Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 23 lutego 2007
36 lat minęło..

jak pół dnia :)...

czwartek, 22 lutego 2007
Miniona czerwień Paryża

Gdy pierwszy raz zjawiłam się we Francji było to 22lata temu. Rodzicom udało się załatwić wycieczkę na tydzień z Orbisem. Trudne polskie czasy wydawały się czystym surrealizmem w porównaniu z jesiennym Paryżem. Panowała wtedy moda na czerwony kolor. Wystawy wypełniały krwisto-czerwone ubrania i dekoracje. Wyrwani z szarości warszawskiej ulicy czuliśmy się jak zaczarowani w świecie purpurowej bajki. Brakowało tylko króliczka co ganiał za Alicją chociaż zegarek niemiłosiernie odliczał minuty naszego jakże krótkiego pobytu. Pamiętam doskonale iż udało nam się zaliczyć większość znanych miejsc. Louvre i jego "plejada gwiazd", Pola Elizejskie, Inwalidzi, Wersal, Montmartre z placem artystów gdzie pracowała przyjaciółka rodziców, stara Notre Dame, Trocadero .. ach wymieniać mogę długo. Byliśmy nawet w Chartres gdzie unikalny błękit witraży zapadł mi w pamięci niczym cenny klejnot. Nawet posiadłość Malmaison udało się nam zwiedzić, gdzie cierpliwa Józefina wybaczała Napoleonowi jego polskie przygody.

Biegaliśmy napawając oczy tym co wymarzone, wyśnione ze świadomością możliwej niemożności powrotu w te cudowne miejsca. Któż mógł wtedy przewidzieć, że los rzuci mnie kiedyś w te okolice i tam właśnie powiję swego pierwszego syna. Któż mógł sobie wówczas wyobrazić, iż moi rodzice staną się kiedyś dziadkami Francuzów?

Pamiętam smak tej przygody. Obrazy oświetlonych ulic, zmęczenie zwiedzaniem, tlumaczenie mi historii i szaleństwo zakupu dla mamy czerwonej sukienki z wystawy eleganckiego sklepu koło opery. Ja stałam się właścicielką równie czerwonego płaszcza którego urodę do dziś wspominam z rozżewnieniem. A którego barwa wprawiała w osłupienie Warszawiaków, gdy biegałam później po Nowym Świecie.

Wspomnę jeszcze gdy jako ówczesna nastolatka szłam z rodzicami pod rękę przez Place Pigalle w poszukiwaniu kasztanów...bo ponoć najlepsze są właśnie tam... I to nasze zdziwienie, że nie kasztany lecz torebkę z jaszczurki można kupić od roześmianego Murzyna za małe pieniądze. Moja piękna mama miała dobrą rękę. Zachwycony Afrykanin sprzedał wszystko w ciągu godziny. Biegł później za nami żeby Jej podziękować. Tak bardzo uwierzył, że przyniosła mu szczęście. A Czerwony Młyn przypominał dobrodusznie o niestosowności mojej tam wizyty. 

Wszystko było piękne, barwne i zadziwiające. Stragany na rue Cadet, gdzie był nasz hotel, zadziwiały urodą warzyw i owoców układanych z precyzją i artyzmem. Galerie wielkich domów handlowych wypełniały kaskady ubrań, flakony cudownych perfum, kosmetyków ... no i ci ludzie w nich kupujący. Elegancja i koloryt...

Tata wieczorem brał mnie na spacery po nocnym Paryżu, bo mama już nie dawała rady z powodu bolących od chodzenia w szpilkach stóp. A my łaziliśmy bez końca do późna wchłaniając każdy obrazek, każdy miniony szczegół. Tata opowiadał mi o mieście które znał tak bardzo dobrze choć nigdy w nim wcześniej nie był . I nawet nie wiedział, że uczył mnie kochać Francję. 

