Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 01 grudnia 2015
Trup w stylowej szafie
..
Minęły dwa tygodnie od ostatniej akcji islamskich terrorystów w Paryżu. Zaczęły się dwa tygodnie konferencji klimatycznej też w Paryżu. Zawrotne tempo życia i umierania w tym mieście zawsze budziło we mnie jak najgorsze wrażenia. Nigdy nie czułam się tam dobrze. Mieszkałam w niej przez jakiś czas i dobrze znam stolicę Francji, ale nie chciałam budować tam domu. I jak tylko było to możliwe, uciekłam z mężem i dziećmi na Południe.
W Paryżu nie odpowiadała mi wilgotna, deszczowa pogoda. Nie lubiłam ogromnej ilości ludzi. Milionów turystów. Mieszkańców o pochodzeniu każdym i coraz mniej paryskim. Męczyły mnie odległości i pokonywanie ich w niekończących się korkach, albo brudnym, nieprzyjemnym metrze. Oburzały mnie nieprzystępne ceny za mieszkanie, astronomiczne wprost czynsze. Robienie codziennych zakupów było dla mnie męką, z powodu zbyt dużej ilości klientów, zbyt małej ilości miejsc parkingowych. Nawet życie kulturowe, wystawy, koncerty pozbawione były przyjemności, przez ciągłą walkę o wejście do przepełnionych od przyjezdnych miejsc.
Dla większości ludzi, Paryż to Francja. Stolica świata. Ba, mekka luksusu, najświetniejszej historii sztuki, urbanistycznego piękna. To tu był król i tu ścięto mu głowę. I tylko tu, możesz zjeść ostrygi z szampanem, siedząc przy marmurowym stole na chodniku o dwunastej w nocy! Paryż to och i ach! Stolica wszystkich stolic! No i te witryny, sklepy, galerie... 
A ja, ja jestem dziwna i nie lubię.
Paryż, to Francja?!
Nie, Paryż, to też Francja!
Bo Francja wcale nie utożsamia się na codzień z Paryżem. Na przykład dzień po ataku terrorystycznym 13.11, w Lyonie miasto aż huczało od ulicznej muzyki, radości i zakupowego ferworu. Świeczki pod merostwem, kwiaty ale w oczach ludzi ani smutek , ani żal. W sklepach muzyka, w kawiarniach i restauracjach tłumy. Paryski kataklizm nie wstrząsną prowincją. Zasmucił, ale bez przesady.
 Oczywiście każdy Francuz jest dumny z Wieży Eiffla, Pól Elizejskich i całej masy wspaniałych paryskich miejsc i budowli. Nie znaczy to jednak, że wszyscy Francuzi żyją tak samo, jak Paryżanie. Prowincjonalni Francuzi żyją nawet zupełnie inaczej, jak ci w stolicy. Po pierwsze z pewnością spokojniej i chyba dużo bardziej po francusku. Mają dużo większe domy, mieszkania. Mają większy dostęp do dobrego jedzenia, za przystępne ceny. Mają dobre szkoły i więcej miejsc w świetnie wyposażonych szpitalach. Nie muszą jeździć godzinami pod ziemią, żeby dojechać do pracy, szkoły, czy żeby zrobić zakupy. Prowincjusze mają ogólnie dużo więcej czasu na przyjemności. A przecież każdy uczciwy Francuz najbardziej lubi to ostatnie. Obowiązki, praca...? Ach nie, to nigdy nie było kwintesencją życia we Francji.
Jeśli przez całe wieki bogaci Francuzi żyli sobie z wojen, a feudalnie z chłopów i mieszczan, to już nie dało się tak samo po 1789 roku. Nareszcie Francuzi z najniższej półki też mogli żyć inaczej. Żeby większość, poczuła się tak, jak uprzywilejowana mniejszość rozwinięto kolonializm! To był świetny pomysł na to, żeby wszyscy Francuzi mogli funkcjonować tak,  jak przez całe wieki żyli tylko nieliczni, albo przynajmniej mieć takie poczucie.  
