Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 26 stycznia 2007
Kobiety Wschodu we Francji

.

Od wielu lat we Francji bardzo modne jest posiadanie żony ze Wschodu. Kraje Wschodu, kobiety Wschodu...temat powraca jak bumerang w mediach i zwykłych codziennych rozmowach. Spotykam się z tym prawie codziennie, gdy będąc w miejscach publicznych rozmawiam z dziećmi po polsku. Każdy słysząc nasz język ze zrozumieniem kiwa głową: - Aaaa rosyjski? słyszę. - Nie? Aaa Polka. Miły uśmiech wylewa się na twarzy panów. Nerwowe spojrzenia ich żon nakazują szybko się oddalić. W sklepach jest inaczej. Prawie każdy szuka w pamięci poznanych w życiu Polaków. I prawie każdemu się udaje znaleźć kogoś. A jeśli nie,to i tak jakiś w dziesiątym pokoleniu "emigrant" znajdzie się na liście znajomych pań sprzedawczyń i kasjerek. 

Najczęściej zatem fakt mojego pochodzenia budzi sympatię u spotkanych Francuzów i komplement dla mego dziwnego akcentu. Najbardziej śmieszne jest to iż nie jestem blondynką i mówię nie wiedzieć czemu jak Włoszka, więc nikt nie rozumie dlaczego nie posiadam akcentu typowo słowiańskiego. No bo przecież takowy istnieje i coraz częściej z wdziękiem błąka się po Francji.

Dla większości ludzi sprawa jest prosta. Tam daleko życie jest trudne a tutejsze kobiety stały się zbyt wymagające. Poza tym,co przyciąga coraz bardziej niepewnych siebie panów to fakt iż dziewczyny Wschodu podkreślają swą kobiecość w ubiorze jak i zachowaniu bez chęci udowadniania im, że są takie same jak mężczyźni. Czego nie można już zawsze powiedzieć o coraz mniej przystępnych i mało uśmiechniętych Francuzkach. Stereotyp tak bardzo się upowszechnił,że nawet nie chce mi się tłumaczyć mojej drogi życiowej. I to że nie od biedy ja uciekałam. I,że w ogóle to jeden wielki przypadek to moje tu życie. Dla większości Francuzów to każda z nas uciekała przed chłodem, głodem, reżimem i dramatem codzienności. Zupełnie nie przyjmują innej wersji wydarzeń, poza naturalnie wyjątkami i wtajemniczonymi prywatnie.

Według moich znajomych gdy zgrabna, blond usmiechnięta dziewczyna się przechadza po ulicy to na pewno musi być z Polski, Rosji albo Czech. Prawda jakaś w tym jest i taka opinia szerzy się na lewo i prawo. Mąż mój nawet "podsłuchuje" w sklepach czy na ulicy rozmowy takich ładnych pań. Z dużą satysfakcją mówi wtedy - o Polka, albo Rosjanka - znów miałem rację!!

Skutek tego wyobrażenia jest taki, iż coraz więcej chętnych jest do ślubów z urodziwymi, ciepłymi i mało jak im się zdaje wymagającymi kobietami Wschodu. I takie właśnie utarło się nazewnictwo. Dziwne troszkę bo w Polsce nikt nie mówi o "mężczyznach Zachodu". Ale we Francji jest inaczej. I może wszystko w tej historii mogło być bardzo słodkie, różowo-pastelowe, gdyby nie fakt,iż z czasem różnie to bywa w tych mieszanych związkach. Bo nagle te często śliczne dziewczyny nie koniecznie chcą być traktowane wyłącznie jak ładne lalki bez głosu i celu w życiu. Mają przecież dobre wykształcenie, dumę narodową, swoje zdanie, przyzwyczajenia, bogatą kulturę i  całą masę przeżyć o jakich tubylcom się nawet nie śni. No i zaczynają się problemy. A już najczęściej z pojawieniem się dzieci okazuje się, że to nie tak jak mama robiła - żona robić będzie...

