Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 22 stycznia 2008
Domy Francji - Małżeństwo

Na Południu Francji suszy się ubrania okrągły rok na zewnątrz. Słońce nigdy nie traci tu swojego temperamentu. Kobiety kochają ubierać się w barwy lata. Czerwony sweterek był jak serce bijące wśród brzydkiej fasady. I nagle wszystko wydało się oczywiste. Urok Lankwedocji tworzą jej mieszkańcy, nawet wtedy gdy ich nie widać. Radość życia o smaku owocowego wina współgra z wszędobylskim światłem.

Zaledwie paręnaście kilometrów od tego domu można zobaczyć ruiny najbardziej dziwnej z tajemniczych historii Francji - świata Katarów...ale to już inna historia, inny czas,choć może ci sami ludzie.  

piątek, 18 stycznia 2008
Domy Francji - Przebudzenie

Lyon - dziś godz. 8 rano

czwartek, 17 stycznia 2008
Dlaczego Francuzi palą samochody na ulicach ? cz2

Parę lat temu postanowiliśmy z mężem sprowadzić się do Polski. Ja prowadziłam firmę, a mój mąż robił MBA na Politechnice Warszawskiej. Zamieszkaliśmy na Ursynowie. Dzielnica powszechnie znana, gdzie wymieszane pokolenia i grupy społeczne od wielu lat wspólnie żyją. Jednym z naszych sąsiadów, poza dentystką i właścicielem warzywniaka, był handlarz narkotyków. Młody człowiek zdawał się być fanem barbarzyńskich rytmów, bo słuchał ich w sposób nie pozwalający nam usłyszeć własne myśli. Bandzior świat cały miał najwyraźniej za nic. Prośby o przyciszenie muzyki padały jak kamień w głęboką studnię. Pewnego dnia po prostu zdenerwowałam się. Wyszłam na balkon i w jego otwarte okno krzyknęłam, że mam dość: jego kolesiów na schodach mojej klatki, kretyńskiej muzyki i agresji bijącej z jego zachowania. Ogolony łeb wychylił się w moją stronę i wypluł z siebie wiązankę przekleństw. Na deser, powiedział mi, że następnym razem mnie zabije.

Jak widać szczęście mnie nie opuszcza, bo nie zabił. Po całym roku miałam jednak prawdziwie dość tego sąsiedztwa. Policja miała równie dość mnie, bo zmuszałam ją do odwiedzania naszych zakątków bardzo regularnie. Wszyscy narzekali po cichu, ale nikt nie odważył się czegokolwiek zrobić. Dopiero, kiedy w piwnicy, jeden ćpun mało, co nie zasnął na wieczność, rodzice delikwenta, też sąsiedzi, zaprotestowali nieśmiało przeciwko łysemu gagatkowi.

W bloku była melina, handel narkotykami, wszyscy wiedzieli, ale nikt głośno o tym nie mówił. Szkoda mi było dzieciaków, które przychodziły po działkę do sąsiada. Szkoda mi było własnych uszu i zdewastowanej klatki. Szkoda mi było pieniędzy na ginące wycieraczki. Jednak poza wezwaniem bezradnych policjantów niewiele mogłam zrobić.

Typ chodził zawsze w dresowej bluzie z podniesionym kapturem, ze spodniami opuszczonymi do połowy tyłka i z telefonem komórkowym "przyklejonym" do jego tępej gęby. Któregoś dnia mój mąż z uśmiechem na ustach powiedział mi: „ - Popatrz... Wy w Polsce macie Arabów blondynów o niebieskich oczach.”

Zastanowiła mnie ta wypowiedź. Mąż, sam syn hiszpańskiego emigranta , nigdy złego na kolorowych nic nie mówił. Rasizmem się brzydzi, a tu takie coś! Do tego rzeczywiście polski bandzior przypominał do złudzenia podpalaczy samochodów z francuskich ulic. Czy zatem problem francuskich band jest, aby tylko problemem etnicznym?

Oczywiście, że nie chodzi o kolor skóry. Jestem pewna, że w blokowiskach podmiejskich we Francji mieszkają podobni ludzie jak w moim ursynowskim budynku. Jestem pewna, że wiele osób odczuwa dokładnie tę samą bezradność co ja na Ursynowie. Mała grupa bandziorów terroryzuje resztę mieszkańców. Zastraszeni, zwykle boją się zaprotestować. Najchętniej by się wyprowadzili, ale nie każdego na to stać.

