Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 29 listopada 2014
Marie

Marie nie bała się już ani zdenerwowania ojca, ani chronicznego zniecierpliwienia mamy. W końcu z rodzicami widywała się przelotnie, przy kolacji i w czasie niedzielnego obiadu. Chociaż i ten ostatni odbywał się często przy udziale znajomych. Rodzice prowadzili bardzo towarzyskie życie w weekendy. Wtedy było jeszcze mniej czasu na rozmowy. W ciągu tygodnia pracowali i pracowali, poza tym pracowali i pracowali... Marie już dawno pogodziła się z tym, że rodzice zdawali się mało interesować tym, czym ona interesowała się najbardziej. Najważniejsze dla nich było czy ma dobre wyniki w nauce i czy wygląda porządnie.

A uczyła się bardzo dobrze w prywatnej liońskiej szkole katolickiej. Nie była wierząca, ale nie przyznawała się do tego nigdy i nikomu. Nikt zresztą w jej środowisku się nie przyznawał. Szkoły prywatne mają dobrą reputacje, a te katolickie są zdecydowanie najlepsze. Marie doceniała to, że rodzice właśnie do takiej placówki ją zapisali i płacili dość wysokie czesne. Ponieważ zarabiali dobrze, nie stanowiło to wielkiego dla nich wysiłku.

Marie ubierała się skromnie. Od małego uczono ją nie pokazywania zamożności. Miała długie, czarne włosy, zawsze rozpuszczone na szczupłych plecach. Utrzymywała je srebrną spinką, jaką chowała pod puklami opadającej na ucho grzywki. Miała czarne oczy i śniadą cerę. Była typową dla południowców ładną dziewczyną o zdecydowanej urodzie. Nosiła przeważnie wąskie spodnie i jasnoniebieskie bluzki. W czasie chłodów zakładała wełniane marynarki i spasowane płaszcze. Nigdy nie pokusiła się o buty na obcasie. Matka zawsze powtarzała jej, że ma jeszcze czas na bycie sexy.

Tego pamiętnego listopada było wyjątkowo chłodno. Lyon znajdujący się na pograniczu wiatrów alpejskich i śródziemnomorskich wybrał się na romans z zimą. Temperatury od wielu dni oscylowały w granicach zera, co na warunki rodańskie jest bardzo doskwierającym zimnem. Każdy ranek wydawał się być taki sam. Lyon, spowity we mgle, jaką oddychał Rodan i Saona z trudnością znajdował energię ażeby z radością przeżywać coraz krótsze dni. Gęste opary unosiły się nad zielonkawą wodą, której wartkie nurty przecinały kolejne mosty. Rodan dużo szybciej radził sobie z wdychaniem tych tumanów mgły. Tymczasem Saona, węższa i ściśnięta między Stary Lyon a wybrzeża Świętego Antoniego prawie do południa spowita była jak w woalce. Mosty, mostki, kładeczki jakich mnóstwo nad tym brunatnym dopływem zdawały się nie puszczać mgielnych szeptów i trwały w ich wilgoci całymi godzinami.

Marie chodziła do jednej ze szkół przy pieszej kładce Świętej Trójcy. Jej szkoła też była tego samego imienia. Przyklasztorny budynek zaadoptowano na liceum dla dobrze urodzonych. Tak właśnie mówiła jej babcia o miejscu, gdzie Marie zdobywała wiedzę. Dziewczyna wiele razy się zastanawiała czemu to ona jest lepiej urodzona? Bo niby taka dziewczyna, co jest z Villeurbane i tam zapisano ją do państwowej szkoły, ma być gorzej urodzona? Lepiej, gorzej.. Marie w swoim nastoletnim buncie często denerwowała się na te babcine wywody. Jednak bardzo kochała starszą panią, która z dużym taktem i wyrozumiałością słuchała wnuczki.

W jeden z tych mgielnych, listopadowych poranków, Marie szła sumiennie do szkoły, gdy pod kładką Świętej Trójcy usłyszała dziwne dźwięki. Zatrzymała się niepewnie wchodząc na mostek, ale nie mogła nic dojrzeć, mimo, że dźwięki były coraz bardziej rozpoznawalne. Zza gęstej mgły dochodziło ją niewątpliwe łkanie jakiejś kobiety. Marie starała się wypatrzeć czy osoba jest sama, czy może nie. Po chwili krzyknęła proponując pomoc. Chciała wezwać policję, albo strażaków. W odpowiedzi wróciła do niej cisza.