Jest jakiś powód, dlaczego jedne kraje kolonizowały, a inne mniej, lub wcale. Może jest to chroniczny kompleks wyższości, a może inne, moralne paskudztwo? Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Francuzi polubili kolonialne "zabawki" podobnie, jak Brytyjczycy. 
Z tą różnicą, że Francuzi, wmówili sobie, że w ramach wolności, równości i braterstwa, nieśli światło ciemnym z nieświadomości ludom, a to, że musiały one pracować na te ich ideały, po prostu przemilczano. 
Przez ponad dwieście lat na wszystkich kontynentach panoszyli się francuscy kolonizatorzy, traktując wszystkich zniewolonych ludzi, jak gorszą część rasy ludzkiej. Kolonie nie przynosiły dużych pieniędzy. Kosztowały dość dużo, bo zaprowadzano styl życia nie przystający do warunków i mentalności lokalnej. Kolonie dawały Francji ogromną siłę roboczą, bogactwa naturalne i zwłaszcza samozadowolenie francuskich panów. Pewnie trwałoby to jeszcze długo, ale przyszła wielka wojna, i wszystkim facetom skręcono we Francji kręgosłup. 
Z wielkiej nacji już nigdy nie odrodził się wielki naród. Kobiety spaliły staniki, założyły spodnie, bo ktoś musiał trzymać całą tę schorowaną chałupę w garści. Kolonie nadal podtrzymywały w narodzie świadomość mocarskości. No i przyszła druga wojna, i honor szlag trafił... Ale na szczęście zdolny, mądry generał, jakiś ostatni ocalały wielki Francuz, odwinął kota ogonem i ze wstydu, zrobił czwartego bohatera. I niech ktoś by się odważył powiedzieć inaczej!
Wuj Sam sfinansował cudownie powojenne, francuskie odrodzenie. Wuj Sam wiedział, co robi, bo tylko stabilny Zachód, z silnym, największym krajem Europy, mógł zatrzymać imperialistyczny apetyt sowieckiego barbarzyńcy. Francuzi nie odrzucili okazji i znowu uwierzyli, że są wielcy, mimo wykruszania się kolonialnego charakteru państwa.
Jeszcze czterdzieści lat temu, po raz ostatni, skorzystali z kolonialnych innowacji. Ściągnęli sobie tanią siłę roboczą z północnej Afryki i jakby na deser, podkręcili ekonomiczny licznik. Mądrze zainwestowali w atom, wymyślili cuda techniki i zajęli się odbudowywaniem HONORU. Drogą do tego ostatniego miał być francuski socjalizm. Cóż, kolonialne przygody stały się bardzo demode, a ciemne ludy chciały żyć po swojemu. 
I się prawie wszystko udało...
Świat uwierzył, i nawet Francuzi uwierzyli, że Francja jest znowu mocarstwem ekonomicznym, mimo, że oddała wielkodusznie wolność innym okupowanym przez wieki narodom. Ta nowa, socjalistyczna Francja Mitteranda, to miał być nowy raj, gdzie nie trzeba dużo pracować, a się żyło dostatnio. Miejscem, gdzie były niewolnik, stał się wolny i szczęśliwy. No prawie, prawie szczęśliwy. Tym zająć się miała daleka przyszłość.
Ta przyszłość, to jest dzisiaj. XXI wieczna Francja nie jest zupełnie taka różowa. Byłe kolonie dają jeszcze skarby naturalne, ale nie za darmo. Teraz chcą opieki militarnej, finansowej, domagają się spłaty moralnego długu i wysyłają do Francji tłumy niewykształconej biedoty. Tymczasem nad Sekwaną pracować trzeba samemu, bez niewolników i to bardzo dużo, żeby żyć dość dobrze. Nie pracując wcale, też jednak można mieć dach nad głową, a nawet samochód i opiekę zdrowotną, i naukę za darmo.  Pracując niewiele, w sektorze państwowym, da się żyć nieźle, czasami nawet dobrze. Bez frykasów, ale tylko kilkanaście godzin tygodniowo i bez ryzyka utraty pracy. No i pełno, pełno mają wszyscy wakacji, co czyni powszechne dobro. Ani to komunizm, ani liberalizm. Taki socjalistyczny kapitalizm po francusku. Nie wiadomo do czego to porównać. Niby żyje się dobrze. Niby ciągle w mocarstwie. A jednak wszyscy narzekają. A na dodatek, nie wiadomo skąd pojawił się ten brzydki, islamski terroryzm!
