Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
niedziela, 29 grudnia 2013
Na szczęście

Oby Nowy Rok był lepszy. Zawsze powinien być lepszy od tego co się kończy.

Mam nadzieję, że święta minęły wszystkim w spokoju i radości. We Francji media głównie mówią wtedy o prezentach, tudzież ich poświątecznej wymianie, jak i gastronomicznych scenariuszach bożonarodzeniowego posiłku. We Francji nikt nie obchodzi wigilii 24 grudnia. Pierwszym i jedynym dniem świąt jest 25grudnia. Dzieci rano znajdują prezenty pod choinką, a w południe, rodziny i znajomi siadają do obiadu, który trwa cały dzień.

Z tradycyjnych pyszności można z pewnością wyliczyć ostrygi, owoce morza, wątróbkę z gęsi, wszelkiego rodzaju drobiowych kastratów, typu kapłon "kurczakowy", czy  kapłon "perliczkowy", często podawane z kasztanami, albo truflą. Ale paleta francuskich smaków jest ogromna i znam domy, gdzie zupełnie inne dania są serwowane. Do picia Francuzi wybierają szampana, jak i przeróżne wina, dopasowywane skrupulatnie przez panów domu. Słodkawe do wątróbki, wytrawne do morskich żyjątek, czerwone, zawsze wytrawne do dań głównych i szampańskie bąbelki do deseru. Słodkości są przeróżne, ale do klasyki, należy ciasto zwane buche, czyli po polsku polano. Charakterystyczna jest jego forma, imitująca kawał drewna, przybrany malutkimi postaciami: mikołajkiem, piłą do drewna i choinką.

Na świątecznym stole we Francji nie znajdziesz maku, grzybów, karpia i z pewnością wódki. Nie znajdziesz również opłatka, ani sianka, ani ciasta drożdżowego. Nie doszukasz się klusek, nie odnajdziesz ani barszczu, ani zupy grzybowej. W ogóle nie są to znane potrawy.

Dlatego w naszym polsko-francuskim domu, organizujemy wigilię po polsku, z dodatkami typu ostrygi czy krewetki, albo morskie ślimaki i kraby. A pierwszy dzień świąt jest już po francusku, z drobiem, pod każdą postacią. W wigilię dzielimy się opłatkiem, co z trudnością przychodziło memu francuskiemu mężowi na początku naszego wspólnego życia. Ten piękny, polski zwyczaj, jest uznawany prawie, jak świętokradztwo, we wszystkich znanych mi krajach. Dla rodziny mego męża jest nie do przyjęcia przyjmowanie w gronie domowym świętej hostii. Mąż jednak przyzwyczaił się i czyni jak Polacy. Zastosowaliśmy również tradycję dawania prezentów już 24 grudnia. Oczekiwanie do 25 grudnia rano okazało się zbyt trudne.

Francuzi, a przynajmniej ich chrześcijańska część, podobnie jak Polacy, wieszają jemiołę nad stołem, ubierają choinkę i cieszą się z Noel - czyli Bożego Narodzenia. Coraz więcej jednak jest w Republice Francuzów wyznania muzułmańskiego. I ta część społeczeństwa, patrzy na resztę Francuzów i ich świąteczne tradycje filozoficznie, oczekując na ramadan i inne muzułmańskie święta. 

Francuzi nie przeżywają jednak tak bardzo rodzinnie świąt Bożego Narodzenia, jak to ciągle, jest praktykowane w Polsce. Tutaj, to głównie czas wydawania pieniędzy na prezenty i konsumowania najdroższych przysmaków i win. A nie wyłącznie chwila rodzinnej miłości i pokoju. Święta, Francuzi spędzają często  w restauracjach i wcale nie koniecznie w zaciszu domowym.

Starsze pokolenie, zwłaszcza na Południu Francji, chodziło kiedyś , na pasterkę i po powrocie do domu siadało do kolacji. Jednak nie miało to niż wspólnego z polską wigilią. Stół był wtedy zastawiony raczej orzechami, owocami i miodem. Dzisiaj, niezwykle rzadko Francuzi chodzą do kościoła. A jeśli nawet, to z pewnością mogą natrafić na szopki, których tu wiele, chociaż w niczym nie przypominają tych , naszych, krakowskich.

Święta, święta i po świętach. Zaraz będzie Nowy Rok, potem znowu Wielkanoc, i ... Czas płynie szybko. Odnoszę wrażenie, że coraz szybciej. Jak zwykle, co roku, podejmuję ważne decyzje. Czasami udaje mi się spełnić styczniowe plany. Często jest inaczej i czuję się podle. Do nie tak dawna wydawało mi się, że wszystko jest możliwe, da się zaplanować, spełnić, panować i kontrolować. Ale pomyliłam się.

Na jesieni zachorowałam. I w grudniu trzeba było mi zrobić przemeblowanie wewnątrz cielesne. Na szczęście, mimo strachu i niepokojących scenariuszy, wszystko skończyło się dobrze. Nie będą mogła mieć już dzieci, bo tak było dla mnie bezpieczniej. Jednak operacja tego typu nie odbywa się bez strat. Na początku się bałam, a potem smuciłam. Dzisiaj staram się o niczym złym nie myśleć, chociaż powoli wracam do sił.

