Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
niedziela, 27 lutego 2011
U bukinistów w Lyonie
19:21, fabella
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 lutego 2011
40 lat minęło i ... nic

... wczoraj, czyli 23 lutego, nie było ani końca świata, ani ziemia nie przestała się kręcić. Ludzie na ulicach tacy sami jak przedwczoraj i jak dzisiaj , czyli wczorajsze jutro. Nikt mnie nie chciał na szczęście zgwałcić, ani ja, nikogo nie skrzywdziłam. A mimo to, przekręciłam licznik czwartego dziesięciolecia. Niestety definitywnie.
I co? I nic?
Żeby jednak zerwać ze schematem , zmieniam jednorazowo styl.  Trzeba trochę zaszaleć , zapomnieć się , powyrzucać pajęczyny i rozluźnić stres. Za oknem jesień, mimo, że właściwie powinno być przedwiośnie. W porównaniu z zimą arktyczną w Polsce, nie narzekam. W koronach moich ogrodowych cedrów, ptaki wychodzą z piór, bo dzieciaki muszą robić , gniazda wić, a wiosna już, tuż, tuż . Tylko patrzeć, gdy się zaraz zbudzi.
Rytm przyrody, chcąc nie chcąc wpływa na samopoczucie. Człowiek witaminowo wyposzczony. Jakiś taki szaro-blady. Zima wydusiła ostatni kolor z oczu. A z zimową karnacją, wygląda się jak żywcem wyjęty z obrazów Prymitywnych Flamandów.
Nawet pies zarósł i przypomina mopa, ale jeszcze nie można go strzyc, bo chłodno, nieprzyjemnie. A wiadomo przecież, że owce, psy, tudzież domowe mopy nie znoszą zimna bez wełny.

Minęły mi urodziny, i co? I ciągle - nic. A miało się wszystko zmienić.
Na świecie Arabowie walczą. Francuzi się dziwią, że im idzie, jak po maśle. Oni przecież robią rewolucję co chwila. Strajkują codziennie,demonstrują, rząd straszą, a i tak, nikt ich nie słucha. A Arabowie proszę, jeden, drugi i trzeci rząd padł. Swoją drogą jakieś do kitu te dyktatury skoro tak łatwo plajtują. Nie to co w Rosji, albo w Korei. A mówi się, że Azjaci nic trwałego nie potrafią zrobić?
Martwię się o Arabię Saudyjską i Kuwejt. Jak dojdzie do zamieszek i wyjadą na ulice Rolls Roycy, albo helikoptery z transparentami... Jak my sobie wtedy damy radę bez benzyny! Już mogłyby się skończyć te arabskie wojny.
Dziwne że Francuzom nie udaje się zmienić rządu mimo,że tylu Arabów tu jest. Zresztą gdyby zmienili, to byłoby jeszcze gorzej, bo we Francji nawet prawica jest lewicowa.
Francuzi nie mogą zmienić rządu, to zmieniają ceny. Alpinizm portfelowy zaczyna dawać się we znaki. W końcu wszyscy dostaniemy zadyszki i nikomu już, nie będzie się chciało zmieniać stylu, ani świętować urodzin.

Poza tym, każdy francuski dziennik, zaczyna i kończy się wyłowieniem kolejnego trupa z rzeki, albo informacją o zaginięciu biegającej kobiety w lesie. Francuzki uprawiają często i namiętnie jogging, a francuscy zboczeńcy - gwałting . I jedni , i drudzy, na łonie natury. A to łono zdaje się być bardzo cierpliwe. Bo jak popatrzeć, to prawie co miesiąc słyszy się o tym, że kolejny zbir dopadł młodą sportsmenkę w naturze. Cichy lasek, a to polanka, a to zagajnik, makabro-hulanka.
Zdecydowanie lepiej być  w mieście. Tu zabijają tylko mężowie. Podobno co dwa dni umiera Francuzka w wyniku pobicia przez domowego mężczyznę. Ale ponieważ oni zabijają własne kobiety, a nie cudze żony. To ja sobie spokojnie chodzę po Lyonie. Zakładam, że mnie, tu nikt nie dopadnie. Jedynie do Rodanu może wrzuci, ale to robią ze studentami po wyjściu z dyskoteki. Ja nie chadzam do dyskotek.
 