Wiele lat później po tych samych bulwarach Haussmana biegłam znowu, już jako młoda mama z wózkiem. Mój malutki synek spokojnie spał gdy pokonywałam kolejne przeszkody na mało wygodnym chodniku. Co chwila jakaś reklama, wystawione karty menu przed restauracjami czy grupy turystów mówiących we wszystkich językach świata. Co chwila ktoś narzekał, że blokuję mu przejście. Samochody z jazgotem przejeżdżały tuż obok ku mojemu zmartwieniu, że obudzą mi dziecko. Wystaw nawet nie widziałam bo tłum ludzi jaki przechodził szturchał mnie nieprzyjemnie i ponaglał bym zeszła z drogi. Zniknęły kolory i zachwyt który miałam w pamięci. Zmęczona tą paryską eskapadą dotarłam z trudem do miejsca gdzie zaparkowany był mój samochód. Tam musiałam pokonać jeszcze strome schody i brak zainteresowania moją osobą przechodniów. Oczywiście nikt mi nie pomógł w znoszeniu ciężkiego wózka, ktoś trąbił ze zniecierpliwieniem a pot spływał mi lodowato po obolałych plecach. Nie bez satysfakcji usiadłam za kierownicą samochodu gdzie w ciszy podziemnego parkingu mogłam spokojnie nakarmić maleńkiego Eliota. 

Tuż przy wyjeździe zatrzymała mnie grupa gapiów. Blokowali wyjazd stojąc na sym środku z mapą i nie zważając na wyjeżdżające samochody. Opodal dojrzałam dziewczynkę , może dziesięcioletnią, może ciut starszą. Obok niej podobna twarz matki i ojciec który robił im zdjęcie. Za mną ktoś w eleganckim samochodzie zdenerwowany naciskał na klakson. Pewnie jakiś śpieszący się Paryżanin. Patrzyłam na tę trójkę rozumiejąc jak mało kto, co musieli odczuwać.

...godzina 17 sta..., Radio Info przywołało mnie do rozsądku. Miałam jeszcze do pokonania niekończące się korki i całą paryską obwodnicę. Wersal w którym mieszkałam oddalony był o ponad godzinę jazdy w smrodzie samochodów i stresie znerwicowanych kierowców. Mój synek smacznie spał obok w nosidełkach a ja żegnałam jedno z piękniejszych wspomnień mego dzieciństwa.

Bo Paryż jest taki piękny...        

środa, 21 lutego 2007
Pomiędzy Pirenejami a Morzem Śródziemnym

Zaledwie kilkanaście kilometrów dalej od miejsca jakie widać na fotografii rozciągają się Pireneje. Kraina to ciekawa, pełna przedziwnych opowieści o dziejach Katarów. Średniowieczne zamki, a właściwie ich ruiny rozrzucone na mało przystępnych stokach zielonych gór są niemym świadectwem epoki wypraw krzyżowych i krwawych bitew o katolicką Francję. Język w jakim ludzie tam mówią nie zawsze podobny jest do francuskiego. Najstarsi mówią po oksytańsku. Jest to bardzo stary dialekt, zwany też prowansalskim a dla ucha Polaka podobny do mieszaniny łaciny, francuskiego i włoskiego.

Młodsze pokolenia jednak już nie znają tak dobrze tego melodyjnego języka. Odeszły od tradycji zachowując jedynie niektóre jego słowa wplatane we francuskie zdania. Bardzo silny akcent jak i typowe przednio-językowe wypowiadanie litery "r" sprawiają iż nawet rodowici Francuzi z Lyonu czy innych znanych dużych miast środkowej czy północnej Francji nie są w stanie zrozumieć tubylców. Poza tym cechą charakterystyczną jest akcentowanie wszystkich końcówek wyrazów co przecież uznawane jest w Paryżu za błąd językowy. Powodem tego ludzie pochodzący z tego regionu wystawieni są na ironię i śmiechy Francuzów ze stolicy. Zresztą nie tylko oni ...

Tylko 20km od domu z fotografii znajduje się Carcassonne. Największy na świecie średniowieczny kompleks miejski z zamkiem i murami obronnymi. Słynne czerwone tynki Tuluzy zaledwie sto km na Północ od tego miejsca rozgrzewają prawie zawsze bezchmurny błękit nieba. Miejsce to jest zatem chłodzone przez pirenejskie wiatry jak i rozpieszczane przez ciepły oddech Morza Śródziemnego.

