Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 30 grudnia 2006
Wszystkiego nowego w Nowym Roku

Dziękuję Wszystkim za pamięć, za szczerość słów i wzruszenia jakie narodziły się czytając świąteczne wpisy. Jak widzę emigranci są w Poslce :)) a ja dopiero za parę tygodni tam pojadę. Witam nowych czytelników i z pewnością odezwę się mailowo. Dziękuję za życzenia,za entuzjazm i za zachętę do dalszego pisania jak i za korektę dotyczącą słowo-przesady.

  Dostaję dużo rad dotyczących  wyboru tematów i charakteru tego bloga,ale... Jest on  taki jak sobie  zaplanowałam i taki  zamierzam  kontynuować. To mój blog i mój wybór. Tymczasem, moi Drodzy, czasami opinie te dotyczą mnie personalnie. Są  nieuprawnione i ... na ogół chybione. Także niepotrzebne, bo nie odnoszą się do istoty poruszanych przeze mnie spraw.  Zatem nie będę w przyszłości z nimi polemizować.  ( Nie będę więcej starała się udowadniać iż nie jestem słoniem)                           

    Oczywiście bardzo  cenię opinie moich czytelników. Jest  Ich coraz więcej za co dziękuję Gazecie PL, która regularnie publikuje na pierwszej stronie moje artykuły. :-) Zgadzam się z krytyką dotyczacą mego - czasami przesadnego  - stylu pisania. Jednak wiersze zawsze pisałam, piszę i pisać będę. Nie zamieszczam ich na tym blogu o czym już informowałam. Jeżeli się podobają jest mi bardzo przyjemnie, natomiast jeśli nie ...

  Chcę również podziękować za wiele listów jakie dostaję prywatnie i proszę mi wybaczyć jeśli nie zawsze odpisuję w krótkim czasie. Dużym zaskoczeniem jest dla mnie zainteresowanie tym skromnym blogiem. To też cieszy. 

   Czasem oburzacie się Państwo na moje opinie, proszę jednak pamiętać,  iż są one subiektywnym głosem osobistego doświadczenia. W notkach często pobieżnie traktuję zagadnienia, co jest akurat naturalne. Forma bloga z założenia narzuca krótkie teksty. Nie mam tu ambicji pisania referatów ani rozprawek socjologicznych. Po prostu piszę o Francji mojej codzienności. 

Zapraszam Wszystkich na dalszą przygodę z tym blogiem. Dziękuję raz jeszcze i życzę samych radości w Nowym Roku. 

Patrycja Todo

12:20, fabella
Link Komentarze (8) »
niedziela, 24 grudnia 2006
Wesołych Świąt z Francji

Dom wypełnił zapach gotowanych grzybów. W piecu rumieni się kapłon w towarzystwie pękatych fig, śliwek i kasztanów. Ostrygi są już otwarte na lodzie, śledź opływa olejem w cebulowym śniegu i królewski karp...ach karp jak zwykle w galarecie...

Pozdrawiam Wszystkich z mojego polsko-francuskiego domu. Oby Bóg Was chronił przed smutkami a słońce zawsze świeciło w wesołych oczach. Życzę  Wszystkim spokoju i zadumy, uśmiechu i spełnienia marzeń. Jestem szczęśliwa, otoczona tymi co mnie kochają, jestem Polką w każdym calu i tak przeżywam Wigilię. Moje dzieci czekają właśnie na Świętego Mikołaja a mąż na kawałek wątróbki z gęsi, która jest tutaj przysmakiem. Życzę Wam byście nigdy nie musieli być samotni i umieli dzielić się sobą. I jeśli nawet w tym blogu może nie widać zbyt często to  moja Francja jest Francją szczęśliwą, wypełnioną zapachami, smakami i miłością. I takich świąt Wam życzę.

Patrycja Todo

17:30, fabella
Link Komentarze (14) »
wtorek, 19 grudnia 2006
Kiedy Francuz jest głodny...

Kiedy Francuz jest głodny to wymyśla nowe potrawy.  Ale najczęściej sięga po stare, wypróbowane przepisy których ma niezliczoną ilość. A wtedy ślimaku drżyj bo w czosnku i maśle z pietruszką cię upiecze... i nawet skorupka nie obroni cię przed jego apetytem.   

czwartek, 14 grudnia 2006
Historia kołem się toczy

Jak w diabelskim młynie kołaczą się wspomnienia 13 grudnia lat 25 temu. Wtedy zima, mróz i przekleństwo komunistycznego reżimu duszące polską nadzieję nie zwolniły kręcącego się koła na placu Bellecour w Lyonie. Dzisiaj pewnie też by nie zwolniły gdyby historia się powtórzyła.