I Francuzi już nic nie rozumieją! Bo od czasów Mitteranda miało być inaczej!
Wciąż nie wiadomo dlaczego, nagle, ktoś zabija Francuzów w ich własnym kraju? Tak po prostu w imię jakiegoś obcego boga. Francuzi nawet nie rozumieją skąd się on wziął, ten ktoś, ten morderca?
A przecież ten ktoś, to zupełnie znany, francuski postkolonialny dzieciak, który właśnie urósł i coś musi z sobą zrobić. Nie wystarczy mu płacenie za "bezpracę". Nie wystarczy mu, że dziś jest takim samym Francuzem, jak ci, co kiedyś byli lepszymi Francuzami. Nie wystarczy mu, że ma własnych ministrów. Że cały system nagina się, żeby utrzymać go w życiu bez obowiązków. Że ma nowy telewizor za dodatek socjalny, i że nikt od niego absolutnie niczego nie wymaga i tylko daje, daje, daje. No może nie bogactwo, ale jednak życie za darmo!... Ten dorosły postkolonialny dzieciak chce czegoś więcej i postanowił, że zabije to, co mu przeszkadza w tym planie - zniszczy młodego, wolnego, beztroskiego Francuza!  Tak to sobie wykombinował!
Ale dlaczego? Czego można chcieć więcej?
Przecież Francuzi naprawili już wszystkie grzechy kolonialne socjalizmem i gościnnością! Przynajmniej tak to widzą. Nie przestrzegają nawet własnego prawa, i pozwalają wszelakim, kryminalistom żyć poza kryminałem. Zdejmują z nich nawet odpowiedzialność za niecne czyny, w imię sprawiedliwości społecznej i walki z rasizmem. 
Dlaczego, mimo tego całego "dobra", które nań spływa, ten ktoś, ten postkolonialny wyrostek, teraz ich nie lubi, i zabija? Przecież zaakceptowali nawet jego inny, afrykański styl życia, i wymogi jego orientalnej kultury, i nową tradycję zaakceptowali, i nawet zmienili program szkolny, żeby poczuł się integralną częścią historii Francji! Zamknęły się nawet feministki na rzecz przykrytych bogobojnie włosów. Czego on więcej chce ten arabski terrorysta?!
  
A może to jest jak z sekretem rodzinnym? Czasami pokolenia z nim żyją, ale nikt, nic nie mówi. I nagle wypływa taki trup z przeszłości, nie wiadomo kiedy i dlaczego? I rodzina musi sobie z nim radzić. Ten trup śmierdzi kłamstwem i cała prawda musi być o nim powiedziana. Ten trup musi mieć nawet tablicę z imieniem i nazwiskiem, i postawiony grób. On domaga się, żeby o nim mówić, wreszcie odkryć całą prawdę o tym, dlaczego stał się trupem. Sekrety rodzinne tracą na sile, gdy przestają być sekretami. Wtedy dopiero można żyć dalej i budować przyszłość. Ale czasami jest zbyt późno i cała rodzina się rozpada. 
 
Tak samo jest z tym postkolonialnym wykwitem, jaki mają dziś Francuzi u siebie. Udawano przez lata, przez całe pokolenia, że wszyscy obywatele we Francji są tacy sami, że nic takiego strasznego się nie stało w przeszłości. Udawano na temat życia w koloniach, jak i nawet na temat wojny w Algierii. Prawie 10 lat ukrywanych okrucieństw zaledwie niecałe pół wieku temu. Udawano, nawet wtedy, gdy wielki generał "wspaniałomyślnie" rozbroił francusko-arabskich żołnierzy - Harki i zabrał tyłek w trok. Och jak świat podziwiał go za tę algierską wolność. Nikt do dzisiaj nie odważy się krytykować wielkiego dowódcy. Niewielu przyznaje, że pozostawił oddanych mu i Francji Harki na pastwę chorych z nienawiści algierskich rodaków. 4500 ludzi zginęło!