Znam wiele małżeństw mieszanych. Z takimi najlepiej się nam z mężem przyjaźni. Mamy podobne problemy, radości. Wiele Rosjanek, Polek, niegdyś Jugosłowianek dzieli się ze mną własnym doświadczeniem. Większość jest szczęśliwa we Francji. Większość przegrzewa według ich mężów domy, pije herbatę po kolacji zamiast expresso i nie przejmuje się, że nie używa wyłącznie kremów Chanel.Większość uwielbia kąpać się w wannie, jeść zupy i posiada własny kubek do śniadania. Rozumiemy się w pół słowa bo należymy w oczach Francji do jednej i tej samej "rasy" - kobiet Wschodu. Udaje nam się rozkochać własnych mężów w naszych krajach i tradycji. Martwimy się jak pogodzić rodzimą kulturę z francuską, jak nauczyć dzieci by kochały Francję ale czuły się też ze Wschodu. No bo przecież to o ten Wschód się wciąż rozchodzi.

Dla Francuzów były Związek Radziecki to wszystko co było za murem berlińskim. Litwini, Estończycy... to dla nich wszystko to samo - Rosja. Polacy na szczęście postrzegani są jako oddzielny naród. Uff..

Ale kobiety to my jednak wszystkie jesteśmy - ze Wschodu. I choć generalnie z sympatią się nas tu gości to jednak z przekąsem i z pewną złością sekretarka mego męża zadała mu kiedyś pytanie: no co te kobiety Wschodu mają więcej od nas, że tak się do nich wszyscy garniecie?

A ja sobie myślę w odpowiedzi - duszę słowiańską, droga pani. Z dużymi wisiorkami w srebrze na pełnym dekolcie. Z uśmiechem rozmarzonym melancholią i tęsknotą w oczach. I to wcale nie taki dramat, że w domach kaloryfery rozrzutnie włączone są non-stop całą zimę. Bo z nami można jeszcze marzyć w rytmie serca...choć nie każdy przecież lubi barszcz i wódkę. 

  

 

01:06, fabella
Link Komentarze (14) »
środa, 24 stycznia 2007
Tak było, jest, tak będzie...

Tak jest dzisiaj

.

a tak było

tak rok temu

a tak będzie...

.

piątek, 19 stycznia 2007
Kolorowe ściany czyli jak Francuzi upiększają miasta

Zanim człowiek potrafił malować obrazy olejne tworzył - freski.(Nazwa pochodzi od włoskiego słowa fresco- świeży.) Narodziły się już w starożytnym Egipcie i przetrwały wiele tysięcy lat pokazując nam dzisiaj bogactwo tamtej cywilizacji. Później w antycznej Grecji i Włoszech dekorowano nimi domy i świątynie. Rozkwit tego trudnego malarstwa naściennego przypada na renesans.  Barokowi artyści wolą już obrazy olejne a ściany pokrywane są w większości bogatymi materiałami. Freski stają się coraz rzadsze. Szkoda bo wtopione w ściany budynków nie mogły być ofiarą ani kradzieży ani tak łatwej degradacji jak dzieła olejne.

Fresk to sztuka jednak niełatwa malowania wymieszanym pigmentem z wodą deszczową na świeżej zaprawie murarskiej. W skrócie dodam iż malarz musi wykazać się pewnym talentem aby móc namalować duże powierzchnie ściany tylko w czasie jaki pozwala mu na to wysychanie podkładu. Czyli jeden dzień. Duże freski tworzone były zawsze kawałkami. Każdego dnia kolejną część muru pokrywano zaprawą a potem malowidłem. Poprawki były niemożliwe. A jakiekolwiek zmiany wiązały się ze skuwaniem zewnętrznej części zamalowanej ściany. Artysta musiał zatem zawsze starać się wykonywać swoje dzieło szybko i bez błędów. Freski w XXtym wieku właściwie zupełnie zniknęły jako metoda malarska. Wyjątkiem jest Lyon.