Zaprzestałam zatem samotnych spacerów na pod liońskiej wsi. Mój pies jest mały i mnie nie obroni. A poza tym, jeszcze spotkam jakiegoś zoofila i jeszcze Bombilowi się coś stanie. Bo francuskie łono natury, to bardzo niebezpieczne rewiry.
Ostatnio, ofiarą jakiegoś "przyrodnika"padła biegająca o piątej rano, 49latka, koło Tuluzy. Co ją kurcze pchało, żeby wstawać w środku nocy i biegać. To , że ktoś jest dziwny, nie znaczy jednak ,że od razu musi być zgwałcony.  Nie znaleziono biedaczki, ale pewnie już nie żyje. Odkryto plamy jej krwi, wśród traw i krzewów. Zastanawiam się , jak taki łotr funkcjonuje? Siedzi pośród gałęzi godzinami i czatuje. Że mu nie jest zimno, nie niewygodnie, i że mu tyłek w ziemi się nie zakorzeni tak żeby nie mógł się już ruszyć?! Zupełnie, jak jakieś polujące dzikie zwierzę w National Geographic, czeka i unicestwia.

Te historie powtarzają się już niestety regularnie. Są nagłaśniane przez prasę. Ludzie lubią takie straszności i je opowiadają do znudzenia. Myślę, że też wielu zboczeńców podnieca się tymi informacjami. Zew natury i sami na to łono leśne się pakują. Z drugiej strony, może to i dobrze , że się głośno mówi o tych morderstwach i gwałtach, bo natura respekt budzi. Ja, już sama do lasu przestałam chodzić.  Mam teraz dobrą wymówkę, żeby nie uprawiać joggingu o piątej rano. Pozostaje książing, tudzież bloging. Tu przynajmniej nie ma zagrożenia śmierci, ani innych, silnie niepożądanych wrażeń.

Miałam wczoraj czterdzieste urodziny. I co? I nic. Bo niby co miałoby się zdarzyć? Dzieci mnie przebrały za BONY M. Ale śpiewać nie mogę, bo uprawiam grypping. Poza tym nie lubię Rasputina, ani piosenek o ruskich zboczeńcach. Zatem, do następnego spotkania..
I co? I nic.
.



 
czwartek, 17 lutego 2011
Dzień pedała

.
Eliot - Mamo co to homofobia?

- To synku negatywne zachowanie niektórych ludzi, w stosunku do innych ludzi, tylko dlatego,że są homoseksualistami.

- Mamo, a kim są ci homoseksualiści?

No tak,  myślę, znowu przyszło na mnie. Moje dzieci w ogóle nie zadają takich życiowych pytań ich tacie. Jego pytają o szybkość światła, o odległość słońca od ziemi, o to czy 4D to to samo co 3D tylko w wyobraźni, o to jak centrala atomowa wydmuchuje parę i czy rafineria w Fezin , to czasami jest wyłączana na noc.

A ja, albo o homoseksualistach muszę gadać, albo tłumaczyć kim był Clovis I (czyli po pl. Chlodwig I) , ...albo jak szybko pozbyć się czkawki, albo co to in vitro. W tym roku tłumaczyłam już o feudalizmie, o narkotykach, co to rewolucja, czy zgadzam się z Sarkozym, czy strajki są ok, jak poradzić sobie z trądzikiem, czy dziewczyny kochają tak samo jak chłopcy, kim był Mahomet, jak odmienia się przez przypadki "ciekawostki", czy 99centów to to samo co 1 euro tylko biedne, co zrobić żeby nogi zawsze pachniały.... ojej a teraz homofobia.

