Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 27 grudnia 2008
Wigilia na dwa serca

Polska wigilia we Francji, to wigilia na dwa serca. Tak jest w moim domu. Dwie tradycje, dwa smaki. Czas wyborów i kompromisów i ślubu różnych obrządków.

Kiedy siadamy do stołu? Wieczorem czy późno w nocy? Czy przy rybach można postawić wątróbkę gęsią? Czy Mikołaj przynosi prezenty 24tego, czy też 25tego grudnia? Czy bułka? Czy chleb? Czy? Jak? Kiedy?

Do tej pory jakoś się udawało pogodzić dwa serca, dwa kraje. Zawsze ktoś troszkę cierpi, bo daleko od ojczyzny, od najbliższych. Ale jakoś się w końcu układa. Raz są święta w Polsce, raz we Francji. W końcu to przecież tylko święta. Nie da się być i tu, i tam, jednocześnie. Nie da się być ze wszystkimi i tak, żeby było wszystkim dobrze.

Czas Bożego Narodzenia, to czas często bardzo trudny dla rodzin mieszanych. Wtedy najbardziej odczuwamy różnice, to co nas dzieli. Na szczęście miłość łączy. Nostalgia miesza się ze szczęściem. Tęsknota wyciąga z pamięci lata dzieciństwa.

Ano właśnie - dzieci. Mam ich dwoje. Święta, to dla nich radość i uśmiech. Dorośli nie są już wolni od przeszłości. Dzieci potrafią się cieszyć bezwarunkowo. Trzeba im jednak wytłumaczyć, że Mikołaj zrozumiał ich prośby. Bez znaczenia jest, w jakim języku marzyli. Mikołaj musi być absolutnie ponad-językowy. Prezenty przychodzą u nas 24tego grudnia. Wszystkim jest tak weselej. Czekanie do rana 25tego, jak to się praktykuje we Francji, wydawało mi się nie do zniesienia. Mąż przystał bez walki. Zresztą dla spokoju rodzinnego jemioła wisi pod sufitem łącząc nasze dwa serca, dwa kraje, dwie tradycje. Francuzi wierzą w jej moc tak jak Polacy.

Trudnym tematem okazał się opłatek. Tradycja zupełnie nieznana poza granicami Polski. W niektórych, francuskich rodzinach spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że to świętokradztwo. Symbolika dzielenia się miłością i pokojem nie przekonała moich francuskich bliskich. Mąż łamie się opłatkiem, ale niestety zdarzało się już inaczej, bo w duszy mu inaczej gra. Nie rozumie i nie czuje, o co chodzi w tym pięknym geście. Nauczyłam się akceptować tę różnicę. Dalej jednak trwam przy opłatkowym składaniu życzeń z dziećmi, rodziną i znajomymi. Chcę żeby czuły wagę tego momentu. I tak będzie zawsze dopóty, dopóki będziemy razem spędzać wigilię.

W tym roku, Eliot po raz pierwszy, ze zrozumieniem, odczuwał, o co chodzi w opłatkowym geście. Był bardzo poważny, pełen wzruszenia. Swojemu pięcioletniemu bratu życzył: „żeby był dobry dla starszego brata i żeby miał dobre życie". Mnie powiedział "żebym nie denerwowała się i, że kocha mnie". Tata Francuz "musiał", dzieląc się z synem opłatkiem, obiecać "żeby już nie krzyczał". Obiecał, ale niestety już złamał przysięgę. No cóż, chyba nie zrozumiał, tak do końca... Południowcy są egzaltowani, wybuchowi i nie lubią zaglądać w duszę. To takie Don Kichotowskie wojowanie na wietrze. Nic z tego nie wynika, ale za to wygląda teatralnie. A może to ja, nic nie rozumiem z francuskiego "życio-dramatu"?

