczaj siedzę cała w kocu, z tą herbatą i słodkościami i piszę wiersze albo jakieś coś jeszcze..

Tajemnica trzecia

Wyjątkowo lubię kupować buty. Kupuję je zawsze z dreszczykiem emocji, koniecznie sama i bez znaczenia ceny. Przymierzam je sobie do lustra w samotności. Zakładam nogę na nogę. Kupuję do nich ubrania, pończochy. Dobieram do butów apaszki, korale, rękawiczki. Są chyba najważniejsze w mojej garderobie. Mam ich ponad 50 par! Każda ma swoją historię. Mam na nie oddzielne miejsce w domu, jedną ścianę półek wypełnionych pudełkami. Wszystkie są wygodne i dobrej jakości, ze skóry, w kolorach , kształtach wielorakich. Zakładając na stopy niektóre z nich wiem,że pięknieję. W innych staję się wysoka, a ponieważ jestem niska to z przyjemnością w tych wysokich butach patrzę na świat. Mam też wiele par tego samego modelu ale każdy w innym kolorze. Rodzina często wzdycha, że znowu jakieś buty sobie kupiłam. Wtedy kłamię co do ceny, czasu nabycia albo w ogóle się nie przyznaję do zakupu mówiąc, że je dostałam. No okropnie pusta z tymi butami jestem. Ale kiedyś przestanę...powinnam chyba. 

Tajemnica czwarta

Nie lubię jak mi się daje rady. Wprost organicznie nie znoszę jak ktoś mi doradza a ja go o to nie proszę. Wyzwala to we mnie taką falę irytacji iż staję się nieprzyjemna, arogancka a wtedy nikt mnie nie lubi.

Tajemnica piąta

Kiedy moje dzieci dorosną i nie będą mnie już tak potrzebowały, dam im wszystko co mam. Podzielę moje skarby, książki, bibeloty. Tak uwolniona od tego co towarzyszy mi ciągle poświęcę się opiece nad małymi dziećmi pozbawionymi rodzin i miłości. Chciałabym żeby to było w Afryce. Bo tam jest dość blisko do Europy, ciepło, a ja chorobliwie boję się zimna i najmniej tam dorosłych do opieki nad drobiazgiem ludzkim. Bedę zastępować tych co umarli na Aids i inne wojny i okrucieństwa.

Ważne zaplanowane rzeczy w moim życiu zawsze się spełniały tak jak to chciałam. Reszta to przypadek. Może i tu uda mi się zrealizować to marzenie. Może...? 

A do zwierzeń dalej zapraszam

http://levanah.blog.pl/

http://zabars.blog.pl/

http://afryka.blox.pl/html

http://dagna.blox.pl/html

http://zydoweczka.blox.pl/html

01:02, fabella
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 marca 2007
Czy we Francji jest rasizm?

Były szef mojego męża - prezes i właściciel spółki, miał taką zasadę aby w jego firmie pracowało jak najmniej kobiet i żadnego Araba. Od niedawna ktoś inny przejął przedsiębiorstwo. Teraz jest więcej kobiet, stworzono nawet toalety oddzielne dla nich, ale Araba jak nie było tak nie ma. W pierwszym przypadku szef odrzucał możliwość przyjęcia sprzątaczki o nazwisku orientalnym. W drugim jakoś się taka okazja więcej nie pojawiła. Co do innych, lepszych stanowisk po prostu żaden Arab się nigdy nie starał o taką pracę. Nie należy z tych dwóch przykładów wyciągać pochopnego wniosku iż wszyscy Francuzi nie lubią kobiet i jeszcze mniej Arabów, a ci, tak ogólnie są źle wykształceni. Ale może jednak coś jest na rzeczy?

Nie będę się podpierała statystykami bo nie oto tu chodzi. Oceniam po tym z czym stykam się codziennie w moim życiu, tu we Francji. Porównuję to z powszechną opinią mediów. I tak wydaje mi się, że Francuzi wcale nie chcą być rasistami. Nie lubią etykietki wyniosłych, zamkniętych ludzi jaką im się przykleja. A i tak często nie udaje im się nie wpaść w zastawione przez historie pułapki.

