Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
wtorek, 21 czerwca 2016
Margot
.
Czarny, jak smoła kogut budził każdego dnia całe gospodarstwo rozdzierającym pianiem. Pomarańczowy ogon prężył przy tym dumnie i przebierał nóżkami na kupie gnojówki. Margot otworzyła okiennice. Ciężkie drewniane skrzydła uderzyły głucho w ścianę. Wychyliła się i zblokowała je małymi, żelaznymi główkami w filuternych kapelusikach. Zapadki posłusznie obsunęły się pozostając na straży otwartego okna.
Kogut darł się w niebogłosy. Dziewczyna uśmiechnęła się do różowo kwitnących drzew, jakich korony rozciągały się wzdłuż okalającej domostwo alei. Było przyjemnie ciepłem dobrze rozbudzonej wiosny. Słońce powoli, ospale wdrapywało się do góry . Długie, poranne promienie przeciskały się przez gałęzie drzew, krzaki, zalewały bogato kwitnący ogród.
Król drobiu zdawał się wkładać całą swoją duszę w coraz bardziej ochrypłe pianie. Nie chciał nawet przez chwilę zawiesić porannego wołania. Margot zaczęła odliczać. Wiedziała, że nim dojdzie do trzydziestu kogut straci głos. W godnym milczeniu będzie trwał aż do następnego dnia. Potrzebował całej doby żeby odbudować możliwości wokalne swoich strun głosowych.
Dwadzieścia dwa, trzy, czte.. Koniec. Głos zawiesił się i kogut zamilkł, pozostając dumnie z pazurami w gnoju. Wtedy , jak zwykle każdego ranka wyskakiwały na podwórze kury. Przytulnym gdakaniem przejmowały władzę nad całością, nic sobie nie robiąc z czarnego jegomościa, z patetycznie pomarańczowym ogonem.
Margot od wielu dni obserwowała ptasi rytuał. W mieście nigdy nie spotkała kury inaczej , jak w lodówce, w plastikowych foremkach, albo już zarumienione z rożna na co wtorkowym rynku. Odepchnęła od siebie te wizję. Nie byłą wegetarianką, ale w kontakcie z czarnym monarchą i plotkującymi kumoszkami, nie lubiła myśleć o tym, gdzie może skończyć ta urocza rodzinka.
Odetchnęła lekkim podmuchem porannego wiatru. Narzuciła szlafrok i pobiegła do kuchni. Urwała kawałek bułki, wystającej z podłużnej torby na pieczywo. Wyciągnęła z szafki duży słoik miodu. Gorąca kawa już była zrobiona w dzbanku. Ktoś wstał wcześniej, ktoś już był tu przed nią.
Długi nóż z wygrawerowaną pszczołą utoną w słoiku. Margot czuła jak żołądek zaciska się jej z głodu, a może i z łakomstwa, na widok złotej, pachnącej słodko masy. Porcelanowy kubek szybko rozgrzał się od parującej kawy. Dziewczyna powoli rozsmarowała masło i tworząc łódeczkę z kawałka chrupiącej bułki wypełniła ją miodem.
Zamknęła oczy gdy wkładała sobie w usta ten poranny przysmak. Jeszcze kilka łyków kawy i wiedziała, że dzień będzie udany.
      
poniedziałek, 20 czerwca 2016
...a życie toczy się dalej
Minęło wiele miesięcy od ostatniego wpisu. Szok, jaki wywołał u mnie atak terrorystyczny w Paryżu zmienił moje życie. Ograniczyłam do stricte minimum wyjście do miasta. Nie jestem, już wolnym człowiekiem. Francuzi z niezwykłą lekkością przeszli do codzienności jakby nic się nie stało. Ot, takie czasy, tłumaczą. Nic nie robią sobie z tego, że nie ma tygodnia , żeby gdzieś na świecie ktoś kogoś nie zabił z powodu religijnego szaleństwa.
Lyon, obiektywnie spokojne, piękne miasto wydaje mi się teraz pełne zagrożeń. Nie siadam nigdy w restauracjach na tarasie. W ogóle od listopada byłam tylko trzy razy na kolacji w mieście.
Podobnie mam z zakupami. Kupuję przez internet wszystko, poza żywnością . Jedzenie i to, co potrzebne na co dzień kupuję szybko i nie łażę po supermarketach. Ilość kobiet w hijabach, czyli arabskich ubraniach islamskich , z każdym dniem się zwiększa. Jest ich bardzo, bardzo dużo. W niektórych sklepach, zwłaszcza Lidlu jestem czasami jedyną bez chustki na głowie.
Odnoszę wrażenie, że ataki terrorystyczne dodają skrzydeł populacji muzułmańskiej. Nie zmienia się jej zachowanie. Nie robią nikomu nic złego. Podkreślają jednak ich inność. Mówią głośno po arabsku, noszą orientalne ubrania. Znam stewardessy , które po pracy ubierają się w czadory i tak chodzą po ulicy.
Tymczasem ja, po prostu boje się młodych orientalnych twarzy, bo nie wiem , co się za nimi kryje. Od listopada był już atak w Zaventem,  Brukseli, ostatnio zabito młode małżeństwo policjantów. Nie wiadomo dlaczego i jak daleko uda się nas wszystkich wystraszyć, zdominować?
Poza tym życie toczy się dalej.
Mieszkając poza miastem, wśród winnic i sadów , robić można zakupy na pobliskich rynkach. Właściwie jeśli wyłączyłabym tv i radio, bez gazet i aktualności w necie, spokojnie można żyć we Francji bez strachu przed terroryzmem, bez znoszenia chronicznych strajków, wojny związkowców z rządem i innych cudów tutejszego świata. Właściwie można nie chodzić do teatru, na koncerty, na wystawy. Można żyć daleko od obcych ludzi i zupełnie olewać ewentualność kolejnej tragedii.
Więc życie toczy się dalej.
Zima była ciepła. Wiosna beznadziejnie zimna. Od 5 maja do dziś było 29 dni deszczowych, co jest rekordem od 1924 roku.
- Takich rzeczy się nie robi na południu Francji! - krzyczałam każdego dnia ze złością patrząc w niebo. Aż wczoraj , pewna znajoma przypomniała mi, że to znak. Że przecież wszystko wskazuje na to, że powinnam pisać. A zatem piszę. Każdego dnia po trochu, tu na blogu. Aż się rozpiszę na dobre i skończę też książkę "Oddech". Jest już prawie napisana. Ale był terroryzm, strach, żal, i największy wróg każdego pisarza - lenistwo. To lenistwo pisarskie zaleczałam sobie facebookiem. A teraz już nie ma odwrotu, bo Aldona mi wytknęła , że przecież muszę pisać.
Palce stukają powoli w klawiaturę. Z pisaniem jest jak ze sportem. Na początku wszystko boli, ale z każdym, nowym słowem pojawia się nowa myśl i z każdą myślą , nowe słowo. Dobrze, że są tacy ludzie, którzy budzą innych z letargu.
Zwłaszcza, że życie toczy się ...dalej...  szybko toczy się...  
11:17, fabella
Link Komentarze (11) »
wtorek, 01 grudnia 2015
Trup w stylowej szafie
..
Minęły dwa tygodnie od ostatniej akcji islamskich terrorystów w Paryżu. Zaczęły się dwa tygodnie konferencji klimatycznej też w Paryżu. Zawrotne tempo życia i umierania w tym mieście zawsze budziło we mnie jak najgorsze wrażenia. Nigdy nie czułam się tam dobrze. Mieszkałam w niej przez jakiś czas i dobrze znam stolicę Francji, ale nie chciałam budować tam domu. I jak tylko było to możliwe, uciekłam z mężem i dziećmi na Południe.
W Paryżu nie odpowiadała mi wilgotna, deszczowa pogoda. Nie lubiłam ogromnej ilości ludzi. Milionów turystów. Mieszkańców o pochodzeniu każdym i coraz mniej paryskim. Męczyły mnie odległości i pokonywanie ich w niekończących się korkach, albo brudnym, nieprzyjemnym metrze. Oburzały mnie nieprzystępne ceny za mieszkanie, astronomiczne wprost czynsze. Robienie codziennych zakupów było dla mnie męką, z powodu zbyt dużej ilości klientów, zbyt małej ilości miejsc parkingowych. Nawet życie kulturowe, wystawy, koncerty pozbawione były przyjemności, przez ciągłą walkę o wejście do przepełnionych od przyjezdnych miejsc.
Dla większości ludzi, Paryż to Francja. Stolica świata. Ba, mekka luksusu, najświetniejszej historii sztuki, urbanistycznego piękna. To tu był król i tu ścięto mu głowę. I tylko tu, możesz zjeść ostrygi z szampanem, siedząc przy marmurowym stole na chodniku o dwunastej w nocy! Paryż to och i ach! Stolica wszystkich stolic! No i te witryny, sklepy, galerie... 
A ja, ja jestem dziwna i nie lubię.
Paryż, to Francja?!
Nie, Paryż, to też Francja!
Bo Francja wcale nie utożsamia się na codzień z Paryżem. Na przykład dzień po ataku terrorystycznym 13.11, w Lyonie miasto aż huczało od ulicznej muzyki, radości i zakupowego ferworu. Świeczki pod merostwem, kwiaty ale w oczach ludzi ani smutek , ani żal. W sklepach muzyka, w kawiarniach i restauracjach tłumy. Paryski kataklizm nie wstrząsną prowincją. Zasmucił, ale bez przesady.
 Oczywiście każdy Francuz jest dumny z Wieży Eiffla, Pól Elizejskich i całej masy wspaniałych paryskich miejsc i budowli. Nie znaczy to jednak, że wszyscy Francuzi żyją tak samo, jak Paryżanie. Prowincjonalni Francuzi żyją nawet zupełnie inaczej, jak ci w stolicy. Po pierwsze z pewnością spokojniej i chyba dużo bardziej po francusku. Mają dużo większe domy, mieszkania. Mają większy dostęp do dobrego jedzenia, za przystępne ceny. Mają dobre szkoły i więcej miejsc w świetnie wyposażonych szpitalach. Nie muszą jeździć godzinami pod ziemią, żeby dojechać do pracy, szkoły, czy żeby zrobić zakupy. Prowincjusze mają ogólnie dużo więcej czasu na przyjemności. A przecież każdy uczciwy Francuz najbardziej lubi to ostatnie. Obowiązki, praca...? Ach nie, to nigdy nie było kwintesencją życia we Francji.
Jeśli przez całe wieki bogaci Francuzi żyli sobie z wojen, a feudalnie z chłopów i mieszczan, to już nie dało się tak samo po 1789 roku. Nareszcie Francuzi z najniższej półki też mogli żyć inaczej. Żeby większość, poczuła się tak, jak uprzywilejowana mniejszość rozwinięto kolonializm! To był świetny pomysł na to, żeby wszyscy Francuzi mogli funkcjonować tak,  jak przez całe wieki żyli tylko nieliczni, albo przynajmniej mieć takie poczucie.  
Jest jakiś powód, dlaczego jedne kraje kolonizowały, a inne mniej, lub wcale. Może jest to chroniczny kompleks wyższości, a może inne, moralne paskudztwo? Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Francuzi polubili kolonialne "zabawki" podobnie, jak Brytyjczycy. 
Z tą różnicą, że Francuzi, wmówili sobie, że w ramach wolności, równości i braterstwa, nieśli światło ciemnym z nieświadomości ludom, a to, że musiały one pracować na te ich ideały, po prostu przemilczano. 
Przez ponad dwieście lat na wszystkich kontynentach panoszyli się francuscy kolonizatorzy, traktując wszystkich zniewolonych ludzi, jak gorszą część rasy ludzkiej. Kolonie nie przynosiły dużych pieniędzy. Kosztowały dość dużo, bo zaprowadzano styl życia nie przystający do warunków i mentalności lokalnej. Kolonie dawały Francji ogromną siłę roboczą, bogactwa naturalne i zwłaszcza samozadowolenie francuskich panów. Pewnie trwałoby to jeszcze długo, ale przyszła wielka wojna, i wszystkim facetom skręcono we Francji kręgosłup. 
Z wielkiej nacji już nigdy nie odrodził się wielki naród. Kobiety spaliły staniki, założyły spodnie, bo ktoś musiał trzymać całą tę schorowaną chałupę w garści. Kolonie nadal podtrzymywały w narodzie świadomość mocarskości. No i przyszła druga wojna, i honor szlag trafił... Ale na szczęście zdolny, mądry generał, jakiś ostatni ocalały wielki Francuz, odwinął kota ogonem i ze wstydu, zrobił czwartego bohatera. I niech ktoś by się odważył powiedzieć inaczej!
Wuj Sam sfinansował cudownie powojenne, francuskie odrodzenie. Wuj Sam wiedział, co robi, bo tylko stabilny Zachód, z silnym, największym krajem Europy, mógł zatrzymać imperialistyczny apetyt sowieckiego barbarzyńcy. Francuzi nie odrzucili okazji i znowu uwierzyli, że są wielcy, mimo wykruszania się kolonialnego charakteru państwa.
Jeszcze czterdzieści lat temu, po raz ostatni, skorzystali z kolonialnych innowacji. Ściągnęli sobie tanią siłę roboczą z północnej Afryki i jakby na deser, podkręcili ekonomiczny licznik. Mądrze zainwestowali w atom, wymyślili cuda techniki i zajęli się odbudowywaniem HONORU. Drogą do tego ostatniego miał być francuski socjalizm. Cóż, kolonialne przygody stały się bardzo demode, a ciemne ludy chciały żyć po swojemu. 
I się prawie wszystko udało...
Świat uwierzył, i nawet Francuzi uwierzyli, że Francja jest znowu mocarstwem ekonomicznym, mimo, że oddała wielkodusznie wolność innym okupowanym przez wieki narodom. Ta nowa, socjalistyczna Francja Mitteranda, to miał być nowy raj, gdzie nie trzeba dużo pracować, a się żyło dostatnio. Miejscem, gdzie były niewolnik, stał się wolny i szczęśliwy. No prawie, prawie szczęśliwy. Tym zająć się miała daleka przyszłość.
Ta przyszłość, to jest dzisiaj. XXI wieczna Francja nie jest zupełnie taka różowa. Byłe kolonie dają jeszcze skarby naturalne, ale nie za darmo. Teraz chcą opieki militarnej, finansowej, domagają się spłaty moralnego długu i wysyłają do Francji tłumy niewykształconej biedoty. Tymczasem nad Sekwaną pracować trzeba samemu, bez niewolników i to bardzo dużo, żeby żyć dość dobrze. Nie pracując wcale, też jednak można mieć dach nad głową, a nawet samochód i opiekę zdrowotną, i naukę za darmo.  Pracując niewiele, w sektorze państwowym, da się żyć nieźle, czasami nawet dobrze. Bez frykasów, ale tylko kilkanaście godzin tygodniowo i bez ryzyka utraty pracy. No i pełno, pełno mają wszyscy wakacji, co czyni powszechne dobro. Ani to komunizm, ani liberalizm. Taki socjalistyczny kapitalizm po francusku. Nie wiadomo do czego to porównać. Niby żyje się dobrze. Niby ciągle w mocarstwie. A jednak wszyscy narzekają. A na dodatek, nie wiadomo skąd pojawił się ten brzydki, islamski terroryzm!
I Francuzi już nic nie rozumieją! Bo od czasów Mitteranda miało być inaczej!
Wciąż nie wiadomo dlaczego, nagle, ktoś zabija Francuzów w ich własnym kraju? Tak po prostu w imię jakiegoś obcego boga. Francuzi nawet nie rozumieją skąd się on wziął, ten ktoś, ten morderca?
A przecież ten ktoś, to zupełnie znany, francuski postkolonialny dzieciak, który właśnie urósł i coś musi z sobą zrobić. Nie wystarczy mu płacenie za "bezpracę". Nie wystarczy mu, że dziś jest takim samym Francuzem, jak ci, co kiedyś byli lepszymi Francuzami. Nie wystarczy mu, że ma własnych ministrów. Że cały system nagina się, żeby utrzymać go w życiu bez obowiązków. Że ma nowy telewizor za dodatek socjalny, i że nikt od niego absolutnie niczego nie wymaga i tylko daje, daje, daje. No może nie bogactwo, ale jednak życie za darmo!... Ten dorosły postkolonialny dzieciak chce czegoś więcej i postanowił, że zabije to, co mu przeszkadza w tym planie - zniszczy młodego, wolnego, beztroskiego Francuza!  Tak to sobie wykombinował!
Ale dlaczego? Czego można chcieć więcej?
Przecież Francuzi naprawili już wszystkie grzechy kolonialne socjalizmem i gościnnością! Przynajmniej tak to widzą. Nie przestrzegają nawet własnego prawa, i pozwalają wszelakim, kryminalistom żyć poza kryminałem. Zdejmują z nich nawet odpowiedzialność za niecne czyny, w imię sprawiedliwości społecznej i walki z rasizmem. 
Dlaczego, mimo tego całego "dobra", które nań spływa, ten ktoś, ten postkolonialny wyrostek, teraz ich nie lubi, i zabija? Przecież zaakceptowali nawet jego inny, afrykański styl życia, i wymogi jego orientalnej kultury, i nową tradycję zaakceptowali, i nawet zmienili program szkolny, żeby poczuł się integralną częścią historii Francji! Zamknęły się nawet feministki na rzecz przykrytych bogobojnie włosów. Czego on więcej chce ten arabski terrorysta?!
  