W tym roku, jeszcze 2008 łamałam się opłatkiem z Eliotem, urodzonym i wychowanym we Francji, ale już świadomym swojej tradycji, Polakiem. W wieku siedmiu lat dzielił się ze mną nie tylko hostią, ale i polskością. Moje serce rozśpiewało się gorąco. Siedem lat cierpliwej nauki języka, tradycji, siedem lat klejenia polskiej duszy u francuskiego dziecka dało pierwszy, dojrzały owoc. Synku, dziękuję Ci za ten najpiękniejszy z prezentów!

Mały Armand był również wzruszony wzruszeniem moim i swojego brata. Nie rozumiał jeszcze wszystkiego, ale już czuł, że to ważny dla nas moment. Powiedział mi, że "mnie kocha i nie wie, co ma więcej powiedzieć". Nie musiał, i tak byłam szczęśliwa.

Po pierwszej gwiazdce Mikołaj "wrzucił" prezenty do ogrodu przez bramę. Zadzwonił i zostawił list. (Sąsiad sprawdził się na piątkę.) Mikołaj wiedział, gdzie mieszkamy, bo Eliot wpadł na pomysł, żeby do skrzynki pocztowej przyczepić, w prezencie dla Niego, rysunek. Kolorowy dom z bocianim gniazdem na dachu. Mikołaj trafił bez problemu.

Do tej pory to mój tata, dzielnie "wchodził" w rolę hojnego świętego. Ale w tym roku babcia i dziadek zostali w Warszawie. Mikołaj był bardzo zapracowany, zostawił torby pod bramą, ale żeśmy go nie widzieli, tak szybko zniknął.

Kiedy wnieśliśmy prezenty do domu, komputer był włączony tuż przy choince? Dziadkowie podłączeni przez Skypa współ-uczestniczyli w rozpakowywaniu kolorowych pakunków. Dzieci dziękowały raz po raz babci i dziadkowi za przysłane Mikołajowi prezenty. Widzieliśmy się przez kamerę internetową. Maluchy podbiegały do komputera wysyłając całuski babci i dziadkowi, widocznych na ekranie. Wszystkim nam było tak łatwiej, przyjemniej, choć trochę bliżej.

Po mikołajkowej radości zasiedliśmy do wieczerzy. Zrezygnowaliśmy z karpia. To ryba, za którą nie przepadam. Łatwo mi było się z nią pożegnać. Był za to pstrąg i owoce morza. 24ty grudzień nie jest dniem świętowanym we Francji. Wieczerza wigilijna nie ma tu takiej wagi jak w Polsce. Owszem zasiada się do stołu. Tradycyjnie jednak powinno się to czynić dopiero po pasterce. Kontekst religijny zszedł już na drugi plan.

Francuskie święta, to głównie czas prezentów, dekoracji i dobrego jedzenia. Wystawnie je się 25 grudnia i spędza ten czas rodzinnie, wielopokoleniowo. A to zupełny wyjątek we francuskiej rzeczywistości. Wtedy stoły uginają się od różnych dań. I nie są to zawsze, co roku te same potrawy. Największe powodzenie mają te drogie, których nie jada się na codzień. Trufle, wątróbki z gęsi, kapłon nadziewany suchymi figami. Nie ma już tradycyjnego, jednolitego menu. 

Na naszym, polsko-francuskim, stole wigilijnym obok pstrąga w migdałach, pachnie morzem. Ostrygi, krewetki, kraby i łosoś w galarecie mieszają się z kwaśnym zapachem cytryn. 