 

Dobre duchy dały tej ziemi najsmaczniejsze z owoców jakie jadłam poza malinami - zielone figi. Pękate od słodyczy o różowo-pastelowych sercach wypełniają kosze tutejszych straganów pod koniec każdego lata. Są tak bardzo delikatne iż transport ich jest prawie niemożliwy. Gospodynie przygotowują z nich przepyszne konfitury które są dodatkiem do innej wspaniałości tutejszego regionu - kaczej wątróbki podawanej przy akompaniamencie Blanquette. Jest to chyba najstarsze z win musujących jakie produkuje się we Francji. Ponoć jeden z monarchów przejeżdżając przez ten region był kiedyś ugoszczony tym złotym winem. Zachwycony jego owocowym smakiem zarządził większą produkcję tego alkoholu na potrzeby dworu. Ponieważ  Pireneje zbyt oddalone są od Wersalu a transport bardzo kłopotliwy i kosztowny postanowiono, iż będzie on produkowany w pobliskiej Szampanii. Czy prawdą jest ta historia?

Cóż... dodam, iż w tym uroczym domu jak i w całym regionie wierzy się w nią a Blanquette honorowana jest bardziej niż słynny w wielkim świecie szampan. Jako babcia luksusowego wina darzona jest szacunkiem godnym kultu Dionizosa. I jeśli nawet lekka nuta przesady zadźwięczała w tej wypowiedzi, to jednak pierwszym smakiem jaki poznał mój syn po mleku matki, była maleńka kropelka szumiącej radośnie Blanquette. Tak bowiem czynią wszyscy pochodzący stąd ojcowie z ich nowo narodzonymi dziećmi. 

.   

niedziela, 18 lutego 2007
Bieda we Francji

Jeden z obecnie najbardziej znanych aktorów francuskiego kina Lambert Wilson, grający główną rolę w filmie "Abbé Pierre-Zima'54 " opowiedział niedawno ciekawą angedotę. Otóż znalazł się kiedyś na środku ulicy w przebraniu clocharda. Cała ekipa flmowa oddalona o wiele przecznic dalej oczekiwała na ucharakteryzowanego aktora podczas gdy on nierozpoznany przez przechodniów doznawał tego z czym spotykają się na codzień bezdomni. Wilson z ogromnym przejęciem uświadomił sobie,iż ludzie już z dala zmieniają chodnik na widok obdartusa. Kobiety zasłaniały dzieciom oczy a ci zmuszeni przejść obok odwracali z niechęcią wzrok. I tak oto amant kina francuskiego stał się niechcianym wyrzutkiem eleganckiego miasta.Wystarczyły brudne policzki, stare, porwane ubrania i był juz tylko cieniem człowieka w świecie "normalnych ludzi".  Kilka lat później dostał propozycję zagrania roli Abbé Pierre. Największego obrońcy biednych, bezdomnych i odrzuconych przez francuskie społeczeństwo.

 

W styczniu bieżącego roku ksiądz Piotr zmarł. Czas pełnej kampanii prezydenckiej przerwaly żałoba i dyskusje na temat jego życia i działalności społecznej. Wszystkie partie polityczne uznawały za wielką konieczność kontynuację dzieła tego dobrego Człowieka. Bez znaczenia wiary, pochodzenia i koloru skóry wszyscy nagle zaczęli mówić o biedzie i bezdomnych. Jakby chcąc zabłyszczeć w szlachetnym świetle odchodzącego Abbé każdy kto znany, miał okazję zaznaczyć swoje istnienie i empatię. Nagle media dostrzegły tych co "mieszkają" w ciemnych kątach miast. Posypały się reportarze na temat dotąd nie lubiany. Nagle wszyscy oburzyli sie,że bieda jak najbardziej istnieje i coś trzeba z nią zrobić. Okazało się iż liczba bezdomnych szacowana jest na od 100 do nawet 400 tysięcy osób. No i na gwałt trzeba im pomóc.

