Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
niedziela, 25 listopada 2007
Beznadzieja w Nadziei

Zawsze wprawia mnie w zakłopotanie widok takich ławek. Bo jeżeli nawet ten co siedzi z przodu może popatrzeć na świat i ewentualnie liczyć na towarzystwo, to jednak ten, co zdecyduje się wcisnąć między ławkę a mur... to sobie tylko pogada ale, jakie widoki będzie miał na przyszłość? To pomysłowe siedzisko znalazłam przez przypadek w miejscowości tuż przy Pirenejach - Esperaza (co znaczy "nadzieja" w dialekcie tubylczym). I tak sobie myślę , że te ławki to postawili chyba, żeby testować poziom optymizmu nadziejowiczan. No bo jak inaczej wytłumaczyć takie dzieło?

sobota, 24 listopada 2007
Listopadowe dreszcze

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Lyonu była jesień. Piękne, słoneczne światło ślizgało się po kolorowych kamienicach oświetlając nową drogę mojego życia. Mieszkaliśmy wtedy w jednym z wielopiętrowych domów w centrum miasta. Duże okna wpuszczały promienie słońca i wszystko zdawało się być łatwe. Nirwana trwała niestety krótko. Prozaicznym, acz, jak się okazało bardzo ważnym problemem okazała się temperatura naszego gniazdka. Południe Francji wcale nie jest gorące okrągły rok. Naturalnie nie dochodzi tu do dramatycznych mrozów wschodnio-północnych, a czas minus pięciu stopni uznawany jest za stan klęski żywiołowej. Wcześniej śmieszyło mnie to. Od kiedy jednak zamieszkałam we Francji zrozumiałam, że  jest to kraj zupełnie nie przystosowany do chłodu. Nasze mieszkanie, przyprawiało mnie o dreszcze i to wcale nie z powodu miłości. Było mi po prostu zimno i tak jest do dzisiaj.

Prawdą znaną wśród moich znajomych jest fakt, że należę do wybitnych zmarzluchów. Pora zimowa jest okresem wyjątkowo trudnym. Dusza z mozołem napędza moje życie do działania w niskich temperaturach. Nic, nie wprawia mnie w większą radość, jak gorąca kąpiel w wannie, zwłaszcza, gdy temperatura ogniska domowego nie przekracza 19 stopni. Przyjeżdżając do Lyonu nawet nie spodziewałam się, że moje życie będzie wieczną walką o każdy gradus ciepła.

Pierwsze nasze gniazdko miało ogrzewanie elektryczne. Mąż zapalał grzejnik tam gdzie przebywał. A jak opuszczał jakiś pokój to wyłączał źródełko ciepła. Tak też, o ile czas zakochania rozgrzewają emocje, dość szybko wychładzany był przez 15to stopniową sypialnię. Nie pomogły perswazje, ani prośby. W końcu mąż, zmęczony przebijaniem się przez moją piżamę, bluzy, gacie polarowe, skarpetki i inne rekwizyty ocieplające - poddał się. Przeprowadziliśmy się do innego mieszkania. Nastała wielka radość albowiem ogrzewanie centralne, więc i koszt nie ten sam. Nareszcie nie było mi zimno! Chłop się uspokoił, choć nadal nie rozumiał potrzeby ogrzewania wnętrza do 22stopni, co jest minimum potrzebnym do mojej egzystencji.

Love story rozkręcało się na całego. Jedynie maleńki bemol wkradał się w harmonię miłości. Straszną nutą okazały się wizyty u teściów. Niby nie tak często, ale jak intensywnie, odwiedzaliśmy strony rodzinne mego męża. Region u stóp Pirenejów, blisko granicy hiszpańskiej. Ktoś mógłby pomyśleć - region ciepła. Jakże jednak równoleżniki mogą być mylące!

O ile z trudnością znoszę teściów latem, to zimą, w ich lodowatym domu nie jestem w stanie ich strawić. Każda wizyta była okupiona katarem, kaszlem lub anginą. W końcu po cichu wstawałam w nocy i niczym jakiś skrzat grzesznie podkręcałam domowy termostat. Rano spotykałam się z zarzutami o rozrzutność, ale kończyny miałam ciepłe i katar mniejszy.

W ciągu lat wielu, jakie spędziłam z moim mężem przeprowadzałam się wiele razy. Zawsze, gdy mieszkaliśmy w apartamentach z ogrzewaniem centralnym wracałam do świata żywo-szczęśliwych. Jednak, gdy decydowaliśmy się na zamieszkanie w domach, przeżywałam tortury wyziębienia. Tak jest i teraz. Chałupka ładna, mile położona wśród starych sosen. Cóż, kiedy domy Francji są źle lub wcale nie izolowane. Okna zawsze z pojedynczą szybą wypuszczają drogocenne ciepło na zewnątrz. Szpary pod drzwiami, szpary w okiennicach, szpary w ramach okiennych. Domy tutaj są dziurawe jak ser szwajcarski. Ponieważ wynajmujemy nie możemy inwestować. Zresztą, ci co mieszkają u siebie też nie inwestują uważając , że zima trwa tak krótko, iż byłoby szaleństwem wydawać pieniądze na izolację.

Moi rodzice, gdy przyjeżdżają z wizytą, zajmują pokój gościnny. Łóżko stoi tuż koło okna. Wieje tak bardzo, że tata rano ma włosy jak po burzy wietrznej. Ale czego się nie robi z miłości do dziecka? Ja natomiast z radością myślę o świętach w Warszawie, gdzie mieszkania, restauracje, muzea, teatry - wszystko jest normalnie ogrzewane.

