Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
czwartek, 30 listopada 2006
Dramat w niebie

Zachody i wschody słońca to chyba najbardziej oklepany temat fotografii. Choć bardzo lubię robić zdjęcia nie mam na to ani dużo czasu ani warsztatu godnego miana fotografa. Po prostu zatrzymuję w kadrze to co mi się podoba, co jest interesujące. Czasami wykonuję śmieszne pozy albo stawiam samochód w miejscach dziwnych albo włażę w trudno przystępne miejsca żeby móc ustrzelić taki albo inny widoczek lub scenkę.

W Mojej Francji nie uda mi się pokazać wszystkiego co widzę na codzień. Zbyt wiele mnie otacza i zbyt czasochłonne byłoby to zajęcie. Staram się jednak w możliwie bogaty sposób przedstawić choć troszeczkę Francji jaką mam okazję podziwiać. 

I tak oto wyjeżdżając z Lyonu, z moimi dziećmi spod ich przedszkola ujrzałam takie właśnie zygzaki na niebie.

 

.

Ponieważ były to godziny szczytu i uformował się duży korek miałam chwileczkę aby wykorzystać ją do zrobienia zdjęcia z okien mojego samochodu.

Nie ma w nim nic specjalnego poza światłem które w Lyonie jest czymś wyjątkowym. Miasto znajduje się o jakieś 150km od Alp i 150km od Prowansji. Chłodne wiatry górskie zatrzymuje południowy mistral a słoneczne promienie nawet w czasie najbardziej deszczowych dni znajdują zawsze okazję by się przedrzeć przez chmury. Oświetlają wtedy wyniesioną pod niebiosa bazylikę La Fourviere, wzgórza Mulatiere i czy Sainte-Foy les Lyon.

.

Wiele osób nie zwraca na to wszystko uwagi. Przyzwyczajeni do tych widoków od dziecka ignorują dramaty jakie odgrywają się ponad ich głowami. A przecież jakże poruszające wydaje się granatowe niebo z pasmami ognistego światła. Zupełnie jakby jakaś ogromna siła zionęła płomieniami na pomnik chrześcijańskiej wiary - bazylikę.

.

Mimo zanieczyszczenia powietrza z jakim boryka się Lyon, zachody słońca są nadal wyjątkowo malownicze i pobudzające wyobraźnię. Widoki jakie tu zamieszczam fotografowane były parę dni temu o godz. 17tej. W zaledwie dziesięć minut później wyjeżdżając na południe miasta napotykm na przerażający widok skomplikowanych konstrukcji petrochemicznej fabryki. Zbyt blisko zbudowana największa rafineria Francji dmucha śmierdzącym oddechem na zabytkowe miasto. Nigdy nie zrozumiem takiej decyzji zagospodarowania południowego przedmieścia. Nie wiem dlaczego utworzono to gigantyczne centrum przemysłowe zaledwie 10km od miasta. Autostrada słońca którą zna każdy turysta kierujący się samochodem na Południe Europy prowadzi właśnie wzdłuż tych bezdusznych widoków. Słodkawy zapach wymieszanej siarki i chemikaliów skutecznie odpycha i zniechęca do zwiedzania Lyonu. Każdy stara się jak najszybciej przejechać i zapomnieć ten brzydki kawałek podróży.

 

Listopadowe słońce zachodzi bardzo szybko. Zostawia za sobą petrochemiczne Feyzin a ja wspinam się na wzgórza jakie znajdują się ponad przemysłowymi zabudowaniami. Tam natrafiam na kolejny rozdział gorącego dramatu. Wypalone gałęzie drzew jak milczący świadkowie ludzkiego wandalizmu wyciągają niczym kaleki swoje czarne ramiona. Straszy jak i zachwyca swoim niemym krzykiem ten purpurowy widok.

.

Wsiadam zatem do samochodu pełna wyrzutów sumienia, że oto spalę kolejne litry benzyny w drodze powrotnej do domu. A czerwone niebo po raz kolejny krwawo gaśnie nad moim zamyśleniem z kołatającym się pytaniem : Co zostawimy naszym dzieciom? Jaką ziemię będą zamieszkiwały przyszłe pokolenia?

Jak wytłumaczę moim synkom, że te popalone gałęzie to nie artystyczna martwa kompozycja? Jeszcze nie tak dawno to była przecież żywa natura! W ciemnościach toną lyońskie widoki. Aż do następnego zachodu słońca...

