Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
niedziela, 23 stycznia 2011
"Renesans", Bach i kwiat gardenii

- Proszę się rozebrać i nakryć pelerynką. Potem, może się pani położyć, ja zaraz wrócę i zajmę się jak królową. Nie jestem ani u fryzjera ani u masażysty. Nie jestem nawet u lekarza. Zdecydowałam się na wizytę w salonie piękności „ Renesans ”.

Moje 39 lat odchodzi w przeszłość. Czuję się świetnie. Nic mi nie dolega, nic nie wiotczeje, nic nie opada. 40 lat to przecież złoty wiek kobiecości.  Jednak mój synek zwrócił ostatnio uwagę na „te malusieńkie kreseczki wokół moich oczu”. Ciocia pomyślała o kremie odmładzającym na prezent pod choinkę . A przecież używam całą gamę kosmetyków nawilżających od lat, więc chyba mnie jakoś ochroniły. Ciągle czuję się powabna, giętka, miękka , bez kompleksów. Bronię się jak mogę przed pierwszymi oznakami niemłodości. Stawiam opór i wierzę w siłę ducha. Pierwsza nędzna refleksja mego męża na temat zmarszczek spotkała się ze zdecydowanym odwetem. – Nie szkodzi! Zrobię sobie lifting. Będę żyła szczęśliwie z supełkami na karku , zapuszczę włosy i będę miała twarz noworodka. Mogę się jeszcze umalować, założyć okulary, zapastować i zabalsamować... Ty natomiast już za niedługo włosy na głowie będziesz musiał przeszczepiać z podudzia żeby się uczesać. Ale nawet i to nie gwarantuje czupryny. Akceptuję upływ czasu i kontempluję dojrzewanie mądrości. Ach, jak to dobrze, że mężczyznom chociaż włosy z wiekiem wypadają. Bo przecież natura jest dla nich łagodniejsza niż dla kobiet. Zwłaszcza tu we Francji . Gdzie mężczyźni szczupli, ładni, o delikatnych rysach i ujmującym temperamencie długo opierają się upływowi czasu. Im wolno mieć kilka zmarszczek, kilka lat więcej. Mówi się że są jak wino. Im starsze tym lepsze. O kobietach się tak nie mówi, tylko daje w prezencie karnet do salonu odnowy biologicznej.

Trzeba przyznać iż moja odpowiedź zadziałała wyjątkowo odmładzająco. Mąż przestał odradzać mi opalanie się, marszczenie czoła i zbyt mimiczne mówienie. Twierdzi że nic się nie zmieniam! Jednak zasiał we mnie wredne ziarno wątpliwości. Zaczęłam krytycznie patrzeć na swoją twarz. Kryzys czterdziestolatki. A przecież lubiłam się dotąd bez specjalnej uwagi. Patrzę w lustro i niby ta sama co kiedyś. Ale chyba już inna. Pewnie bym się długo jeszcze utwierdzała, gdyby nie rada mojej mamy. Któregoś dnia stwierdziła, że choć raz powinnam udać się do kosmetyczki. Zwłaszcza że mieszkam w kraju piękna i mody! Tu uroda i elegancja są ponoć chlebem powszednim każdej Francuzki.  Cóż, poddałam się. Wszystkie wiatry przeciwko mnie. Więc może powinnam już wyjść z jaskini i poddać się upiększaniu, masażom, czyszczeniu skóry, porów, wypełnianiu botoksem, wklepywaniu młodości w wypukłości?

Lyon. Samo centrum miasta . „Odyseja”, „Afrodyta”,  „Wenus”. Nazwy prosto z grecko-rzymskich mitologii. Czemu salony piękności wierzą tak bardzo w starożytność ? Jakby to „antyk” miał zapewnić młodość. A może to sygnał, że właśnie tu uzyskasz przepustkę do wiecznego piękna ? Nie mogę się zdecydować. Najpierw patrzę na cenniki. Wszystkie budzą respekt. Jednak tanio nie ma nic w tym kraju. Szybko godzę się na taryfy. Potem patrzę na panie w recepcjach. Wszystkie szczupłe, pachnące, krytycznie lustrujące moje zakłopotanie. Pewnie widać żem nowicjuszka, że nie wiem jak chcę, choć pewnie chcę się upiększyć. Jedna bez przekonania ryzykuje pytanie. Ponieważ chcę lepiej wyglądać i poczuć się młodziej, radzi bym sobie najpierw w domu poczytała reklamówkę. Jak się zdecyduję mam wrócić.  Inna piskliwym głosem radzi wstępnie nawilżanie, potem usuwanie zbędnej warstwy naskórka, potem naświetlanie i obiecuje, że po sześciu seansach po 50min, w tym jeden gratis, będę czuła się lepiej . Co więcej po sześciu seriach kolejnych sześciu seansów mogę zauważyć nawet pierwsze oznaki młodości. A przy zakupie kolejnych seansów to będę miała kartę stałego klienta i komplet kosmetyków , których działanie jest oszałamiające. A do tego jeden seans opalania. Słuchając histerycznego monologu już wiedziałam że się nie zdecyduję. Pani która mnie przekonywała okazała się być kosmetyczką i to w jej dłonie miały dostać się moje zmarszczki. Nie ma mowy. Przestraszyłam się jej zdeterminowania. Nigdy w życiu! Była typową Francuzką, która nie znosi sprzeciwu klienta. Uciekam i wracam do domu. Czas płynie a niepokój rośnie. Ostatecznie trafiłam do salonu „Renesans”. Cennik ten sam co u „Afrodyty” ale atmosfera spokojna . Pani kosmetyczka o satynowym głosie przekonała mnie z wyrozumiałością, że raz na próbę to będzie połowa ceny. A potem podobnie jak wcześniej u „Afrodyty” karnet, kosmetyki  etc. A w ogóle to sprawi że będę znów szczęśliwa. Wróżka czy anioł?

