Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 24 grudnia 2010
Amour znaczy Miłość
.

.
A jeśli cała tajemnica świąt zamknięta jest tylko w historii Miłości? Czy to polskiej, francuskiej czy nawet bez języka? Takiej Miłości, co to nie ma ani tradycji, ani smaku jedzenia? Jest bez wymiaru czasu, wagi historii? Takiej Miłości bez definicji, obrazu...
A jeśli marzenie dziecięce o prezencie i Świętym Mikołaju to najczystsza w świecie prawda? Nie chcą w nią wierzyć dorośli, ale opowiadają o niej dzieciom.
.
 .
Ja tam wierzę. We wszystko i w każdym języku co ze Świętym Mikołajem jest związane. I w renifery, i w sanie i prezenty ... Czekam na odwiedziny i z dziećmi rozpalam gwiazdy na niebie. Któraś jest najważniejsza. Szukamy , czekamy...
.

.
Ach żeby nie było zła, chorób i tych wszystkich strasznych rzeczy . Żebyśmy nie musieli się bać wilka, ani głupich ludzi, żeby misie polarne dały sobie radę nawet bez śniegu!
A dzieci miały zawsze zdrowych rodziców, a rodzice zdrowe dzieci. Żeby najukochańsi nie umierali, a jeśli już muszą to wtedy gdy i my będziemy już tak starzy żeby chcieć odejść. Ach, żeby nikt nie był głodny. Każdy miał własny dach nad głową i żeby na każdego czekało gorące serce . Żebyśmy umieli wybaczać i żeby nam wybaczano. Marzenia , najskrytsze marzenia nas nie opuszczały. Żeby krasnale w końcu pokazały nosy. A pies pogadał o ważnych sprawach i dał spokój sąsiadowi za ścianą.
Żeby przyjaciele byli przyjaciółmi, a jeśli ich nie ma.... no to niech się w końcu pojawią!!!!
...i żeby makowiec zawsze rósł jak moje dzieci, a dzieci lubiły mój makowiec.....
.

.
....i żeby anioły te duże , mądre opiekowały się światem. A te małe , grubaśne , z czerwonymi polikami rozśmieszały nawet największych smutasów. A te chude, z długimi jak płaszcze skrzydłami melodią kryształowych głosów nastrajały do wspomnień.
Żeby Aniołki wiejskie , z włosami słomianymi szeleściły do snu zapomnianym. A te miejskie, wypachnione wanilią rozdawały uśmiechy nabzdyczonym paniusiom.
żeby choinkowe ożyły, a żywe na choinkę wskoczyły....
.
.
A tak zupełnie bez niebiańsko
żeby z zimy rodziła się zawsze wiosna.
.

.
Wszystkim życzę cudownych Świąt Bożego Narodzenia
 czyli  Joyeux Noel!

.

czwartek, 16 grudnia 2010
Serce w czapce
Codziennie zawożę moje dzieci do szkoły. Z uśmiechem żegnają się ze mną i z tym samym uśmiechem witają, gdy je odbieram po lekcjach. Ta codzienność, rytm, regularny czas jest im potrzebny. Często się na nie złoszczę, bo się mnie nie słuchają. Często tracę cierpliwość i krzyczę. Nie robię im krzywdy tylko pokazuję, że mam pewną wytrzymałość i nawet matczyna tolerancja  i wyrozumiałość mają swoje granice. Jednak rozmawiamy dużo. Wiem o nich bardzo wiele a one każdego dnia mnie poznają coraz lepiej.

Nie pracuję zawodowo. Nie umiem połączyć kariery z macierzyństwem. Zbyt duże wymagania mam jako matka. Nie potrafię pogodzić się z tym, żeby ktoś inny zajmował się moimi dziećmi . Żeby nie uczęszczały na dodatkowe zajęcia, nie jadły ze mną, przeze mnie ugotowanego obiadu. Wiem, że nikt ich za mnie nie wychowa, jedynie mógłby je pilnować w czasie, gdy ja zarabiałbym pieniądze na tę usługę.