A może to jest jak z sekretem rodzinnym? Czasami pokolenia z nim żyją, ale nikt, nic nie mówi. I nagle wypływa taki trup z przeszłości, nie wiadomo kiedy i dlaczego? I rodzina musi sobie z nim radzić. Ten trup śmierdzi kłamstwem i cała prawda musi być o nim powiedziana. Ten trup musi mieć nawet tablicę z imieniem i nazwiskiem, i postawiony grób. On domaga się, żeby o nim mówić, wreszcie odkryć całą prawdę o tym, dlaczego stał się trupem. Sekrety rodzinne tracą na sile, gdy przestają być sekretami. Wtedy dopiero można żyć dalej i budować przyszłość. Ale czasami jest zbyt późno i cała rodzina się rozpada. 
 
Tak samo jest z tym postkolonialnym wykwitem, jaki mają dziś Francuzi u siebie. Udawano przez lata, przez całe pokolenia, że wszyscy obywatele we Francji są tacy sami, że nic takiego strasznego się nie stało w przeszłości. Udawano na temat życia w koloniach, jak i nawet na temat wojny w Algierii. Prawie 10 lat ukrywanych okrucieństw zaledwie niecałe pół wieku temu. Udawano, nawet wtedy, gdy wielki generał "wspaniałomyślnie" rozbroił francusko-arabskich żołnierzy - Harki i zabrał tyłek w trok. Och jak świat podziwiał go za tę algierską wolność. Nikt do dzisiaj nie odważy się krytykować wielkiego dowódcy. Niewielu przyznaje, że pozostawił oddanych mu i Francji Harki na pastwę chorych z nienawiści algierskich rodaków. 4500 ludzi zginęło!
Wyrżnięci zostali, co do jednego, uznani za zdrajców wolnej Algierii. Nikt o tym nie chciał wiedzieć w nowoczesnej, demokratycznej Republice. Ale ich dzieci przeżyły i przyjechały do Francji. Opowiadają do dzisiaj, jak ich ojcowie, wujowie, zostali potraktowani przez francuskiego generała. Te wspomnienia są jak ręce, nogi tego rodzinnego trupa, co ciągle uparcie wypływa.
Zamiast przyznać się do bolesnej, historycznej prawdy, chciano zadośćuczynić socjalizmem. Zamiast spojrzeć historii prosto w oczy, wymyślano różne banialuki. Bezkarnie pozwolono od lat na osiedlenie się we Francji , coraz większej ilości niewykształconych Afrykanów, tak w ramach pomocy byłym koloniom. Od pół wieku wmawia się Francuzom, że tradycje, religie, języki, to wszystko, to nic nie warte bzdury. W ten sposób liczono na cudowne załatwienie historycznych błędów i wierzono, że wszyscy to łykną. Nie łyknęli.
 
Wymyślono również, że liczy się tylko Republika, jak magiczny amulet, chroniący wszystkich od najgorszych sekretów rodzinnych. Liczono, że Francuzi staną się bardziej Arabami, a Arabowie Francuzami. I tak miał stać się cud. Nie stał się. 
Republika i jej wartości okazały się raczej pułapką w tym francuskim scenariuszu. Bo każdy rozumie wolność, równość i braterstwo inaczej. Trochę tak, jak w trylogii Kieślowskiego.
    Bo ktoś, kto widział, przez całe dzieciństwo, własną arabską matkę, jak niewolnicę arabskiego ojca, inaczej rozumie, co to znaczy wolność. Jego percepcja wolności jest po prostu inna, jak u kogoś , kto wychował się w europejskiej rodzinie, gdzie matka i ojciec są sobie równi.
    Bo ktoś, kto od dzieciństwa słyszał, jak jego francusko afrykański ojciec był traktowany niewolniczo w przeszłości, przez francuskiego Francuza, inaczej postrzega słowo- równość. I miast ją rozumieć, zaczyna nienawidzić każdego Francuza.
     Bo ktoś, kto od dziecka widział niechęć do jego smagłej skóry i rodzimych zachowań inaczej rozumie braterstwo. Odczuwa całe kłamstwo sytuacji.
I tak postkolonialny rasizm i hipokryzja polityczna, wychowały postkolonialnego dzieciaka na dorosłego, jeszcze większego rasistę i prawdziwego oszołoma - terrorystę.
Ani nie był on wychowany po francusku, ani po arabsku. Ani nie dowiedział się prawdy, ani nie zrozumiał do końca kłamstwa. Nie zna i nie rozumie historii, nie należy ani do Francji, ani do Afryki skąd pochodzą jego rodzice.  Jest dziś dorosły, duży, dobrze odżywiony, kapryśny i chce jednego - własnego świata, w którym rządził będzie on i jego wszechmogący bóg. Ten świat, to ma być jego raj i ma podporządkować sobie wszystkie inne światy. Wierzy, że nareszcie będzie czuł się w nim dobrze. Dlatego postkolonialna dzicz zabija dzisiaj i terroryzuje nas wszystkich i nic jej nie powstrzyma, jeśli nie zrozumiemy skąd się wzięła i czym karmi własną nienawiść do nas.
Francuzi nie chcą zrozumieć tego, co wychowali na własnej piersi. Mimo ewidentnych faktów wciąż trzymają się iluzji. Wychodzą z założenia, że przecież od dawna już zrobiono wszystko, żeby ludzie z byłych kolonii poczuli się szczęśliwi. Najpierw, w latach siedemdziesiątych, dano im pracę, a potem zaproszono ich rodziny. A potem, jak już nie było pracy, to dano im wynagrodzenie za "bezpracę" tak, żeby tylko nie czuli się odrzuceni. Postawiono pomniki przypominające ból niewolnictwa. Robi się trochę filmów. Poza tym od lat wpycha się wszystkim, że jesteśmy absolutnie tacy sami! Że wszyscy myślą, robią, i wyglądają tak samo. Ci z tej kolonialnej, jak i ci z europejskiej Francji. Och powtarzam, powtarzam to samo, co wcześniej napisałam, tak jak Francuzi powtarzają w kółko to samo.
Jedno wielkie kłamstwo!!!!!
Każdy człowiek widzi, że biały jest biały, a czarny to czarny , a metys trochę biały i trochę czarny. Każdy człowiek wie, że są sprawy, których nie da się naprawić. Można jednak je zaakceptować, jeśli o nich się mówi szczerze, rozumie, uczy i zmusza do patrzenia w przyszłość.
Każdy wie, że nie każdego boga da się pogodzić z innym bogiem. I że kuskus, nigdy nie będzie kogutem w winie!
 