Francuzi mają podejście do historii wybiórcze i powierzchowne. Generalizując zapewne ranię tych niewielu którzy inaczej postrzegają przeszłość. Ogólnie jednak cały Zachód nie lubi patrzeć do tyłu. Liczy się dzień dzisiejszy i ewentualnie jutro rano. Poza małą grupą intelektualistów, w domach i na ulicy nikt nie wspomina tego co działo się ileś lat temu. Naturalnie jest jeden wyjątek a mianowicie rok 68 w Paryżu i jego barykady. Śmieszne wydają mi się te opwieści o tej pseudo-rewolucji która tak naprawdę wychowała głównie nowe pokolenia rozkapryszonych egoistów.

Zupełnie nikt nie zaprząta sobie głowy przeszłością innych krajów a tym bardziej Polski. Naturalnie słowo "Solidarnosk" czy Waleza przemawiają do pamięci. Jednak większość Francuzów nie rozumie co się tak naprawdę działo w Polsce. Niejednokrotnie spotkałam się z opinią iż ojczyzna ma stanowiła część Związku Radzieckiego i w pewnym momencie było to tak trudne, że wybuchło coś na kształt wojny. Są też tacy co żałują, że tak sobie to urządziliśmy, bo we Francji to w ogóle nie byłoby to możliwe. Podobno obywatele tego kraju po prostu nie zgodzili by się z reżimem sowieckim. Zupełnie jakby pół wieku komunizmu  było naszym przeznaczeniem, ignorując wojnę, geografię i całość wydarzeń lat 40tych. Ach wiele rzeczy słyszę i dziwię się, że oni się dziwią. Kiedyś tłumaczyłam, uczyłam, opisywyłam...ale całego narodu się nie da oświecić. Zresztą nikomu to i tak nie jest potrzebne do szczęścia.

Właściwie dopiero od niedawna pojawiają się informacje dotyczące Powstania Warszawskiego, do tej pory łączonego z masakrą Getta. Z moich rówieśników, a większość są to ludzie po studiach wyższych, chyba nikt tak do końca nie zna historii XX wieku. Układ Warszawski obił im się uszy ale tak prawdziwe to przemawia tylko jedno określenie: kraje wschodnie. Polska, Czechy, Słowacja czy Węgry są tylko krajami wschodnimi. Nie mówi się o tych państwach indywidualnie. Wszystko sprowadzone jest do tego samego mianownika osnutego mgłą sowieckiej czerwieni.

Tak jak my mówimy o krajach Unii - Zachód, tak Francuzi mówią o nas Wschód. Do tego słowa sprowadza się wszystko i zarazem - nic. Bo tak do końca to niewiele we Francji mówi i wie się o Polsce, a jeszcze mniej o jej losach. No chyba,że w kontekście zagrożenia dla ich własnej ekonomii, związanego z przenoszeniem na polski grunt francuskich firm. 

Historia kołem sie toczy, jak w tyglu mieszają się wspomnienia, żal i radość, młodość i marzenia... Działo się tak wiele zaledwie ponad póltora tysiąca km od Francji. Dramat wielkiego narodu, który nie zasłużył sobie na milczenie Europy. A mimo to ona trwała w osłupieniu bawiąc się na diabelskim młynie. I już sama nie wiem co bardziej zagłusza SUMIENIE - polski krzyk czy śmiechy wirującego pod niebem szatana. Może zbyt groźnie brzmią te słowa. Jednak patrząc każdego grudnia na wielkie koło które w ruch zdają się wprawiać kopyta królewskiego konia, nie mogę się oprzeć tej jednej myśli - dlaczego nie zatrzymano tego młyna beznadziei? Dlaczego nikt o tym nie chce pamiętać?           

poniedziałek, 11 grudnia 2006
Przebudzenie

...i mimo iż nostalgia jest charakterystyczna dla słowiańskich pejzaży to francuskie sady też są często poezją malowane. Dziś ranne chłody ucałowały słońce, a drzewa zdawały się tańczyć w promieniach zalanych rodańską mgłą. Nie mogłam się powstrzymać i zatrzymałam ten moment. Była zaledwie ósma rano a tak wiele już się działo.Tyle kolorów i muzyki w jednym jesienno-zimowym sadzie! 

sobota, 09 grudnia 2006
8 grudzień - Święto Świateł w Lyonie

.