Nie znaczy to jednak, że nie brakuje mi pracy zawodowej. Owszem tak. Bo prowadzenie domu, jeżdżenie samochodem jak taksówkarz ze szkoły do szkoły, z zajęć na zajęcia , gotowanie, zakupy, sprzątanie itd nie są zajęciami wzbogacającymi ani realnie, ani duchowo. Ale takiego wyboru dokonałam.
Moja mama też kiedyś dokonała tego wyboru. Tak samo jak ja miała dosyć kieratu zwłaszcza, że była to peerelowska rzeczywistość. Wracałam do domu a tam był jej uśmiech, obiad pachnący, ubrana choinka , poskładane ubrania, książki , zabawki. Wszystko wysprzątane i przygotowane dla mnie i taty. Moja mama stworzyła atmosferę tak przyjazną, że koledzy po szkole gnali do mnie i tak nam mijały popołudnia. Tata dbał o resztę i miałam niezachwiane uczucie bezpieczeństwa i miłości. Rodzice kochali mnie ale i interesowali się mną. Dialog był zawsze mianownikiem naszej rodziny.
Wakacje poza Polską, ferie w Sopocie u cioci, albo gdzieś gdzie też było cudownie. Patrząc z perspektywy prawie czterdziestu lat wspominam ten okres jako najpiękniejsze lata mojego życia. Oboje rodzice dali mi wiarę w piękno świata. Nauczyli patrzeć na innych i słuchać innych.

Nie bałam się wejść w dorosłość. A ta układała mi się różnie. Lepiej, gorzej... Nie żałuję moich wyborów, każdy wydał jakieś owoce. Jednak skarbiec z którego czerpię całą swoją energię, całą siłę jest jeden - to moje dzieciństwo.

Dlatego nawet wtedy, gdy czuję się we własnym losie jak pułapce. Nawet wtedy, gdy ciąży mi codzienność, a rozczarowanie małżeństwem sięga zenitu. Oparciem jest ta jedna pewność, że dzieciństwo jakie daję moim dzieciom będzie dla nich skarbcem. Będą sobie z niego wybierać podczas całego życia tak jak ja czynię od lat. Bo gdy jest się kochanym jako dziecko, gdy mama, tata potrafią cię wysłuchać. Znajdują czas i energię na to żeby z tobą być i pogadać o ważnych sprawach. Jak masz takich rodziców i taką miłość na początku , to rodzi się w tobie wiara , że warto jest żyć. Że świat jest pełen piękna i kolorów. I nawet jeśli bardzo ci źle to nie tracisz nadziei, że będzie lepiej.

Kiedy miałam 14lat chciałam być duża. Była zima. Wychodziłam z domu i zdejmowałam czapkę. Uszy mi marzły, zimno mi było okropnie. No ale byłam duża.

Kiedyś mama zobaczyła te moje czerwone uszy na ulicy. Zezłościła się. Bo katar, kaszel, bo zimno. Potem kupiła mi inną czapkę w nadziei że polubię. A potem urosłam i już sama stroiłam się w wełniane zawijasy bo wolałam jak mi było ciepło.
Moja mama nawet nie wiedziała, że nawet serce mi w czapkę ubrała. A tata owinął szalikiem.
Noszę takie otulone serce do dzisiaj. I nawet sprawiłam takie samo ubranko dla serc moich dzieci.
Nigdy nie będzie im zimno. Nawet w zimie.
 

  

piątek, 10 grudnia 2010
Chrapanie, cmokanie , wiatr...
Parę dni temu, korzystając z pobytu moich rodziców postanowiłam wraz z mężem zostawić nasze dzieci pod opieką dziadków i pójść do kina. Patriotycznie wybraliśmy rodzimy produkt, pod tytułem, w dokładnym tłumaczeniu : "Małe chusteczki". Temat wydał mi się podejrzany, niepokoił fakt ponad dwóch godzin na niepewnym, jednak uspokajała obsada i przekonał reżyser.

Kino jak kino, fotele wygodne, publiczność mniej więcej w tym samym wieku co my. Film, jak z krytyk wynikało "pokoleniowy". Zaczęło się od strasznej sceny wypadku. Facet na motorze wpada pod ciężarówkę i zaczyna drogę przez mękę. Odwiedzają go w szpitalu przyjaciele. Jak się okazuje mieli wyjechać razem na wakacje, a tu ten wypadek... Koniec końców nieszczęśnik pozostaje w szpitalu sam, a przyjaciele nie zmieniają planów. Przez cały film są na wakacjach, gadają o bzdurach, kłócą się i starają rozwiązać swoje pseudo-problemy.

Już na samym początku filmu, odkryliśmy,że jeden z paczki, jest zakochany w drugim. Obaj mają żony i dzieci i deklarują, że nie są homoseksualistami. Jednak ten zakochany nie jest już tak do końca pewny, bo  "domęskie" uczucie blokuje mu zainteresowanie własną żoną. Obiekt pożądania staje się oddalającym punktem. Przyjacielowi jest bardzo niewygodnie w roli Julii i zwyczajnie nie chce miłości kumpla. Zaczyna wariować i panicznie reagować na każdy z nim kontakt. Trudna rzecz to wykonania, bo znajomi zajmują tę samą wakacyjną posiadłość. Nikt nic nie rozumie z ich dziwacznego zachowania.