Niestety nawet tymczasowa izolacja okien w moim domu jest mało możliwa, bo posiadamy drewniane okiennice. Jak wszyscy na Południu. Pozostaje mi,  zamykać wszystko wraz z zachodem słońca. Robią tak również wszyscy moi sąsiedzi. Dzielnica wieczorem wygląda jak po wybuchu atomowym. Ni ducha, ni światła, nie zobaczysz. Wszyscy zabunkrowani w zimnych domach. Tylko koty ganiają szczęśliwe, że świat do nich należy.

Do braku izolacji tutejszych domostw dochodzi jeszcze cena za mazut, jaki używa się najczęściej w piecach ogrzewczych. Koszt jest tak ogromny, że jak nie pójdziemy kiedyś z torbami będzie istnym cudem.

Ogrzewamy, kaloryferami sypialnie i grzejnikiem elektrycznym pokój dzienny i kuchnie. Problem w tym, że mąż uważa, że w nocy nie bywamy w tych pomieszczeniach. W łazience również nie. Wyłącza tam regularnie ogrzewanie gdy nieświadoma zbrodni zasypiam pod kołdrą, kocem i w piżamie polarowej.

Ranki są zawsze dramatyczne. Jako pierwszo-ranna robię kawę, śniadanie i biorę prysznic. Zdarzyło mi się już mieć myśli zbrodnicze, kiedy wchodziłam do prawie oszronionej kuchni albo, gdy widzę parę unoszącą się nad moją głową w wyziębionej łazience. Zaczynam nawet podejrzewać męża o ukryty sadyzm i tracę wiarę w miłość do ostatniego tchu. 

Wszystkich  przestrzegam: zastanówcie się milion razy zanim wejdziecie w związek małżeński z Francuzem, który mieszka w domu, a nie w mieszkaniu z centralnym ogrzewaniem. No chyba, że ktoś ma wysokie ciśnienie i lata w koszulce, gdy zimno szaleje na świecie. Takich zresztą tu wiele. Już na uniwersytecie w walońskim Liege zorientowałam się, że coś ze mną nie tak. Ubrana w ciepłą kurtkę wychodziłam na południowe dejeuner, a moje koleżanki zakładały tylko wełniane marynarki. Zima, wilgotne powietrze, przy temperaturze 2 lub 3stopni Celsjusza zdawało się być równie chłodne, jak polski 20sto stopniowy mróz. Młode Belgijki wcale nie marzły, ja niestety tak. Historia powtórzyła się we Francji.

Dochodzę do wniosku, że ludzie na Zachodzie są bardziej wytrzymali na temperatury. Są bardziej odporni albo mniej czuli na chłody. Wszystkie moje znajome z Polski, czy Rosji mają ten sam syndrom marznięcia jak ja. Francuzi nie mogą tego pojąć uważając, że jako wschodni przybysze powinniśmy chadzać w bikini przy temperaturze listopadowej, a nie w kożuchach. Nic na to nie poradzę, że jest mi zimno i mimo, że ośmieszam się w oczach tubylców nosząc kozaki, czapki i rękawiczki, nie będę wmawiać sobie, ani nikomu innemu, że na Południu Europy jest ciągle upał.

W tej całej historii jest jeszcze dodatkowy problem. Otóż w walce o domowe ciepło przegrywam z powodu ekologii. Temat modny we Francji. Popularne są rady: Nie kąp się tylko bierz prysznic! Nie grzej domu, nie grzej samochodu, nie myj rąk w ciepłej wodzie! Nawet zęby możesz płukać w zimnej! Żyj w chłodzie a wtedy misie polarne będą miały więcej szans na przeżycie!

Niestety trafiają do mnie te ekologiczne zaklęcia. Walczę sama z sobą by pokochać temperatttturę 19stopni w domu. Ale tyłka nie jestem w stanie moczyć w lodzie. Wieczorem robię sobie kąpiel do pół-kolan z wrzącej wody. Rozpłaszczam się jak mogę żeby każdy skrawek mojego zmęczonego chłodem ciała nabrał chęci do życia. Czuję się wtedy jak zimnokrwiste gady na słonecznych kamieniach. Każda komóreczka skacze z radości i wiem, że przetrwam do jutra.

Wyrzuty sumienia o dobro pingwinów i białych niedźwiedzi krzyczą  we mnie w chwilę później. To okropne w rzeczy samej. Jak bardzo i jak szybko zmienia się klimat. Jest na Ziemi coraz cieplej, a ja wcale nie jestem szczęśliwsza. Właściwie powinnam mieszkać w Senegalu. Tam byłoby mi akurat i żyłabym bez wyrzutów ekologicznego sumienia. Tylko pewnie strasznie bym się martwiła o te biedne dzieci i muchy i AIDS... Ach, zawsze znajdzie się jakiś smutek i zmartwienie.

Tymczasem dogrzewam jak mogę swój dziurawy domek. Walczę z mężem o to by nie zamarznąć we własnym łóżku i czekam na wiosnę.

Dziwię się wciąż, gdy słucham Francuzek przekonywujących mnie, że pokój dziecięcy nie powinien być cieplejszy jak 17 stopni. Bo to ponoć zdrowiej. Moje dzieci skazane są na ponad 20 stopni i żyją bez katarów. Nic nie poradzę na to, że jestem bliska agonii w temperaturze uznawanej we Francji za zdrową. Czuję do siebie niechęć za topniejącą Antarktydę, za wszystkie chorujące misie i katastrofy przyrodnicze, ale jeszcze wiele razy zgrzeszę w gorącej kąpieli tuląc w sobie nadzieję, że może uda się ludzkości coś wymyślić by naprawić świat.

A jeśli nie - to pojadę do Murzynów, tam przynajmniej jest ciepło, prawdziwie bosko ciepło.