Kluski z makiem doskonale pasują kolorystycznie do pasztetu z gęsi. Nie udaje mi się jednak przełknąć tego ostatniego. Nie umiem jeść tłustych potraw w post. Mąż wybacza mi wielkodusznie tę "zniewagę". Stół mamy dwu-tradycyjny. Poza gęsim "grzechem" wszystko jest postne. Zupa grzybowa z łazankami jak u mojej mamy. Ryby, kapusta z prawdziwkami, duszone figi i oczywiście na deser makowiec,jak i drożdżowe wypieki. W tym roku dałam więcej miodu do maku. Chłopcy zajadali się tak, jak kiedyś ja,w kuchni u mojej mamy. Kiedy piekłam dzień wcześniej makowiec wylizywali miski i drewniane kopystki. Paluszki mieli całe słodkie. Oczy śmiały się do cynamonowego zapachu, jaki roznosił się od śliwkowego kompotu. Biegali z kolorami na buzi od kuchni do choinki i z powrotem.

Zielone drzewko ubraliśmy w polskie bombki. Mamy ptaszki, błyszczącego górala, mikołajki i aniołki. Łańcuchy porobili chłopcy sami z kolorowego papieru, jaki przysłała nam babcia z Warszawy. Ten francuski jest zbyt twardy i nie daje się tak dobrze zwijać w pętelki. Nawet mała Marysia, która przychodzi do mnie na lekcje polskiego, pomagała w klejeniu łańcuchów.

Za sianko pod opłatek posłużyło nam małe gniazdko, jakie znaleźliśmy kiedyś pod sosną w ogrodzie. Misterna ptasia robota z pobliskich traw. Armand ucieszył się, że opłatek jest tak jak Jezusek w szopce. Figurki kupiliśmy kiedyś na targu świątecznym w Lyonie. We Francji jest bogata tradycja robienia szopek, w których ustawia się prowansalskie figurki. Każde atelier wyrabia figurki określonej wielkości. Nie można ich pomieszać, bo pomyłka sprawić może, że osiołek okaże się mniejszy od Jezusa, albo Maria większa od krowy. Każdego roku ludzie wzbogacają szopki domowe pamiętając, na jakim straganie kupowali pierwsze figurki.

Jak co roku śpiewałam z dziećmi kolędy podczas przygotowywania wieczerzy? Niestety tata uważa, że są smutne i go "dołują". Nie udaje mi się go przekonać do słuchania kolęd w święta. Z dziećmi pośpiewałam sobie w kościele polskim i trochę podczas nieobecności ich taty w domu. Potem, niestety, trzeba było wyciszyć kolędowanie. Nie chcieliśmy smutnego ojca w domu. Najwyższy chyba to zrozumie. Zadowoliliśmy się Bachem.

W pierwszy dzień świąt zrobiłam kurczaka faszerowanego figami i suszonymi śliwkami. Wszyscy byli zadowoleni, ja, tradycyjnie zmęczona kucharzeniem przez dwa dni. Policzyliśmy skrupulatnie ile dań było na stolie wigilijnym. Uzbierało się rzeczywiście - dwanaście, więc tradycji stało się za dość. Drób z figami to już wpływ francuskiej tradycji. Drugiego dnia świąt po prostu nie ma. To znaczy, my w domu zawsze świętujemy, ale we Francji to już normalny dzień bez-świąteczny.

Ulice Lyonu są w tym czasie błyszczące od światełek i dekoracji. Wystawy kolorowo przyozdobione. Ale atmosfery nie ma takiej jak ją odczuwam w Warszawie. Wiara w narodziny dobra jest czymś, co ginie chyba bezpowrotnie. Pozostają prezenty, coraz bogatsze jadłospisy i dobre wina. Brak mi wzruszenia, refleksji, pamięci rodzinnej. Udekorowana bogato Francja jest uboga we współodczuwanie, w zwykłe, ludzkie zamyślenie, pozbawiona łez wzruszenia.

Choć jest już po świętach, mam nadzieję, że spędziliście je Państwo radośnie. Życzę Wam, aby przyszły, Nowy Rok okazał się hojnym w miłość i zdrowie. Życzę Wam marzeń gorących każdego dnia, każdej nocy. Niech Nowo Narodzony chroni Was od zła i samotnej ciszy.