- Paul! Paul,zapomniałeś włożyć coś na głowę!- młody głos kobiety niósł się po ulicy Merciere.

- Synku wróć się bo zmarzniesz. Przecież już jest grudzień!

Topot czarnych bucików odpowiedział echem na zmartwienie wychylonej matki. Zamykana rama okienna znów wypełniła szybę odbiciem sąsiedniego budynku. Niczym zaczarowani kochankowie patrzyły na siebie dwa okna. Jedno należało do państwa Blanchon. Drugie, to ustrojone metalowymi koronkami, skrywało losy rodziny Flavien. Obie były zaprzyjaźnione od lat i tak jak okna ich wytwornych mieszkań spoglądały na siebie z sympatią i pewnym rozmarzeniem.

- Marie, Marie poczekaj na mnie...- krzyczał zadyszany Paul w stronę małej blond dziewczynki. Jej czerwone od lodowatego wiatru policzki odbijały się od pastelowego kapelusika. Kosmyki jasnych włosów wyswopodziły się z zaplecionych warkoczyków gdy dziewczynka pędem wybiegła w stronę placu Jakobinów.

- Marie, no zatrzymaj się w końcu - prosił rzucając czarne spojrzenie w kierunku jasnego płaszczyka.

- To pośpiesz się. Przecież wiesz, że zaraz się zacznie. A jeszcze musimy się dostać na drugą stronę Saony. Paul.. znowu nie założyłeś czapki. Mama będzie niezadowolona - karciła go czekając aż weźmie ją za rękę. Uśmiechnął się do tego zatroskania. Była taka śliczna w promieniach południowego słońca. Ceglane barwy ścian ulicy Merciere odbijały to ciepłe światło aby opaść miękkim cieniem na twarze przechodniów. Wszyscy byli podekscytowani. Już od trzech miesięcy czekali na inaugurację pomnika Najświętszej Marii Panny na wzgórzu Fourviere. Zapowiedziana uroczystość z 8 września 1852 roku musiała być przeniesiona na grudzień. Kapryśna Saona wylała szare wody i święto nie mogło się odbyć. Lyończycy chcięli zapomnieć o strasznych miesiącach śmiercionośnej zarazy i uczczenie pamięci nieskazitelnej Dziewicy było jak najlepszym powodem do świętowania i radości. Wszyscy wiedzieli,że będą zimne ognie, popisy i festyn wzdłuż jeszcze nie tak dawno zalanych wybrzeży zgrabnej rzeki. Ponadto zbliżały się święta i wszyscy przygotowani byli już do Bożego Narodzenia. Paul od wielu dni widział rodziców jak robili lampiony wlewając białą woskową ciecz do kolorowych szklanek. Będą im później służyły do dekoracji świątecznych. Sprzątane były traboule, korytarze i kręcące się jak anglezy klatki schodowe. Wszystko musiało być w jak najlepszym porządku. Zarząd miasta przygotowywał się od pechowego września do przyjęcia wielu dygnitarzy z Paryża i pobliskiej Genewy. Podobno nawet z Watykanu mięli się pojawić wysłannicy papiescy.

Jasnowłosa Marie ucałowała chorą babcię i nie mogąc się doczekać na starsze siostry dostała pozwolenie by wyjść na ulicę w towarzystwie jej przyjaciela - Paul'a Blanchon. Chłopiec może trochę marzyciel ale zawsze trzymał za rękę swoją drogą sasiadkę i rodzice drobnej Marie wiedzieli, że mogli liczyć na jego opiekę.

Ciężki kamienny most prowadzący do Katedry Św Jana wypełniały już tłumy mieszczan. Dzieci idąc blisko siebie przecisnęły się z ulicy Merciere do Wybrzeża Świętego Antoniego które spogląda zalotnie na wspaniałą rozetę gotyckiej świątyni. Wysoko, wysoko ponad nimi króluje wzgórze Fourviere. I to pod samymi niebiosami, jak się wydawało parze małych lyończyków miało rozpocząć się wielkie święto.