Wyrżnięci zostali, co do jednego, uznani za zdrajców wolnej Algierii. Nikt o tym nie chciał wiedzieć w nowoczesnej, demokratycznej Republice. Ale ich dzieci przeżyły i przyjechały do Francji. Opowiadają do dzisiaj, jak ich ojcowie, wujowie, zostali potraktowani przez francuskiego generała. Te wspomnienia są jak ręce, nogi tego rodzinnego trupa, co ciągle uparcie wypływa.
Zamiast przyznać się do bolesnej, historycznej prawdy, chciano zadośćuczynić socjalizmem. Zamiast spojrzeć historii prosto w oczy, wymyślano różne banialuki. Bezkarnie pozwolono od lat na osiedlenie się we Francji , coraz większej ilości niewykształconych Afrykanów, tak w ramach pomocy byłym koloniom. Od pół wieku wmawia się Francuzom, że tradycje, religie, języki, to wszystko, to nic nie warte bzdury. W ten sposób liczono na cudowne załatwienie historycznych błędów i wierzono, że wszyscy to łykną. Nie łyknęli.
 
Wymyślono również, że liczy się tylko Republika, jak magiczny amulet, chroniący wszystkich od najgorszych sekretów rodzinnych. Liczono, że Francuzi staną się bardziej Arabami, a Arabowie Francuzami. I tak miał stać się cud. Nie stał się. 
Republika i jej wartości okazały się raczej pułapką w tym francuskim scenariuszu. Bo każdy rozumie wolność, równość i braterstwo inaczej. Trochę tak, jak w trylogii Kieślowskiego.
    Bo ktoś, kto widział, przez całe dzieciństwo, własną arabską matkę, jak niewolnicę arabskiego ojca, inaczej rozumie, co to znaczy wolność. Jego percepcja wolności jest po prostu inna, jak u kogoś , kto wychował się w europejskiej rodzinie, gdzie matka i ojciec są sobie równi.
    Bo ktoś, kto od dzieciństwa słyszał, jak jego francusko afrykański ojciec był traktowany niewolniczo w przeszłości, przez francuskiego Francuza, inaczej postrzega słowo- równość. I miast ją rozumieć, zaczyna nienawidzić każdego Francuza.
     Bo ktoś, kto od dziecka widział niechęć do jego smagłej skóry i rodzimych zachowań inaczej rozumie braterstwo. Odczuwa całe kłamstwo sytuacji.
I tak postkolonialny rasizm i hipokryzja polityczna, wychowały postkolonialnego dzieciaka na dorosłego, jeszcze większego rasistę i prawdziwego oszołoma - terrorystę.
Ani nie był on wychowany po francusku, ani po arabsku. Ani nie dowiedział się prawdy, ani nie zrozumiał do końca kłamstwa. Nie zna i nie rozumie historii, nie należy ani do Francji, ani do Afryki skąd pochodzą jego rodzice.  Jest dziś dorosły, duży, dobrze odżywiony, kapryśny i chce jednego - własnego świata, w którym rządził będzie on i jego wszechmogący bóg. Ten świat, to ma być jego raj i ma podporządkować sobie wszystkie inne światy. Wierzy, że nareszcie będzie czuł się w nim dobrze. Dlatego postkolonialna dzicz zabija dzisiaj i terroryzuje nas wszystkich i nic jej nie powstrzyma, jeśli nie zrozumiemy skąd się wzięła i czym karmi własną nienawiść do nas.
Francuzi nie chcą zrozumieć tego, co wychowali na własnej piersi. Mimo ewidentnych faktów wciąż trzymają się iluzji. Wychodzą z założenia, że przecież od dawna już zrobiono wszystko, żeby ludzie z byłych kolonii poczuli się szczęśliwi. Najpierw, w latach siedemdziesiątych, dano im pracę, a potem zaproszono ich rodziny. A potem, jak już nie było pracy, to dano im wynagrodzenie za "bezpracę" tak, żeby tylko nie czuli się odrzuceni. Postawiono pomniki przypominające ból niewolnictwa. Robi się trochę filmów. Poza tym od lat wpycha się wszystkim, że jesteśmy absolutnie tacy sami! Że wszyscy myślą, robią, i wyglądają tak samo. Ci z tej kolonialnej, jak i ci z europejskiej Francji. Och powtarzam, powtarzam to samo, co wcześniej napisałam, tak jak Francuzi powtarzają w kółko to samo.