Dzieci zawiozłam do szkoły, zakupy zrobiłam dzień wcześniej, napisałam kolejny rozdział książki i wyruszyłam na wielką przygodę z elegancką Francją. Niestety bez ubrania, w lekkiej różowej pelerynce w nagrzanym słabo pomieszczeniu salonu "Renesans" poczułam się nieswojo. W chwilę później satynowa pani położyła mnie na lekarskim łóżku i zaczęła walczyć o moją młodość. Najpierw nałożyła mi mazidło tłumacząc z jakich owoców, witamin i minerałów jest ono wyprodukowane. Wybrałam formułę „Słońce”. Żeby mi twarz się „rozświetliła” gdy za oknem zima i smutek. Mazidło wykonane z owoców południowych. Potem masaż twarzy. Pani wykonywała szamańskie koła palcami. Tak ponoć najlepiej działa. Zdjęła pierwszą warstwę i nałożyła następną. Potem jeszcze jedną, i jeszcze. Trwało to wszystko bardzo długo. Bo warstw łącznie miałam sześć a może siedem na mojej biednej twarzy. Raz z domieszką miodu z Prowansji, raz z ekstraktu z lawendy biologicznie zapylanej, potem jeszcze zmielone pestki winogron , pył kwiatów akacji alpejskich. No a bazą każdego kremu była cała masa składników których określeń nie jestem w stanie przytoczyć. Skupiałam się jak mogłam żeby zapamiętać na przyszłość co najładniej pachniało i się wchłaniało. Aż nagle doszłyśmy do punktu kulminacyjnego - maseczki „Słońce”. Zostałam bardzo dokładnie okryta ciężkim kremem. Potem oklejono mi twarz jakąś folią spożywczą. Pani zrobiła dziurę na nos, żebym się nie udusiła. Zgasiła światło, włączyła muzykę i tak zabalsamowaną zostawiła na 20 minut! Nie mogłam się ruszyć, mrugnąć powiekami, nawet zmarszczyć nosa. Niczym zmumifikowana Nefretete dojrzewałam do młodości. Muzyka jak w supermarkecie, zimno w nogi i nie tylko. Czas płynął powoli. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie wynudziłam jak w czasie nałożonej mi warstwy „Słońce”. Zmartwiona bo policzki zaczęły mnie dziwnie swędzieć poczułam się zupełnie zdana na łaskę obcej kobiety. W końcu przyszła , zdjęła plastikową folię i przywróciła do życia zachwycona rezultatem. Bardzo zmęczona wyszłam po zapłaceniu dużej sumy i obiecałam kłamliwie, że z pewnością wrócę, bo już mi młodziej.

Poczucie straconego czasu mieszało się z irytacją skóry. Po drodze do domu kupiłam sobie mydło z gardenii i wapno na zapowiadające się uczulenie . Jeszcze tego samego dnia, po kolacji , przygotowałam gorącą kąpiel. Naparzyłam ulubioną herbatę Earl Greya, włączyłam wariacje Goldberga w wykonaniu Goulda. Popijając angielski trunek weszłam do pachnącej gardenią łazienki i zasłuchana w Bachu zasnęłam w białej pianie.

Nie umiem być Francuzką. Nie przeszkadza mi, że mam prawie czterdzieści lat. Nie znoszę wizyt u kosmetyczki i kocham Bacha z gardenią o smaku herbacianych bergamotek. Właściwie lubię zmarszczki i moje i moich bliskich. A najbardziej odpoczywam w gorącej wodzie.