Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
sobota, 31 stycznia 2009
Elegancja Francja czyli barchanowe koronki damy

papillion by you.

W jednym z poradników dla kobiet, poszukujących pracy wyczytałam taką wskazówkę. "Kiedy idziesz na pierwsze spotkanie z rekrutującym cię pracodawcą, koniecznie załóż najbardziej seksowne koronkowe majtki, pończochy i wysokie obcasy. Nawet, jeśli będzie Ci mniej wygodnie, to i tak, będziesz się czuła kobieco, pewna siebie. I mimo, że te seksowne elementy przykryjesz biznesowym, smutnym garniturem. To i tak, ukryte rekwizyty zadziałają na twój styl bycia, profesjonalną pewność siebie i determinację. "

Czyżby zatem wszystko miało swój ukryty sens?  Drobiazgi garderoby wpływają aż tak bardzo, na zachowanie ich właścicielki? Smutnym wydał mi się fakt, iż bawełniane gacie, mogą utrudnić kobiecie drogę do kariery. Ale chyba coś w tym jest na rzeczy. Może rzeczywiście wszystko zaczyna się u podstaw? Nawet, tych najbardziej ukrytych jak bielizna czy buty? W końcu ponoć byt kształtuje świadomość.

"Elegancja Francja", powiedzonko wciąż tłucze mi się po głowie. Przypomina stukanie złotych młoteczków, jakie widziałam kiedyś w wersalskim pałacu. Bezwstydnie, w małej gablotce położone, pośród innych drobiazgów ludwikowskiej epoki. Wyfiokowane damy używały ich ponoć do wybijania spod peruk wszawych członków dworu. Pasożyty są zatem plagą francuskich głów nie od wczoraj. "Elegancja Francja" wraca echem za każdym razem, gdy widzę drapiące się podejrzanie dziecko, w przedszkolu czy szkole moich synów. A są to placówki powszechnie w Lyonie znane jako jedne z lepszych. 

Ileż jednak trzeba było wdzięku i gracji, ażeby do walki z wszawicą używać równie misternie rzeźbionych młoteczków?! Nic więc dziwnego, iż znam ludzi, którzy na temat ewolucji wersalskiej mody, poświęcili prace magisterskie. 

Dzisiaj, na szczęście nikt, już nie zabiera się do pasożytów ze złotym wybijakiem. Nie oznacza to, że problem znikł. Szkoły francuskie pełne są nadal swędzących głów, a ich rodziny podchodzą do tego z filozoficzną wyrozumiałością. Nikogo to nie dziwi. W końcu historia znana od wszechczasów, czego dowodem są królewskie gabloty.

Prozaiczna wesz wciąż gryzie za uchem Francuzów. Jednak epoka nie ta sama, a i wytworność współczesnych mało z dworską ma wspólnego. Elity francuskie znacznie zmieniły pochodzenie, zachowanie, wygląd. Tylko ich dzieci wciąż się drapią po głowie. 

Czas monarchii, arystokracji przeszedł do historii. Francuzi przyzwyczajeni do króla, zastąpili go prezydentem wybieranym demokratycznie. Każdy może go krytykować, jak i chwalić. Nawet i on, pozwala sobie na wulgarne odpowiedzi spotkanym przypadkowo niezadowolonym ludziom. Nikt jednak nikomu głowy nie zetnie za brak pochlebstwa dla władzy. Choć jeszcze nie tak dawno było inaczej. W końcu teraz mamy Republikę oświeconą i Demokrację przez duże D!  

Nie zmieniło się jedno - nadal istnieje dwór. Tylko, że teraz jest on prezydencki. Skupia tych, co tworzą śmietankę towarzyską. Tak było za prezydentury lewicowej jak i prawicowej. Dwór francuski skupia dyplomowanych "tenorów" z najlepszych wyższych szkół. Najczęściej ze środowisk mieszczańskich. Chociaż nie tylko. To też ulega zmianie.

We Francji, od półwiecza mówi się o tzw. windzie społecznej. Ci, z trudnych przedmieść, coraz częściej trafiają na wyższe piętra francuskiej polityki i administracji. Klasy mieszają się. Z dołu idą do góry, a te z góry dopasowują się do tych z dołu. Winda podnosi się i opuszcza niezwykle wolno, ale jest, i świadczy o powolnych, acz definitywnych zmianach. I dobrze, że tak jest! Szkoda tylko, że styl bycia tych z góry, staje się taki, jak tych z dołu. A niestety nie odwrotnie. Może dlatego przedstawiciele śmietanki towarzyskiej wyglądają teraz po prostu coraz mniej elegancko. Coraz gorzej się zachowują, noszą i odzywają.