Rano czas płynie bardzo szybko, a Marie była poważną uczennicą. Oderwała się od niepokoju o płaczącą osobę. Szybko ruszyła w stronę szkoły i równie sumiennie przetrwała w niej dzień. Po lekcjach postanowiła jednak sprawdzić, czy w dole, pod kładką, nie ma kogoś lub czegoś, co dałoby jej szansę zrozumieć to, co stało się rano. Zwinnie, jak tylko młode dziewczyny potrafią, zeskakiwała ze schodów by jak najszybciej dojść do kamiennego nadbrzeża Saony. Nic jednak nie znalazła. Może tylko kilka niezgrabnych napisów i wyrastające ze ściany chwasty.

Przez kolejne dwa dni sytuacja się powtórzyła, aż Marie postanowiła podzielić się swoimi obawami z matką. Ta jednak, rano tak bardzo się spieszyła do biura, że w ogóle nie wysłuchała córki. Natomiast ojciec wychodził z domu najwcześniej i obiecał, że porozmawia z nią w weekend.  Każdego dnia była mgła i każdego dnia Marie stawała na kładce Świętej Trójcy i nasłuchiwała płacz kobiety. Bała się jednak zejść bez dobrej widoczności. Poza tym nie chciała mieć problemów w szkole w związku ze spóźnieniem.

Aż przyszedł grudzień i liońskie Święto Świateł. Jak co roku miasto przygotowało iluminacje, zabawy i uliczne spektakle. Marie, podobnie jak większość liończyków z niecierpliwością oczekiwała święta poświęconego pamięci Świętej Marii Panny, patronki Lyonu, która według legendy uratowała kiedyś jego mieszkańców przed zgubą i epidemią. Nikt jednak nie myślał już o tych strasznych czasach. Każdy natomiast oczekiwał, czym zaskoczą nowe widowiska świetlne, jaką historię opowiedzą artyści jednego wieczoru.

Marie zapomniała o mgle, o kobiecie, zapomniała o niepokoju. Jak co roku ubrała się ciepło i ruszyła z rodzicami do centrum. Był 8 grudzień. Zmierzch przerodził się w noc. W każdym liońskim oknie zapalono świeczki. Tysiące światełek  drżało odbijając się w niezliczonych szybach wielokondygnacyjnych kamienic.

Marie uwielbiała ten dzień , uwielbiała te światła i atmosferę Lyonu bez samochodów. Było w tym wieczorze coś co ratowało nadzieję, że nie wszystko stracone w świecie pieniędzy, karier, lepiej i gorzej urodzonych ludzi. Był to też dzień kiedy czuła, że ma rodziców i że są razem. Szli jak zawsze w ten wieczór razem z nią, trzymając się pod rękę. Kiedyś, malutkiej, pozwalali fikać między sobą. Teraz, szła mając po obu stronach najważniejszych ludzi w jej dotychczasowym życiu. Mama elegancko ubrana, otulona miękkim, kaszmirowym szalikiem z uśmiechem pokazywała jej wszystkie światełka. A tata, silnym ramieniem torował im drogę w ulicznym tłumie gapiów. Po długim marszu dotarli do Placu Terreaux. Klasyczna fasada Muzeum Sztuk Pięknych w zadumanej ciemności oczekiwała na spektakl. Naprzeciwko szumiała ogromna fontanna z galopującymi końmi. Kamienne zwierzęta zdawały się wyskakiwać z wody. Uwięziona w basenie miękko poruszała się odbijając  światła aparatów fotograficznych, które trzymali zniecierpliwieni czekaniem turyści. Prostokątny plac zamyka pokaźny ratusz i równie duża, pięciopiętrowa kamienica. 