Oby 2009 przyniósł nam wszystkim pokój i dobre myśli. Żeby żaden człowiek nie był głodny i żadne dziecko nie musiało odczuwać strachu. Oby świat był lepszy, lepszy, lepszy...

Un coeur en hiver by you.

piątek, 05 grudnia 2008
Rodańskie opowieści

green by you.

czwartek, 04 grudnia 2008
Francja w maśle

Im dalej na północ od Lyonu, tym bardziej swojsko dla słowiańskiego smakosza. Nim człowiek ochłonie po rozkoszach liońskich restauracji, już odwiedza Burgundię. Chyba każdy słyszał o tutejszych winach. Może jednak nie pamięta, że stolicą tego regionu jest Dijon, kraina musztardy. Wystarczy zatrzymać się na autostradzie, tuż za pierwszym burgundzkim drogowskazem, ażeby w każdej stacji benzynowej odkryć całe kolekcje smakowitych musztard. Każda posiada szlachetny rodowód z Dijon. Tu można znaleźć wariacje ostre, delikatne, pieprzne, cytrynowe, imbirowe, czosnkowe, porzeczkowe, karmelowe...Wymieniać można długo, aż do utraty tchu. Tak wiele jest odcieni smakowych tutejszej musztardy. Można jedynie dziwić się, że właśnie w stacjach benzynowych znajdują się te przysmaki. Tak jednak jest w całej Francji, gdzie smako-miarą stał się asortyment produktów sprzedawanych w benzyniarniach francuskich autostrad.

Tankując na Południu, można zatem zakupić lawendowe olejki, butelki oliwy, jak i migdałowe słodkości. Tym samym przejeżdżając przez Burgundię, proponuje się nam kolekcje musztardy. No cóż, co kraj to obyczaj.

Innym specjałem regionu są ślimaki. Utarło się, że każdy Francuz to „żabojad„, co na dodatek je ślimaki. Zapewniam wszystkich nie wtajemniczonych, iż "zwierzaki" nie ślinią się, spacerując po talerzach. Podawane są na gorąco, z pieca, w muszelkach. Opływają ziołami i gorącym masłem. Po oliwie już nie ma śladu. Im bardziej szare niebo we Francji , tym mniej będzie oliwy w regionalnym menu, a więcej masła.

Ciekawostką może być fakt, iż burgundzkie ślimaki sprowadzane są aktualnie z Węgier i Polski. Albo nie ma ich wystarczająco na tutejszych polach, albo nie chce się nikomu ich zbierać. Są one zwykłymi emigrantami ze Wschodu! No cóż, od razu człowiekowi jakoś lżej na sercu, kiedy dostaje na talerzu coś swojskiego. Muszelki wyglądają podobnie do winniczków. Nie wiem czy to ta sama rasa, czy też jakaś inna. Mimo dobrego smaku, dość trudno się je spożywa. Trzeba przejść przez małą inicjację, bo inaczej posiłek może skończyć się katastrofą.