A wschód dziś rano był spokojnie kojący. Nikt prawie nie mógłby przypuszczać, że wieczorem znów rozpocznie się dramat niebios. 

      

 

wtorek, 28 listopada 2006
We francuskiej perfumerii

- Mamoo trzeba babci kupić szmatkę do ust. Bo nie może znaleźć swojej. - powiedział Eliot trzymając paluszkami swój ruszający się ząbek.

Proszę pani - mówię zatem w perfumerii do sprzedawczyni- szukam szminki dla mojej mamy.

W chwilę później słyszę za plecami głos synka : - ale się rusza. No gdyby nie te nitki którymi jest przywiązany to pewnie by już wypadł. Mamoo a czy tobie też wypadną zęby. Bo babcia mówiła, że jak będzie stara to jej pewnie wypadną. Czy ja jestem już stary?

Och jak dobrze, że ta sprzedawczyni to nic nie rozumie po polsku myślę sobie w duchu. Bo jakaś dziwna by jej ta babcia się wydała. Nie dość, że szczerbata to na dodatek z jakąś szmatką przy ustach. :)

poniedziałek, 27 listopada 2006
Satolas znaczy marzę

Chodzę po ulicach Lyonu z głową w chmurach. Nie jest to trudne bo Złote Wzgórza u których stóp rozpanoszyła się ludzkość śmiało spoglądają w stronę Alp. Przy dobrej pogodzie widać nawet Mont Blanc. Kiedyś wynajmowałam mieszkanie w jednej z podniebnych dzielnic Lyonu Sainte-Foy .Budynek zwrócony był właśnie w stronę gór. Przy zachodzie słońca krajobraz rozciągającego się w dole miasta był ukoronowany oświetlonymi zarysami wspaniałych szczytów. Na moim balkonie marzenia dotykały chmur a stopy nurzały się w miejskiej codzienności.

...tak wziąć go za rekę i razem polecieć na tą jedyną z planet.Tak z różą porozmawiać i spojrzeć prosto w oczy chłopcu z prawdziwej bajki. Tak wierzyć święcie w prawdę o Małym Księciu! - szeptałam prośby w te wieczory malowane. A tuż, tuż blisko gdzie miasto kończy swą awanturę a pola rozciągają ciszę spokojną dojrzeć mogłam ptaka. On pewnie mnie poniesie na swych skrzydłach szklano-metalowych. Siłą ich uderzeń zdmuchnie wszystkie problemy i wzniesie się ponad tę ziemię galijską...

 

.

.

I choć jeszcze nie udało mi się zrealizować fantazji dziecięcej. Ten ptak wciąż tam jest. Nazwano go Satolas a w echu tego imienia błyszczy się nazwisko Antoine de Saint-Exupéry. Pisarz-lotnik pochodził z Lyonu. Tu się urodził i wychował w rodzinie staro-arystokratycznej. Tu można spotkać jego pomniki, wspomnienia. Zginął w głębi śródziemnomorskiej w czasie II Wojny Światowej. Samolot z niewytłumaczalnych powodów zaginął w trakcie jednej z misji jakie wykonywał dzielny pisarz. Dzisiaj międzynarodowe lotnisko jakie wybudowano w latach 70-tych pod rządami Giscard d'Estaing nosi w herbie nazwisko sławnego Antoine'a. 

.

 

Konstrukcja lekka, przypominając koronki paryskiej wieży, łukiem wznosi się nad dworcem kolejowym jaki zbudowano tuż przy głównym terminalu. Samoloty niczym zabawki krążą wokół tych gigantycznych skrzydeł a światło gra jak na porannej pajęczynie. Chyba tylko człowiek o fantazji Małego Księcia mógł wymyśleć coś równie przemawiającego do wyobraźni. Korytarz jaki łączy terminale lotnicze z częścią kolejową przenosi nas jak wehikuł czasu w przestrzeń ponad ziemską. Rytmicznie prowadzi wzrok ku przyszłości.

.

Santiago Calatrava - architekt iberyjski jest twórcą tej jakże urzekającej budowli. Dziecko słonecznej Hiszpani nie bało się słońca i jego promieni. Artysta zabawił się z tym gorącym południowym światłem sięgając odważnie po skomplikowane rozwiązania inżynierii budowlanej. Wiedział przecież, że nic mu nie grozi. Dobry duch Saint-Exupery czuwa nad swoim pomnikiem. 

.