Sytuacją zupełnie prozaiczną jest dzisiaj fakt, iż przeciętnemu człowiekowi który na starcie ma jakiś dyplom szkoły wyższej, znacznie trudniej będzie znaleźć pierwszą, dobrą pracę jeśli nosi nazwisko lub imię z pewną nutą orientalną. Taki francusko-brzmiący będzie prawie zawsze preferowany. Ktoś za kierownicą małego Peugeot’a jeśli wieczorem będzie zatrzymany kontrolnie przez policję mając wygląd wskazujący na arabskie pochodzenie, może się liczyć z mniejszą tolerancją stróżów prawa, niż taki typowo europejski. Zdarza mi się z tym stykać albowiem mieszkam w willowej dzielnicy blisko Lyonu ale leżącej na drodze do prawie arabskiego już Givors. Częste kontrole tutejszych flików potwierdzają tę moją pewnie kontrowersyjną opinię. Wyliczać więcej nie ma sensu. Prawie każdy francuski Arab by się podpisał pod takim stwierdzeniem, iż we Francji panuje mało widzialna lecz wyczuwalna mgiełka rasizmu. I w ogóle powinno się to tępić, jest niemoralne i zupełnie przeciwne ideałom Republiki. Ja się z tym naturalnie zgadzam, zwłaszcza, że odizolowane od centrum przedmieścia-getta nie dają możliwości ludziom tam dorastającym na dobre wykształcenie i równość szans. (Stwierdzenie bardzo modne obecnie we Francji). Słowem trudniej im się żyje mimo opieki socjalnej i jeszcze trudniej jest im odnaleźć własną tożsamość.

Denerwują mnie zatem wypowiedzi pewnych znajomych którzy głosują na partie skrajnie prawicowe . Chcą „ratować Francję”! Myślę, że to zła droga dla demokracji. Nie lubię jak się kogoś ocenia po kolorze skóry, lub dlatego, że nosi takie lub inne nazwisko. Irytują mnie stwierdzenia, że wszystkie problemy z jakimi boryka się Francja związane są z emigrantami. I to wcale nie dlatego, że sama jestem obcokrajowcem w tym państwie.

Bo jeżeli kraj Galów od wielu, wielu lat najpierw zapraszał synów Allacha a potem ich nie wychowywał na synów Republiki, to nie może się dziwić, że ich wnukowie gwiżdżą gdy słyszą Marsyliankę, miast ją śpiewać. Jeżeli sprowadza się ludzi bez wykształcenia tylko jako tanią siłę roboczą. Nie zmusza do zaadoptowania nowej kultury, przy jednoczesnej tolerancji ich rodzimej tradycji czy religii, to nie można później być zdziwionym, że ci ludzie nawet w trzecim pokoleniu nie stają się Francuzami w beretach, z bagietką i butelką wina pod pachą.

Ponad dwadzieścia lat temu spędziłam prawie trzy lata w Libii. Moi rodzice byli tam na kontrakcie a ja chodziłam do szkoły i zdobywałam wiedzę o kulturze arabskiej. Wtedy już wiedziałam, iż jest ona mało nazwijmy to "kompatybilna" z tą europejską. Zarówno Islam jak i mentalność jego wyznawców odbiega zupełnie od tego jak żyje się w Europie. Pamiętam scenki prawie surrealistyczne kiedy to Europejczycy żeby wyjść normalnie z plaży ze swoimi żonami i dziećmi musieli tworzyć kordon bezpieczeństwa z parasoli. Gorejący z podniecenia młodzi Libijczycy prawie nas zaszczypali i cudem nie porwali jednej z nas. Mój tata też dzielnie walczył za co jestem Mu dozgonnie wdzięczna.

Również podejście do dzieci i ich wychowania ma się nijak do rygoru europejskich rodziców. Znany powszechnie arabski podział na płeć lepszą-męską jak i tę gorszą-żeńską jest jakby z innej bajki w porównaniu z "wyuzdanymi" seksualnie Europejczykami. Ach wymieniać różnic mogę długo. Przeżyłam to na własnej skórze w czasie kiedy nawet nie marzyłam o życiu we Francji. Po prawie trzyletnim kursie tego co arabskie, wracałam z mieszanymi uczuciami do Europy. Dominowało przekonanie, iż chrześcijaństwo, jak i wszystkie jego niesprawiedliwości w stosunku do kobiet to zaledwie pyłek ulotny w porównaniu z arabską do nich pogardą. Mimo pewnej nostalgii jaką odczuwam za pejzażem zawodzących w modlitwie minaretów i pióropuszy daktylowych palm, stałam się na swój sposób rasistką. Zaczęłam zwykle nie lubić Arabów, ich religii, tego jak budują własne kraje i jak wpływać chcą na zmianę kultur europejskich, w tym Francji.