Alpejski wiatr niepokojąco nasilał się. Paul przytulił do siebie miękką szarą rękawiczkę i wyszeptał: - Marie...coś się dzieje złego. Chyba musimy wracać do domu. Zobacz jakie straszne chmury zbierają się nad naszymi głowami.  Saona odbijała te ciemne spojrzenie rozgniewanego nagle nieba. Ludzie z niepokojem spoglądali to na zmieniającą się aurę, to na swoje wystrojone odświętnie oblicza.

Wiatr szeleścił w ogołoconych z liści drzewach. Zwijał się nerwowo w arkadach średniowiecznych kamienic. Popychał zebrane barki na zaniepokojonych wodach rzeki. By ostatecznie rozpocząć dziki taniec poprzez kręte uliczki Półwyspu. W ciągu zaledwie kilkunastu minut wszyscy już wiedzieli, że burza jest nieunikniona. Czarne kłęby kotłowały się niebezpiecznie ponad miastem. Ciężki deszcz zaczął spływać na głowy zawiedzionych mieszczan. Marie biegła prawie bez tchu za ciemnowłosym przyjacielem. Drugą rączką trzymała kapelusik a złote warkoczyki jak lipcowe kłosy biegały po jej plecach. Nie było czasu do stracenia. Pioruny rozległy się w oddali. Zupełnie jakby Bóg chciał pokarać miasto za chęć zabawy. Czyż zatem Świętość Dziewicy wymagała modłów i powagi ? Światła zapalone we wszystkich miejscach oficjanych miasta zostały zalane strumieniami granatowych łez. Władze Lyonu podjęły decyzję o przełożeniu po raz kolejny święta.

- Och Paul! Cały jesteś przemoczony! Usiądź przy kominku i osusz się. Ach cheri, mówiłam Ci żebyś nie wychodził bez czapki... - szeptała Mme Blachon do syna.

- Ależ mamo, uratowałem właśnie Marie! - z dumą odpowiedziały jej czarne diamenty jego wielkich oczu.

W oknie naprzeciwko, tuż za metalowymi koroknami siedziała mała dziewczynka. Z uwagą śledziła co dzieje się po drugiej stronie jej rodzinnej ulicy Merciere.

Burza zdawała się dławić swą własną złością. Bóg był już chyba bezradny widząc zatroskanie wszystkich aniołów, co to się wystroiły w niebie na święto ich Marii. Złoto błyszczące instrumenty połyskiwały pod białymi piórami zasmuconych postaci. Jeden taki błysk wyrwał się nie wiadomo kiedy spod opuszczonego skrzydła. Przedarł się przez gęste chmury i promieniem padł na statutę Najświętszej Marii Panny. Światło tak niebiańsko uwolnione pobiegło ochoczo poprzez stare uliczki grudniowego Lyonu. Ześlizgnęło się ze wzgórza i na chwilkę rozbłysło wszystkimi gwiazdami nad zasępionym grodem, budząc duch miasta do szczęścia i radości.

- Paul, tylko się nie poparz synku. Już wystarczy tych przygód dzisiaj- przypominała matka. Chłopiec trzymał w dłoniach zapalony lampion. Jeden z tych co to rodzice przygotowywali na Święta Bożego Narodzenia. Postawił go na parapecie okiennym. Podniósł wzrok. Gorące światełka rozpaliły jego źrenice i całą buzię wypełniła radość. Po drugiej stronie jak w zakochanym oknie pojawiły się takie same światełka. Mała Marie wraz z babcią stawiały ich własne lampki. Po upływie paru godzin cało miasto iskrzyło się kolorowymi ognikami. Każdy dom, każde okno i parapet wypełniały gorące serca radosnych Lyończyków, którzy nie chcieli pogodzić się z odwołaniem święta. Uznając za niemalże cudowną zmianę pogody i uciszenie się strasznej burzy ceremonie odbyły się jak to było wcześniej zapowiedziane.

Przy akompaniamencie tysięcy świateł Paul dotknął noskiem okrągłych policzków swojej roześmianej Marie. Stali razem na środku ich ulicy Merciere. Kocie łby ciekawie spoglądały na ich dziecięce zauroczenie. I tylko cichy szept dał się słyszeć pośród tłumu - Dziś Cię uratowałem. Uratowałem Cię Marie..

A okna nadal z zakochaniem na siebie spoglądały. Może tylko bardziej zalotnie w błyszczącym tańcu ich ognistych dekoracji.