Ale Francuzi trwają w politycznym delirium i chcą wierzyć, że jest inaczej i odrzucają prawdę o postkolonialnym wyrzutku, który im się wysunął spod kontroli. Nie rozumieją czemu ich tak serdecznie nienawidzi, opłakują paryskie ofiary i z dumą patrzą na własnego wodza, który toczy wojnę z islamem. Ciągle wymyślają jakieś nowe scenariusze, zamiast zadbać o przestrzeganie prawa, zamiast wziąć się za wszystkie sekrety rodzinne i poukrywane w szafach rzeźbionych śmierdzące trupy. Ciągle prowadzą socjalistyczne leczenie narodowego honoru, utrzymując kolejne pokolenia w beztroskim poczuciu własnego dobra.
Tymczasem coraz więcej nieafrykańskich Francuzów patrzy z niechęcią i strachem na afrykańskich Francuzów. Coraz większą niechęć afrykańscy Francuzi odczuwają do reszty świata. Żniwo zbiera ortodoksyjna sekta. Coraz bardziej rozpada się społeczeństwo francuskie, bo multi-kulti nie wychodzi nikomu na dobre.
Francuzi prędzej czy później będą musieli nauczyć się razem żyć, bo przy tak ogromnej ilości afrykańskiej ludności, jaka zamieszkuje Francję nie da się inaczej. Ta ludność będzie musiała się zeuropeizować, albo zdominuje resztę. Na razie przeżywamy ten ostatni scenariusz.  
  
Dzisiaj ewidentną sprawą jest, że nie wszyscy francuscy Arabowie są terrorystami. Osobiście znam mnóstwo uczciwych, pracujących ludzi, o zdrowym podejściu do życia, tradycji i religii. Ale prawdą jest, że całe dzielnice francuskich miast, zamieszkiwane są przez postkolonialne twory, zradykalizowanych religijnie ludzi o pustych mózgach, i to też, a nawet zwłaszcza są Arabowie.
Państwo musi poradzić sobie z tą sytuacją.  Miast wmawiać opinii publicznej, że zło jest daleko i tam trzeba zrzucać bomby, musi być zaprowadzony porządek i respektowane prawo. Po to by nikt się nie bał i nie nienawidził .
Dzisiaj Francuzi powinni w sposób uczciwy mówić o własnych grzechach, a nie zapychać mózgi socjalistycznymi podarkami. Dzisiaj trzeba tłumaczyć jedni drugim, że Francja to kraj kobiet, mężczyzn sobie równych, a nie jakiś średniowieczny relikt. I zwłaszcza bezwzględnie wymagać tej równości płci wszędzie, na każdym kroku. Dzisiaj trzeba będzie nauczyć się akceptować, że Francja, która miała kolonie gdzieś, ma te kolonie teraz u siebie i musi zagwarantować wszystkim te same prawa i obowiązki.
Im więcej bomb francuskich spadnie na dalekie ziemie, tym głośniejszy będzie krzyk trupa w szafie. Po prostu dlatego, że w świadomości bardzo wielu ciągle żyje niesprawiedliwość kolonialnej przemocy.
W Paryżu zginęli ludzie zabici przez nienawiść i prymitywne postrzeganie świata. Rządy europejskie, francuski prezydent ciągle opowiada banialuki zamiast zmieniać bieg historii. A szafa aż trzeszczy!  
 
 
 
wtorek, 24 listopada 2015
Wolność z widelcem na barykadach
.
Wiele lat temu, w ramach potwierdzania mojej nowo dojrzałej dorosłości, postanowiłam się opalać w toplesie na basenie Warszawianka. Wzbudziłam tym ogromne poruszenie. Młody biust, ładny biust, ale nie to było powodem całego zajścia. Chodziło zwłaszcza o goliznę. Jak można tak bezwstydnie się odkrywać? Bo przecież wartości! Bo przecież kobiecie nie wypada!  
Mimo to, nikt mi nie zabronił dalej się opalać bez stanika. Jedni podglądali, inni uznali, że to moja sprawa, ktoś skrytykował, nawet wielu ktosiów. 
Nie czyniłam tego ani z potrzeby ekshibicjonizmu, ani z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Był to mój osobisty krok ku wolności. Wyzwolenia się z seksualnej pruderii ówczesnego świata, peerelowskiej hipokryzji i zwłaszcza chęć pokazania, że kobiecie wolno to samo, co mężczyznom. 
Później, przez całe moje życie opiekowałam się moją wolnością rozumianą na różne sposoby. Raz, było to dbanie o moją polskość, pod każdym możliwym niebem, w każdym scenariuszu. Raz ślub, raz rozwód. Raz poświęcenie własnej kariery macierzyństwu. Raz praca , raz nie. A także zdejmowanie stanika, czy to na zapyziałej Warszawiance, czy rok później na nowojorskiej plaży. Tam jednak policja wyraźnie dała mi do zrozumienia, że goła wolność, to owszem, ale w playboyu. W rzeczywistości mogła mnie kosztować wystawieniem mandatu za 500 USD. Wolałam zrezygnować z opalonych piersi i uratować słuszną sumę. Szybko też wróciłam do Europy, gdzie nikt mnie nie stawiał pod sąd z powodu toplesu.
Idea wolności nie powinna sprowadzać się jednak do gołego biustu, ale w kontekście walki o każdy ukryty włos pod religijną chustką, moja plażowa nagość wydaje się niemalże aktem rewolucyjnym.
Na szczęście los pozwolił mi urodzić się w Polsce. Na szczęście, albo i nie. 
Z punktu widzenia emigracyjnego, sytuacja w ojczyźnie zmienia się w sposób drastyczny, ale takie są prawa demokracji. Z punktu widzenia polskiego, sytuacja francuska, to już jest sprawa śmiertelnego zagrożenia, a nie wyborów demokracji. Pytanie, czy Polacy dojrzeli do tej ostatniej? Jako Polka, która od 20 lat mieszka i płaci podatki poza Polską, powinnam się martwić i nie powinnam wypowiadać na tematy polskie. Jako Polka mieszkająca i płacąca podatki we Francji, powinnam się wypowiadać i z pewnością martwię się sytuacją francuską. Zwłaszcza jednak niepokoi mnie, co z moją wolnością?
O ile we Francji mogę głośno wyrażać opinie na ogólnie wszystkich interesujące dziś tematy, to jednak czynię to coraz mniej. Również na tym blogu. Dlaczego? Czyżbym mniej była odważna jak w wieku 18 lat?
Nie, nie mam problemu z odwagą, a raczej ze świadomością autentycznej , własnej bezradności wobec systemu w jakim żyję. I tak nic nie zmienię, niczego nie osiągnę, a wolności coraz mniej.
Nie chodzi nawet o zagrożenie islamskich terrorystów, których nie podejrzewam o czytanie blogów. Nie chodzi nawet o ekstremalnych katolików, którzy tępią od lat kobiety w toplesie. Chodzi raczej o przeświadczenie, że niezależnie od tego, co myślę i jak czynię, jestem zależna od systemu, który tylko udaje, że pozwala mi na moją wolność, a nie dba o przestrzeganie prawa. Jestem zależna od tego dziwnego systemu, decyzji urzędników, całej pajęczyny dogmatów, które w coraz bardziej dotkliwy sposób duszą mój świat wolności. Ze smutkiem dostrzegam jego powolne rujnowanie, niszczenie.
Najgorsza jest świadomość, że te moje wynurzenia, to są zwykłe banialuki w porównaniu z sytuacją wolności w innych częściach globu. Gdybym urodziła się w Rosji, albo w Arabii Saudyjskiej, to mogłabym się skarżyć na zniewolenie. Ale w Europie?
Ano myślę, że w Europie też dzieje się źle.
Oglądając zdjęcia z marszu niepodległości w Warszawie, zrobiło mi się nieprzyjemnie. Przecież bycie Polakiem, znaczyło dla mnie bycie człowiekiem wolnym, żyjącym ze słowem polskim w duszy i rozumie. A tu hasła "Polska dla Polaków", tudzież inne, przytaczać nie warto. Dla mnie wiadomo, że Polska jest od lat polska. Nie jestem w stanie zrozumieć bitwy o coś, co od dawna już jest osiągnięte. Zachód miał zawsze głęboko w poważaniu mój kraj i tak samo dzisiaj ma w poważaniu. A szkoda , bo zajęty terroryzmem i cywilizowaniem islamu, nie zauważa nawet, że właśnie wykluła się totalitarna, nacjonalistyczna kaczka.
To ostatnie zdanie spowoduje różne uczucia. Ci, co głosowali na Kukopis, pomyślą - głupia emigrantka z gołymi cycami, nic nie wie o tym, co się tu dzieje. Z pewnością jakaś zboczona lewicówka.
Ci, co głosowali na PO, albo Nowoczesną mogą pomyśleć, że mam rację, ale pewnie nie czuję tego wszystkiego do końca, bo nie mogę, bo jestem zbyt daleko, no i jeszcze ta goła sprawa z basenu...
A ci, co nie głosowali, mogą dojść do wniosku, że przecież to blog o Francji, więc co ja tu chrzanię o Polsce?
A tymczasem nawet goły król coraz bardziej goły!
Europejczycy mają dziś poważny problem. Ba, mają bardzo wiele, problemów. Jutro będą mieli jeszcze więcej, jeśli nie zaczną się zmieniać i racjonalnie myśleć bez zbędnych emocji. 
Od Polski wcale nie tak daleko do Francji! Jak to? Jak to? Nas Polaków chronią krzyże, a tam grasują dzikusy z Allahem i granatami! No i co z tego? Przecież krzyż, to jest obiekt tortur. Zrobiono z niego symbol chrześcijaństwa. Zawsze mnie to przerażało, że dwa skrzyżowane pale drewna, na których wieszano i zabijano ludzi stał się symbolem dobra i miłości. Przeraża do dzisiaj i nie powinno nikogo oburzać to, że tak straszna tortura nie jest uwielbiana przez kogoś, kto jest agnostykiem. Do wiary nie da się zmusić. Z wiarą jest podobnie jak z miłością, nie da się wymusić, kupić, przekonać. Jest albo nie jest. Nie można nawet zarzucić komuś, że wierzy lub nie, kocha lub nie. Te dwa stany myślowo-emocjonalne są w nas, albo ich nie ma. Jeżeli nie wierzę w Boga, to nie ma żadnej możliwości żeby mnie zmusić do wiary. Jeżeli nie kocham, to nie uda się wymusić miłości. Człowiek ma naturę krnąbrną. Lepiej pogodzić się z tym od razu. 
Niestety w Polsce, coraz więcej ludzi wyobraża sobie, że ten krzyż jest wartością nadrzędną i częścią składową polskości. Nie jest. Jestem Polką i nie lubię krzyża. Nie jestem przez to mniej Polką. Nikt nie może mnie pozbawić polskości z powodu niewiary. Nawet gdyby mi zabrał obywatelstwo, zawsze będę mówiła i myślała po polsku. Uważam, że błędną drogą jest mieszanie religijności z tożsamością narodową. Chcesz to praktykuj wiarę, nie chcesz, to nie. Jest to twój prywatny wybór i wolność.
Ach i znowu ta wolność.
A we Francji? Kiedy pod liońskimi szkołami widzę dziewczynki, które zaraz przy wyjściu na ulicę zakładają chustki i chowają pod nimi piękne włosy, w pierwszym momencie jestem poirytowana. Jednak francuskość, jaka mnie otacza, nakazuje mi tolerancję wobec wszystkich religii. Więc nic mi do tego, co te paroletnie dziewczynki robią.
Jednak będę nadal niezadowolona, bo religia jest sprawą intymną, a afiszowanie się intymnością we wszystkich miejscach publicznych jest w Europie zabronione. Mimo to, prawo europejskie udaje, że nie widzi tej ekshibicji religijnej i chustki są coraz bardziej widoczne. Tak liczne są tu we Francji, że z pewnością wielu Polaków nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jak bardzo! Podobnie jak krzyże w Polsce! Ich też jest coraz więcej i więcej, tylko, że już nikt sobie niczego nie musi wyobrażać.
Ktoś mógłby mi zarzucić, że przecież moją intymną golizną też się obnoszę, więc co tu się czepiam?
Jednak nie jest to takie proste, albowiem toples praktykuję wyłącznie na plaży, czy basenie, gdzie jest on dozwolony, a nie w każdym publicznym miejscu! Nie jestem femenką, ale plażową turystką. Tymczasem natrętna religijność jest dzisiaj powszechną manią bardzo wielu obywateli i nie ogranicza się wyłącznie do kościołów, meczetów i ich prywatnych domów! Napiera na mój agnostyczny świat wszędzie i nakazuje, domaga się akceptowania jej, ba, przestrzegania jej dogmatów!
Z czego to wszystko wynika? Zwłaszcza z nie aplikowania prawa! Udawania, systemowego oszukiwania w celu osiągania coraz większych przywilejów finansowych przez środowiska urzędniczo-państwowe. Naginane jest prawo do funkcjonowania demokracji, a nie demokracja, zależna od prawa.   
Myślę, że jest też inny powód niż korupcja państwowa. Ta obsesyjna religijność bierze się też z zapychania pustej czarnej dziury. W niebie też są takie dziury i nikt nie wie, co z nimi zrobić. Taka dziura wciąga, wchłania wszystko. Na początku nic nie wskazuje na ryzyko powstania takiej otchłani. Na początku jest gwiazda, która świeci, jest jasna i godna podziwu. A potem staje się hipernową , wybucha i zapada się. Trochę jak ludzka przesadna religijność. Wraz z tą ostatnią do głosu dochodzi jej młodszy brat - nacjonalizm. Ta zaraza, która w straszliwy sposób pozwoliła na rozkwit komunizmu i nazizmu.
Patrząc na marsz niepodległości wydał mi się rozpaczliwym domaganiem się ludzi o polskość. Z punktu widzenia emigranta, nie wiadomo o co chodzi. Bo przecież nikt Polakom nie zabiera ich polskości. Niosą sztandary, krzyczą, wyglądają jakby to było pospolite ruszenie. Zapomnieli, że to już nie ten czas, nie pora. Chciałoby się powiedzieć: ciemny ludu do książek! Naucz się, zobacz jak świat wygląda i wyglądał! Zrozumiesz wtedy, że nikt nie chce tej twojej białoczerwonej polskości ukraść. Wszyscy na świecie mają ją głęboko w poważaniu tę polskość. Więc zatrzymaj ją sobie i zacznij się wreszcie uczyć!
Niestety nie da się! Jak hipernowa wybucha, energia jest tak ogromna, że nic nie uratuje gwiazdy. Ze światła zapada się w ciemną dziurę. Tak właśnie wygląda polski marsz o posiadaną już niepodległość. Zapadanie się w czarną dziurę!
Do takiej samej czarnej otchłani ciągną teraz wiele krajów islamiści. Za wszelką cenę chcą je pogrążyć i im się to niestety udaje.
Co prawda minister sprawiedliwości Francji zachęca Paryżan i wszystkich Francuzów do walki z terroryzmem po przez zdecydowany powrót do restauracji. Podobno kontynuując restauracyjny styl życia można zwalczyć integryzm religijny. Wymyślono nawet hasło : Tous au bistro! (wszyscy do bistro!) Francuzi wezmą zatem szaleńców na widelce! Brzmi śmiesznie? 
Nie, to wcale nie jest śmieszne. 
Od dwóch lat ta sama minister wypuszcza tych, którzy są łapani przez policję za nie przestrzeganie prawa. Jednym z dogmatów francuskiej lewicy jest pogląd, że zbir nie jest zbirem, tylko ofiarą nierówności społecznej. Dzisiaj już nikt we Francji nie boi się ani policji, ani sądów. Obywatele muszą sobie radzić sami. I radzą sobie w dziwny sposób. Propaganda telewizyjna pokazuje każdego dnia rodziny zabitych paryskich ofiar, które opłakują i starają się godnie żyć dalej. Niektóre z francuskich sióstr, matek, braci, zdobywają się po chrześcijańskim pogrzebie na odwiedziny pobliskich meczetów. Publicznie manifestują w obronie cudzej islamskiej religii. "Bo to przecież nie wina wiary." powtarzają jak mantrę. Ich bliscy zginęli od terrorystów islamskich, a oni idą do muzułmanów i rozmawiają z nimi o tym, co się stało, poklepując po plecach pochylonych w modlitwie ludzi. Dziwny jest świat!- śpiewał kiedyś Niemen, dla tych , którzy jeszcze wiedzą kim był. Dziś śpiewa się słowa patrioty-polityka Kukiza " jak ja was kurwy nienawidzę", że zacytuję ze wstydem wielkim.
Ale we Francji jest inaczej. Przynajmniej na razie.  
Można się zachwycać, że humanizm i tolerancja ponad wszystko! A tymczasem nikt zdaje się nie zauważać, że właśnie kolejna hipernowa wybuchła i czarna dziura wciąga coraz mocniej kolejne ofiary i świat prawdziwej demokracji. Co teraz będzie dalej?
Nic. Absolutnie nic. Nie może być nic więcej w społeczeństwach coraz gorzej wykształconych. A tak właśnie postrzegam sytuację wszędzie w Europie. Gdzie słowo przemyślane, pisane, przeczytane przegrywa z grami wideo, serialami telewizyjnymi , które nic nie tłumaczą, niczego nie uczą. Nie może nic więcej się stać, jeżeli całe pokolenia bezmyślnością karmione są jak te barany co nic nie widzą tylko okrągłe dupska innych baranów. Aż refleksja nad światem zamienia się w histerię i ludzie zachowują się jak rozwrzeszczane przed lodziarnią dzieci.
 Wtedy miast myśleć, racjonalnie poszukiwać odpowiedzi na ciągle pojawiające się pytania, zaczyna się wiara w cuda. Wtedy nie naukowiec, ale święty ma nas wyleczyć z raka, Parkinsona. A jak się nie uda, to z pewnością jest to wina wroga. A tym wrogiem jest INNY!
Uwielbiam innych. Takich i śmakich. Uwielbiam innych i sama jestem inna. Uwielbiam inaczej myśleć, chodzić pod prąd ale według dobrze kreślonych przez prawo limitów. Nie potrzebuję oklejać domu polską flagą, żeby czuć się Polką. Nie potrzebuję śiewać co chwila Marsylianki ,żeby szanować państwo w jakim żyję. Moje dzieci też są Polakami i są też Francuzami. Znamy lepiej polski, jak niejeden z tym niepodległościowym sztandarem. Nie potrzebuję żadnych cudów, świętych. Wystarczy mi encyklopedia!
Uwielbiam INNYCH za ich inność, byle tylko mi nie narzucali ich inności. Mogą być czarni, biali, mogą być w plamki i nawet geje, i nawet ci, co się urodzili in vitro. Ci ostatni są moim zachwytem, że udało się ludzkości pójść tak daleko w rozwoju nauki, że może mieć dzieci, kochać je, nawet wtedy, gdy natura jest bezradna.
Zupełnie nie przeszkadzają mi lesbijki, że się całują , byle mnie nie całowały, bo ja wolę całować mojego męża. Niech się kochają jeśli chcą byle do siebie nie strzelali!
Ponadto nie wierzę w żadnego wroga. W krzakach, z lasów smoleńskich, nawet w tego w tych setkach łódek, co się pchają do Europy przez Morze Śródziemne. To wszystko, to nie są wrogowie, tylko ludzie, którzy kroczą do spokojnego życia za darmo i bez wojny. Tych INNYCH, też mogę zaakceptować pod warunkiem, że nikt nie będzie mi kazał utrzymywać ich inności, płacić na nią i jeszcze rozumieć ich orientalną wiarę, jaką przynoszą w tobołkach. Ta ostatnia, jak już się rozgości w socjalistycznej Europie, to potem wymaga akceptowania i przestrzegania ich wrażliwości religijnej. I własnej wolności nie uda mi obronić żadnym widelcem. I moja inność może być bardzo , ale to bardzo pogwałcona przez ich potrzeby.
Najgorsze jest to, że wszystko co się aktualnie dzieje ma to samo źródło - nieuctwo. Ze smutkiem patrzę na coraz gorsze nauczanie w szkołach i tu, i tam. Na coraz niższy poziom wiedzy wszelakiej i coraz większe zainteresowanie głupotami, papką internetowo-medialną i z przerażeniem dostrzegam rosnącą siłę wszelakich rycerzy świętej prawdy i wartości ponoć narodowych.
Aby jednak te czarne europejskie dziury nie wciągnęły mnie do końca, trzymam się kultury wszelakiej, książek i śledzę z zapałem wszystkie odkrycia naukowe, jakich na szczęście nie brak. Każdego dnia gotuję, nowe dania wymyślam, stare smaki praktykuję. Zgodnie z duchem francuskim - winem i bagietką blokuję zło, a kochaniem bliskich, dbałością o przyjaciół i poznawaniem INNYCH wypełniam każdą próżnię. Czego życzę wszystkim, zwłaszcza, że licho nie śpi, nawet pod sztandarami.     
12:44, fabella
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Słowik na topoli

