Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
czwartek, 26 lutego 2009
Elegancja Francja cd

Elegancja to według mnie nie tylko ubiór, ale zwłaszcza styl noszenia się, zachowanie. Dobór szaty do miejsca i respekt dla świata, jak też do własnego ciała. Noszę jeansy, gdy chodzę na spacer. Zakładam szpilki, gdy idę do teatru. Dobrze i wygodnie czuję się prawie we wszystkim.
Tylko, że we Francji do teatru zakłada się już coraz częściej dresy i plecaki. Sama widziałam, sama przeżyłam!

 Flejtuchowaci profesorowie szkół wyższych, mimo intelektu pokazują zwykły brak szacunku dla miejsca pracy, a tym samym dla studentów. Dziwią się potem, że młodzi traktują ich fatalnie. A jak mają traktować? Nikt ich nie uczył, ani respektu w ubiorze, ani w zachowaniu, ani w formie. Bo przecież, jeżeli wykładowca do pracy przychodzi jak łachmaniarz, to i może tak go trzeba traktować? Istnieje takie ryzyko w ocenie na skróty.

Niegdyś, niedomyty profesor archeologii, egzaminował mnie w zabłoconych traperkach, siedząc w gabinecie godnym Ludwika XIV. Mówił do mnie na "ty" i uważał, że się chyba zachwycę. Do dziś pamiętam jego brudne włosy i wyciągnięty sweter królujący nad misternie wyrzeźbionym biurkiem.
Znacznie lepiej czułam się w czasie egzaminu z Estetyki, gdy inny pan profesor, w czystej, dobrze skrojonej marynarce, dyskutował ze mną na temat Renesansu. Nie spoufalał się i dzięki mu za to wielkie.
I jeden. i drugi. byli pasjonatami i świetnie prowadzili wykłady. Ten drugi pozostał w pamięci pachnąco. Ten pierwszy, od archeologii, prehistorycznie.

We Francji też coraz więcej prehistorii. Elegancja stała sie obrzydliwym symbolem wstrętnego kapitalizmu. Synonimem czegoś mniej dobrego. Ktoś elegancki, to ktoś bez ducha i głębi, wewnętrznie biedny. Cóż za banalna karykatura!

A może, ten czas uwielbienia dla miernej garderoby wynika ze zwykłego lenistwa?!
Bo elegancja wymaga rygoru i codziennej pracy nad własnym wyglądem. Trzeba wyprać, wypastować, wyprasować - a to czynności nudne, banalne i mało szlachetne.
Czemu jednak wyłącznie zadrapana fasada ma skrywać bogactwo wnętrza?
Bo może taki pogląd jest bardziej wygodny i bezpieczny. W końcu żeby buty dobrze wyglądały, muszą być wypastowane. A to wysiłek codzienny i beznadziejnie krótkotrwały. No i trzeba wcześniej wstać, żeby o to zadbać. Do tego adidadsów w ogóle nie da się pastować. Więc problem z głowy! 

Piszę o tym, bo należę do tych, co najczęściej "mniej wygodnie" się ubierają i noszą. Jeansy prasuję, bo tak mi się bardziej podobają. I w ogóle wszystkie ubiory mam wyprasowane. Wolę hiszpański kapelusz od macdonaldówki. Mam i jedno, i drugie we własnej szafie. Tylko w różnych miejscach je noszę. Nie przeszkadza mi to rozwijać się duchowo. Głowa nie parcieje mi od kapelusza. Macdonaldówka świetnie chroni przed słońcem!

Co do wychodzenia rano z domu - nie wyjdę bez uczesanej głowy, podmalowanego oka i wyczyszczonych butów. Inni niech robią jak chcą!
Nie sądzę również, żeby mój styl bycia komuś przeszkadzał. Raczej zwraca uwagę, w oceanie szeroko rozumianej praktycznej wygody.

 
Błędem jest również postrzeganie elegancji, jako synonimu pustki i głupoty. Błędem jest myślenie, iż jedynie drogo można być eleganckim. To hasła żywcem wzięte z czasów socjalizmu! Kobietom na traktorach najwygodniej było w chustkach. A robotnicy i tak, czapki wkładali zawsze do kieszeni. Tak im było łatwiej uciekać, gdy ich goniła policja w czasie manifestacji i strajków. Czapka stała się koroną ideologii proletariackiej.