 

Od tego czasu minęło ponad 150 lat. Uśmiech Marie ciągle odbija się w zakochanym oknie Paul'a Blanchon. I tylko świateł coraz więcej tego 8 grudnia. Coraz więcej świateł...

************************************************************************

Od ponad 150 lat w Lyonie mieszkańcy ustawiają lampiony w oknach i uczestniczą w ulicznych zabawach każdego 8 grudnia po zachodzie słońca. Święto Świateł jest rzeczywiście związane z inauguracją pomnika Marii Panny na wzgórzach Fourviere. Archiwa potwierdzają iż 8 grudnia 1852 w Lyonie rozpętała się straszna burza i święto przełożone już z 8 września miało być odwołane. Trzeba dodać,iż miasto zdziesiątkowane przez zarazę niecierpliwie przygotowywało się do święta ku czci Marii i tradycyjnie przy oficjalnych wydarzeniach miało być oświetlone bardziej wystawnie. Odwołanie festynu a potem polepszenie pogody sprowokowało Lyończyków do rozpalenia światełek w oknach. Spontaniczna reakcja mieszkańców została wpisana jako tradycyjne Święto Świateł. Od pięciu lat zarząd miasta organizuje oficjalne obchody tego święta wzbogacając je o iluminacje i wyjątkowo bogate oświetlenie wszystkich głównych budynków Lyonu. Impreza zyskała międzynarodowy charakter i wiele miast idzie w ślad za Lyonem. Między innymi Łódź, Budapeszt, Hamburg czy Szanghaj. Wszystkie te miasta podpisały z Lyonem umowę o wzajemnej wymianie wiedzy i doświadczeniu w dekorowaniu miast światłem. Do Lyonu każdego roku ściąga 3miliony osób tylko po to by podziwiać malownicze obrazy świetlne. Święto przedłużone jest o trzy dni. Jednak lampiony w oknach są tylko 8 grudnia, jak tradycja nakazuje.Jest to bardzo piękna impreza o charakterze coraz mniej religijnym ale wciąż ku chwale Marii Panny. Atmosfera jedyna w swoim rodzaju pozwala na chwilę zapomnieć o codzienności. Tłumy ludzi przepływają pod promieniami roziskrzonych fasad. Więc może w przyszłym roku ktoś z moich czytelników też się pokusi by przeżyć te promienną chwilę magii?  

środa, 06 grudnia 2006
Okienne zakochanie

poniedziałek, 04 grudnia 2006
Co zrobić żeby nic nie robić?

Co zrobić żeby nic nie robić? To pytanie zadaje sobie zapewne wielu Francuzów każdego dnia spoglądając na siebie w lustrze przed kawą o poranku. Republika to kraj należący do szeroko rozumianego Zachodu. Ten ostatni kojarzy się przede wszystkim z kapitalizmem, dobrobytem, emigracją i ciężką pracą. Tymczasem im dłużej mieszkam we Francji tym bardziej jestem przekonana o dziwnej transformacji jaką przeżył ten kraj w wyniku długoletnich rządów lewicy. I tak ku mojemu ogromnemu zdziwieniu odkrywam iż system który miał ponoć roztaczać opiekę nad najsłabszymi ale głównie jednak dawać szansę na tworzenie własnej rzeczywistości ekonomicznej jest wylęgarnią leni i ludzi czerpiących ogromne korzyści z socjalnych pomocy. Ale nie tylko. Bowiem Francja to raj dla pracowników tzw sektora budżetówki. Urzędnicy państwowi, nauczyciele, pracownicy transportu, artyści etatowi... itd itd. Do tego dochodzą jeszcze ludzie pracujący w wielkich firmach z przeważającym kapitałem państwowym jak np przedsiębiorstwa związane z energią i przemysłem gazowym. Cała ta grupa choć nie dostaje ogromnie wysokich wynagrodzeń to jednak korzysta z krótszego czasu pracy, wcześniejszych emerytur, inaczej również naliczanych, dodatków związanych z decyzjami życiowymi jak przeprowdzka albo posiadanie dziecka...itd( Np pracownik EDF'u - tj przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za dostarczanie nam prądu - gdy rodzi mu się bobas to dostaje jedną pensję dodatkową.) Poza tym budżetowi pracownicy są chronieni przed zwolnieniami. Zrzucany jest z nich jakikolwiek strach lub niepewność jutra. Pozbawieni sa najmniejszej świadomości problemów z jakim boryka się większości ludzi na świecie a nawet w ich własnej ojczyźnie. Ale kraj bez znakomitej części tych wszystkich pracowników budżetowych nie mógł by funkcjonować. Rządy wieloletnie socjalistów zapewniały im coraz więcej udogodnień a coraz mniej obowiązków i odpowiedzialności w stosunku do ich płacodawców.