Demokracje dzisiejsze są chyba, podobnie jak i ja, bezradne. Nie wiedzą co zrobić z ludźmi którzy urodzili się w Europie a wciąż tymi Europejczykami nie chcą być. Nie chcą być krajami w których nie ma tolerancji religijnej, seksualnej, ale nie godzą się na coś co jest sprzeczne z ich historią, kulturą i tradycją. Jedni zatem optymistycznie udają, że nie ma zupełnie problemu . Inni uciekają w socjalne rozpuszczanie tych kiedyś emigrantów bez konkretnych pomysłów na przyszłość. Inni jeszcze myślą iż z rozwojem gospodarki i z napływem zarobionych pieniędzy problem ulotni się jak para we mgle. Jeszcze większy problem mają ci którzy starają się żonglować mieszając kultury i mentalności. Kształcą się, mają otwarte głowy, wierzą w Allacha bez skrajnego ostracyzmu, ale i tak są traktowani jak druga kategoria człowieka. A musi być to bardzo dla nich frustrujące. 

I tu jest troszkę tak jak z Polakami i z opinią jaka się niesie o nich. Często widziani są jako złodzieje, pijaki a przecież ja nie kradnę, nie piję i nikomu zła nie wyrządzam.  I mało mi przyjemnie patrzeć na pijanych rodaków w parku królewskim.

Kiedyś, parę tygodni temu pewien młody już nie-Arab a jeszcze nie-Francuz splunął mi pod buty, bo tak mu się spodobało. Rzuciłam mu tylko pełne odrazy spojrzenie. Pierwsza myśl, ze wstydem przyznaję się, była związana z jego twarzą, pochodzeniem. W chwilę później stanął za mną inny i-Arab i-Francuz. Przeprosił za plującego gada. Zadałam mu pytanie czemu to robi. Wytłumaczył, iż pochodzi z Tunezji i takie rzeczy to tam nie mają racji bytu. Odkąd jest we Francji, wszyscy członkowie jego rodziny przepraszają ciągle wokół za takich ni-to, ni-sio. Wysłuchałam jego skruszenia. Nie wiem czego ode mnie oczekiwał. Podziękowałam mu za przeprosiny nie przyjmując ich jednocześnie. Wytłumaczyłam iż totalną paranoją wydaje mi się posypywanie na głowę popiołu za grzechy innych tylko dlatego, że mają te same korzenie. Jako Polka nigdy nikogo nie przepraszałam za bydlęce zachowanie niektórych Polaków w miejscach publicznych Francji. Ja to ja, oni to oni. Mam za nic opinię niektórych iż Polak to złodziej, pijak. Ja jestem inna i z dumą noszę tę moją Polskość. Poradziłam mu zatem aby z taką samą dumą spróbował nosić swoje tunezyjskie serce. Może wtedy Francuzi bardziej będą szanować jego i z właściwą pogardą potraktują wszystkich plujących na ich buty Arabów.

Na koniec jednak dodam iż niewielu, a właściwie żadnego Francuza nie widziałam w stanie alkoholowej nieważkości a la polonaise. Nigdy również żaden młody człowiek o "bladej" twarzy nie opluł mi szpilek. A mimo to nie znoszę lepenowskich rasistów jak i uwięzionych w chustach twarzy kobiet. I jestem pewna, że istnieją też francuscy burżuje którzy nie są warci niektórych pijących wódkę Polaków czy gotujących w piątek kus-kus Arabów. I jak tu być, nie być rasistą?

.

czwartek, 01 marca 2007
Halooo, tu Polskie Radio..io...io..

Jutro tj. 2 marca o godzinie 23 wezmę udział w audycji programu pierwszego Polskiego Radia. Zostałam zaproszona przez przemiłego pana Montowskiego z czego bardzo się cieszę. Będziemy mówić przez 15minut o tematach poruszanych właśnie tutaj, w moim blogu. Mam tylko nadzieję, że nikogo nie rozczaruję tym co mam do powiedzenia. Bo przecież będzie to zupełna premiera w moim "publicznym" życiu. :-)) Zapraszam wszystkich zwłaszcza, że można słuchac audycji w internecie,  jak i za pośrednictwem anten satelitarnych.

13:29, fabella
Link Komentarze (7) »