Francuskie miasto budowane niegdyś w części przez włoskich architektów od ponad dwudziestu lat zdobione jest właśnie freskami. Stworzono ich tu ponad 80. Właściwie każda dzielnica posiada swoją własną kolekcję. Czasami zamalowywuje się całe ściany. Chiciaż również i ślepe miejsca po zamurowanych oknach dostają się pod pędzel malarzy. Zaskakują swoją kolorystyką, tematyką i jedynym w swoim rodzaju realizmem. Metoda malowania połączona została tutaj z innym detalem renesansowego malarstwa. Jest nim trompe-l'oeil, tzn oszukiwanie oka. Kompozycje zawierają iluzoryczne przedstawianie przestrzeni, architektury czy krajobrazu. Są tak genialnie opracowane iż stojąc na ulicy i wpatrując się w nie bardzo uważnie z trudem można się domyśleć co jest malarską fikcją, a co integralną częścią budynku. Do tego dochodzi scenografia jaką fundują nam mieszkańcy Lyonu. Wcale nierzadkie są namalowane okna udekorowane takimi samymi pelargoniami jakie kwitną naprawdę w realnym oknie obok. Zasłonki w tej samej kolorystyce jak te namalowane zdobią autentyczne szyby. Bawię się często w odgadywanie tych zagadek. Zdarza mi się popaść w konfuzję bowiem malowidło wydaje się bardziej prawdziwe jak rzeczywstość. Zresztą spróbujcie sami państwo poszukać prawdy.

 

Ludzie jacy są przedstawiani mają zawsze bardzo naturalne pozy, wielkość i często towarzyszą im zwierzęta.  Z pewnej odległości zdarzało mi się myśleć, że ktoś stoi w witrynie albo w oknie. Po chwili dochodziło do mnie,że to tylko fresk a nie przechodzień, kobieta z dzieckiem albo malarz. 

Wiele sytuacyjek związanych jest z historią Lyonu albo z jego żywą codziennością. Jedną z najbardziej interesujących jest ściana poświęcona wszystkim znanym we Francji Lyończykom.

Wyższe partie budynku to portrety dawnych duchów. Im bliżej parteru tym bardziej czas dotyka teraźniejszości. Znajdziemy tam wielkich braci Lumiere - twórców kina,ale i znanych dziennikarzy, szefów kuchni czy duchownych.

.

Wszyscy którzy żyją nadal znajdują się w najniższej partii malowidła, na parterze wymyślonego budynku. Wyglądają tak jakby wychodzili albo wyglądali na ulicę. Znajduje się tu nawet lustro w którym przygodni przechodnie stają się żywymi aktorami kompozycji. Tak jak i ja robiąca właśnie zdjęcie z mojego samochodu. 

Freski w Lyonie pierwotnie były reklamami firm. Ale artyści doszli do takiej perfekcji iż dość szybko zaczęto zamawiać u nich dzieła z przeznaczeniem jako trwały element dekoracji miasta. Zarząd Lyonu zrozumiał iż jest to wspaniała metoda na rozwiązanie problemu pustych, brzydkich ścian jakie zostają często po wyburzonych budynkach. Tak więc dzięki iluzorycznej perspektywie kolorowych fresków udało się nadać inny wymiar niektórym mało ciekawym skrzyżowaniom, placykom czy opuszczonym uliczkom. Beznadziejnie smutne dziury po zamurowanych oknach nagle ożyły wykreowanym przez artystów życiem. I to w najbardziej oddalonych od centrum miejscach. Nieme alejki rozbłysły tysiącem barw i artystycznych marzeń. Taka jest właśnie - wymalowana "Biblioteka". Wciśnięta w przesmyk uliczny ożyła magią wyobraźni.

.