Stoję w samym sercu hali lotniskowej. Zapominam o świecie. Nad głową nerwowe łuki plączą się jak marzenia. Jasna łuna zachodzącego słońca pomoże mi w tym jednym locie. Tylko jeszcze muszę znaleźć drobną rączkę księżycowego księcia w tłumie ludzkich losów. A wtedy polecę... daleko jak ten ptak spragniony wolności.

 

.      

sobota, 25 listopada 2006
Spojrzenie na kino francuskie

.

Ile myśli tyle spojrzeń.. Tyle spojrzeń ile myśli...

Czy powinno się żyć bez zadawania pytań?  W spokoju konsumować każdy dzień i omijać kręte ścieżki ludzkich uczuć i nieporozumień duszy? W moim życiu odpowiedzią jest zawsze chęć poznawania prawdy, czynienie dobra i znajdowanie w tym piękna. Ponad wszelką wątpliwość mimo trudu jaki sobie zadaję i z różnym skutkiem - wciąż wierzę w te wartości .

Zmarł Philippe Noiret. Mój ulubiony aktor. Jak mało kto potrafił zagrać każdą rolę ubierając ją w całą paletę półcieni żartu, ciepła i elegancji. Bóg ma swoje racje których pewnie nigdy nie uda mi się do końca zrozumieć. Szkoda mi jednak filmów w których już nie zagra ten wspaniały artysta. Kolejny pomnik utracił swojego ducha.

Niestety tak dzieje się też z kinematografią francuską. Naturalnie pojawiają się portrety jak ten Amelii czy ostatnio sfilmowana tragedia wojny w Algierii. Ale generalnie publiczność wybiera to co łatwe, proste i przyjemne. Złote lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte odeszły już do lamusa. Mimo,iż nie jestem zwolenniczką tortur intelektualnych ani proletariackiej atmosfery w stylu pozytywistycznych powieści to muszę przyznać, że coraz rzadziej udaje mi się zobaczyć dobry film w którym wiele spojrzeń i wiele myśli się krzyżuje. Nie wiem czy wieloletni dobrobyt i socjalistyczne lenistwo mają jakiś wpływ na właśnie taki płaski obraz tutejszej twórczości. Tak to jednak niestety wygląda. Brakuje mi dobrego filmu o miłości, o poszukiwaniu sensu istnienia. Brakuje głębokich historii i wielobarwnych portretów ludzkich przeżyć.

Społeczeństwo zabieganych, zmęczonych pracą ludzi odrzuca zamyśloną rozrywkę. Dużo łatwiej jest włączyć telewizję, podyskutować i ponarzekać na politykę czy jeszcze coś innego. Po co komu szukanie spojrzeń? Po co komu myśli? Francuzi zdecydowanie wybierają śmiech na ekranie. I to coraz rzadziej ten przez łzy a częściej taki najbardziej przyziemny, prosty bez niepotrzebnych dwuznaczników. Idee, historia, miłość... odchodzą jak Philippe Noiret w przeszłość.

Cóż w tym dziwnego, że ludzie chcą się śmiać? - można zadać sobie pytanie. Tylko ile można tańczyć kankana?! Obelix z Asterixem urzekają kolorem i kunsztem gry aktorskiej, ale Kolumba kręci się już za oceanem. Czemu tak jest? Przecież jeszcze nie tak dawno Francja zapisywała najszlachetniejszym z piór karty światowej kinematografii! Tutaj grano, tworzono i poszukiwano spojrzenia i myśli. Przykro mi twierdzić, iż głębia artystycznych przeżyć umiera w kartach menu wypełnionych restauracji. Francuzi po prostu wolą pogadać o niczym, dobrze zjeść i pokochać się w wygodnych łóżkach niż zadawać sobie pytania czy przeżywać głęboko życie.

Tak jest też w innych krajach europejskich. Wiem. Ale ja mieszkam we Francji. To w kulcie jej sztuki, piosenki i kina byłam wychowana. A teraz genialnych francuskich aktorów muszę oglądać w amerykańskich filmach. Nikomu bowiem się już nie opłaca tutaj inwestować w interesujące historie trudnych żyć i ludzkich wyborów. Rozmowy i spotkania wypełnia pustosłowie. Poszukiwanie piękna sprowadza się do zakupu dobrych butów. Kwitnie gadulstwo i brak zainteresowań. Byle szybciej, byle taniej, byle łatwiej - stało się dewizą w pokonywaniu codzienności Francuzów. Kino jest tego wiernym odbiciem.