Inteligent kiedyś nosił kapelusz. Nawet wtedy, gdy go łoiła milicja. No ale może również i dlatego wyklęty był przez socjalizm?!!! Dziś już nikt tego nie pamięta.

 Nie jestem milionerką, a dzieci ubieram w marynarki, krawaty i lakierki na wigilię. Na rowery zakładamy adidasy, a do szkoły półbuty. Mój mąż też tak ma. Nasi rodzice również. Mój ojciec daje regularnie do pomniejszenia własne krawaty u krawca. Chłopcy uczą się już je wiązać. Bo jakoś z gumkami pod szyją nie widziałam moich synów. Dla nich naturalnym będzie dobór stylu ubierania się, do stylu życia. Lubią być odświętnie ubrani. Czują się wtedy bardziej dorośli. Bo są jak tata i dziadkowie. Do Filharmonii też ich tak ubieram. Nie przeszkadza im to w ciągłej zabawie i chłopięcej wesołości. Do ogrodu zakładają dresy, a do szkoły wyprasowane spodnie. Ja też nigdy nie zakładałam dresów do szkoły. Zresztą w liceum Żmichowskiej w Warszawie, jakie ukończyłam, nie przypominam młodzieży ubranej na sportowo, ani też wyzywająco. Może dziś jest inaczej , ale 20 lat temu tak właśnie było.

Natomiast we Francji jest już inaczej na pewno.

Kiedy był chrzest moich dzieci, rodzice chrzestni wyglądali schludnie i elegancko. Ale już własne dzieci ubrali w dresy. Te dzieci są dziś duże. I nie nauczyły się, że są miejsca i momenty w życiu, gdy przez ubiór pokazuje się respekt i dobre wychowanie. A szkoda. Bo przecież jak cię widzą, tak cię oceniają. I przed tym się uciec nie da.
Elegancja Francja to już przebrzmiały slogan zakurzonej epoki.

Ale za to jest wygodnie i szaro. Czy przez to bardziej stało się to społeczeństwo wartościowe? Moim zdaniem nie.

Nie oszukujmy się. Pod niewyprasowaną koszulą nie kryje się koniecznie i zawsze filozof. Leniem jest na pewno. Może być i mądrym, interesującym człowiekiem. Nie zmienia to faktu, że jest banalnym niechlujem.

Teatr, opera, kościół, muzeum - te miejsca już niczym się nie różnią od dworca czy zwykłego, warzywnego targu. Choć naturalnie dworce stają się muzeami - jak słynne d'Orsay, choć targi warzywne, to we Francji wrota do kulinarnego raju. Mimo wszystko, żal mi Republiki w wyczyszczonych butach i eleganckim płaszczu.

 Dziś rano w piekarni kupowałam bułkę. Wszedł chłopiec i bez "dzień dobry" kupił pieczywo. Drzwi zostawił otwarte i tyle go było widać. Potem weszła pani. Pewnie pochodzenia arabskiego. Miała na sobie płaszcz. Spod niego wychodziła koszula, gołe, henną pomalowane stopy i kapcie. Zwykłe bambosze z carrefoura. Grzecznie się przywitała i odeszła z bagietką. Za mną wszedł pan w czapce. Nie zdjął jej, bo pewnie nie wie, że tak należałoby zrobić. Kupił rogaliki na śniadanie. No i jeszcze jakaś matka z dziećmi. Miała dużo biżuterii na palcach, jakieś jeansy i żuła gumę. Gdy kupowała pieczywo jej maluch pakował rączki do dystrybutora "bonbonów". Cukierek wypadł na ziemię. Dama w pierścionkach stuknęła małego w głowę. - Chcesz jeszcze jeden raz? Zapytała zdecydowanie. Wyszli w chwilę później. Stałam i patrzyłam na tę moją Francję z niesmakiem. 

Rozmawiałam z właścicielką sklepu o pogodzie. Piekarzowa jest Portugalką, a jej mąż Wietnamczykiem. Robią świetne bułki. Zawsze rozmawiamy o dzieciach. Piekarzowa jest piekarzową, ale ma w sobie coś dystyngowanego. Z uśmiechem obsługuje klientów. Kiedy wszyscy już wyszli, pokiwałam tylko głową. A ona, swoją zgrabną sylwetką i zadbaną urodą kazała mi znowu pomyśleć - ach, elegancja Francja.