Pamiętam, gdy po raz pierwszy byłam zaproszona na ślimakową kolację, podano mi szczypczyki i wąski widelczyk. Przyborami tymi miałam się rozprawić ze ślimakową garstką , jaką właśnie mi zaserwowano. Patrzyłam pokornie raz na talerz, raz na moich sąsiadów. Własne doświadczenie ze ślimakami ograniczało się do propozycji podania "sera na pierogi". A tu wokół sami eleganccy ludzie, miła , ciepła atmosfera. Po kilku minutach przyglądania się każdemu, w jaki sposób zjada ślimaki, postanowiłam zaryzykować. Zgrabnie złapałam szczypczykami muszelkę i zaczęłam wyciągać nieboraka ze środka. Ślimaczki są małe i zwinięte w kulkę, pewnie pod wpływem temperatury. Ponoć przyrządza się je oddzielnie i potem wkłada do muszelek by w takiej formie serwować. Mojego ślimaka zdecydowanie wepchnięto najgłębiej jak to było możliwe. Postanowiłam się nie poddawać. Po kilku sekundach udało mi się dokopać do nieszczęśnika. Jeszcze jedno pchnięcie widelcem... I miał się znaleźć w moich ustach. Los zrządził inaczej. Nie spodziewałam się, że masło wraz z muszelką posłużą ślimakowi za prawdziwą wyrzutnię. W ułamku sekundy, wydłubując pachnącego czosnkiem ślimaka, wprawiłam go w istny lot. Tłusta kulka wyrzucona w powietrze, niczym sprawny skoczek poleciała pięknym lobem w stronę sąsiedniego stolika. Lądowanie miała jak najbardziej miękkie, albowiem ślimak wpadł prosto w górną kieszeń, zawieszonej na oparciu krzesła, tweedowej marynarki któregoś z panów. Nikt, absolutnie nic nie widział. Stało się to błyskawicznie i uszło uwadze każdej z konsumujących osób. Oczywiście nic nikomu nie powiedziałam zagryzając tylko bułką własne osłupienie. Resztę talerza udało mi się dokończyć bez oszałamiających wyskoków. Jednak zawsze, gdy jem ślimaki, sprawdzam, kto obok siedzi i czy na pewno nie ma zawieszonej na krześle marynarki.

Czas by opuścić Burgundię, jej wyśmienite wina i kuchnię. Zmierzam do Alzacji.

Nie znam jej dobrze. Wiem jednak, iż pod przepiękną, gotycką katedrą w Strasbourgu można nabyć wyśmienite pierniki. Rozkoszując się smakiem ciasta warto podnieść wzrok. Tuż nad głową widać piękne, smukłe alegorie Kościoła i Synagogi. Ta ostatnia jest młodą kobietą z zasłoniętymi oczami. Realizm wykonania jak i kobiecość kontrastują z poważnym przesłaniem dzieła. Natomiast główne wejście fascynującej katedry zdaje się być bardziej frywolne. Kusiciel z jabłkiem w dłoni zachęca trzy kokieteryjne, Szalone Dziewice do grzechu. Kamienny spektakl trwa od wieków. Ciekawe tylko czy alzackie damulki zajadając miodowe ciastka i marcepany zerkają czasami na wesołego kusiciela ?

Alzacja to kraj, w którym pachnie białym winem i musującym radością piwem. Tu znajdziesz również najprawdziwsze bociany. Na szczęście ich się tu nie jada, podbierając wrednie żaby. To również miejsce, gdzie mitycznym już we Francji daniem, stała się kapusta kiszona na gorąco z kiełbasą, golonką i ziemniakami - Kiszonka po królewsku!

Francuzi, z wyboru republikanie , chcąc nadać wagi czemukolwiek, nazywają to "królewskim". We Francji jest najwięcej chyba w Europie ulic, placów, dań i zakątków z koronowanym przydomkiem. Wyjątkiem może być Lille. Tam, po prostu bez królowania jada się gotowane w winie i śmietanie małże. Zagryza frytki z majonezem. Popija białym winem albo piwem.

Może dlatego Północ kojarzy mi się głównie z Belgią i Holandią. W Normandii jada się podobnie, podobnie żartuje i bawi. Ludzie z Północy są na pierwszy rzut oka prostolinijni, ale zdają się być bardziej szczerzy w porównaniu z południowcami. Tak też jest z ich kuchnią. Masło, śmietana, wieprzowina, ziemniaki pod każdą postacią, to tutejsza codzienność. Morze Północne obdarowuje do tego ostrygami, małżami i krewetkami. Tu pachnie słoną wilgocią i piwem. Morska bryza miesza się z mgłą i chmurami, a jednak kraj ten nie napawa ani smutkiem , ani nostalgią. Raczej rozkochuje w swej pastelowej kolorystyce, rozpieszcza dobrym masłem i serami. Tu też chętnie przyjeżdźali impresjoniści i różni ludzie sztuki.