Jeszcze nie ma słońca, jeszcze jest szaro i cała rodzina smacznie śpi, a ptaki za oknem już szaleją gotowe do rozpoczęcia dnia. Natura ma własne prawa, własny rytm niezależny od świata ludzi. Mieszkam pod Lyonem. Mam ogród, a w ogrodzie dużo kwiatów, krzewów i kilka dużych drzew. Mam też żywopłot wysoki na kilka metrów, który trochę chroni nasz świat przed spalinami i widokiem samochodów. Jesteśmy blisko miasta, ale już nie w mieście, trochę na wsi, ale wieś to nie jest. W moich wiecznie zielonych roślinach mieszkają sobie skrzydlaci. Głównie ptasia drobnica. Sikorki, rudziki, czyżyki i wiele innych gatunków. Kiedyś mieszkałam w Warszawie. Znałam głównie gołębie i wróble. Czasami w Łazienkach widziałam sikorki, kaczki i łabędzie. Nic nie wiedziałam o ptakach. Tylko tyle, co nauczono mnie na lekcjach biologii.

Odkąd mieszkam pod Lyonem obserwuję ptasie sprawy z zainteresowaniem i staram się trochę więcej o nich dowiedzieć. Wiem już, że pan kos jest czarny z pomarańczowym dziobem, a pani kosowa szara. Lubią wyszukiwać smakołyki na trawniku i wśród klombów, i w chruśniaku malinowym, co z roku na roku coraz większy. Pan kos codziennie wyśpiewuje serenady na najwyższym drzewie albo na dachu, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

Odkryłam również, że sikorek jest wiele rodzajów. Jedne są żółto niebieskie, inne czarno żółte, a jeszcze inne, mają zawdiackie czubki na głowie. Wszystkie przepadają za ziarnami słonecznika, które znajdują w naszym karmiku.

Bardzo ładne są żołto-zielone czyżyki i śpiewają trochę jak kanarki. Ich ulubionym miejscem są gałęzie przy oknach mojego synka, Armanda. Przyjemnie mu otwierać rano okiennice, bo nad głową ma te śpiewające maleństwa, a pod parapetem niebieskie hortensje i różowo białe róże.

Odwiedzają nas cały rok rudziki, ze specyficznym rdzawym żabotem. Pękate, jakby zbyt krągłe, z czarnymi jak koraliki oczkami. Podchodzą bardzo blisko w poszukiwaniu najmniejszych okruszków pod tarasowym stołem. Mają inteligentny błysk w czarnym spojrzeniu i śmiesznie przekręcają na bok główkę. 

Już trzeci rok z rzędu pod dachem zamieszkuje rodzina kopciuszków. Malutkie ptaszki z rudym ogonkiem, które mają przezabawnie skrzekliwy świergot, wychowują dzielnie swoje dzieci. Policzyłam trzy małe na gniazdo. Karmione są przez mamę i tatę wszelakimi owadami z częstotliwością zawrotną: robal do dzioba raz na trzy minuty! Praca to ogromna, bo dzieciaki budzą się z wschodem słońca i do wieczora są karmione bez wytchnienia. 

Najbardziej spektakularne ubranka mają szczygły. Przylatują do basenika z wodą rodzinnie, więc mogę się im dobrze przypatrzeć. Czerwone główki kontrastują z czarno żółtymi wypustkami na skrzydłach i białymi, masywnymi dziobami. Są bardzo głośne i łapczywie jedzą słonecznikowe ziarna, czym denerwują sikorki. Dochodzi czasami do gwałtowenj wymiany zdań, ale dość szybko sprawę rozwiązuje cień wielkiego drapieżnika, jaki czasami robi koła nad naszym ogrodem. 

Mimo, iż udaje mi się coraz lepiej rozpoznawać większość odwiedzających nas ptaków, nadal wiem o nich bardzo niewiele. Daję im  jeść, wypełniam wodą różne naczynia, które ustawiam pośród róż i lawendy. Rozpoznaję je po kolorach i ich mowie.  