-Synku homoseksualiści to ludzie, którzy kochają innych ludzi , ale tej samej płci. Panowie panów itd. Homofob to taki, co ich prześladuje, poniża.

Armand przysłuchując się nam , z powagą - Co to znaczy poniża?

- Źle traktuje, obraża brzydkimi słowami..

Konsekwentnie, po raz kolejny tłumaczę o homoseksualizmie podczas jazdy samochodem do szkoły. Ciężarówka z przodu, motory z prawa, z lewa, ciurkiem wszyscy pchają się do Lyonu.

-Pamiętajcie , homofobia to coś bardzo złego. Nie wolno poniżać nikogo dlatego, że jego seksualność jest inna jak nasza. Homoseksualiści nie wybierają sobie homoseksualizmu jak fryzury. Musimy to akceptować i już. Oni nic tym nie mogą zrobić.

Eliot dalej - Ale to jest okropne kochać się w chłopaku. Czy jeśli uważam, że jeansy mojego kolegi są ładne, to znaczy, że mogę być homoseksualistą?

Ja nieco rozbawiona -Ależ nie. To nie ma nic wspólnego. Po pierwsze jesteście jeszcze zbyt mali, lubicie się, przyciągacie, odpychacie. Ale wasza seksualność się dopiero tworzy. jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby się martwić. Chłopcy nie mają jeszcze zarostu, dziewczynki piersi itd. Macie jeszcze czas na te sprawy.

Eliot się zdenerwował. -Nieeee no, co ty mamo?! Ja się kocham w Nolwen, ona jest taka ładna, uśmiechnięta. A z Witkiem, czy Charlesem, to zupełnie co innego. Z nimi gadam o sprawach i gram w piłkę. Nie no, to zupełnie co innego. Kochać się w chłopaku, to coś okropnego.

- Dla ciebie jest okropne , ale z pewnością spotkasz w życiu ludzi, którzy myślą i czują inaczej

Dojechaliśmy. Uff. Nienawidzę korków.

Wieczorem , przy kolacji Eliot z pewnym ambarasem w głosie zaczął szeptem : -Wiesz , dzieci w szkole coś mówią , każdy do każdego. Wiem, że to brzydko, ale nie wiem co to znaczy. Pédé, sale pédé! Wytłumacz mi mamo.

- Synku pédé, po polsku znaczy pedał. To określenie obraźliwe na homoseksualistę. Dziś rano mówiłam ci o homofobii. Dzieci pewnie nie rozumieją tego słowa. Wiem , że jest popularne i wiem , że wiele osób używa go, żeby obrazić innych. Mam nadzieję, że ty tego nie robisz.

- No nie. Ale śmieszne "pedał" - jak od roweru. Co za głupi pomysł. Jednak  nie chcę, żeby tak do mnie mówili. Jednemu powiedziałem, że sam taki jest, jak do mnie tak mówi.

-Idź do dyrektora i porozmawiaj o tym

- Nie, bo on się takimi sprawami nie interesuje.

- No, to jeśli ten co cię obraża jest mniejszy, to go pogoń. A jeśli większy, to sam daj dyla.

W tym momencie Armand zmęczonym głosem powiedział, że już zostawi nas , bo "jest wykończony i pękał z głodu, a teraz się najadł i musi spać.." Na odchodnym poradził starszemu bratu, żeby dał w papugę jednemu i drugiemu, co to brzydko mówią. On na przykład tak zrobił, jak ktoś mu powiedział , "ty mały". Ziewając zostawił nas samych w kuchni. Jeszcze z jego pokoju dobiegło nas zaspane .." niech przyśnią się wam aniołki, dobranoc...'

Eliot czuł jednak potrzebę drążenia tematu jak na moje nieszczęście. - Mamo, ale ci homoseksualiści to jakaś taka inna rasa co?