Dziś wiem, że warszawski blok, w którym mieszkałam, został wyczyszczony, odmalowany. Syn sąsiadów poszedł na odwyk, a zbój podobno się wyprowadził. Zrobiło się normalnie.

Podobieństwo moich polskich wspomnień do tego, co przeżywają ludzie we francuskich przedmieściach jest ogromne. A jednak nikt nie pali samochodów w Warszawie. Nikt nie atakuje strażaków i nie poluje na wozy policyjne, ani nie pali bibliotek, przedszkoli czy kościołów jak pod Paryżem, Lyonem czy w Strasbourgu.

Problem francuski jest znacznie większy. To, nie tylko kryminogenny charakter blokowisk doprowadził do okresowej "wojny domowej" we Francji. Ciągnie się za tym frustracja prostych, nie przygotowanych do życia w Republice ludzi afrykańskich kultur, mentalności. Odrzucanie przez nich prawa i reguły zachowania francuskiego społeczeństwa nie da się wytłumaczyć tylko brakiem pracy , biedą czy rasizmem Francuzów. Większość z tych podpalaczy to po prostu wychowane po afrykańsku dzieci zupełnie nie przygotowane do życia w ich własnej ojczyźnie. Oni sami zresztą często nie wiedzą, co tak prawdziwie jest ich Patrią.

Mieszkałam w Libii prawie trzy lata. Napatrzyłam się jak wychowuje się tam dzieci. Młodzianie, jakich spotykam we Francji to tacy sami ludzie jak ci z północnej Afryki. Ta sama kultura, zachowanie, podejście do świata, dzieci, kobiet. Trudno nawet zarzucić arabskim czy murzyńskim rodzicom, że, mimo ich pobytu we Francji zachowali te same refleksy . W końcu ja też gotuję chłopakom barszcz i kotlety mielone.

Różnica jest taka ,że moja emigracja nie jest równie widoczna. Moje tradycje, postępowanie, przyzwyczajenia, mają ten sam mianownik europejski, co kultura francuska. Wychowana w kraju gdzie podstawą prawa była myśl Napoleona nie musiałam naginać swojego postępowania do życia we Francji.

Afryka to jednak inny świat i taki , odmienny charakter narzucany jest francuskim przedmieściom. W porównaniu z bagażem mentalności orientalnych emigrantów, moje ogórki kiszone stają się śmiesznym banałem!

Nie należy być może totalnym pesymistą. Bo jednak, o ile w Darfurze, Kongo czy Nigerii ucina się ręce i nogi sąsiadom, to francuskie dzieci Afrykanów tylko palą im samochody. O ile w Algierii czy Maroku kamieniuje się kobiety za domniemane cudzołóstwo, to we Francji tylko się je gwałci grupowo albo bije i prześladuje. O ile w Afryce normalną rzeczą jest masakrowanie narządów rodnych dziewcząt, to we Francji ubiera się je tylko w spodnie i chustki, i pilnuje jak więźniarki. No jakaś ewolucja jednak jest.

Trzecia generacja może zacznie myśleć w końcu jak Europejczycy. Co będzie jednak, jeżeli pewne zachowania są przekazywane równie długo jak cechy genetyczne? A to, znaczyć będzie, że Francja musi poczekać jeszcze siedem pokoleń do czasu, kiedy nie będzie paliło się samochodów na ulicach. Tylko, że w tak odległej przyszłości może już w ogóle nie będzie samochodów?

I tu dobiega końca moje zastanawianie się nad powodami zamieszek we Francji. Temat morze i nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na tytułowe pytanie. Nie jestem również socjologiem, co nie zabrania mi mieć własnego zdania na otaczający świat. Zmęczona hipokryzją polityków i mediów francuskich, postanowiłam napisać jak ja widzę powody gorącej atmosfery we Francji. Można się z tym zgodzić lub nie. Francuzi muszą jednak z tym żyć. I wcale nie wiem, czy wiedzą, jak się z tym wszystkim uporać.

środa, 16 stycznia 2008