Naturalną reakcją większości ludzi jest współczucie,ale i strach o własny dobrobyt, przyszłość. Wielu Francuzów, bo ponad połowa, po prostu boi się, że któregoś dnia też może wylądować pod mostem czy w jakiejś sklejonej z kartonów chałupce w pobliskim parku.  Z dużym zdziwieniem usłyszałam podobne obawy u mojego męża. On sam z trudnością może zrozumieć moją pewność,że nigdy nie będę żyć w rynsztoku. Jakoś nie przyjmuję takiej wersji mojego życia do wyobraźni. Mimo,iż nie posiadam obywatelstwa francuskiego i nie jesteśmy bogaczami wiem,że zrobię wszystko co możliwe aby nigdy nie spać pod gołym niebem w parku.

A zatem czemu jednak ten zamożny kraj jakim jest Francja ma takie niepewne jutra dzieci? W ciągu ostatnich dziesięcioleci stworzyła przecież bardzo rozbudowany system pomocy społecznej. Nie twierdzę, że pieniądze spadają każdemu potrzebującemu z nieba ale prawie tak jest. Sytuacja dzisiaj jest właściwie nieporównywalna z zimą 1954 roku kiedy ruszyła pierwsza, dramatyczna akcja ratowania bezdomnych przez piotrową organizację Emmaus. Wtedy to Francja była powojenna, a Europa zabiedzona, wygłodniała i zmęczona potworną wojną. Dziś jakby na to nie patrzeć, bogaty kraj utrzymuje wielu bez pracy, wielu nie zawsze Francuzów i wielu słabszych czy chorych. Może i nie są to same kokosy jakie ci wszyscy poszkodowani przez los i naturę zbierają. Nawet na pewno żyje im się trudno, skromnie i bez koloru. Ale jednak istnieją i to za pieniądze jakie państwo im po prostu oferuje. Zawsze zatem widząc bezdomnych na ulicach Lyonu czy Paryża zadaję sobie pytanie jak to jest możliwe? Co się stało w życiu tych ludzi, iż przy takiej ogromnej ochronie państwa znaleźli się jednak poza jego nawiasem? Czy związane jest to z bezdusznością bliźnich, złym systemem czy może z innymi czynnikami jakich nie zauważam? A może niektórzy ludzie muszą tak żyć, bo nie da się ciągle wszystkim dogadzać i odpowiadać za ich los?

Akceptujący ogromne podatki Francuzi uważam wykazują wystarczająco dużo cierpliwości, zainteresowania i troski o los korzystających z kosztownego parasola socjalnego. Czy można wymagać jeszcze więcej od tych co codziennie uczciwie idą do pracy? Są przecież odpowiedzialni za rodziny i ich własne życie bez proszenia ciągle o pomoc? Co jeszcze mają zrobić by w końcu nie czuć się winni za to,że żyją pod własnym dachem a nie gdzieś w kanale i to za ich ciężko zarobione pieniądze?

Ale mimo takich właśnie przemyśleń nie mogę się uwolnić od żalu i buntu jaki budzi we mnie widok bezdomnych. Postanowiłam zatem udać się na główny Plac Bellecour w Lyonie gdzie od kilku tygodni koczują w namiotach ci biedni ludzie. Zgrupowani są przez organizację "Dzieci Don-Kichota". Rodzaj ludzi dobrej woli którzy postanowili walczyć z nędzą w bogatej Francji. Media huczą od wielu tygodni na temat ich działalności, żądań i krytyki jakie głośno wypowiadają pod adresem państwa i społeczeństwa.

Z wcześniejszych telewizyjnych reportarzy, dyskusji i wywiadów miałam obraz ludzi pokrzywdzonych przez życie. Odrzuconych przez rodziny, bliskich, pracę czy środowisko. Takich samych ludzi jak ja czy Wy drodzy państwo. Znaleźli się oni sami ze sobą w podziemiach ludzkości i nie wiedzą jak sobie z tym poradzić. Nie rozumiem ciągle jak to możliwe przy takiej ochronie państwa. Z wielu statystyk wynika iż część bezdomnych to obcokrajowcy. Nie posiadający praw francuskich emigranci. Wielu jednak to prawdziwi Francuzi. A więc o co chodzi? Czemu tak straszny los ich dosięga?