 
Wielokrotnie zadawane jest mi pytanie czy coś mam z pisania, fotografowania.. Odpowiadam zgodnie z prawdą, iż nic, poza przyjemnością tworzenia i poznawania świata czy innych ludzi. Bogactwem samym w sobie wydają mi się te zajęcia. Większość z moich rozmówców nie rozumie tego twierdząc iż tracę czas.
We Francji machina kinematografii jest obrazem takich samych poglądów. Niczym walec wygładza najmniejsze nierówności preferując łatwiznę i pusty śmiech. Szkoda. Bo przecież nie brak tu dobrych aktorów, reżyserów. Tylko, że może scenariusze życia są coraz bardziej pozbawione spojrzeń.

 
A przecież ile spojrzeń tyle myśli...ile myśli tyle spojrzeń...   

niedziela, 19 listopada 2006
Co ja sobie mogę teraz myśleć?

23:14, fabella
Link Komentarze (20) »
sobota, 18 listopada 2006
Rodzenie po francusku

- Proszę się przesunąć! Nie widzi pan,że tu się rodzi? - niegrzecznie warknęła do męża kobieta w jasnym fartuchu. Właśnie wyszła z sali, tuż obok windy z jakiej wysiadaliśmy. W ręku trzymała wiadro wypełnione pooperacyjnymi odpadami. - Mąż nie rozumie po polsku - wydusiłam.Usiadłam obolała wiedząc, że znów zaczyna się atak rozrywający mi trzewia. Mąż z wrażenia sam poszedł do toalety. Wrócił lekko zielony po tym co tam zobaczył i z klamką jaka mu została w ręku. - Proszę wstać - usłyszałam jak przez mgłę choć nie mogłam już nic więcej zrobić jak cierpieć...  

- Rozumiem ale gdzie są badania? Tak zaczęła się rozmowa z lekarzem prowadzącym moją ciążę we Francji. Wróciłam do Lyonu już z cztero-miesięcznym brzuszkiem i ogromnie trudnym bagażem doświadczeń z warszawską służbą zdrowia. Lekarze zabronili mi podróżować samolotem aż do czwartego miesiąca. Po okropnych przeżyciach w polskich szpitalach i klinikach udało mi się wrócić do mojego francuskiego ginekologa który nie był w stanie zrozumieć dlaczego robiono mi tak mało badań z tak nieczytelnymi wynikami z pierwszych miesięcy ciąży. Nie było sensu tłumaczyć. Przecież nawet ja sama tego nie rozumiałam.

"Zaraz się panią zajmiemy" było początkiem mojej nowej przygody we Francji. Najpierw w Lyonie a już od piątego miesiąca w Wersalu gdzie się przeprowadziliśmy z mężem.Co miesiąc widywałam się z lekarzem który robił mi badania, tłumaczył i radził jak żyć w ciąży ciesząc się jej każdą chwilą. Zapisano mnie do kliniki jaką mogłam sobie dowolnie wybrać. Za wszystko płaci i tak ubezpieczalnia społeczna i dodatkowe ubezpieczenie. Przebadał mnie anestezjolog, wytłumaczył jak mi pomoże w czasie porodu. Ekograf policzył wszystkie kończyny mojego drugiego bycia. Sprawdził czy nie ma jakiś uszkodzeń. Upewniono się co do Aids, mongolizmu i jeszcze wielu innych chorób. Dano mi nawet listę ubranek i przyborów jakie będę potrzebowała do zachowania higieny dziecka i siebie po porodzie. Położna wytłumaczyła mi jak rodzić i jak sobie radzić po i przed. Każdy się do mnie uśmiechał, tłumaczył, uspokajał a w toaletach wszędzie o dziwo, zostawały klamki w drzwiach.

- Wiesz musisz dzisiaj wrócić z delegacji bo właśnie stoję w wannie i zaczynam rodzić- tłumaczyłam przez telefon mężowi tracąc wody płodowe.- Co ty mówisz przecież to dopiero za miesiąc!?- zdesperowany głos prawie-taty nie chciał się pogodzić z decyzją syna. Ponieważ nic mnie nie bolało miałam jeszcze czas na poprawienie urody. Taksówka zabrała mnie do kliniki w chwilę później, tuż obok wielkiego pałacu. Tam po godzinnej zabawie w skurcze znany mi już anestezjolog zaaplikował magiczny zastrzyk. Leżałam sobie w ślicznej, czyściutkiej sali. Mama obok wsłuchiwała się w bicie serca jej wnuka. A do mnie podchodziły co chwila zadbane, pachnące położne. Głaskały mnie po głowie tłumacząc, że jeszcze trochę...i że jednej z nich syn lubi podróżować. Był nawet w Pradze jak mój mąż teraz. Ale, że najbardziej lubi Barcelonę...Inna poprawiała mi poduszkę. Mój zbawca też z troską pytał się czy dobrze się czuję. A ja byłam jak na Hawajach. Nic mnie nie bolało, nogami ruszać mogłam jak chciałam,wszyscy się o mnie martwili. Mama obok, tata dzwonił na komórkę z niepokojem w głosie.. Potem mąż z prośbą żebym jeszcze przytrzymała bo on już z lotniska jedzie. Znajoma to nawet obiecała mi przez telefon, że właśnie wysyła moje ulubine konfitury z zielonych fig. I tak gadając sobie z ludźmi, w miłym i ładnym towarzystwie tamtejszych położnych poczułam bez bólu, że to już!