Pierwszy raz musiałam poddać się ciężkiej operacji i wcale mi się to nie podoba. Pomijam fakt, że zupełnie mi nie odpowiada oddawanie własnego ciała, i wszystkich jego części, pod chirurgiczny nóż. Poza tym,  mimo zaufania do lekarzy i profesjonalnej opieki francuskiej służby zdrowia, bardzo mi nie pasuje zdawanie się w pełni na ich umiejętności. 

Tak czy inaczej, po 12 godzinach przygotowywania mnie w klinice, znalazłam się na łóżku, w poczekalni, przedoperacyjnej. Lekko ospała od leków, zauważyłam iż obok, leżała młoda dziewczyna, też oczekująca na decydujące cięcie. Wymieniłyśmy spojrzenia, grzeczne dzień dobry, powód naszych leżących sytuacji i tyle się widziałyśmy. Potem był jeszcze stół operacyjny, widok urządzeń, miły uśmiech anestezjologa, ból w piersiach i odlot.

Przebudzenie było okropne, bo bolące. Podawano mi morfinę. I wiem już że ćpunem nie będę, bo strasznie mi było niedobrze i źle wpływało na samopoczucie. A potem przez tydzień wracałam do życia, między snem, uśpieniem , zastrzykami i przemiłymi pielęgniarkami , które dbały o mnie jak o jajko. Nie przyzwyczajona do takiej sytuacji, z trudem mogę pogodzić się z taką niemocą i nie możnością działania. Odpoczywać trzeba i dbać o spokój, nie podnosić nic, nie wysilać się.... Litania tego co nie wolno. Poza tym tu boli, tam boli, a w dodatku człowiek męczy się już samym byciem.

Te wszystkie "nie wolno" źle mi działają na samopoczucie. Cóż kiedy ja od lat wysilam się cały czas, podnoszę, znoszę i działam. Teraz nic.

Do noworocznych planów podchodzę dziś dość sceptycznie. Człowiek sobie coś zakłada, a tu ciało chce inaczej. I wtedy jak domino , plany lecą gdzieś do dziury. Zaryzykuję jednak i .... postanawiam zadbać o promocję mojej książki, która będzie w Empiku już na wiosnę. Postanawiam pracować mniej w domu i opłacić pomoc domową. Prasowanie, sprzątanie nie będzie pochłaniało już tyle mojego, własnego czasu. Będę więcej pisać, bo na szczęście morfina nie wygumkowała mi myśli. Będę mniej przejmować się innymi, a bardziej sobą, chociaż bez empatii i altruizmu nie uda mi się przeżywać codzienności. Zasadzę kilka nowych roślin w ogrodzie, ale bez szaleństw. Będę więcej wymagać od dzieci, dbałości o ich przestrzeń życiową, a męża nie będę już wyręczać we wszystkim, co dotyczy rodziny. Poza tym pojadę parę razy do Paryża na wystawy i odwiedzę przyjaciółkę w Maastricht. Więcej zajmę się tym, co mnie interesuje i pasjonuje, i zmuszę synków i męża do zaakceptowania tego. 

Nie wiem czy mi się wszystko uda, ale jeśli zaryzykuję z pomocą domową, to z pewnością będę miała więcej czasu i siły, na pisanie i fotografię.

Choroba przeraziła mnie. Była jak wykrzyknik, uważaj masz jedno życie i nie pozwalaj go sobie ukraść. Czas ucieka. I właśnie tej dbałości o siebie życzę wszystkim w nowym roku, a zwłaszcza znanym i nie znanym mi kobietom. Jako matki, żony, zbyt często zapominamy o naszym czasie, który ucieka, tak bardzo szybko. Podejmujemy decyzje w życiu, żeby dzieci i nasze rodziny były szczęśliwe, zadbane, domy piękne i wypełnione troską, ciepłem i czystością. Ale często jest to kosztem naszego życia i marzeń.

Udało mi się, że nie mam raka, którego tak potwornie się bałam. Wiem dziś, że nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć w przyszłości. Mam dwoje , zdrowych, mądrych dzieci. Więcej nie planowałam, a dziś i tak nie jest to już możliwe. Nie szkodzi. Mam dorastających synków. Mam ciągle sprawnych, jeszcze młodych i kochających rodziców. Mam męża, który się zmienia na lepszego i kocha naszą rodzinę. Mam wreszcie własne ciało, które na chwilkę się popsuło, ale już jest naprawione i z pewnością bardziej o nie zadbam. Mam dwa wymarzone psy, kanarka, który mimo sześciomiesięcznej ciszy odzyskał nagle głos i śpiewa, i żółwia Gucia, który przyszedł skądś i do dziś z nami mieszka. Mam zwykłe, ludzkie szczęście. I tego życzę wszystkim na najbliższy rok.

Na  święta zjadłam wszystko, co lubię, zaakceptowałam , że mąż, dzieci i rodzice przejęli panowanie nad domem. Jeszcze parę tygodni i będę silna. Wtedy spełnię ważne sprawy dla siebie. Wszyscy na tym zyskamy. Jestem pewna.