Osobiście wolę południowe ciepło i koloryt, co nie przeszkadza mi być absolutną fanką północnych małży. Przygotowuję je sama w gigantycznym garnku, dodając wino, cebulę i pokrojoną nać selera. Zwłaszcza, gdy moja mama przyjeżdża z Warszawy, robimy sobie takie małżowe kolacje. Do tego dobre frytki, majonez i wypieki na policzkach gotowe. Jako akompaniament mamy polskie piwo. A tak, żeby było dwujęzycznie i dwu smakowo.

No cóż w Normandii, geograficznie jestem dość blisko Paryża. Ach, tutejsze bistro, restauracje, barki i knajpeczki! Paryż to państwo w państwie! Można w nim „zjeść” całą Francję. Każdy region ma swoją restauracyjkę, swój pachnący, zakątek. Trzeba tylko oddalić się od centrum turystycznego, gdzie królestwo cudzoziemców, wszelakich suszi, kebabów czy kanapek, wypiera coraz bardziej imperium francuskiego smaku. W Paryżu można znaleźć chyba wszystko , nie ma chyba sensu opisywać więcej tutejszej gastronomii. Sezam pozostaje sezamem.

Jeżeli jednak zmęczenie tym cudownym miastem nie zabierze ostatnich centów, warto uciec do Bretanii. Tam, ocean pozwoli odetchnąć wolnością i rozmarzyć się zielenią. Od jesieni do wiosny, w pobliskich portach, można zjeść niezliczone w kształtach i wielkości ostrygi. Przed zjedzeniem trzeba sprawdzić czy się ruszają. Pokropione cytryną ponoć skarżą się i narzekają. Mnie się nie udało jeszcze tego usłyszeć. Sprawdzam jednak regularnie ich witalność zanim je biorę do ust. Ostrygi je się żywe, prosto z wody. Otwiera specjalnym nożykiem twarde muszle i tak smakuje. Mało świeże ostrygi mogą okazać się fatalnym początkiem imponującego zatrucia. Wiem , mam to za sobą.

Po chłodnym, bretońskim spacerze, radziłabym ogrzać zmarznięte dłonie w jednej z tysięcy tutejszych „naleśnikarni„. Bretania to kraina najsmaczniejszych na świecie naleśników i dostosowanych do nich dodatków, smarowideł, powideł i pyszności. A gdyby nie stać nas było na lampkę szampana , można przecież napić się Cidre'u, musującego wina z jabłek. Nie zawiedzie nawet największych hobbystów wina.

I tak oto, tym słodkim akcentem, kończę gastronomiczny rozdział mojej Francji. Zdając sobie sprawę z niedosytu, jaki może on wywołać. Kuchnia francuska jest bowiem znacznie bogatsza niż ilość słów przeze mnie przelanych. Nie mnie przecież opisywać detale. Życia by mi nie starczyło, a Państwu cierpliwości. I mimo, iż starałam się oddać to, co sama tu spotkałam, jest chyba nie możnością opisanie każdego sera, wytworzonego w prawie każdej francuskiej miejscowości na własną modłę. O winach, pasztetach, sosach, zapiekankach itd... już nie wspomnę...

Proszę jednak pamiętać jedną zasadę, iż Francuz dopóki ma na stole wino i ser, domagać się zawsze będzie o bułkę. Kiedy zabraknie mu wina, zawoła o więcej i nie odpuści. Kiedy skończy się ser... To albo zrobi rewolucję, albo dostanie kawałek, jaki mu brakował do pozostałego wina i pieczywa. Takie gastronomiczne trio króluje we Francji od wieków, a przecież wiadomo, że trójkąty to tutejsza specjalność. Tu zaczyna się już inna pikantna bajka, inny smak mojej Francji.