Eliot był ślicznym chłopczykiem a moja mama, najszczęśliwszą z babć. Jeszcze przez pięć dni zajmowano się mną pomagając w trudnych poczatkowo chwilach po porodzie. Przez pierwsze dni nawet myto mnie i moje dziecko. Potem radziłam sobie sama. Mój maluszek został nazwany "aktor". Bo taki śliczny i minki stroił teatralne. A ja uwierzyłam w raj na ziemi.

W dwa lata później zaczęłam drugą przygodę z Armandem. Tym razem bez dramatów i z innym ginekologiem i w innej klinice, bo blisko Lyonu już z powrotem mieszkaliśmy. Obliczono dokładnie czas i wiedziałam, że w listopadzie powinno się dokonać rodzenie. Znowu badania dokładne, bardzo dogłębne, cierpliwość i zainteresowanie moją osobą pozwoliły uwierzyć w wielkość medycyny francuskiej. Znowu miłe i ciepłe spojrzenia lekarza i personelu zahipnotyzowały mnie swoim spokojem. Tydzień przed określoną datą zaproponowano mi, że mogę sobie wywołać poród jeśli jestem zmęczona. Ale postanowiłam,iż natura wie co robi i wolałam poczekać. Chłopak okazał się punktualny.

- Obudź się. Tu już.. - tłumaczyłam mężowi głęboko śpiącemu u mojego boku. - Daj spokój. Zobacz która godzina.Czwarta rano. Nie możesz poczekać?- odpowiedział mi zaspany głos. Nie mogłam. Znowu bez bólu tracąc wody miałam czas dla siebie aby się przygotować. W godzinę później jednak zaczęły się skurcze i granaty wybuchały co chwila w moim brzuchu. W klinice zajęto się mną tak samo jak kiedyś w Wersalu. I znowu magiczny zastrzyk wprawił mnie w błogi stan wyciszenia. Tym razem nie było rozgadanych położnych ale cały czas ktoś podchodził i pytał się o moje samopoczucie. Ja czułam się dobrze. Mąż - trochę mniej. Ale dość szybko wrócił do normy. Równo o siódmej rano, 14 listopada 2003 roku mały Armand okrzyknął się człowiekiem, a jego tata po raz pierwszy w swoim życiu przeciął pępowinę. Pozostawało nam już tylko kochać owoc naszej miłości.

Choć w pamięci ciągle powracają głosy - Ależ proszę pani. Ma pani kamienie w nerkach...nie to nie kamienie, zatem może zapelenie macicy bo długo pani brała środki antykoncepcyjne? Przepiszemy więc leki przeciwzapalne...to może jednak ciąża... ale te ataki?- no to chyba pozamaciczna... A w ogóle to pani chyba histeryzuje, tylko proszę nie upaść mi tutaj!..eee to chyba jednak poronienie...- dzisiaj to jest Eliotem a jego młodszy brat właśnie skończył trzy lata.

Czas leci szybko niczym wiatr.Trzymam w dłoniach chwile radości niczym drogocenne kamienie jakie wpadają mi w podmuchu życia. Moment urodzin moich dwóch synków to chyba najpiękniejsze diamenty jakie los mi podarował. I nawet nie muszę ich szlifować by rozświetlały nawet najbardziej zacienione wspomnienia. "Rodzić po ludzku"- slogan znany chyba wszystkim w Polsce jest dla mnie na zawsze rodzeniem po francusku. 

    

   

poniedziałek, 13 listopada 2006
Odjeżdżać to tak trochę umierać..