Doprowadziło to wszystko do wyodrębnienia się zupełnie nowej "kasty" ludzi - zwanych potocznie fonctionnaires. Osobiście znam wielu takich spokojnie żyjących. Najbardziej denerwuje mnie fakt,iż w ich umysłach nie świta nawet myśl, że całe to ich profesjonalne życie jak i prywatny luksus ma się nijak do codzienności tych co pracują w sektorze prywatnym. Nikomu nawet nie zabłyśnie iż żyją jednak z podatków płaconych przez kapitalistów. A pozwalają sobie na krytykę i agresywne potępianie tych ostatnich. 

Ci ostatni, właściciele małych firm, pracownicy ogólnie prywatnych przedsiępbiorstw stanowią część nie uprzywilejowanych już na wstępie. Pracują dłużej, więcej i z ryzykiem utraty zarobkowania. Są to niewolnicy systemu i nie czerpią z niego żadnych przywilejów. Nie mają prawie dodatków rodzinnych, transportowych, za wszystko płacą, płacą, płacą... są kontrolowani i harują od rana do nocy. Nie mogą również liczyć na pomoc państwa bo ono i tak jest już bardzo zajęte swoimi urzędasami, ich związkami zawodowymi i całą rzeszą tych co to im za nic kapie pomoc na głowę. 

Ci ostatni to potencjalni albo lenie, albo chorzy albo głupole co to niczego nie potrafią, albo tacy co potrafią ale jakoś im nie wychodzi lub po prostu ludzie nie mający szczęścia.Są również tacy co z pełną premedytacją korzystają z kasy państwowej a ponieważ nie ma specjalnej kontroli to żyją bez stresowo.

 Na drugiej stronie rzeki jest jeszcze grupa bogaczy, finansistów i prezesów wielkich firm, bankierów i szczęściarzy co to od rodzin dostali w spadku. Chociaż trzeba pamiętać iż we Francji płaci się ogromny podatek od majątku rodzinnego. On dość skutecznie wytępia stare rodziny arystokratyczne. Płacą bowiem tak ogromne coroczne podatki od faktu iż posiadają dobra, że muszą je sprzedawać aby spłacić tę moim zdaniem złodziejską taxę. Bo jak wytłumaczyć fakt iż wzbogacając się od lat, rodziny płaciły zawsze podatki i w momencie kiedy pozostawiają ten majątek własnym dzieciom skazują je tym samym na podatkowe galery? Czyli te rodziny płacą podwójnie!

Generalnie zatem jak patrzę na Francuzów dochodzę do wniosku iż jedni pracują na drugich. Można spokojnie sobie żyć, powolutku budować rzeczywistość, jeść, spać, lulki palić pod ciepłą strzechą opiekuńczego państwa. Coraz trudniej jednak się dzieje tym co muszą ciągle uszczelniać tę republikańską chałupę. A to w imię wolności, braterstwa i równości. Tylko już sama nie wiem kto z kim ma się równać, bratać bo wolność na szczęście jest dla każdego.Chociaż i to nie wiem jak długo.

Francja to jednak kraj na tyle bogaty, że jeszcze jakoś ciągnie ten swój wózek. Ale zadłużenie z pokolenia na pokolenie jest coraz większe. A i wózek coraz lżejszy bo coraz mniej w nim wartości. Natomiast strajki stały się już codziennością. Manifestacje ciągle niezadowolonych, rozkapryszonych ludzi przewalają się po ulicach miast francuskich. Wprowadzanie jakichkolwiek liberalnych reform jest już czymś chyba niemożliwym do zrealizowania. Slogany godne naszych gomułkowskich i gierkowskich czasów echem obijają się w rozmowach przy suto zastawionym stole... Oczywiście w tym całym ruchu pseudo-społecznym biorą udział ci co mają na to czas, czyli tłuste owce systemu. Reszta ciężko musi pracować na te socjalistyczne fanaberie. Tylko nie wiem jak długo starczy im sił. Bo leni do utrzymania we Francji jest naprawdę bardzo mnogo... mnogo ich.