Mimo, że Paryż jest stolicą wielkiego krawiectwa. Mimo, że to tu, właśnie nad Sekwaną, w każdy sezon rzucane są na świat nowe trendy mody. Mimo tego całego jedwabnego zamieszania, średnia krajowa coraz bardziej szarzeje i dziadzieje. Paryska bohema, najczęściej o poglądach lewicowych, bo tak jest bardziej ludzko i szlachetnie, ponosi po części winę. I nic nie szkodzi, że ma się to nijak do dekadenckiego jej stylu życia. Tak jest powszechnie przyjęte i już. 

Dziś dobrze widziany jest niechlujny styl bycia, brudne buty i źle ogolona broda. Na naganę zasługuje krawat i dobrze wyprasowana spódnica. W końcu dobry, mądry Francuz, uczestniczy głównie w codziennych demonstracjach ulicznych, w strajkach, a nie w operetkowej rzeczywistości.

Do tych "lepszych" należą również filozofowie i pisarze. Skupieni wokół kilku paryskich gazet i wydawnictw, jak i programów telewizyjnych. Niczym wyrocznie oceniają co wolno, a co nie wolno. Co jest dobrem a co złem. Mówią mądrze, ale niestety, wyglądają okropnie. No bo taki czysty, wyprasowany filozof, to przecież nie filozof. A taki wymięty człowiek, najlepiej w swetrze, z brudnymi włosami, to od razu widać, że rozumie życie.

Ach Paryż, Paryż... wciąż Paryż na szczycie Francji. A w nim, już nie tylko urodzenie decyduje, że jesteś lepszy. Raczej pieniądze, wykształcenie, no i polityczny talent. A co za tym idzie styl życia. No i elegancja. A właściwie jej brak? Bo przecież kiedy się jest artystą, politykiem i staje się po stronie biednych, to trzeba być niechlujem. Nikt inaczej nie da wiary, że się jest prawdziwym ideowcem. Poza tym i tak, jedwabne koronki miękko chowane są pod wytartymi dżinsami. Jak w poradniku, " żeby dodać sobie kobiecej pewności siebie"...

Ale nie tylko "kobiecej pewności siebie". Mężczyznom też jest ona potrzebna. I tu przypomniała mi się prawdziwa historia pewnego znajomego. Zaproszony z żoną na bardzo szykowne przyjęcie cierpiał na grypę gastryczną.Człek to duży i otyły. Mam nadzieję, że wybaczy mi tę moją niedyskrecję.

Nie wypadało mu odmówić, więc dzielnie uczestniczył w zabawie, odchodząc często w ustronne miejsce.  Niestety za którymś razem zastał zamknięte drzwi toalety. W końcu po dłuższej chwili udało mu się dostać do środka. Ku jego największemu ambarasowi stało się to ciut, zbyt późno. Nie zastanawiając się długo, zdjął schorowane gacie i zwinął do kieszeni marynarki. Żeby nie chodzić z pokaźnym zawiniątkiem odszukał torebkę żony i pozbył się niewygodnego rekwizytu. W drodze do domu zwierzył się żonie z przykrej przygody. Ona, mocno zdegustowana poszukała gaci męża w eleganckiej kopercie, ale bez skutku. Nic nie znalazła. Panu pomyliły się torebki. Ktoś inny dostał brudne slipy mojego znajomego.

Śmieszny tragizm tej historii zawsze mi się przypomina, gdy idziemy gdzieś w gości z moim mężem. Tradycyjnie pytam się go o samopoczucie. No i na wszelki wypadek noszę bardzo małe torebki. Tak, w razie czego... Bo przecież nigdy nie wiadomo, co, komu, może się zdarzyć. Poza tym, mimo powszechnie panującego trendu we Francji, staram się zawsze wyglądać elegancko. Co wprawia w duże zakłopotanie moich francuskich znajomych. A zwłaszcza wtedy, gdy idziemy razem do teatru lub na koncert. Ale to już inna opowieść choć nie mniej dramatyczna. 

piątek, 30 stycznia 2009
Życie po śmierci

derniere promenade by you.

Jestem przeciwna śmierci bez wyboru. Nie lubię umierania, żałoby. Nie lubię być powiadamiana o śmierci ludzi których znałam, lubiłam, spotykałam. Przeraża mnie śmierć moich ukochanych. O swojej w ogóle nie myślę.

Uważam, że nie powinno się umierać. A jeśli już, to z własnej, nieprzymuszonej woli. To nie religijnie tak myśleć. Wiem. A jednak przyznaję się do tych myśli. W końcu, jeżeli dane nam jest żyć. Jeżeli dane jest kochać innych i przyzwyczajać ich do naszej miłości. Jeżeli dano nam nasze życie na życie. To czemu się je nam zabiera? Czemu zabiera się życie tych, których kochamy? Opowieści o raju, życiu wiecznym są wspaniałe. Dobrze by jednak mieć wybór.  