 Na placu lyońskim, tuż pod kopytami królewskiego konia rozstawiono namioty. Początek stycznia charakteryzują jak zwykle chłodne temperatury i nieznośna wilgoć. Nie wiem jak można spać na zewnątrz w takich warunkach. Podeszłam bliżej by przeczytać napisane tam słowa. Krótka historia ruchu " Dzieci Don Kichota", kilka zdjęć, na każdym namiocie numer i nazwa jego właściciela. Będąc z aparatem fotograficznym zwróciłam na siebie uwagę. Pomyślano,że jestem dziennikarką. Natychmiast podeszło do mnie kilka kaszlących osób. Śmierdzące alkoholem postacie otoczyły mnie z zaciekawieniem. Spytałam czy mogę zrobić zdjęcie. Pozwolili. Kilka twarzy strasznie pobitych mężczyzn, jedna kobieta, pijackie śmiechy i prośby o pieniądze. Zadałam im pytanie czemu tutaj śpią? Czy nie ma dla nich pomocy, domów opieki? Odpowiedzieli szczerze, że są. Ogrzewane i z łóżkami i jedzeniem. Chciano ich tam nawet zawięźć za darmo. Odmówili. Tam bowiem wymaga się od nich spokoju, czystości i nie picia alkoholu. Proponuje się poszukiwanie pracy i porót do szeroko rozumianej normalności. Poza tym z oburzeniem powiedzieli mi , że znajduje się to daleko od centrum miasta co im akurat zupełnie nie odpowiada. Przedstawiciele "Dzieci Don-Kichota" radzili im zostać na placu Bellecour . Będąc wyrzutem na pięknej perspektywie centralnego miejsca w Lyonie zwracają na siebie większą uwagę. W ten sposób mają większą szansę na specjaną pomoc, mieszkanie i może dodatkowe pieniądze.

Odeszłam z mieszanymi uczuciami. Podziwiam wielkiego Abbé za cierpliwość i wiarę w każdego człowieka. Podziwiam iż potrafił pomóc biednym bezdomnym nakłaniając ich do działania a nie oczekiwania tylko od państwa i innych. Nigdy nie tracił wiary w siłę człowieka. Jednak jak ja mogę pomóc komuś kto nie chce nic robić? I czy aby jest uczciwe oczekiwanie od innych odpowiedzialności za nasze życie?  Na odchodnym dałam im drobne pieniądze jakie miałam w kieszeni i o co mnie prosili.

Wtedy podeszła do mnie starsza pani. Ze zgrozą spoglądała raz na mój aparat, raz na króla na koniu a pod nim kolorowe namioty i zapytała co robię. Chciałam zrozumieć i opisać to co widzę. Nic więcej nic mniej. Wytłumaczyłam jej moje chęci lecz ku mojemu zaskoczeniu zostałam obrzucona obelgami. Również pod adresem Polski bo powiedziałam jej skąd ten mój akcent.  Starsza, elegancka pani krzyczała na mnie, iż przynoszę wstyd i hańbę Francji. Prawie rzuciła się na mnie z małymi piąstkami w szarych rękawiczkach gdy jeden z bezdomych po prostu przepędził ją. Zmarznięty, zapijaczony nędzarz okazał się bardziej wyrozumiały i przyjacielski niż ta rozhisteryzowana paniusia.

Pozostałam pełna wątpliwości. Śmierć wspaniałego człowieka może okazała się jeszcze jednym powodem dla mediów do politycznego bełkotu. Problem bezdomności nie jest wydaje mi się tylko wynikiem bezduszności państwa i bogatszych jego obywateli. To przede wszystkim brak wiary w drugiego człowieka. Egoizm jednych, bezradność innych na brak miłości zmieszane w jednym tyglu z lenistwem i małością wielu ludzi, także tych bezdomnych jak i tych co się odrócili plecami. Nie wystarczy bowiem dać pieniądze, dach nad głową by człowiek poczuł się godnym obywatelem. Patrząc na tych dziwnych mieszkańców placu Bellecour zobaczyłam brud i nędzę ale przede wszystkim dramatyczne zagubienie drugiego Człowieka. I tylko jeszcze jedna myśl wślizgnęła się w moją bezradność - oby dobry duch mądrego Abbé nigdy nie opuścił Francji.