Znane słowa iż " odjeżdżać to tak trochę umierać " są powszednim chlebem każdego emigranta. No może prawie każdego. Są przecież pośród nas, tych tułaczy polskich tacy którzy o tym nie myślą. Ja, niestety mimo większości swojego życia spędzonej z wyboru daleko od Polski ciągle tęsknię. I tak za każdym razem gdy moi rodzice znikają za szybą lotniskowej kontroli granicznej ubywa mojego serca drobina. A kiedy po wakacyjnym pobycie w Warszawie uciekają za szybą ostatnie płaczące wierzby Mazowsza, sama zamieniam się Marię Magdalenę. Potem mijają dni, tygodnie , codzienność zagłusza śpiew nostalgii. A przecież nie jestem nieszczęśliwa w tej mojej Francji. Tylko ciągłe pożegnania, przyjazdy, wyjazdy...Ciągłe pytania gdzie spędzimy święta, jak, z kim...? Bo przecież mąż Francuz, a ja jedynaczka, bo jedni rodzice tam daleko w Warszawie, a francuscy dziadkowie aż przy granicy hiszpańskiej. Co by nie zrobić, zdecydować zawsze będzie ktoś tęsknił, ktoś cierpiał, ktoś kruszył się po cichu w sobie.

Życie mieszanych rodzin jest ciekawe. Kultury jak w tyglu mieszają się. Czasami jest wesoło, czasami aż kipi ze złości, braku zrozumienia. Detale grają koncert na harmonii uczuć. A w tle ciągłe pożegnania, powitania wystukują rytm. I to kochanie i jakiś żal do losu,że może być jak w raju a czasem boli jak piekle.

Jako dziecko, a właściwie podlotek byłam w Afryce, ponad dwa lata w Libii. Tam tęskniłam do jabłek i zielonej trawy. Potem w Nowym Jorku przez parę miesięcy tęskniłam do starych podwórz kolorowej Europy. W Polsce wzdychałam do wolności słowa. A gdy los rzucił mnie do Holandii płakałam za polami, łąkami bez ograniczeń, siatek i podziałów. Za lasami gdzie pachną grzyby a ptaki wyśpiewują arie do zielonego Boga. Nie byłam nieszczęśliwa, wręcz przeciwnie. W Maastricht dorosłam i wyrzeźbiłam światopogląd ale powroty, wyjazdy i znowu pożegnania trzymały moją młodą duszę za włosy. Polska wydała mi się tak wielka i tak bogata. Mimo brudu tuż, tuż za granicą, mimo trudu i smutku .. Nagle niespodziewanie zrozumiałam, że jest jedynym miejscem do którego zawsze będę tęsknić.

Ktoś mi kiedyś powiedział,że są ludzie o cygańkiej naturze. Ciągle w drodze, zmieniają miejsca, czas ucieka im z pejzażami. Może ze mną też tak jest. Ale od kiedy mam dzieci a mój ukochany dziadek nie żyje już wiele lat, boję sie,że tracę w tej mojej tułaczce po świecie najważniejsze - codzienność kochanych miejsc i zamieszkałych w nich bliskich.

Właśnie wróciłam z bajkowej krainy białych domków, czystych okien i ogromniastych ludzi. Znów poniszczyłam sobie obcasy na kamiennym bruku stareńkiego jak Europa miasta. Znane już powszechnie Maastricht wiele lat temu zaadoptowało mnie jak tylko można wspaniale zaakceptować pełnią tolerancji i życzliwości drugiego człowieka. I mimo,że dziś już w nim nie mieszkam, ciepłe uśmiechy i radość znów przytulały mnie do siebie. Mijały dni a moje wesołe oczy znów wypełniła tęsknota. Bo przecież to Francja jest już moim nowym domem. Ta Francja która mnie tak denerwuje jak i zachwyca, mostki Lyonu, stragany z wieloraką sałatą jakiej nie spotkasz chyba nigdzie więcej na świecie. Ach znowu ta straszna nostalgia za miejscami, ludźmi odrywa mnie od kilkudniowej wakacyjnej codzienności. Cóż te wiatraki, cóż ogródki malowane? Kiedy Rodan zielony w słońcu wyciąga ramiona. Kiedy sosny w ogrodzie już pokrywają młode kokony owadów? Na co mi te widoki jak z opowieści wigilijnych kiedy tam bułki pachnące.. i moje dzieci z moim warszawskimi rodzicami daleko.

"Odjeżdżać to tak trochę umierać "...niczym refren powtarza swą melodię. Gdzie dom? Gdzie korzenie? Gdzie miejsca kochane? Gdzie i co wybrać by najmniej porozbijać, najmniej uszkodzić to co najważniejsze - miłość?