- Ależ nie. Natura jest stworzona tak , że żeby gatunek przetrwał, trzeba kobiety i mężczyzny.Ich wspólnego związku. To jest norma. No, ale są takie rzadkie przypadki, że ludziom kocha się inaczej. Wiesz mam takich znajomych. Tata też. Akceptujemy to, lecz żyjemy po swojemu.

- O nie, nawet tata!!! Eliot zaniepokoił się nie na żarty.

- Tak , tata też zna homoseksualistów, tak jak i ja. Nic nam złego nie zrobili. I wszyscy dorośli ludzie zetknęli się kiedyś z homoseksualistami. To nie jest choroba. Chodziłam z nimi do szkoły wyższej, na uniwersytecie. Pracowałam razem. To nic strasznego. Wiesz to, tacy sami ludzie jak my. Tylko, że homoseksualiści łączą się między sobą w życiu intymnym..

Eliot z dużą satysfakcją - aaa czyli super , że są razem! homoseksualistka może być żoną homoseksualisty! To fajnie nie są sami.

O kurczę myślę. Co tu zrobić? Odkręcam, tłumaczę, że to nie zupełnie tak. W końcu chyba jakoś się udało, ale Eliot z niepokojem pomyślał, że kiedyś spotka homoseksualistę w życiu.

- Co ja wtedy zrobię mamo?
- Synku nic. Po prostu nic.

-No, ale ja nie chcę żeby mnie kochał homoseksualista. Nie chcę tego. To jest dziwne, nie podoba mi się.

-Nikt Cię do tego nie zmusi. Nie martw się. Oni wiedzą kto jest kim. Poznają się na odległość. Przecież nie kocha się wszystkich napotkanych ludzi. Można mieć znajomych homoseksualistów i być heteroseksualistą. Nie ma sprawy. Wiesz, to nie ma znaczenia. Wszystko będzie dobrze.

- No dobrze , ale mamo jak mi się spodoba jakaś dziewczyna. I będę chciał ją za żonę. To jak na ulicy poznam, że ona nie jest już mężatką? Przecież tego nie widać tak na oko.
- Synku jutro Ci powiem. Teraz idź już spać.

W końcu poszedł do łóżka. A ja odetchnęłam . Przyjechał mąż z delegacji z Paryża.
Zrobiłam tatara, frytki , dobre wino w kieliszkach.
Mąż opowiadał o zebraniu, o pracy, o podróży. Nagle zrobił się zielonkawy i wyparował:
- Czy ja wyglądam na pedała?
O rany myślę. Umówili się dzisiaj czy co? Przemęczony jest, dużo pracuje. A może oglądają te same programy? Słuchali tego samego radia? Cierpliwie słucham dalszej opowieści, zadowolona, że razem jesteśmy przy stole.
- Kochanie muszę ci coś pokazać.
Wyjmuje komórkę. A tam wiadomość
- ..to do następnego zebrania. Sprawy toczą się po myśli. W razie co, to ja mieszkam tuż koło dworca, Gare de Lyon, blisko i przytulnie. Gdy będziesz w Paryżu następnym razem... ;)

-Co to? pytam
A mąż zupełnie seledynowy, z wyrzutem. -To facet , którego poznałem dziś w firmie. Ta wiadomość przyszła do mnie po zebraniu. Pierwszy raz widzę gościa na oczy. No powiedz, czy ja wyglądam na pedała?
Bo to propozycja, prawda. Powiedz tak sama. To pedał nie! Zwariował . Co za ciota! Co on sobie wyobraża. Przecież to widać, że testosteron mi z gęby wyziera, no i obrączka... Co to za cholerna moda na homoseksualizm? To okropne. Już nawet spokojnie pracować nie można, bo się mnożą wszędzie! Co za tupet.

W panice wypił dwa kieliszki i zjadł z zapałem tatara.