Jedno wielkie kłamstwo!!!!!
Każdy człowiek widzi, że biały jest biały, a czarny to czarny , a metys trochę biały i trochę czarny. Każdy człowiek wie, że są sprawy, których nie da się naprawić. Można jednak je zaakceptować, jeśli o nich się mówi szczerze, rozumie, uczy i zmusza do patrzenia w przyszłość.
Każdy wie, że nie każdego boga da się pogodzić z innym bogiem. I że kuskus, nigdy nie będzie kogutem w winie!
 
Ale Francuzi trwają w politycznym delirium i chcą wierzyć, że jest inaczej i odrzucają prawdę o postkolonialnym wyrzutku, który im się wysunął spod kontroli. Nie rozumieją czemu ich tak serdecznie nienawidzi, opłakują paryskie ofiary i z dumą patrzą na własnego wodza, który toczy wojnę z islamem. Ciągle wymyślają jakieś nowe scenariusze, zamiast zadbać o przestrzeganie prawa, zamiast wziąć się za wszystkie sekrety rodzinne i poukrywane w szafach rzeźbionych śmierdzące trupy. Ciągle prowadzą socjalistyczne leczenie narodowego honoru, utrzymując kolejne pokolenia w beztroskim poczuciu własnego dobra.
Tymczasem coraz więcej nieafrykańskich Francuzów patrzy z niechęcią i strachem na afrykańskich Francuzów. Coraz większą niechęć afrykańscy Francuzi odczuwają do reszty świata. Żniwo zbiera ortodoksyjna sekta. Coraz bardziej rozpada się społeczeństwo francuskie, bo multi-kulti nie wychodzi nikomu na dobre.
Francuzi prędzej czy później będą musieli nauczyć się razem żyć, bo przy tak ogromnej ilości afrykańskiej ludności, jaka zamieszkuje Francję nie da się inaczej. Ta ludność będzie musiała się zeuropeizować, albo zdominuje resztę. Na razie przeżywamy ten ostatni scenariusz.  
  
Dzisiaj ewidentną sprawą jest, że nie wszyscy francuscy Arabowie są terrorystami. Osobiście znam mnóstwo uczciwych, pracujących ludzi, o zdrowym podejściu do życia, tradycji i religii. Ale prawdą jest, że całe dzielnice francuskich miast, zamieszkiwane są przez postkolonialne twory, zradykalizowanych religijnie ludzi o pustych mózgach, i to też, a nawet zwłaszcza są Arabowie.
Państwo musi poradzić sobie z tą sytuacją.  Miast wmawiać opinii publicznej, że zło jest daleko i tam trzeba zrzucać bomby, musi być zaprowadzony porządek i respektowane prawo. Po to by nikt się nie bał i nie nienawidził .
Dzisiaj Francuzi powinni w sposób uczciwy mówić o własnych grzechach, a nie zapychać mózgi socjalistycznymi podarkami. Dzisiaj trzeba tłumaczyć jedni drugim, że Francja to kraj kobiet, mężczyzn sobie równych, a nie jakiś średniowieczny relikt. I zwłaszcza bezwzględnie wymagać tej równości płci wszędzie, na każdym kroku. Dzisiaj trzeba będzie nauczyć się akceptować, że Francja, która miała kolonie gdzieś, ma te kolonie teraz u siebie i musi zagwarantować wszystkim te same prawa i obowiązki.
Im więcej bomb francuskich spadnie na dalekie ziemie, tym głośniejszy będzie krzyk trupa w szafie. Po prostu dlatego, że w świadomości bardzo wielu ciągle żyje niesprawiedliwość kolonialnej przemocy.
W Paryżu zginęli ludzie zabici przez nienawiść i prymitywne postrzeganie świata. Rządy europejskie, francuski prezydent ciągle opowiada banialuki zamiast zmieniać bieg historii. A szafa aż trzeszczy!