Emigracja to tak trudna droga. I niby można zawsze zawrócić, znaleźć zagubione w pamięci części ziemi. Ale znów dogoni cię nostalgia za czymś, za kimś albo tylko za piórkiem zagubionego w locie gołębia.

We Francji łatwiej mi jest tęsknić za Polską. Jakoś lepiej mi to wychodzi niż to było w innych krajach. Nie wiem czy to dzięki Marii Skłodowskiej, czy dzięki królowej Leszczyńskiej czy Chopinowi. Nie wiem czy to dlatego, że Polska jako jedyny kraj w Europie wciąż zachwyca się Napoleonem i nigdy nie miała konflkitu zbrojnego ani politycznego z Francją. Nie wiem czy wreszcie dlatego, że tak jak w Polsce Francuzi uwielbiają godzinami politykować i objadać się w święta przy stole rodzinnym. Może pod wieloma względami i mimo różnic jesteśmy po prostu podobni do siebie?  Wciąż nie wiem czemu tu łatwiej mi jest tęsknić. I tylko pewność co do słuszności wyboru takiego a nie innego losu burzy wizerunek odchodzącego do samolotu Ojca. Odleciał dziś do Warszawy. Pożegnaliśmy się a ja ponownie trochę umieram. Troszeczkę. Powolutku.

Znów tęsknię Tato. Znów...     

piątek, 03 listopada 2006
Paryskie zaduszki

"Chcę ci dziś bajkę opowiedzieć

najpiękniejszą ze wszystkich kochanie

o małym Frederyku i jego

zaczarowanym fortepianie...."- tak mniej więcej brzmiały pierwsze słowa

wiersza jaki kiedyś, bardzo kiedyś, bo w wieku siedmiu lat, recytowałam na apelu szkolnym. Potem jeszcze bardzo wiele razy recytowałam wiersze. Nawet o rewolucji jak miałam jakieś osiem czy dziewięć lat kazano mi mówić straszne komunistyczne strofy. Było to na cześć przyjazdu Katuszewa (Sekretarz Komitetu Centralnego KPZR-człowiek nr dwa ZSRR) do Polski i do naszej ursynowskiej podstawówki. Przebrali mnie za krakowiaka bo żaden chłopiec nie potrafił z takim przejęciem mówić wierszy jak ja. Dostałam nawet znaczek z Leninem w płomieniach czerwonej gwiazdy! Mama załamywała ręce a tata pękał ze śmiechu gdy w słynnej dawce trucizny czyli dzienniku telewizyjnym, leciały zajawki z ich córką w roli krakowiaka. 

No i tak już zostało we wszystkich szkołach jakie uczęszczałam a było ich bardzo wiele, że każdy apel czy przedstawienie nie mogły się obyć bez mojego występu. Nazywano mnie "czytaczem" poezji. Nawet nauczycielki wypożyczały mnie do różnych klas bo tak jakoś potrafiłam sprzedać każdy wiersz,że koledzy i koleżanki przestawali gadać i tylko słuchali. Do dziś niektóre z tych pań zaczepiają moją mamę z pytaniem gdzie w jakim teatrze grywam. A ja nie grywam tylko piszę. I mimo tego mojego wierszowania i szkolnej "kariery" nadwornego recytatora ja ciągle pamiętam te pierwsze słowa bajki o Frederyku.

Gdy miałam chyba jakieś czternaście lat rodzice postanowili pokazać mi Francję. Właściwie tylko,czy aż w tamtych czasach, miał to być Paryż. Przebiegliśmy całą najważniejszą część turystyczną tego najpiękniejszego z pięknych miast w ciągu zaledwie paru dni. Nie obeszło się bez cmentarza Père Lachaise. Przyzwyczajona  do warszawskich dzielnic duchów i ich skromnych kamienno-betonowych siedzib zaskoczona byłam tym paryskim miejscem. Uliczki wspinające się do samego nieba, kręte, ocienione, a tam wielkie groby z jeszcze większymi nazwiskami. No tak myślałam sobie, że przecież żeby udźwignąć te znane pieczęcie ludzkich istnień trzeba było pewnie budować takie monumenta. Aż tu nagle wyłania się znane Walewski. To chyba syn naszej dzielnej rodaczki domyśliłam się. Od razu poczułam się raźniej wśród tych prawie świątyń śmierci. Zatem są i nasi uśmiechnęłam się do nieba. Potem jeszcze bardzo wiele było do oglądania tylko,że życia i tak wydawały mi się zawsze bardziej interesujące niż ich kamienny finał.Chodząc wśród pomników rodzice zdawali się czegoś szukać. Zrobiło się bardziej ciasno. Może i przytulniej jak w tych poważnie osowiałych alejach śmierci.Groby jakieś takie ściśnięte, osłonięte krzakami, dróżki coraz bardziej wąskie i nagle, w środku tego labiryntu - jasny skromny pomnik.