Jakiś czas temu dostałam wiadomość od mojej bardzo dobrej znajomej. Napisała mi: "Módl się za mnie. Mam białaczkę." Nie wiem jak się modlić, żeby tej białaczki nie miała. Ale postarałam się wytłumaczyć, najlepiej jak potrafię, że nie chcę, żeby stało się jej coś złego. Nie mam pojęcia czy Pan Bóg, w swoim zapracowaniu światem, wysłucha tych moich próśb, o zdrowie dla mojej znajomej. Mam nadzieję, że tak. Ona też ma taką nadzieję. Ma też raka, z którym walczy bardzo dzielnie. W końcu każdy coś ma. Ona ma niestety to, czego nikt nie chce mieć. A ja mam myśli o niej. Nic poza tymi myślami nie mogę zrobić. Tylko wierzyć, że się uda lekarzom i jej samej zwalczyć raka.

Wczoraj umarł sąsiad moich rodziców. Też miał tę straszną chorobę. Dziś jego żona ma żałobę. Żal mi, bo tacy byli oboje dzielni. Kiedy spotykaliśmy w windzie tego pana, mówił nam, że ma raka. Dzisiaj już go nie ma. A kiedyś mówił o raku tak po prostu, jakby miał coś zupełnie banalnego. Umarł, choć życie toczy się dalej.

Zastanawiające jest z jaką lekkością mówią niektórzy ludzie o tym, co ich dotknęło. Ostatnio w dzienniku, piętnastoletnia Palestynka, opowiadała co się stało w jej życiu tydzień temu. Miała rodziców, trzech młodszych braci i siostrę. Żołnierze Hamasu postawili wyrzutnie rakietowe w ich ogrodzie, na początku stycznia, mimo, że rodzina ich nie zapraszała. Potem, na ten sam ogród spadła bomba izraelska. Druga trafiła w dom. Dziewczynka uratowała się cudem. Straciła wszystkich. Opowiadała swoją historię do kamery bardzo spokojnie. Życie po śmierci. Tak to wyglądało.

Nie wiem, jak udaje się żyć z takim bagażem wspomnień. Nie wiem również jak udało się ludziom żyć po wyjściu z obozów koncentracyjnych, gułagów. Nie wiem jak pogodzić się ze śmiercią.

Jednym słowem mam problem. Ponieważ śmierć stanowi część życia, a ja tak bardzo kocham życie. Staram się, jak mogę, oswoić myśl o niej. Pozostaje mi nadzieja, że gdzieś, jeszcze, wszyscy się spotkamy. Bo przecież nie jest możliwe, żeby życie umarło po śmierci.

.

We Francji czas zimy jest czasem mgieł porannych. Lyon, położony w ramionach Saony i Rodanu, wyjątkowo często skąpany jest w białych oparach wody. Alpejskie powietrze jakie napływa tu z południowego wschodu, miesza się z szaleńczym Mistralem. 

Wczesnym rankiem, kiedy jadę z dziećmi do szkoły, mijamy ogołocone z liści i owoców winnice, sady brzoskwiniowe, lasy, pola. Wszystko spowite we mgle zdaje się jeszcze spać. Czasami jakiś czujny jastrząb zrywa się do lotu. Słyszymi niemalże szum jego wielkich skrzydeł. Czasami lis skrada się tuż przy drodze. Ruda kita zakończona białym pędzelkiem w oszronionych trawach cieszy moje dzieci.

Droga niczym wstążka wije się, by zniknąć w nieskończonej wieczności mgły. Słońce Południa jednak uparcie wstaje każdego dnia, by przebić się przez gęstą zawiesinę chłodnego powietrza. Wtedy zarysy drzew robią się bardziej widoczne. Winnice błyszczą od kropel lodowatej rosy. Para nabiera złotej barwy i świat zdaje się budzić do ruchu. Spotykany przeze mnie codzienny spacerowicz, staje się namacalnym dowodem życia , po nocnej śmierci we mgle.  I tylko uciekający w niewidzialność jego pies niepokoi swoją bezbronnością. 

piątek, 09 stycznia 2009
Trójkąt francuski

trio francais by you.

Wino rodańskie z Lyonu w charakterystycznej butelce (zwanej potocznie w Lyonie, le pot d'cote - dzbanek z wzgórza, 47  cl, z grubym dnem, aby nie przewracała się od metalowych kul, w jakie grywa się tu nałogowo), bagietka i ser - Camembert.

Klasyka tutejszego podniebienia. Odwieczna historia francuskiego trójkąta.

środa, 07 stycznia 2009
Domy Francji

.

Condrieu