Do tego inna przyjaciółka jest nimfomanką. Niby dobrze jej z tą przypadłością, ale na koniec zachodzi w ciążę i strasznie płacze. W domyśle jest dziewczyną ofiary z wypadku. Ale mimo tej miłości, zdradza go na lewo i prawo. Pomaga jej moralnie inny kolega z paczki, chociaż sam jakiś taki niedojrzały i nic mu się nie układa. Podobnie zresztą jak ich innemu przyjacielowi, który zupełnie nie umie być mężczyzną. Przez cały film wysyła i czeka na smsy od jakiejś dziewczyny. Była jego narzeczoną, a ma wziąć ślub z kimś innym. Ostatecznie jednak wraca do gościa od smsów.

Ach opowiadać można długo, ale nie ma sensu. Labirynt ludzkich emocji i historyjek. Trudno zrozumieć czemu wszyscy są tacy niedojrzali i komplikują sobie dość bezproblemowe życie. Spędzają wakacje w bajkowych miejscach, bawiąc się jak dzieci na łódkach, w morzu i piasku. Pięknie jak to we Francji. Aktorzy też urodziwi, tylko jacyś tacy bez środka, celu w życiu i filozofii. Rozkapryszone towarzystwo nie chcących urosnąć ludzi. Małe dzieci uczestniczą w wakacjach jak dekoracja. Robią rodzinne tło dla ich rodziców,czyli dużych dzieci. Ktoś czasami wpadnie z zewnątrz. Artysta, nawiedzony filozof...

W sercu niby-akcji króluje miejscowy rybak. Wszystkich gości u siebie na obiadach z ostryg, przy winie i chrupiącej bagietce. Jest człowiekiem natury. Taki ekologiczny kawał chłopa z urokliwym uśmiechem na twarzy . Jeden jedyny rozumie świat i życie. Trubadur dusz zagubionych  bez butów, bo facet jest boso przez cały scenariusz.

  Film się ciągnął bez większego sensu, bez energii. Nie wiadomo było o co właściwie chodzi autorowi. Siedziałam coraz bardziej zazdroszcząc temu,co na początku został w szpitalu i nie uczestniczył w tym kalejdoskopie beznadziejnych emocji. Wciśnięta w fotel niczym w kąt, starałam się jak mogłam,ale nie udawało mi się wejść w problemy bądź co bądź moich równolatków. Chyba francuskie pokolenie sklejono z innych wartości niż nasze, polskie? A może jestem nieczuła? Właściwie zupełnie nie zrozumiałam tej filmowej histerii i słabego humoru.

Trwałam w znudzeniu znając te sylwetki z francuskiej codzienności. Nagle, między jedną sceną zakochanego homoseksualnie heteroseksualisty, a drugą wysyłającego smsy Piotrusia Pana. Wśród szeptów nimfomanki i płaczu niekochanej żony usłyszałam pierwsze chrapnięcie. Najpierw delikatnie, niczym niezdecydowana lokomotywa, a później już z werwą, pogłosem i cichym poświstywaniem ruszyła moja kinowa sąsiadka w krainę snu. Chrapanie było rytmicznym dowodem na beznadziejną nudę filmu. Jednak to nie ja spałam, tylko jakaś obca baba. Spojrzałam na męża. Ten filozoficznie wzruszył ramionami pochłonięty problemami własnego pokolenia.
Starałam się czynić podobnie. Jednak w momencie gdy zdradzana duchowo żona zaspokajała się seksualnie przez internet, ostatnie, patetyczne chrapnięcie sąsiadki wybiło mnie zupełnie z filmu. Starą domową metodą zaczęłam pogwizdywać a później cmokać. Kobita spała w najlepsze, a sala miast uciszyć niedźwiedzia rzucała we mnie złowrogie spojrzenia.

Aż przyszło zbawienne zakończenie. Nagle, wszyscy powstrzymali oddech, bo motorowiec wyzionął ducha i przez piętnaście minut trwała jeszcze scena pogrzebu. Nawet chrapiąca sąsiadka obudziła się pod wpływem smutku i boleści. Mąż mój płakał przybity widokiem zrozpaczonych przyjaciół. Sam bowiem ma motor i chyba utożsamił się ze zgromadzonymi na ekranie. Martwiłam się że aż tak się wczuł a ja nie potrafiłam. Ludzie jedni wzruszeni inni zmęczeni, a ja w gruncie rzeczy zadowolona , że kobieć przestała chrumkać mi pod nosem i wracamy do domu.
Wyszliśmy czym prędzej z kina. Było zimno, choć to przecież Południe.  Mistral wieje, pomyślałam. Ale potem padał już śnieg i zrobiło się jak w Polsce, biało, ...
tylko o tym, to jutro w nowej notce, bo wróciłam do pisania dla Was , moich wirtualnie prawdziwych znajomych.