Jej co za dzień ! myślę. - Nie kochanie, nie wyglądasz na pedała.Nawet homoseksualiści mogą się pomylić "na oko". No wiesz oni może testują.  To nic, że  podobasz się innym. Nie martw się.

- No właśnie. Też tak myślałem. Przecież ja uwielbiam twój dekolt.chodź tu do mnie...

Nie jest homoseksualistą. Homofobem też nie. Tylko czasami to co inne - drażni.
Ostatnio we Francji nie ma filmu, nie ma programu, gdzie nie byłoby tematu homoseksualizmu na tapecie. Sceny całujących się mężczyzn są już normalne. Dziewczyny obmacujące się przed liceum , spotykam prawie codziennie. Dzieci krzyczą do siebie ty pedale, a prawdziwi homoseksualiści bez ogródek podrywają heteroseksualistów. Kultura walczy z homofobią wpadając w paranoje pro homoseksualną. Niedługo będę się wstydzić , że kocham faceta a nie jego siostrę.
Nasz znajomy zostawił żonę z trójką dzieci, bo po 15latch małżeństwa doszedł do wniosku, że woli ptaszki. Nawet najbardziej banalny serial telewizyjny pokazuje regularnie , bez żenady, przytulających się panów, panie itd.
Już sama nie wiem czy ja, jako heteroseksualista, jestem dziwolągiem. Czy może jednak homoseksualizm, to nie zupełnie naturalna konfiguracja.

 Chłopaki w szkole noszą długie włosy, kolczyki. A dziewczyny noszą też długie włosy i kolczyki... i w dodatku potrafią przeklinać i kopać nie gorzej od chłopaków w kolczykach.
Jestem zdziwionym nowoczesnością kobietozaurem. Mogą sobie wszędzie być i homo i hetero, mogą być nawet dwa w jednym albo zupełnie bez.  Ale kurczę męża i dzieci, niech zostawią mi w spokoju.

O tatę się nie martwię... o Jerzego też nie. :)






piątek, 11 lutego 2011
Kocia rewolucja



"Samotność w sieci" - mam książkę i znam film. Można lubić, nie lubić . Ale jednak nie da się uciec od rzeczywistości. Ludzie wymyślili internet, a dzięki niemu... ach, jeżeli ktoś tu dotarł, na ten wieloletni już blog, umie sam dokończyć powyższą myśl.


Za dużą wodą, na północy Afryki młodzi ludzie krzyknęli NIE. Kabelkami podłączonymi do ekranów udało im się zebrać i w zadziwiająco krótkim czasie zepchnąć do rowu znienawidzonych polityków. Niejednemu tu i ówdzie powinno to dać do myślenia. Nie wiadomo czy to dobrze, czy źle dla nas. Co z tego wyniknie?
W ciągu ostatnich trzech lat byłam na wakacjach w Tunezji i w Egipcie. Piękne kraje, wspaniała natura. Znam północną Afrykę z dzieciństwa i wracam tam zawsze z nostalgią. Jednak bieda z jaką się spotkałam, poza hotelową nirwaną, była i nadal jest bolesna. Rewolucje mogą dać wolność i zmianę na lepsze życie. W końcu może się okazać, że Arabowie też potrafią demokratycznie wybierać własne rządy. Ale rzeczywistość może być mniej ciekawa. Nikt nic nie wie z pewnością .