Nagle, nad ściśniętym tłumem uniosła się muzyka. Podobna raczej do lekkich nut Sati'ego przerodziła się bardzo szybko w rytmiczny stukot deszczu. Złudzenie było tak ogromne, że każdy wyciągał ręce jakby w poszukiwaniu spadających kropel. Jednak niebo było bezchmurne i ani jedna drobinka wody nie dostała się na plac. Ciemne ściany budynków rozbłysły maleńkimi przebłyskami iskierek. Było ich tak wiele, jak dźwięków wydobywających się z rozstawionych głośników. Ludzie patrzyli na spektakl z zachwytem. Lasery, światła, miliony postukiwań sprawiały, iż każdy poczuł się jak w sercu ulewy. I nagle zrobiła się cisza. Wszyscy wstrzymali oddech. Znad fasady wylewał się teraz strumień szarej wody. Raz była zielonkawa, raz niebieska , raz zupełnie brunatna. Głośniki wydawały teraz już typowy dźwięk płynących strug ni to deszczu, ni wodospadu. Z ratuszowej fasady wylewał się drugi potok świetlistej wody, ten zupełnie zielony. Każdy zrozumiał, że chodzi o Rodan i Saonę. Aż wkrótce wszystko ustało. Ojciec Marie z radością przytulił żonę i ze zdziwieniem zauważyli dziwny smutek w oczach córki.

Teraz, znad fontanny unosiła się para. Była jasno złota. Coraz więcej i więcej unoszącej się mgły wprawiło tłum w osłupienie. Wydawało im się, że toną w niezmierzonych tumanach pary wodnej. Z fasady muzeum i ratusza zniknęły obrazy nurtów rzecznych. Rozległ się cichy płacz kobiety. Kwiliła wśród złotej mgły nad głowami oszołomionej widowni. Każdy wiedział, że to patronka Lyonu opłakuje zmarłych wieki temu liończyków. A potem płacz umilkł i na ostatniej fasadzie placu Terreaux wszyscy ujrzeli małą dziewczynkę. Wyświetlona postać okazywała się w kolejnych oknach kamienicy. Aż stanęła po środku, w krótkiej spódniczce z białą falbanką.  Trzymała w rączkach małą świeczkę i chciała ją zdmuchnąć, ale powstrzymał ją głos. Ten sam głos przed chwilą płaczącej kobiety. Teraz wołał: - Marie, Marie nie rób tego! Tymczasem wszystkie projektory zgasły. Tylko w oknach wciąż paliły się świeczki zapalone przez mieszkańców Lyonu.

A potem mama trzymała szlochającą w ramionach dziewczynę. Nie wiedziała czemu tak bardzo się wzruszyła. Nie wiedziała dlaczego córka płacze. I wycierając gorące łzy wyszeptała jej do ucha, tuż nad srebrną spinką: - Kocham cię córeczko. Wybacz mi Marie, że nie rozumiem czemu płaczesz, ale kocham Cię najmocniej na świecie.                 

niedziela, 23 listopada 2014
A karawana stoi

Pies szczeka a karawana stoi. Stoi bo iść nie może, bo ma nogę po wyjęciu z gipsu, bo wiadomo, że jak kózka skakała po schodach to potem ma problem.

Pies szczeka, słońce świeci i mimo 23 listopada jest 19 stopni ciepła. Pewnie dlatego dużo ludzi chodzi na spacery i denerwuje psa, który dzielnie pilnuje każdego centymetra ogrodzenia.

Pies szczeka a żółw sobie z tego nic nie robi. Zasnął pod kępą, jaka wyrosła pod iglastym drzewem. Mimo ciepła i latających pszczół, żółw wie, że jest jesień, że nie ma co ulegać złudzeniom i śpi. Myślałam, że może będzie chciał zjeść jego codzienny liść cykorii, ale nie może jeść, bo śpi. Obok żółwia leży mały kamień. Dziwny mi się wydał, bo jakiś taki miękki i o znanym mi kształcie. Okazało się, że kamieniem jest śpiąca ropucha. Przytuliła się do swego garbatego księcia i tak razem sobie zasnęli.

Pies jednak nie daje za wygraną, bo wokół winnice, "wiosiennie" i ludziska ciągle krążą. Powinnam psa uspokoić. Nawet się starałam, ale jeszcze bardziej szczeka, bo odebrał moje uspokajanie za nagradzanie. Jakoś tak często mam, że gdy chcę być groźna, to mi nie wychodzi. Karzę dzieci mało skutecznie, bo wiedzą że z tą karą jest mi gorzej jak im. Psów nie potrafię ukarać. Mam przeświadczenie,że  pies nie umiałby sobie poradzić z moją złością. Pies jest po to by go kochać, bo on kocha bezwarunkowo. Przy okazji szczeka, nawet wtedy, gdy karawana siedzi przy komputerze.