W największym naszym żywopłocie mają swój dom gołębie grzywacze. Ich ciężki lot nie należy do finezyjnych wyczynów ptasiej rasy. Są natomiast bardzo troskliwe dla małych i bardzo rodzinne. Widzę jak trudno im utrzymać się na giętkich gałęziach wysokich iglaków. Ich gniazdo jest schowane w środku żywopłotu, więc karmienie odbywa się przez nurkowanie rodziców w zieloną ścianę. Wymaga to determinacji, bo ptaki są duże, masywne i dość niezgrabne w poruszaniu.

Wieczorem, kiedy wszystkie ptasie rodziny odpoczywają, zaraz po ostatnich kantatach kosów, zaczyna koncert słowik. Mieszkając w mieście, nigdy nie słyszałam podobnej muzyki. Ten szary, niepozorny ptaszek, ma głos czysty jak kryształ. Srebrzyste nuty osiadają niczym rosa na moim ogrodzie, pobliskich sadach i winnicach. Nikt nie potrafi podobnie czarować głosem, jak słowik w świetle księżyca. Śpiewa na sąsiednich topolach. Smukłe drzewa są wspaniałą lożą dla nocnego śpiewaka. Wzrusza siłą głosu, jak i niezwykłą ilością melodii. Zaraz po zachodzie słońca ślimaki wychodzą z ukryć i podgryzają młode pędy hortensji, dżdżownice bezszelestnie figlują pośród liści konwalii, a tam w górze cała opera . 

Świat pędzi, internet ponagla. Rytm pracy, szkoły, wakacji, codziennych problemów, płacenia rachunków, sprzątania, gotowania i robienia zakupów, wszystkie cywilizacyjne wynalazki i polityczne dyskusje zaprzątają myśli, wypełniają codzienność i rozmowy. Wszystko to jest ważne, determinujące życie. Jednak kiedy wieczorem staję cichutko w moim ogrodzie, zapominam o ludzkich sprawach i słucham słowika. Samochody nie jeżdżą, głusi ludzie siedzą w domach przed telewizorami i komputerami. To najlepszy moment na to, żeby być na zewnątrz, niedaleko tych topoli. Bardzo ważne jest też żeby mieć zamknięte oczy. Wtedy jeszcze lepiej słychać każdą wyśpiewaną nutę. Nie ma w tej muzyce ani smutku, ani trochę melancholii. Słowik wyśpiewuje piękno życia z energią, radosnym zapałem. Rozumiem cesarzy, którzy chcieli posiadać ten śpiew tylko dla siebie, bo jest on jak obietnica wieczności...

Czereśnie już od tygodnia pospadały na ziemię. Nasze ogrodowe drzewo obdarowało nas koszami owoców. Niestety bardzo szybko dojrzewa i równie szybko kończy owocowanie. Nawet zboże u sąsiadów zdaje się już być gotowe do ścięcia. Na Południu wszystko dzieje się dużo wcześniej, jak na Północy. Niepokoi mnie ten pośpiech, bo jestem z kraju, gdzie czereśnie jada się latem, a nie wiosną. Jednak lubię przyglądać się naturze i porównywać ją w różnych znanych mi zakątkach. Nauczyłam też tego moich dzieci. Chłopcy mają teraz 14 i 11 lat. Eliot jest wyższy ode mnie prawie o głowę. Dyskutuje o poważnych problemach, słucha dużo muzyki i zajmuje się sprawami, jakimi ja , nie zajmuję się od trzydziestu lat.

Armand wyprostowany patrzy mi się prawie prosto w oczy. Robi się duży, a przecież dopiero co krzyczał : baaaabciaaaa czecześnie!

Teraz stoi na drabinie, pod czereśnią, z koszem ciężkim jak sumienie i pyta się, czy starczy tych czereśni, czy jeszcze ma pozbierać więcej... Silny jest i tryska zdrowiem. Nie pamięta, że mówił "czecześnie". Na szczęście ja nie zapomnę nigdy.

Mój mąż skończy pięćdziesiąt lat za dwa tygodnie. Martwi się, że ma siwą brodę, więc ją goli. Mimo, że brody w modzie. Wszędzie widzę gęste, duże męskie brody, jak sprzed rządów cara Piotra Wielkiego. On je zgolił, bo tak miało być nowocześnie. Teraz nowocześnie jest gdy się je zapuszcza. W te wakacje widać będzie dużo brodatych twarzy, krótkie spodenki i owłosione nogi w sandałach. Już się martwię tym widokiem, ale przecież nie powinnam, bo jako osoba modna, powinnam cieszyć się z nowoczesności innych, nawet takiej owłosionej! 

Mimo to mąż goli siwiejącą brodę. Na szczęście skóra nie siwieje , bo by się chłop zupełnie zestresował. Mężczyźni dużo bardziej się martwią starzeniem, jak kobiety. Przynajmniej ja się mniej martwię niż on. Inna sprawa, że nie mam jeszcze pięćdziesięciu lat. Jednak we Francji ludzie żyją bez problemu sto lat. Więc co ten mój mąż francuski się tak martwi? Przecież jest dopiero na statystycznym półmetku.

Ciekawe jak długo żyją słowiki? Może ten na drzewie też siwieje i dlatego tak śpiewa, żeby udowodnić światu, że ciągle jest młody? A może nie wypada sobie z męża dworować i tylko ciągle go trzeba zapewniać, że jest młody, młody, jak ta wiosna?

Tymczasem w Polsce Polacy wybarli nowego prezydenta. Nie mój ci on, i nie będę już myśleć o polityce przez najbliższe lata. Ten we Francji też nie mój, ale bardziej wesoły. Bo taki Duda, to chyba nie będzie na skuterze w nocy jeździł do kochanek. Nasz polski prezydent będzie się dużo modlił. Francuski dużo je, bo wyraźnie przytył i mu marynarka się napina na brzuchu i pupie. Z pewnością modli się mniej. Duda pewnie nie przytyje, bo opłatek jest małokaloryczny. Staram się nawet nie myśleć co ta nowo przybyła Duda będzie robiła z Polską i Polakami.... i po raz pierwszy nie tęsknię już do mojej ojczyzny.

Tak czy inaczej, jako matka w rodzinie polsko francuskej, powinnam się przejmować wyborem demokratycznym Polaków i Francuzów. Jednak nie będę o tym myśleć wiele. Nic nie zmienię, a tylko stan nerwowy mi się poszarpie. Wolę oglądać ptaki w ogrodzie i słuchać słowika.

Z ostatnich wieści powiadają, że idzie lato. Zatem będziemy zbierać ogrodowe pomidory. Kupiłam również kostkarkę na rocznicę ślubu. Będziemy sobie robić lód i wrzucać go do różowego wina. Z pomidorami i oliwą, a do tego bagietką prosto z pieca... moi drodzy żadna Duda, ani nawet skuterkowy prezydent nie jest w stanie mnie już wzruszyć! Zaczynam lato w świetnej formie fizycznej, bo mi zdrowie dopisuje. Zaczynam lato, w bardzo dobrym samopoczuciu młodej matki dorastających synów, jak i świadomości bycia kochaną żoną i córką. Ptaki śpiewają, lody stukają w kieliszkach i niczego mi więcej nie trzeba. Do tego niedługo będę zbierać lawendę z moich kolorowych klombów. Włożę ją w bawełniane torebki i poukładam w szafach. Będą mi majtki pachniały jak w Prowansji i czy warto wtedy martwić się kulawą demokracją?

      

11:07, fabella
Link Komentarze (21) »
czwartek, 05 marca 2015
Tak bez powodu...

.

Trzymałam się bardzo dzielnie. Całą zimę przeszłam bezboleśnie, bez chorobowo, spokojnie. A to rodzinne święta, islamski terroryzm, szkolne sprawy, nowa książka w pisaniu.. Tematy do myślenia, dyskusji, chroniły mnie przed nią. Trzymałam się tak dzielnie, że nawet nie zauważyłam jak mi się po cichu wkradła do środka i usiadła w kącie. Jak kot, który nie chce być przytulony, ale jednak blisko człowieka się trzyma. Patrzy, jak chodzi po pokoju. Wącha co tam je.. , pije... Nawet nie miauknie, tylko siedzi i czeka na stosowny moment.

Słońce za oknem przyrzeka rychłą wiosnę. Mistral, wiatr lodowaty, jaki szarpie południową Francją wyciąga łapska aż do Lyonu. Oliwkowe drzewa naginają swoje gałęzie posłusznie, bez oporu. Szare lawendy jeszcze nie otrząsnęły się z przymrozków, ale róże, już wyraźnie wypuszczają zielone pączki. Niewątpliwie przyszło młodziutkie przedwiośnie i bardzo się z tego ucieszyłam.

A ta... usiadła zupełnie nieproszona i łypie na mnie spode łba. Tak, tak właśnie o niej brzydko myślę. Ona doskonale wie, że jestem bezbronna, że nic nie potrafię wymyśleć na ochronę moich myśli, mojej duszy. Wystarczy, że wstanie, że się wyprostuje, spojrzy mi prosto w oczy i cały dom jej! Wie, że nie będę z nikim mogła porozmawiać. Ona to robi specjalnie, jakby za karę, że jej się wymsknęłam. Doskonale poradzi sobie znowu, łapiąc mnie za gardło jak jakiegoś słabego ptaka. Zwęszyła moment, chwilę nieuwagi. Wykorzystała to i znowu czeka w kącie. Wielu ją zna. Wszyscy się jej wystrzegamy. Gdy się pojawi, nic nie mogę zrobić, niczym się podzielić. Pakuje się mi do łóżka, do snów, pod prysznic, nawet na talerze. Mogę udawać, że po tak długim czasie, przyzwyczajeniu, że po tych wszystkich latach.. .Ona wie, że ja jej nie ucieknę nigdy. I nagle, tak zupełnie bez powodu jej się poddam i sama utknę w tym jej ciemnym kącie. Minie czas, kiedy będę chciała się uśmiechnąć. Minie wiele chwil. Ale ona już jest na całego we mnie.... Cholerna tęsknota za krajem! 

14:55, fabella
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 02 marca 2015
Miłość w potrzasku

.

Pierwszy marzec był wyczerpującym dniem zawodów pływackich moich synów. Przesiedziałam cały dzień na ławkach wielkiego kompleksu pływackiego w Saint Etienne. W basenie toczyły się walki o medale między nastolatkami, a na trybunach cierpliwie kibicowali im rodzice z młodszym rodzeństwem.

Jedni przegrywali, inni wygrywali, przy głośnym aplauzie widowni. Jedni bili brawo, a inni... bili dzieci.

Mam 44 lata. Skończyłam ten poważny już wiek tydzień temu. We Francji mieszkam od 26 roku życia. Mam dwójkę dzieci od 14 lat. Z takim stażem przeżywania Francji rodzicielskiej, powinnam się już przyzwyczaić do widoku bitych po twarzy dzieci. Jestem jednak oporna w tej nauce francuszczyzny, bo ciągle mi to nie wychodzi.

W rodzinie mego męża dzieci są już dorosłe, ale gdy były małe, dostawały czasami po twarzy, w celach wychowawczych. W rodzinach mych francuskich przyjaciół, podobne sytuacje należą do normalności. Podobnie było na basenie w Saint Etienne, wczoraj podczas zawodów. Podobnie widzę w sklepach, podczas robienia zakupów. U sąsiadów, u sąsiadów sąsiadów, w poczekalni lekarskiej....

Może nie wszyscy i nie wszędzie, ale dużo i często. Nie chodzi o jakieś katowanie dzieci od rana do wieczora, ale o wcale nierzadki gest rodzica w stosunku do dziecka, wtedy, gdy ten duży jest niezadowolony z małego. Spoliczkowanie dziecka we Francji jest objawem odpowiedzialnej miłości rodzicielskiej, dbania o potomstwo, okazywanie mu troski. Francuski rodzić koryguje postępowanie dziecka, wychowuje go , pokazuje limity zachowania, poprzez ten szybki, suchy gest. Przynajmniej tak mi to tłumaczy się zawsze, gdy głośno wyrażam negatywną opinię.

Prawo francuskie daje rodzicom możliwość karania dzieci, poprzez kary cielesne wewnątrz domu rodzinnego, w celach edukacyjno-wychowawczych. Jakiekolwiek zmiany tego prawa łączą się szeroką dezaprobatą francuskiej opinii publicznej. Pytani na ulicach rodzice, najczęściej głośno domagają się utrzymania ich bezwzględnego prawa do wychowywania dzieci tak, jak im się to wydaje najskuteczniej, po przez ich bicie. Mamy 2015 rok. Kraj w którym kartę praw i wolności obywatelskich podniesiono do rangi religii.  