Jednak z dużą frajdą myślę, że coraz więcej ludzi rozumie, iż wspólnie mogą zdziałać wiele. Żeby jeszcze mądrze. Czas jest cierpliwy. Internet mniej. Tu wszystko dzieje się szybko. Może dlatego osoby samotne, leczą konsekwentnie, ten trudny stan w internetowej sieci. Ja też tak czyniłam.
Przez pierwsze lata mojego internetowego życia uciekałam od samotności w małżeństwie. Miałam małe dzieci . Wypełniały mi mnóstwo czasu. Mąż wbrew mojej woli wybrał pracę w podróży. Stronił od bycia ojcem, mężem. Dbał o utrzymanie. Nie musiałam zarabiać na życie. Ale spędzałam je wraz z maluśkimi, prawie zupełnie sama. Daleko od rodziny i oddalona od wielu bliskich mi ludzi. Dzięki blogom udało mi się poznać wiele przemiłych osób. Rozwinąć zainteresowania. Fotografować, pisać... Nawiązać przyjaźnie i podzielić się moim duchowym i nie tylko życiem. Udawałam, że tak uda się zakleić dziurę samotności w domu.
Ale nie udało się. Bo , jak to się dzisiaj potocznie mówi, "w realu" świat pachnie inaczej.

Pomyślałam, że czas wrócić do rzeczywistości. Oddaliłam się od ekranu. Telewizji mało, internet głównie informacyjnie, telefon komórkowy sporadycznie. Starałam się, na wszystkie sposoby tłumaczyć, jak bardzo mi źle w życiu "od czasu do czasu razem". Ale dialog był monologiem, bo jak ktoś chce być wolnym ptakiem, to Piotrusiem Panem pozostanie na zawsze. Widywaliśmy się albo późnymi wieczorami, po pracy, albo w niektóre weekendy. Bo delegacje na drugi koniec świata są kosztowne, a firmy płacą tańsze bilety, zabierając soboty i niedziele. Spotykaliśmy się żyjąc w dwóch różnych światach. Ja znałam jego, z własnego doświadczenia. On nie znał zupełnie mojego , bo nigdy nie prowadził domu i nie wychowywał dzieci.

Jednak od roku nastąpiły zmiany!  Bo nowa praca, biuro w domu i ciut mniej wyjazdów. Nie widzimy się dwa, trzy dni w tygodniu. W porównaniu z trzema tygodniami w miesiącu, to absolutny rekord współbytowania. Dzieci poznały tatę, tata trochę poznał się z dziećmi. A ja ... no właśnie ja ...

Może w końcu wyjdę na rondo przed domem, jak na plac w Kairze? Krzyknę strasznie głośno NIE.  Jestem pewna, że takich samotnych ludzi w życiu z innymi , jest dużo więcej jak mi się może wydawać. Bowiem niektórzy bliscy, starają się nas zredukować do mebli domowych. Czasami ładnych, drogich, czasami takich ze sklejki, niczym z IKEI. Ale człowiek nie potrafi być meblem. Nawet gdyby się bardzo starał. Człowiek chce być postrzegany jako dusza z dudniącym sercem, a nie sofa w koronkach.

Od kilku dni jest cieplej. Lepiej mi z tą ciut łagodniejszą aurą. Lżejsze ubrania, lżejsze buty, lżejsze serce. Otwieram okno i wietrzę. Myśli, dom, atmosferę. Tunezyjskiego dyktatora wyrzucono, gdzie pieprz rośnie. Mubarak dał dyla , bo go nie chcieli. No ale ja, męża nie wyrzucę przecież za burtę! Bo miłość, dom, życie, przeżycie. No to jak zrobić rewolucję bez gilotyny?

Włączam internet. Otwieram edytor blogowy. Nie wypada się skarżyć publicznie na prywatne troski, myślę. Przecież nigdy tego nie robiłam. No tak, ale kiedy człowiek ma ochotę krzyczeć, to w końcu wychodzi na ten główny plac i drze się na całą gębę, że mu duszno w tym schemacie. Albo włącza edytor blogowy... Nie pójdę do spowiedzi za tę notkę. Nie pójdę, bo nie wierzę w spowiedź. Nie będę się wstydziła, bo wiem, że takich jak ja , podduszonych samotnością domową są setki. Młodych, starych, kolorowych, pręgowanych, takich co w spódnicach i w spodniach, lub bez.
... a gdyby jednak wyjść na to rondo przed bramą?