Za oknem owady poruszone słońcem bezskutecznie szukają róż i lawendy. Winobranie było jakiś miesiąc temu. Teraz widzę jak wiatr zrywa czerwone liście z krzaków. Rozbiera je jak jakiś narwany kochanek. Winnice jak to Francuzki, zupełnie mu pozwalają na te zbereźne poczynania. Wyginają się we wszystkie strony jak nowoczesne baletnice. Ciekawe co stanie się jak będą zupełnie rozebrane? Świntuchy jedne, pewnie będą tak sterczały na widoku wszystkich.

Od strony winnic wsadziłam bez. Był malutki, a dziś jest prawie mojego wzrostu. Czyli nadal nie jest bardzo duży. Liście ma wciąż zielone. Nawet troszkę się nie zaczerwieniły, nie zżółkły. Ten bez może się uparł, że tak na zielono tę zimę przetrwa. Chyba, że nie będzie zimy i on to wie?

Jeśli nie będzie, to dla mnie dobrze, ale i smutno. Zima bez zimy jest kuszącym scenariuszem. Martwię się jednak o misie polarne. Bo jeżeli u mnie jest ciepło, to tam na górze też jest cieplej. A taki miś musi mieć zimno.

Z powodów pewnie mojego znaku zodiaku pełna jestem sprzeczności. No bo albo ma być zimno, albo ciepło. Nie da się dwa w jednym. Podobnie mam z ubraniami. Wiem, że posiadanie ogromnych ilości garderoby jest głupotą. Ważniejsze są sprawy, jak te różne fatałaszki. Jednak przyjemność z ubierania się w różnych konfiguracjach, w nakładaniu na stopy coraz to innych butów, wszystko to nadaje życiu smaku.

A przecież nic z tego, bo karawana nie ma aktualnie nogi do noszenia obcasów. Jak noga boli to chce kapcia, takiego góralskiego z wełny. A czy w takim kapciu można kogoś sobą przyciągnąć? Nie. Powab gdzieś znikł. Nawet nie pomoże wyszukiwanie jakiś zewnętrznych oznak starzenia u męża w ramach rewanżu od losu. Nawet coraz mniej jego włosów nie poprawi poczucia bez powabnego kuśtykania w kapciu. Męża da się przyciągnąć czym innym, ale sama siebie nie pociągam. W pociąganiu dobrze jest mieć rekwizyty, jak te wysokie obcasy na przykład. W żadnym razie bambosze!

Pies nadal szczeka. Jeśli się nie opanuje, to przyjdą sąsiedzi, a co gorsza obudzi się żaba i żółw Gustaw.

Jeśli żółw się obudzi, to zobaczy że spał z ropuchą. Będzie miał niesmak. A jak mąż dostrzeże,że żona kulawa, to żona wypowie mu łysinę. Zrobi się nieprzyjemnie. Lepiej niech pies już da spokój.

Tak gadać baba może bez końca. Babie łatwiej żyć z gadaniem. Chłop woli milczeć i sobie myśli: ile ta baba może tak gadać? Wtedy może nawet dostrzega, że baba jest kulawa w kapciu, bo jak ktoś kogoś denerwuje to nie widzi jego zalet.  Ale jak baba jest sprytna, to sobie siada do komputera i gada pisząc. Oko pomaluje, nogę schowa i opisuje głupoty. Od czasu do czasu zerka znad klawiatury, poprawi fryzurę i jeszcze coś mądrego powie o artykułach, polityce, albo zaśmieje się kusząco. Taka baba to może nawet przyciągnąć uwagę. Bo co ona tam stuka ? No właśnie. A może ona z kimś tam się zadaje? Zazdrość wzbudza i kusi ...

Baba nawet kulawa wtedy staje się zagadką. Klawiatura odbija się w błyszczących oczach. Jakaś aura się nad nią unosi. Taka baba to może nawet być pociągająca? Może nawet warto ją pocałować? Może nawet zaprosić do wspólnego rozstrzygania problemów, jakie nękają współczesność? Może nawet warto wspólnie pomilczeć?

...tylko czemu ten pies tak ciągle szczeka?

16:30, fabella
Link Komentarze (2) »