Kiedy poruszam ten temat w Polsce, wszyscy się oburzają: Jacy ci Francuzi dzicy! To typowe dla południowców ... Okropność, po twarzy?! No jeszcze w pupę , to rozumiem , ale w policzek?!

Nie wiem czy w pupę, po twarzy, za ucho, nos czy palec... Nie chcę i już! Dlaczego rodzic wykorzystuje bicie do wychowywania dzieci? Bo nie umie inaczej. Bo tak jest łatwiej. Większego nie będzie bić, bo może być zabity.

Mam dwóch chłopców. Wychowuję ich praktycznie samotnie, bo mąż mój pracuje od zawsze poza Francją. Chłopców wychowuję bez przemocy i tak staram się od zawsze. Ale żyjemy w kraju, gdzie bicie jest czymś naturalnym, bici biją, duży, małych , mali małych...

Kiedyś, po przyjściu z przedszkola, paroletni Eliot uderzył mnie głową w brzuch, bo mu coś zabroniłam. W szkole widział to u innych dzieci i przyniósł to, jak kiedy indziej laurkę. Nakrzyczałam na niego pod wpływem bolesnych emocji... potem, na spokojnie, jeszcze raz wytłumaczyłam, że nie wolno bić.

W kilka dni później uderzył mnie ręką. Odwróciłam go i dałam lekkiego klapa w pupę ze słowami: ja cię nigdy nie biję, ale ty mnie uderzyłeś, więc, ja też ciebie uderzyłam. Dwa dni temu uderzyłeś mnie głową, teraz ręką, a ja nie chcę być bita. Zatem oddałam ci tym samym, bo słowa nie pomogły. Nie bij, a nie będziesz bity. To nie jest forma komunikowania się. Uważaj, kiedyś trafisz na silniejszego, i zrobi ci straszną krzywdę. 

Jeśli zrobisz to jeszcze raz, oddam ci dużo mocniej, bo nie chcę być bita. Eliot przestał z dnia na dzień. Przez wiele, wiele lat był spokój. Poszedł do szkoły podstawowej, potem do gimnazjum. Rok temu, czyli osiem lat po incydencie przedszkolnym, zaczął się dziwnie zachowywać. Każdy konflikt kończył się zbliżeniem jego twarzy do mojej, a nawet jakieś dziwne, bliskie gestykulowanie. Aż doszło do jednej z nastoletnich awantur i poczułam lekki ból przy skroni. W sekundę później mój syn poczuł silny ból na policzku. Uderzyłam go w sekundę po jego agresywnym zachowaniu.

Jesteśmy tego samego wzrostu.  Eliot krzyknął z wyrzutem: uderzyłaś mnie! Moja mama karcąco spojrzała się na mnie. A ja na to:- tak, oddałam ci za to samo. Nie będziesz mnie bił, ani niebezpiecznie nie kontrolował swojej złości. Nic cię do tego nie upoważnia. Mam prawo do samoobrony. Zrobisz to jeszcze raz, będziesz mierzył siły z ojcem.

Od tego czasu gesty, mierzenie ze złością wzrokiem, w czasie konfliktów, nastoletnie puszenie się zniknęło radykalnie. Mam nadzieję że na zawsze. Myślę, że zrozumiał, że nie tędy droga. 

Armand, gdy był mały, obserwował co się dzieje między mną, a starszym bratem. Wiedział, że nie biję, ale że stawiam bariery. Czasami, męsko zaciskał piąstki. Aż klepnął mnie ze złością za zabraną mu za karę zabawkę. Miał chyba 4 lata. Odwróciłam go zrobiłam dokładnie to samo co z Eliotem. Nigdy potem nie był już do mnie agresywny. Woli odejść do pokoju, jak dać upust swojej złości.

Bicie nie jest ani formą wychowawczą, ani formą komunikowania się. Jednak jeśli dziecko mnie bije, muszę go przekonać żeby tego nie robiło. Tłumaczę słowami. Ale czasami, to nie starcza. Muszę się zatem obronić. Dziecko musi wiedzieć, że bijąc kogoś może samo być boleśnie zbite. Moi chłopcy nie są agresywni. Nie biją innych dzieci. Jednak zawsze im mówię, jeśli ktoś cię bije, zgłoś w szkole dorosłym i zapowiedz oprawcy, że mu oddasz. Jeśli cię znowu uderzy, oddaj dużo mocniej, a ja obronię cię w szkole przed reperkusjami.

Uderzenie drugiego człowieka, we Francji, jest normalną formą rodzicielskiego zachowania, bezkarnej formy wywierania presji na słabszym, ale nie samoobronnym zachowaniem. Rodzice atakują dzieci, bo nie starcza im cierpliwości i zwłaszcza, przede wszystkim, kultury. W Wersalu, gdzie robi się dużo dzieci, gdzie mieszkają wielodzietne rodziny katolickie, dzieci na widok zbliżających się matek, często zasłaniają głowy. Na codzień spotykałam się z tym w szykownej dzielnicy Residence de Grand Siecle. W przedmieściach arabskich podobnie reagują rodzice, trzaskający dzieci po twarzach, jakby to były piłki a nie buzie. Policzkowanie to zupełnie naturalny gest praktykowany we wszystkich środowiskach, potrząsanie, popychanie to zupełna codzienność. 

Wczoraj, na basenie, mały, paroletni chłopiec, tylko przeszedł po bucie matki. Machnęła ręką i mały już miał czerwony policzek. Mały pochlipał i mu przeszło. Przyzwyczajony do tego gestu, kiedyś będzie robił to samo ze swoim dzieckiem.

Jedną z najpopularniejszych zabaw dziecięcych jest wyliczanka: ja cię trzymam , ty mnie trzymasz za bródkę, pierwszy kto się zaśmieje,  ten dostanie w policzek:

http://youtu.be/ylNLi9pgUJU

http://youtu.be/czc0_pbYUog

Zabraniałam bawić się w tę idiotyczną, francuską zabawę w mojej rodzinie. Dzieci zrozumiały bardzo szybko, że jest to pewna forma banalizowania uderzenia w twarz. Dzieci zrozumiały, ich dziadek, babcia i wujkowie nie. W sposób nadzwyczaj uparty musiałam wywierać presję na nich, ażeby nigdy, nawet w zabawie nie klepano moich dzieci po twarzy.

Moja teściowa od lat nie potrafi zrozumieć mojej postawy. Zawsze powtarza, że jedno trzaśnięcie jeszcze nikomu nic złego nie zrobiło. No... ale ona ma 80 lat i nalezy do innej rzeczywistości. Jednak, gdy widzę moich rówieśników z tą samą mentalnością, robi mi się niedobrze.

To jest świat według dzikich. Gdyby wszyscy w życiu codziennym reagowali tak, jak większość Francuzów postępuje bezkarnie ze swoimi dziećmi to: policjantów trzaskano by po gębach za każdy wystawiony mandat, kasjerki ciągle byłyby opuchnięte od zniecierpliwionych klientów, teściowa waliłaby mnie, a ja ją. Mąż trzaskałby mnie za nieugotowany obiad, a ja jego, za nieumyty samochód. itd., itd..

Parę lat temu stworzono we Francji telefon zaufania dla staruszków. Podobno w ciągu kilku dni trzeba było zwiększyć ilość osób odbierających telefony. We Francji jest mnóstwo bardzo, bardzo wiekowych ludzi. Okazało się, że większość dzwoniła z płaczem, że są bici przez ich dzieci i wnuki.

Nie mogę napisać, że nigdy nie uderzyłam moich dzieci. Bo to zrobiłam, bo się musiałam obronić i wytłumaczyć im, że bijąc mogą kiedyś trafić na kogoś, kto zrobi im nieodwracalną krzywdę. Jednak wychowuję ich nie wykorzystując przemocy fizycznej. Nigdy nie stosowałam klepania, szturchania i bicia. Mimo, że mam dwóch chłopców i chowam ich sama, a jestem niska i drobna. Eliot i Armand mierzą czasem siły między sobą. Ale i tak rękoczyny należą między nimi do rzadkości, mimo bardzo częstych konfliktów.

Podobnie mamy z psami. Nigdy nie biję moich zwierząt. Są radosne, patrzą prosto w oczy wszystkim domownikom, słuchają się bez zarzutu.

Nie byłam bita i nie biję. Często wchodzę w konflikty z Francuzami jakich widzę w akcji bicia dzieci czy zwierząt. Nie pozwoliłam na przemoc mojemu mężowi, który wychowany po francusku myślał, że trzeba kontynuować tę sztafetę. Na szczęście udało mi się to wyperswadować, choć dużo mnie to kosztowało. Bał się bowiem utracić miejsce przywódcy stada. Powoli dorósł do myśli, że nie tędy droga.

W moim życiu nie wolno bić i akceptować bicia. Klapy w pupę, policzkowanie, ciągnięcie za uszy, włosy.. Nie i już!

Jako dziecko nie byłam bita w domu. Natomiast przez wiele miesięcy znosiłam potworne bicie w szkole. Chodził do tej samej klasy ze mną chłopak o nazwisku Gołąb. Nie było to górnolotne dziecko. Miał silne nogi i duże ręce. Źle się uczył i okropnie zachowywał. Byliśmy mali, w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Chłopak chciał mi pokazać, że warto, go kochać. Trzaskał mnie na przerwach i po szkole. Kopał i bił po plecach i nogach. Odbił mi mięśnie w prawym udzie. Do dzisiaj mam widoczne wgłębienie. Nic nikomu nie mówiłam, bo było mi wstyd i bałam się, że jeszcze bardziej będzie mnie walił. Kąpałam się w wannie z dużą ilością piany. Aż kiedyś zabrakło "Zielonego Jabłuszka". Mama weszła i wszystko się wydało. Tata poskarżył się grubej matce, łobuzicy Gołębiowej. Wysłuchała ojca grzecznie i przyrzekła ukarać syna. Na odchodnym szepnęła pod wąsikiem, że go zabije.

Nie zabiła, ale pewnie strasznie pokiereszowała. Pewnie jak zwykle. Chłopak musiał być w domu torturowany. Niewiele dała kara, bo dalej mnie kopał okropnie. Aż tata dorwał go i powiedział spokojnie, że zrobi mu krzywdę jeśli nie przestanie. Przestał. Co prawda źle skończył, bo parę lat temu widziałam, jak szuka cudów  w ursynowskich śmieciach.

Potem trafił się inny Don Juan. Traczyk mu było. Pamiętam ich nazwiska, twarze, łapska. Ten też kopał mnie i nawet nosił scyzoryk, który mi wbijał w plecy. Też udało się go wyeliminować z mojego dziecięcego życia. Jeszcze wiele razy w różny sposób znosiłam przemoc w szkole. Bo męskie zaloty, albo zazdrość dziewczęca właśnie biciem objawiały się najczęściej. Mam jak najgorsze z wspomnienia z tych sytuacji. Byłam najmniejsza , bo poszłam wcześniej do szkoły i miałam dzieciństwo podróżnicze. Wyglądałam inaczej, funkcjonowałam inaczej, to wzbudzało różne reakcje. Nie umiałam się obronić inaczej jak werbalnie. Może dlatego, że nie byłam bita w domu. Nie wiem. Jednak do dziś budzi we mnie złość widok bijących się ludzi i totalna obojętność innych. Nigdy, nigdy nie jestem obojętna i nauczyłam tego moich synów. Zawsze reagują i głośno, zdecydowanie przeciwstawiają się niesprawiedliwym reakcjom ludzi.

Opisany wcześniej telefon zaufania dla staruszków, w sposób ewidentny potwierdza moją teorię o ciągłości przemocy. Biłeś, będziesz bity. Lepiej zatem od razu nie bić i nie być bitym. A jeśli cię biją, to albo uciekaj i szukaj pomocy, albo, jeśli możesz, obroń się na tyle, na ile możesz.

Wczoraj na basenie już miałam krzyknąć, ale mąż niecierpliwej matki, spojrzał się wymownie i odsunął zapłakanego malca od kobiety. Widać był inaczej wychowany.