poniedziałek, 12 lutego 2007
Bombil

Choć mało prywatności w moich blogach to jednak ... od piątku jestem w Warszawie na dwu-tygodniowe wakacje. I właśnie od soboty mamy nowego członka rodziny. Przedstawiam Państwu Bombilka. (Bombil- to jedno z pierwszych słów jakie wypowiadał Eliot zamieniając francuskie nombril czyli pępek na bombil - i tak też postanowiłam nazwać mojego białego supełka) Jest urodzony 8 grudnia 2006 roku, czyli w Święto Świateł w Lyonie! Jest Warszawiakiem mimo,iż szkockiej rasy Westie. Znalazłam go w internecie jakieś dwa tygodnie temu. Przekonałam męża - nie bez trudu, ale życie w domu bez psa było nie do zniesienia.  Naturalnie w porównaniu z naszą ukochana podhalanką Misią Bombil wydaje się zupełnie jak zabawka, ale to jednak już pies i to mój pies! :)

 Cisza blogowa spowodowana zmianami wakacyjno-rodzinnymi nie będzie się przedłużać bo internet mam, szczęście rodzinne, stół do pisania i świadomość ukochanej Warszawy tuż, tuż... Mimo,iż ciągle tęsknię do mojej Misi, mimo iż ciągle żal kołacze się w sercu...  A oto zaspanie naszego białego dzieciaka ...et voila: 

Bombil

12:24, fabella
Link Komentarze (12) »
wtorek, 06 lutego 2007
A ja - nie potrafię...

Jakieś dwa lata temu będąc na spacerze z moimi synkami usłyszałam spokojny głos starszej pani z wysuniętego ponad moją głową balkonu - Popatrz Jean to małe dziecko sąsiadki siedzi sobie na środku ulicy...

Odruchowo spojrzałam w tym samym kierunku. Starsi ludzie kontynuowali nadal rozmowę bez większego zdenerwowania a ja zostawiłam swoje maluchy przywiązane smyczą Misi do wózka i rzuciłam się w stronę niebezpiecznego zakrętu. Na samym środku ulicy siedziało dziesięciomiesięczne niemowle i bawiło się kamyczkami. Nie zastanawiając się ani sekudny porwałam chłopczyka w ramiona i wróciłam do moich krasnali. W tym samym momencie pojawiła się pędząca wielka ciężarówka. Kierowca nie miałby szans aby zahamować ani nawet wyminąć maluszka. Odetchnęłam z ulgą. Jak się później okazało dziecko wyszło na czworaka z ogrodu w którym się bawiło. Matka odkurzała dom i nic nie słyszała. Furtka była źle domknięta przez starsze rodzeństwo. Wszystko widzieli starsi państwo z ich balkonu. Bardzo byli spokojnie zdziwieni... a ja - nie potrafię.

Rok temu wracałam jak zwykle z przedszkola samochodem gdy tuż przy wjeździe na autostradę zauważyłam małą, ośmioletnią dziewczynkę. Dziecko stało zupełnie przemarznięte, zasiusiane do kolan na skrawku betonowej, wysepki zupełnie samo z przerażeniem w oczach. Wiele samochodów przejechało, a w nich wiele mam z ich dziećmi zabranymi właśnie ze szkoły. Miejsce jest ruchliwe bo to jeden z głównych wyjazdów z Lyonu w stronę Marsylii. Zatrzymałam się blokując wszystkich. Dziewczynka nie miała na sobie nic poza sweterkiem i tymi mokrymi spodniami. Było minus cztery stopnie! Nie musiałam jej długo przekonywać. Właściwie rzuciłam mi się sama w ramiona z płaczem. Posadziłam ją w samochodzie, dałam jeść bo zrobiłam właśnie zakupy i włączyłam ogrzewanie na cały regulator. Uspokoiłam ją,że nigdzie nie jedziemy tylko poczekamy aż będzie cieplej i zadzwonimy po policję. Dowiedziałam się,że mała ma na imię Dunia i od ósmej rano tak się błąkała po Lyonie sama. Ktoś zabrał jej okulary, ktoś tornister a była tak wystraszona, że nawet nie umiała mi powiedzieć gdzie są jej rodzice lub opiekunowie.Dziecko wyglądało na Rumunkę albo Arabkę. Wytarłam jej buzię i obiecałam, że teraz ktoś się nią zaopiekuje. W głowie tłukła mi się myśl, że jeśli policja nie przyjedzie to zabiorę ją do siebie i coś wymyślimy. Strażnicy prawa jednak się pojawili, wszystko spisali i najedzoną dziewczynkę zabrali ze sobą dając mi słowo, że zrobią wszystko dla jej dobra. Moi chłopcy byli rozczarowani, że nie zabraliśmy jej ze sobą. Odjeżdżając spojrzałam na tę betownową wyspkę w oceanie miejskiego hałasu. Nikt nie chciał się zatrzymać na widok tej małej Ikaruni. A ja - nie potrafię.