Wyszłam już trzy dni temu. A tam kotka sąsiadów, co ją chyba "nie chcący" zostawili przed wyjazdem na wakacje. Nie było ich od 2 tygodni, to "mruczka" łaziła za mną cała w smutkach. Nazwałam ją Niunia. Spragniona ciepła i rozmowy jak jej sąsiadka. Dałam jej mleko, paszteciki. Nie mam pojęcia co trzeba kotu. Czasami jadła, czasami nie. Podchodziła do mnie na pocieranie nogawek. Nie mogłam jej wziąć do siebie, bo pies dostawał zapaści, za każdym razem, gdy wracałam z kocich pieszczot. Sąsiedzi może w Egipcie, bo w zeszłym roku byli w Tunezji. Długi ich ten wyjazd dawał się kocinie we znaki , bo w nocy zimno. Już zastanawiałam się jak Bombila potraktować Prozakiem i kotkę "przeszmuglować" na pokoje.  Ale sąsiedzi wczoraj wrócili. Niunia zniknęła jak za sprawą czarodziejskiej pałeczki. To z pewnością ich kotka. W lodówce mam jeszcze dwa pasztety. Właściciele kotki nie lubią mnie, bo na wiosnę stawiałam samochód w cieniu ich drzewa. Zanieść te pasztety czy nie? No w końcu powinnam im nagadać, że kota tak zostawili w ogrodzie samego. Ale nie nagadam. Pasztety dam jakiemuś "śmieciowemu" kociakowi. Za to może wyjdę na plac, jak ci w Kairze? Może mąż mój zrozumie, że nie da się żyć tylko z telewizorem , komputerem, i telefonem, gdy obok żona chce razem posłuchać Bacha, albo pogadać o wystawie fotografii, albo się pożalić, że sąsiedzi to dranie.

Szkoda, że Niuni już nie ma. Przyzwyczaiłam się, że mnie szukała, odwiedzała cierpliwie po kociemu. Lubiłam, gdy mlaskała pijąc mleko i miauczała wniebogłosy za każdym razem, gdy mnie widziała. Na szczęście mam kochane dzieci, 2 kanarki, a wierny Bombil wciąż śpi na moich stopach, gdy leczę samotność w sieci. Chyba nie da się robić rewolucji na cichej uliczce w dzielnicy willowej we Francji. Pozostaje mi jeszcze strajk a la française. Tylko, że ja nie lubię ruchu związkowego. Tak jak w spowiedź. Nie wierzę, że coś zmieni.

Dobrze, że chociaż mam edytor blogowy i cały szmat drogi, z kuchni do jutra... z tête a tête przy kawie z samotnością. I ciche miaaauuuuł...





 
 

wtorek, 08 lutego 2011
Polak Francuz dwa bratanki
dziś rano:



Eliot - mamo, jak będę duży i będę miał żonę Polkę, to ona będzie mówiła do dzieci po polsku, a ja po francusku. Natomiast jak mi się trafi żona Francuzka... no wiesz może uda mi się znaleźć jakąś taką miłą, chociaż wiem, że to bardzo trudne, bo one wszystkie takie skrzywione... No ale ... jeśli jednak trafi mi się Francuzka sympatyczna, to wtedy ona będzie do dzieci mówiła po francusku, a ja po polsku.

- Synku a jeśli to będzie Angielka albo Hiszpanka, albo jeszcze jakieś innej narodowości?

- Aaa, no to ja będę do dzieci mówił po polsku, ona w swoim języku a potem , jak będą duże , to nauczę dzieci francuskiego.

Na to siedmioletni Armand ze znawstwem dodał:
- aaaaa ja, to będę miał tylko Polkę. Bo to taka elegancka, miła, po prostu super żona. A te Francuzki to zawsze marudzą. Nigdy, żadna Francuzka. I tylko po polsku będę mówił do dzieci.