Pytanie, czy wolno , czy powinniśmy reagować? Uważam, że tak. Mimo, że panuje zasada: nie moje dziecko, nie mój pies. Mi się nie udaje. Zawsze reaguję ku zdziwieniu wszystkich.

Jakiś czas temu, w szkole moich dzieci, była dyskusja na ten temat. Synowie opowiadali mi, że polskie dzieci w większości uważały tak, jak moi synowie, że nie wolno bić. Jednak w przypadku rodzin francuskich, nie mieszanych, młodzi uważali, że czasami, rodzice mają rację, że biją ich po twarzy. Wychodzą z założenia, że zasłużyli na takie zachowanie. Co więcej, niektórzy przekonywali nawet, że właśnie w ten sposób ich matki i ojcowie pokazują im ich troskę o ich właściwe wychowanie! 

Kiedyś, za wiele, wiele lat,  gdy ci młodzi dorosną , mogą stracić cierpliwość, do ich rozkapryszonych, starzejących się rodziców, a wtedy, z pewnością będą wiedzieli co zrobić z babcią czy dziadkiem.

Pozostaje mieć nadzieję, że telefon zaufania dla staruszków jeszcze będzie istniał...

....................................................................................

W środę 4 marca br Rada Europy ma podjąć decyzję z sprawie ukarania Francji, za utrzymywanie w Prawie rodzinnym, zezwolenia na stosowanie kar cielesnych u dzieci, w celach edukacyjno wychowawczych, wewnątrz domu rodzinnego.

Tymczasem ostatni sondaż opublikowany na francuskim portalu Yahoo.fr pokazuje, że aż 45% Francuzów potwierdza, że zetknęli się, wiedzą o tym, czy byli świadkami maltretowania dzieci w ich rodzinach,wśród znajomych czy sąsiadów.

.................................................

https://www.youtube.com/watch?v=NcMi1MgSUR8

<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/ZJLTh0hb-JM" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>

  

 

poniedziałek, 23 lutego 2015
Psu palma odbiła

.

Słońce było już wysoko na niebie kiedy powoli się budziłam. Mój sen chroniły dotąd przymknięte okiennice. Ciężkie, drewniane, typowe dla domów południowych. Nie było wiatru, a powietrze zdawało się być ociężałe od wysokiej temperatury. Otworzyłam oczy z dużą niechęcią. W domu nie było absolutnie nikogo. Wszyscy rozbiegli się za swoimi sprawami. Tylko ja pozostałam leniwie w łóżku. Okna otwarte przepuszczały dźwięki szalejącego od lata ogrodu. Ptaki co chwila wznosiły okrzyki. Drobne szare maleństwa zalęgły się tuż pod dachem i co parę minut dostawały nową porcję robaków. Pisklaki z każdym, nowym transportem ćwierkały coraz głośniej. W końcu krzyknęłam: - Dość! Ile można dzioby rozdzierać?! To mój dom, mój sen i moje przebudzenie! Nie tak głośno proszę!

Zapadła cisza i tylko owady uparcie bzykały dalej w kępach rozmarynu. Kwiaty i zioła uwielbiają taką pogodę. Kolczaste łodygi skrywają lawendowe krzaki, jakie sadzę wszędzie od wielu lat. Pszczoły, bąki, wszelakie bzyki fruwały od płatka, do płatka, od róży do pachnącej lawendy.

Wsłuchiwałam się w ten szum z rozleniwieniem. I gdy miałam się właśnie zabrać do dalszej drzemki, lekki ruch okiennic wprawił mnie w mrożące osłupienie. Ktoś ewidentnie chciał otworzyć drewniane skrzydła tuż nad moją głową. Podniosłam się jak oparzona. Pod deskami ujrzałam grube, męskie palce pokryte owłosionym puchem czarnych włosów. Biegały nerwowo szukając okiennej zapadki.

Nie czekając długo złapałam książkę leżącą na szafce nocnej i zaczęłam okładać paluchy ciężką lekturą. Nic to jednak nie dało, bo właściciel tłustych łapsk ewidentnie zawisł i krzycząc z bólu wpijał się dalej desperacko w zewnętrzny parapet. 

Po pierwsze było gorąco. Po drugie nie było nikogo w domu. Po trzecie, ponieważ było gorąco i byłam sama, spałam zupełnie naga w łóżku, tuż pod otwartym oknem. Absolutnie nie wchodziło w rachubę spotkanie z niedzielnym yeti w negliżu. Za wszelką cenę postanowiłam zlikwidować typa znęcając się na jego paluchach. W mgnieniu oka zerwałam z łóżka prześcieradło, owinęłam się nim jak w togę i zwinnie doskoczyłam do okna, pociągając silnie za metalowe rączki okiennic. Zatrzasnęłam tym samym palce agresora, otworzyłam jeszcze raz i z obrzydzeniem zepchnęłam zmiażdżone ręce w dół. Zapadła cisza...i cichy tupot jęczącego mężczyzny. Uciekł. Zniknął tak, jak się pojawił.

Przez wiele minut nie mogłam się ruszyć z wrażenia i zwykłego strachu. Ochłonęłam zbierając myśli.Wyciągnęłam z szuflady telefon i zadzwoniłam do męża. Nie odpowiadał. Pomyślałam o policji, ale pewnie i tak, by nie przyjechała. Francja, lato, niedziela...

Wyszłam z pokoju. Głowa mi pękała od ciepła i zdenerwowania. Poszłam do kuchni. Wypiłam sok pomarańczowy, a potem zimną wodę gazowaną. Wzięłam do ręki nóż. W razie czego ubiję dziada. Nie weźmie mnie żywcem. Trzymając lewą ręką togę, prawą - nóż, wyszłam do ogrodu. Pies leżał jak martwy pod czereśnią i nic. Patrzę, wołam... ruszył ogonem. Raz, drugi, trzeci... Żyje!

Patrzę pod oknem, duże wgłębienie świadczyło o ciężkiej wadze delikwenta. Czemu pies nie reaguje, gdy wchodzą zbiry do domu?! Pomyślałam, że może przez ten upał ? A może mu coś dano?

Podeszłam bliżej, ale pies wyglądał na zupełnie zdrowego. Pod płotem zauważyłam jakiś but. Duży, niebieski, męski klapek z palmą. Nigdy nie wyobrażałam sobie, jakie buty noszą zboczeńcy. Teraz już wiem, że są to japonki z plastikowymi palmami.

Z obrzydzeniem podniosłam klapek patykiem. Rozmiar 46! Co za wielki chłop! Miałam szczęście. Trzymając togę w lewym ręku, dołożyłam do niej nóż. W prawym trzymałam patyk i wróciłam do domu. Co tu zrobić? Postanowiłam zamknąć lepiej okiennice, pójść pod prysznic i zastanowić się w chłodnej wodzie.

Reszta dnia przeszła bez przygód. Wieczorem przyszedł mąż. Przez cały dzień był poza domem, na meczu rugby, ze znajomymi sąsiadami. Ja nie lubię tych sportowych niedziel zwłaszcza, gdy świat tonie w upalnym słońcu. Nie zdążyłam mu opowiedzieć o mojej przygodzie, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. To nasza sąsiadka wpadła oddać mężowi pożyczone w ciągu dnia pieniądze.

Zza ściany usłyszałam, jak mu opowiadała w przedpokoju niewiarygodną historię. Otóż podczas ich nieobecności, przyjechał do nich bratanek z Paryża. Zupełnie zapomnieli o tej wizycie. Zadzwonił do nich na komórkę, więc mu powiedzieli żeby wszedł przez tylnie okno, które zostawili uchylone i poczekał na ich powrót. Wystarczyło tylko wsunąć rękę pod okiennice i podważyć zawleczkę. Chłopak podobno wielki, jak stodoła, więc musiał tylko się wdrapać trochę po ścianie. Co najbardziej niesamowite, że nie udało mu się to zupełnie i zamiast otworzyć, zamknął sobie jakoś nieszczęśliwie te okiennice na palcach. Zrobił to tak niezgrabnie, że połamał wszystkie palce i jest teraz w szpitalu. Sąsiadka dodała, że zupełnie nie rozumie jak to się stało, bo przecież u nich wcale nie jest tak wysoko. Do tego chłopak nie chce z nimi rozmawiać, a bratowa zwymyślała ich, że tak okropnie go przywitali. Sąsiadka najbardziej nie rozumiała dlaczego nie chce zupełnie się do nich odzywać...

Mąż przyszedł nieco zdziwiony tą historią. Zrobiło się trochę chłodniej więc usiedliśmy na tarasie. Nagle przybiegł do nas pies. Jemu też było przyjemniej. Podbiegł do męża i przyniósł mu niebieski klapek z palmą. Zachciało mu się bawić.

Mąż spytał zdziwiony skąd miał tego okropnego, wielkiego klapka. Zabrał mu to ze wstrętem i wyrzucił do śmieci.  

- Zobacz jacy są ludzie? Wszystko ci do ogrodu teraz wrzucają! Co za chamstwo! A psu palma odbiła żeby tym się bawić w taki upał. 

Piłam spokojnie różowe wino, zastanawiając się : co będzie dalej?   

piątek, 23 stycznia 2015
Oklaski po śmierci wesołego błazna

.

.

Kilkanaście dni temu we Francji trzech islamskich zbrodniarzy zabiło 17 osób. Zamordowali ich za to, że satyrycy wyśmiewali się z muzułmańskiego proroka. Dlatego, że klienci  w sklepie paryskim byli Żydami, a inni, że policjantami.

Kim byli Ci mordercy? Po prostu -  Francuzami.

Można naturalnie dodać, że pochodzenia, takiego, czy innego. Ale po co? Kto matka? Kto ojciec? Arab, Murzyn..? No i co z tego, że czarny zabił? Policjantka, która straciła życie też była czarna. A policjant, Arabem i to muzułmaninem.

Ci mordercy byli  zwłaszcza i przede wszystkim Francuzami. Urodzeni we Francji, wychowani we Francji.  Kończyli szkoły państwowe, laickie, francuskie i mieli obywatelstwo francuskie od urodzenia. Dlaczego zatem stali się bestiami i wymordowali innych Francuzów?

Czy Francja, to w ogóle jest dzisiaj kraj bezpieczny i czy ta zbrodnia coś zmieni?

 11 stycznia liczni Francuzi wyszli na ulice, żeby zamanifestować przeciwko zabiciu niewinnych osób.  Też poszłam na tę manifestację. Nie jestem Francuzką, ale mój mąż i moje dzieci są. Dotyka mnie to, co się dzieje w ojczyźnie mojej rodziny.

Było nas 4 miliony zgodnie idących w ciszy osób. W Lyonie nikt nie miał transparentów, flag, nie było egzaltacji, ani politycznych sloganów. Było natomiast bardzo dużo ludzi, którzy szli spokojnie, pewnie i od czasu do czasu, masowo klaszcząc, na znak jedności poglądów i protestu. Czuliśmy w sobie siłę, jaką tylko tłum zgodnie myślących ludzi potrafi prezentować. Marsz szedł przez długie ulice, mosty i place pięknego Lyonu. Był tak ogromny, że trzeba go było rozdzielić na kilka ulic, bo wypełnił całe centrum. Oklaski niosły się i obijały po oniemiałych ze zdziwienia murach bogatych kamienic. Wznosiły się ponad naszymi głowami, jak szeleszczące skrzydłami ptaki, by opaść spokojnie na liońskim bruku.

Patrzyliśmy na siebie ze smutkiem, że tyle niewinnych ludzi zginęło bezsensowną śmiercią. Jedni trzymali ołówki w rękach, inni kartki z napisem Je suis Charlie. Ściskaliśmy się i klaskaliśmy pokazując światu, że Francuzi są nadal wolnymi ludźmi i że nie pozwolą sobie zabrać wolności. Czuliśmy tę siłę i dumę, że jest nas wielu, bardzo wielu, że jest nas więcej jak tych, co chcą nas pozbawić tej wolności.

Nie, nie ma w tym żadnej histerii, ani patosu wywołanych przerażającą zbrodnią. Jest natomiast bunt. Bunt narodu, który nagle zrozumiał, że śmiertelne niebezpieczeństwo stanęło u progu domu. Każdy z nas mógł znajdować się w małym, paryskim sklepiku. Każdy z nas mógł zginąć od kul islamskich szaleńców . Każdego z nas dziecko, brat, siostra mógł być ofiarą .