Mam coś takiego w sobie, że napotykam na swojej drodze ludzi w nagłej potrzebie. Nie umiem przejść spokojnie na drugą stronę ulicy i udawać, że nic się złego nie dzieje. Wczoraj pod szkołą moich synków został pobity nastolatek przez grupę Arabów którzy ostatnio się pojawiają by zabrać bogatszym coś co im się podoba. Chłopiec ma złamany nos, dwa żebra i wygląda jak zombi po przeżyciach. Znalazłam go tak zaraz po tym jak go pobito. Nikt z rodziców wychodzących się nawet nie zainteresował. Nawet koledzy nie stanęli w jego obronie. Pojawiłam się zbyt późno. Wezwałam karetkę, władze szkoły i spóźniłam się po Eliota. Zapytani przeze mnie rodzice czemu nic nie zrobili odpowiedzieli zaskoczeni, że nie zauważyli! A ja - nie potrafię. 

Jesienią rok temu kupowałam w drogerii jakiś drobiazg. Samochód stał w drzwiach sklepiku a w nim moje dzieci. Było późno, ja się śpieszyłam więc wyskoczyłam na chwilę zostawiając ich w aucie. W środku było kilka osób. Nagle usłyszałam straszny krzyk właścicielki sklepu. Tuż za mną stał mężczyzna w kasku i mierzył w nią ogromnym pistoletem. Absolutnie nic nie mogłam zrobić. Gdy zaciągnął ją na zaplecze do schowka z pieniędzmi wyskoczyłam na zewnątrz. Zapalony motor obok mojego samochodu należał do zbója. Milion myśli przeanalizowałam w ciągu ułamka sekundy. Najpierw pojawiła się chęć przewrócenia motoru, później zabrania kluczyków i jeszcze jakieś pomysły dryndały kiedy rzut oka w kierunku moich dzieci uświadomił mi , że muszę jak najszybciej odjechać. Na drugiej stronie ulicy zatrzymałam jakiegoś człowieka z telefonem. Mój był oczywiście rozładowany więc krzycząc w niebogłosy przekonałam człowieka do wezwania policji...Rok później po wielu poszukiwaniach, po wzywaniu mnie wielokrotnie na wizję, rozpoznanie broni itd złapali złodzieja. Siedzi sobie pięknie w  więzieniu i wspomina wolność. Policja i właściciele podziękowali mi gorąco bo byłam jedyną osoba która coś pamiętała. Nikt, absolutnie nikt ze sklepu ani na zewnątrz sobie nic nie przypominał! Nawet ten człowiek od telefonu. A ja - nie potrafię.

Przed wyjściem z komisariatu inspektor poprosił mnie czy nie mogę mu pomóc w tłumaczeniu z polskiego. Złapali jakiś polskich złodziejaszków sklepowych i nie mogli się porozumieć. Odpowiedziałam mu - Co pan swoich do ciupy pchać? Nigdy w życiu! .... ja nie potrafię!

czwartek, 01 lutego 2007
Domy Francji 1

Wystarczy tylko spojrzeć w lusterko a świat za nami dalej będzie istnieć.