 

Każdego roku powstają nowe freski. Coraz częściej jest to świętowane przez polityków jak w przypadku ostatniego obrazu poświęconego z Szanghajowi. Freski są też ogromną atrakcją turystyczną. Zaskakują pomysłowością jak i kolorystyką nawet w nocy albowiem wszystkie są podświetlane. Ja sama pokazuję je każdemu kto po raz pierwszy jest w Lyonie. Mają bowiem w sobie coś bardzo radosnego. Bliskie naszej codzienności a jednocześnie bajkowe, prawie należą do świata fantazji. Francuzi tak bardzo je polubili iż większość miejscowości wokół Lyonu zamawia ich własne kompozycje.Wykonywane na ich centralnych budynkach, gdzie są zwykle parkingi,  gołe place, dodają kolorowej radości tam gdzie szaro, blado.

Każdy obraz jest sygnowany przez oficjalnie założone atelier malarzy - twórców fresków.

Warszawa podjęła nawet próbę wprowadzenia podobnych dzieł na swoim własnym gruncie. Była to ślepa ściana budynku Braci Jabłkowskich od strony Domu Dziecka. Wymalowano dość prostą kompozycję ale w zupełnie niezłym stylu. Sponsorem była reklamująca się Era-gsm. Cóż kiedy dość szybko zasłonięto malowidło jakimiś wydrukowanymi na winylowej plandece reklamami. Część zamalowali wandale czarnymi zygzakami. Nawet nie wiadomo kiedy Warszawa znów straciła okazję na przeżycie wspaniałej przygody z barwną sztuką. A szkoda bo ślepych, nudnych ścian jest przecież całe mnóstwo. Krzyczą beznadziejnie o trochę więcej radości choć nikt ich nie słyszy, nie widzi...Szkoda,że nikomu nie zależy na tym by było ładnie, wesoło i ciekawie?

I tylko sobie myślę jak wspaniały pomysł mieli Egipcjanie żeby opowiadać freskami o własnym życiu. Tyle dzięki nim dzisiaj wiemy i odkrywamy. A cóż pozostanie po Warszawiakach i ich codzienności? 

Lyon dba o własną przyszłość dużo lepiej. Bo przecież wtopiony obraz życia w zaprawę murarską trwa wiecznie. 

      ..............................................................................................................

(dodatek specjalny nie francuski)...a na Wschodzie własnie odkryłam,iż również bardzo interesujące rzeczy maluje sie na ścianach co widać tutaj  http://englishrussia.com/?p=655#more-655

środa, 10 stycznia 2007
Rozmyślania o śmierci

Śmierć to temat tabu we francuskich domach. Oczywiście kiedy ktoś stracił bliskiego człowieka lub zwierzę, nie jest to ukrywane. Jednak nie słyszę wśród znajomych i rodziny refleksji na temat śmierci, żałoby. O ile w Holandii w której mieszkałam przez wiele lat i której jestem również obywatelką zdarzało mi się poświęcać całe wieczory na dyskusji o eutanazji, umieraniu i godzeniu się z odejściem naszych ukochanych, to we Francji, podobnie jak w Polsce, milczenie jest równie trudne jak sam temat śmierci.

Nie jest łatwo pogodzić się z decyzją Boga. Osobiście nie mogę sobie poradzić z myślą, iż nigdy w życiu doczesnym nie spotkam tych którzy umarli. Jako osoba wierząca, katoliczka powinnam radzić sobie lepiej z tym żalem który paraliżuje moją radość życia. Jest jednak inaczej. Po śmierci mojego ukochanego dziadka ból był tak ogromny, iż świat wokół zdawał się nie istnieć.Minęło wiele lat a ja wciąż nie mogę się z tym pogodzić. Odejście parę dni temu mojej Misi było również bardzo bolesne. I nawet jeśli te dwie żałoby nie mają tego samego wymiaru, ja zapadam się w jakiś szary obraz bez smaków , światła, ni radości.