To tutaj pochowany jest wielki Polak? Fryderyk Chopin? Ach uwierzyć nie mogłam. Toż to byle jaki burżuj paryski pogrzebany na słynnym cmentarzu ma większy grób! A Fryderyk tylko taki tyci ogródek? Żal mi się zrobiło. Miałam 14 lat i nic tak mnie nie wzruszało jak etiudy Chopina. Nie mogłam wybaczyć Francuzom takiego uchybienia.

Gdy ponownie wróciłam w to miejsce miałam lat trzydzieści. Był poczatek listopada a mój synek spał w swoim wózeczku z leciutkim bagażem swoich pięciu miesięcy. Urodziłam Francuza a nie mając bliskich we Francji chciałam pójść na grób mojego ulubionego kompozytora, Polaka ze świeczką. Znowu wspinałam się po tych krętych ścieżkach tyle tylko, że z mężem i tym razem z własnym dzieckiem. Był wieczór i mimo, że to Święto Zmarłych nie było takich tłumów jak na Powązkach czy Bródnie. Co kraj to obyczaj. We Francji coraz mniej ludzi chodzi na groby. A jeśli to przynoszą chryzantemy i nigdy nie ma świeczek. Ubrałam się ciepło, założyłam nawet czarny kołnierz z lisa. W końcu idę z wizytą do nie byle kogo.Chopin ponoć był estetą! Wieczór gasił już swoim cieniem pochmurny dzień. Wtedy właśnie zauważyłam ludzi,co jak dobre duchy ze świeczkami w dłoniach podążają w jednym kierunku.Wiedziałam,że to na koncert tak się śpieszą. Któż inny na Père Lachaise przynosi światła w listopadowy dzień? Pośród ciemnych smutnych grobowców od czasu do czasu widać było roziskrzoną lampkę. Wiedziałam,że to szlak polskich grobów. Tylko na ich płytach paliły się świeczki.

Nad szczupłym pomnikiem unosiła się już gorąca łuna. Staliśmy tam trochę wzruszeni,trochę zziębnięci. Teraz nie przeszkadzało mi, że taki delikatny ten grób. Właściwie jest taki jak Jego muzyka. Z półcieniami żalu i radości. Elegancki pośród pękatych, wystrojonych dam paryskiego cmentarza. Ktoś położył kwiaty, ktoś się uśmiechnął a świeczek dziesiątki stały na ziemi.  Mój malutki synek spał a mąż zawascynowany śledził oczami kolejne postacie schodzące się ze wszystkich stron cmentarza. Czasami jakiś Francuz przez przypadek, z ciekawości się zatrzymał. Ach to pomnik Chopina? No tak Polacy... Bo to nie jest prawda, że Francuzi twierdzą, że ten pianista był ich rodakiem. Nigdy się nie spotkałam z takim twierdzeniem.Czasami nawet się dziwią jak im mówię,że przecież miał ojca Francuza. Ale jaki to Francuz jeśli będąc z wielką George Sand i tak nigdy nie wyzbył się ani słowiańskiego akcentu ani nostalgii za tym dalekim krajem? 

Postawiłam świeczkę starając się przypomnieć dalsze zwrotki mojego pierwszego recytowanego wiersza. Nigdy wtedy nie myślałam, że będę wspominała historię Frycka i Jego zaczarowanego instrumentu w takich okolicznościach. I tylko na odchodnym dobiegły mnie dziwnie nowoczesne akordy fortepianu. Rzuciłam okiem i z największym zdumieniem przeczytałam nazwisko Petrucciani. Kolejny geniusz klawiatury! Pochowany tuż obok Chopina! Jeszcze bardziej skromna, wręcz ascetyczna płyta cichutko zdawała się wygrywać akordy do snu zmęczonemu koncertem Fryderykowi. I tylko myśl, że mój synek musi już wracać do swojego ciepłego pokoju ponaglała mnie do oddalenia się. Bo inaczej pewnie bym tych czarno-białych pasaży słuchała.. i słuchała.. i słuchała.. aż do zawsze.