Potrzebuję o tym mówić. Nigdy nie wstydziłam się moich uczuć. Francuzi którzy mnie spotykają są trochę zażenowani tym moim nieskrywanym smutkiem. Z drugiej jednak strony wiele osób zaczęło do mnie się zwracać i opowiadać o własnym bólu żałoby. I nagle okazało się, że wiele z nich po raz pierwszy w ogóle z kimś na ten temat rozmawia. Fakt, iż ja z podniesioną głową płaczę bezwstydnie za psem pomógł innym uwolnić się ze wstydu cierpienia i ukrywania własnego żalu.

W ostatnich latach medycyna pomaga ludziom żyć dłużej. Nawet tym którzy już nie chcą istnieć. We Francji eutanazja jest dozwolona tylko w bardzo specyficznych przypadkach. Właściwie prawo nie daje sobie rady z rzeczywistością. Ludzie sparaliżowani bez możliwości kontaktu ze światem, niektórzy w stanie śpiączki, inni odcięci od zmysłów czy świadomości leżą w swych łóżkach czekając na śmierć. Medycyna nie pozwala im odejść. Nie wiem czy to dobrze czy źle.

W Holandii jest zupełnie inaczej. Po prostu dlatego, że tam podjęto ryzyko dyskusji na ten temat a co za tym idzie stosowne prawa. Lepiej, choć nie dokońca i nie zawsze, rozwiązuje się problem świadomego umierania.

Czy człowiek może jednak decydować o własnej śmierci? Czy może, czy powinien decydowć o życiu i śmierci innych ludzi? To bardzo trudne tematy. W jednej krótkiej notce nie będę się nawet starała znaleźć własnej odpowiedzi na zadane pytania. Myślę, że nigdy nie uda mi się zdecydowanie dojść do jakiegoś wniosku. Uważam natomiast, iż ciągłe uciekanie od debaty jak sobie radzić i jak pomagać innym w umieraniu czy w żałobie nie rozwiązuje zupełnie problemu dotychczasowych dramatów wielu rodzin. Naturalnie łatwiej być młodym pięknym i zdrowym. Popijać wesoło aperitiwy i gadać o polityce. Ale życie "zrobione" jest w ten sposób, że każdy człowiek w pewnym momencie ociera się o śmierć i rozpacz jaką ona ze sobą niesie. A zatem występuje potrzeba refleksji nad tym ostatnim aktem egzystencji i potrzeba rozwiązań prawnych.

Francuzi jako naród wesoły nie lubi się smucić. Ludzie uciekają od tematów dramatycznych. Czasami słyszy się o jednostkowych decyzjach jakie wbrew prawu podejmują najczęściej matki, zatrzymując cierpienie własnych śmiertelnie lub beznadziejnie chorych dzieci.Coraz częściej słyszy się o walce z rakiem i jego bezwględną siłą. Media coraz cześciej poruszają te tematykę. Ludzie prywatnie jednak nie podejmują jej w rozmowach.A jesli to niezykle rzadko. Ja też nie lubię z moimi bliskimi mówić o ich czy mojej śmierci. Jednak zadaję sobie mnóstwo pytań. Błądzę w gąszczu własnych uczuć, wątpliwości i staram się mówić o śmierci i tego co po niej się dzieje. 

Kiedyś wydawała mi się naturalnie ludzką potrzeba umierania w godności i skracanie cierpienia. Dzisiaj, mam w pamięci dwie duże strzykawki z różowym płynem w dłoniach lekarza. Wstrzyknięty powoli w żyłę mego cierpiącego psa były ucieleśnieniem śmierci. Wielkie oczy owczarka podhalańskiego gasnąco wpatrzone w moje zrozpaczone spojrzenie i chłodna cisza kliniki... To wszystko jest tak bardzo trudne. I jeżeli nawet rozum mówi,iż podjęłam słuszną decyzję to jednak muszę z nią żyć w bólu i pewnej niepewności serca. Nie mogę sobie wyobrazić podobnej sytuacji z moimi bliskimi. Mądra eutanazja staje się w moich myślach zwykłym zadawaniem śmierci. I dzisiaj już nie umiem zdecydowanie twierdzić,iż prawo powinno pozwalać na świadome odbieranie życia.

Żałoba to moment kiedy serce wypełnia się straszną tęsknotą. Jest dla mnie prawie nie do zniesienia. Niemoc jaką odczuwam w momencie jej nadejścia przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu. Nie ma znaczenia człowiek, pies - kochasz i tracisz bezpowrotnie to co kochasz. Wiem,że życie popchnie mnie w swój wir. Dom, rodzina, dzieci... Codzienność wycisza rozpacz duszy. Pamięć o tych co odeszli na zawsze pozostaje z nutą żalu i ta niezgoda na śmierć i rozpętana burza wątpliwości...

Francja, jak i wiele krajów prędzej czy później będzie musiała zadać sobie pytanie. Jak sobie radzić z życiem które nie chce żyć a wciąż jest podtrzymywane dzięki wspaniałym odkryciom medycyny? Co jest słuszne? Co zgodne z humanizmem, co z Bogiem? Gdzie w tym wszystkim serce a gdzie rozum? Nie wystarczy bowiem udawać, że śmierć jest ale tak gdzieś za parawanem życia. Nie da się ukryć tego co każdy z nas zna i dozna w przyszłości.

poniedziałek, 08 stycznia 2007
Zły początek mojego roku

Bardzo wiele osób tu do mnie zgląda. Wynika to ze statystyk i nowych wpisów. Witam i proszę o cierpliwość.Za kilka dni pojawią się pewnie nowe notki, zdjęcia. Wybaczcie jednak,że nic się nie dzieje teraz. W sobotę w moich ramionach zmarła moja trzysnastoletnia psinka. Emigrantka jak ja - nasza podhalanka. Jestem bardzo nieszczęśliwa. Straciłam kogoś bardzo dla mnie ważnego. Gadałyśmy w tym samym języku - bez słowa. Nie potrafię teraz już nic stworzyć ani napisać czegokolwiek interesującego o Francji. Wybaczcie tę niemoc blogową proszę. (W odpowiedzi na pytanie: zdjęcia robię aparatem nikonD70s. Cieszę się,że się podobają.) Pozdrawiam wszystkich bardzo ciepło i wsłuchana w strasznie głośną ciszę domową wracam do wspomnień, kiedy było mi i mojej rodzinie tak dobrze z moją najwierniejszą z przyjaciółek - Misią.

  

czwartek, 04 stycznia 2007
Muzyka we Francji

Moja historia z muzyką francuską zaczęła się w latach 70tych. Kiedy mój tata puszczał ze swojego magnetofonu szpulowego piosenkę Claude'a Francois rozmawiającego z jakimś dzieckiem. Wsłuchana w ciepło piosenkarza i skowronkowe słowa malucha imitowałam zasłyszane sylaby. Robiłam to tak dobrze, że wiele osób myślało, iż naprawdę znam świetnie francuski. Potem echem po domu niosły się piosenki Dalidy, Gilbert'a Becaud, Dassin, Aznavour'a i wielu wielu innych.  Moi rodzice słuchali praktycznie wszystkiego co docierało z Francji. Jako licealistka żmichowszczanka rozpoczęłam drugi etap edukacji muzycznej. Brassens, Brel, Leo Ferre, Gainsbourg stali się moimi idolami. W week-endy słuchałam "Pod dachami Paryża" w radiowej trójce. Dzięki czemu kształtowałam swoją wiedzę na temat muzyki nazwijmy to współczesno-nowoczesnej. Jako studentka w Belgii uległam totalnej "indoktrynacji" a kiedy zjawiłam się we Francji na stałe już nic nie było mi obce. Nie będę opisywać konkretnie jakich artystów lubię, bo lubię słuchać wszystkiego prawie co wygrane i wyśpiewane we Francji i po francusku. Ponieważ uważam, że jest to język najpiękniejszy na świecie muzyka tym bardziej wydaje się być mu łaskawa.

Francja od kiedy śpiew istnieje była krajem bogactwa dźwięków i melodii. I tak pozostało do dzisiaj. Starzy i młodzi twórcy zalewają rynek coraz to nowymi płytami. Poziom moim skromnym zdaniem jest wciąż bardzo wysoki. Wielobarwność stylu, melodyki, oddziaływanie orientalnych kultur, jak i napływ kanadyjskich artystów o wysokiej skali głosu sprawiają, iż prawie w ogóle nie słucham anglosaksońskich piosenek. Do tego jestem pełna podziwu dla Francuzów którzy bez względu na wiek słuchają i potrafią się bawić przy każdej muzyce jaka została stworzona we Francji. Tak więc młodzi tańczą przy piosenkach z lat 70tych Claude'a Francois a wiekowi podrygują przy śpiewie Obispo czy Garou. Nikogo nic nie dziwi. Nie ma dyskryminacji pokoleniowej.

Porównując z Polską to niestety możemy tylko pozazdrości tej muzycznej radości życia Francuzom. I nie wiem czy jest to związane z faktem iż oni tak w ogóle są wesołym narodem czy może dlatego, że tylu wspaniałych artystów dają światu.

Często słyszę zarzuty, iż we Francji słucha się wyłącznie ich własnych piosenek. A ja powiem i bardzo dobrze! Bo nie dość, że są ładne to jeszcze trwają wiecznie bez obłażenia w pajęczyny. Do tego dochodzi coś co fascynuje mnie od jakiegoś czasu. Narodziny nowego stylu jakim jest slam. To taki styl recytowania nowoczesnej poezji z biednych przedmieść wielkich metropolii przy udziale muzyki. Nie ma to z rapem wiele wspólnego. Teksty są piękne, często nostalgiczne i niewulgarne. Pozbawione agresji refleksje nad życiem, społeczeństwem i człowiekiem recytują młodzi ludzie w dresach. Spokojnie wołają o pomoc żeby nie utonąć w oceanie bezmyślności. Myślę nawet o napisaniu polskiej wersji takich slamowych piosenek. Zwłaszcza, że dowiedziałam się o istnieniu podobnego stylu w Polsce.

Dużym zaskoczeniem dla niejednego cudzoziemca jest chyba Rai. Są to piosenki śpiewane przez piosenkarzy arabskiego pochodzenia ale w rytmach zeuropejzowanego orientu. I tu też Francuzi oskarżani często o rasizm bawią się z uśmiechem na ustach przy zawodzeniach algierskich czy marokańskich artystów. Nikomu nie przeszkadza czy Francuz który śpiewa to emigrant czy nie. Po prostu tańczą i cieszą się każdą nutą. 

Słowem - kraj Galów jest ziemią kochania miłości ale i miłości do muzyki. A wszystko na bardzo dobrym poziomie, o wysokim profesjonaliźmie i radości twórczej. Gorąco zatem namiawiam wszystkich którzy może jeszcze nie znają, do zaglądania na półki z francuskimi płytami. Może zakochają się tak jak ja, a może odkryją jak kochać potrafią Francuzi - i to nie tylko muzykę.

   

Nowy rok na wesoło

.

Eliot - Pod choinkę od Świętego Mikołaja dostaliśmy samochody na pilota i modliny, to znaczy biblię dla dzieci. Bardzo ciekawe. Już mama mi czyta i tylko nie wiem w którym dniu Bóg stworzył domy.

Armand - i..i..i..jeście skajbonkę na piano i jeście ... no zapomniaaałem. A w ogóle chcię latać jak ptasiek. Wysoko, wysoko i lubię juś ciekoladę...bo jeście nie lubiłem.

Eliot - A gdybyśmy byli Bukami?

ja -  Troszkę jesteśmy. Każdy z nas ma coś z Boga. Stworzono nas na Jego podobieństwo przecież.

Armand - no to ja chcię latać jak ptasiek.