          W październiku 1996 roku, miasta belgijskie zalał tłum ludzi, którzy też zgodnie szli ramię w ramię po ulicach, protestując przeciwko strasznej zbrodni. Sprawa Marca Dutroux, okrutnego pedofila i mordercy dzieci, wzbudziła w Belgach tak ogromne poczucie zagrożenia, że musieli wspólnie, razem, bez względu na język i kulturę, czy antagonizmy, okazać swoją siłę i spójność. Skłócone społeczeństwo belgijskie, walońskie i flamandzkie mniejszości, połączył wspólny strach i ból po stracie niewinnych dzieci. Te dzieci, to były ich wspólne dzieci, a wróg zdefiniowany. Pamiętam doskonale ten czas. Mieszkałam tuż obok miejscowości, gdzie zabito małe dziewczynki.

Nie sprawa w typie zbrodni, ile w poczuciu realnego zagrożenia. Ludzie łączą się i w ten sposób pokazują ich niezniszczalność. 11 stycznia br straszna zbrodnia też połączyła Francuzów. Nigdy od końca II wojny światowej nie było tylu Francuzów na ulicach miast. Nigdy od bardzo dawna, nie było ogólnonarodowego zrywu ludzi o skrajnie różnych poglądach politycznych, różnym wieku, z różnych środowisk. Ich wróg był też zdefiniowany, przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.

Kto był w tym marszu? Jak to się mówi we Francji - to byli "państwo każdy".  Ale nie każdy brał w nim udział, i to normalne, że nie. Tylko w Korei wszyscy reagują tak samo i na rozkaz. Nie było obowiązku bycia w tym marszu, ale raczej moralna potrzeba. Ludzie, którzy wyszli na ulice, domagali się od rządu ochrony ich wolności, ochrony ich życia i wartości, jakie od wieków tworzyli i obronili . Protestowali też przeciwko temu, co do tej pory było tematem wstydliwym - przeciwko obskurantyzmowi i każdej nietolerancji religijnej, przeciwko głupocie i okrucieństwu.

Dlatego może w zrywie protestujących ludzi zabrakło przede wszystkim Francuzów pochodzenia afrykańskiego, którym jak się zdaje, trudniej jest zaakceptować laicyzm i prawo republikańskie ? Którzy nie chcą, a może i nie potrafią żyć według europejskich i demokratycznych wartości! Którzy nie potrafiąc się przystosować do nowoczesnej Francji, coraz częściej narzucają jej własne, odmienne zachowania.

Poza nielicznymi przypadkami, francuscy Arabowie nie poczuli potrzeby protestu przeciwko temu, co stało się w Paryżu. To widoczny gołym okiem fakt, potwierdzony przez wielu imamów francuskich. Albo ludzie Ci poczuli się sami zagrożeni? Albo myślą inaczej? A może, jak to ktoś powiedział w tv, jest to związane z małym procentem tej ludności we Francji, a podobno te małe 10% wtopiło się w tłum. 

Jednak w normalnym życiu codziennym, na ulicach i sklepach, widać bardzo wiele osób o wyglądzie orientalnym, w typowych islamskich ubiorach, które w ewidentny sposób podkreślają przynależność religijną i inną od europejskiej kulturę i zachowanie.  W marszu styczniowym nie widziałam ani jednej takiej osoby. W niewytłumaczony sposób stały się absolutnie niewidoczne. 

Dzień później ogłoszono żałobę narodową. I znowu, okazało się, że co piąty francuski uczeń odmówił respektowania minuty ciszy, upamiętniającej mord na 17 niewinnych ofiarach terroryzmu islamskiego! Co piąty, młody człowiek we Francji akceptuje wykonanie wyroku na satyrykach, Żydach i policjantach?

Nie, nie wszyscy Francuzi są Charlie!

Tymczasem niektórzy Francuzi spośród tych, co nie są Charlie, uznali ten mord za zbrodnię! Można nie być Charlie, ale być przeciwnym terroryzmowi. Można nie być Charlie, bo Charlie samo przyczyniało się w nieświadomy sposób do tworzenia dziwnej, trudnej Francji, a być przeciwnym temu co stało się w Paryżu.

Natomiast, są jeszcze tacy, z pewnością też nie Charlie , co nie przyszli na manifestację z innego powodu.Oni właśnie, tłumaczą tę zbrodnię, jako naturalną sankcję za nierespektowanie muzułmańskich norm! Sama słyszałam takie poglądy. Oni po prostu akceptują to, co się stało!

Wolno, czy nie wolno się śmiać z Boga?

We Francji prawo pozwala .

W tej samej Francji, są Francuzi, których to tak drażni, że uznają karę śmierci za bluźnierstwo, za normalną!

Również w tej samej Francji są i to znacznie bardziej liczni Francuzi, którzy uważają, że prawo ma racje i nie wolno nikogo krzywdzić, nawet tego kto bluźni.

Jedni Francuzi wykluczają drugich Francuzów? A może są w trakcie wykluczania się już dawna?

Proszę nikomu nie wierzyć, że nagle, ten wielokulturowy naród francuski się połączył w żalu i wyszedł wspólnie na ulicę. To czyste kłamstwo i propaganda, które przez trzydzieści lat karmią Francuzów i resztę świata bajką, że cuda dzieją się nad Sekwaną.

Jedynym cudem jest to, że we Francji, w parlamencie, przez 97 lat nie zaśpiewano hymnu narodowego przy pełnej sali !!! Deputowani francuscy od 1918 do teraz, nigdy nie zaśpiewali razem Marsylianki! A tu nagle poczuli, że trzeba to uczynić. Nawet koniec  II Wojny Światowej nie sprowokował ich do takiej patriotycznej ekstrawagancji, jak śpiewanie wspólnie hymnu! Dopiero aktywne działanie terrorystów połączyło ich, jak kiedyś Marc Dutroux połączył Belgów. Tylko, że im dalej od pogrzebów, tym bardziej wpływowi Francuzi mają problem z definicją wroga. I w tym cały dramat.

 

A przecież miało być inaczej...

Od lat propaguje się ideę, że tylko laicka Francja , tylko multi-kulti! W latach 60tych, 70tych francuska masoneria wypowiedziała gigantyczną wojnę kościołowi. Udało się wykopać chrystusowe nauki z elementarzy, historii, nawet tradycji. Ostał się tylko kalendarz świąt, bo Francuzi są leniwi i lubią korzystać ze wszystkich Matek Boskich, Wniebowstąpień i Bożo Narodzeń. I Alleluja - plan się udał. Laicka historia, to nie taki głupi pomysł. Ludzie mieli modlić się w kościołach, a w szkołach i instytucjach mieli myśleć po ziemsku, nie religijnie. Laicyzm miał pozwolić wszystkim wierzyć u siebie prywatnie w co się chce. Uwolnić państwo od rządu dusz.

Jednak ta magiczna zabawka się popsuła dość szybko. Nie każdy potrafi się bawić w demokrację, laicyzm, nie każdy jest do tego przygotowany. Wraz z napływem ludności muzułmańskiej w czasie ostatnich 30 lat, pojawiały się we Francji nowe normy, wartości i zachowania. Masoneria pogubiła się w czasie i jeszcze do dzisiaj walczy z chrześcijaństwem. Nawet nie zauważyła, że tu nagle niektórzy chłopcy w turbanach dorośli, brody zapuścili i teraz bawią się w wojnę. Masoneria francuska, której rola w rządzeniu Francją jest determinująca, nie zauważyła, że wyrósł pod jej laickimi skrzydłami nowy, silny wojowniczy Bóg, który wymaga naginania się demokracji do Jego królestwa.

Laickość francuska nie radzi sobie z tym faktem. Humanizm francuski jeszcze mniej. Polityczne korekt, mądrości ponadnarodowe - popularne we Francji, jak filozofia bezwzględnej tolerancji, emancypacja, a nawet humor, wszystko to legło pod kulami terrorystów w redakcji Charlie Hebdo. Nawet jeden z zabitych dziennikarzy był masonem.

Ale kiedy trzy lata temu arabski chłopak z Tuluzy zabił żydowskie dzieci przed szkołą i ich rodziców, a wcześniej żołnierzy francuskich, nikt nie identyfikował się z ofiarami. Szybko zdefiniowano to jako kolejny akt antysemicki i trochę anarchizujący, ze względu na żołnierzy. Już wtedy trzeba było odważnie mówić prawdę!

Dzisiaj zabito satyryków francuskich, a to mesjasze francuskiej wolności słowa, zabito dziennikarzy -  a do tego ludzi powszechnie lubianych  i bezgranicznie sympatycznych, wesołych, dobrych. Dzisiaj zabito policjantów na oczach całego świata, bezbronnych, rannych dobito i znowu Żydów, jak jeszcze parę tygodni temu w Brukseli. Wielu, bardzo wielu Francuzów nie chce takiej Francji. Nadal jednak nie chcą też stawić czoła problemom. 

Marsz szedł i szedł ulicami, bo już nie da się udawać, że jest pięknie i kolorowo. Marsz krzyczał ciszą!

I nawet ja, prawie w to uwierzyłam, że teraz to już musi się zmienić. Uwierzyłam, że Francuzi przyznali się wreszcie do tego, co naprawdę się dzieje w ich własnym kraju. Uwierzyłam, że przyznali się do tego, że świecki charakter ich mentalności, ich humanizm, wiara w tolerancję i równość międzyrasową, w ich dobrą wolę, że mimo innego koloru skóry, wiary i pochodzenia, mimo innej kultury, innych wartości, że to wszystko się po prostu im nie udaje! Nie chcą przyznać, że są już dziś w Europie ludzie, co po prostu nie dorośli do tych ideałów, że są tak bardzo ograniczeni, że nie mogą się na nie zgodzić.

Już myślałam, że Francuzi się obudzili z letargu i teraz przyznają się, że nie wystarczy Afrykanom dać minimum socjalnego, nakarmić, wyleczyć, i głaskać po głowie, że jakoś to będzie. Że ludzi tak skrajnie różnych mentalnościowo od Europejczyków zwłaszcza trzeba  wychować w Republice, nauczyć ich jej reguł. Wymagać bezwarunkowo przestrzegania wszystkich zasad, prawa, konstytucji. Że trzeba od nich wymagać znajomości języka francuskiego, nakazać im funkcjonowania według sprawdzonych od dawna norm i wymagać respektowania obu płci, bez podziałów na łysych, z włosami czy w chustce.  Że muszą podlegać takiemu samemu rygorowi, jak wszyscy inni dotąd mieszkający tu ludzie. Już myślałam, że Francuzi i z lewej,  i z prawej strony,  nareszcie śpiewając wspólnie, po raz pierwszy od wieku, Marsyliankę, obronią ich własną filozofię życia! 

Mija drugi tydzień od zbrodni paryskiej.

Słucham wypowiedzi wielu znanych osób. Czytam poglądy, oglądam w telewizji dyskusje.

I dzisiaj już wiem, że się pomyliłam. Mimo drobnych zmian, konkluzja dobro-myślących jest taka sama, jak przed marszem. Winę za wszystko ponosi według nich samo społeczeństwo francuskie, które nietolerancyjnie nie pozwala godnie żyć mniejszościom etnicznym i religijnym.  Winę za wszystko ponosi zróżnicowanie w poziomie posiadania, a nie zupełne nie przegotowanie ludności napływowej do francuskiego systemu nauczania. Winę ponoszą biali, a wszyscy inni są tak nieszczęśliwi , że muszą aż zabijać dziennikarzy, policjantów i Żydów, żeby poczuć , że żyją. Oczywiście terroryści byli źli, ale to nie ich wina, że w takich smutnych dzielnicach wzrastali. Sam premier używa jakiś przedziwnych porównań Francji z rasistowskimi rządami RPA, miast uczciwie przyznać się do jednego, że rządzi krajem, gdzie jedni ludzie boją się drugich. Tylko, że ci przestraszeni byli tutaj wcześniej i to od zawsze!

Przypomina to trochę sytuację, kiedy złoczyńca zgwałcił, męczył i zabił ofiarę, a ktoś obok miast go osądzić, zastanawia się czy oprawca miał szczęśliwe dzieciństwo. No i co z tego, że nie miał? Ofiara nie jest przez to mniejszą ofiarą, a on mniejszym łotrem! Poza tym jeśli miał ojca sadystę, to każdego, innego nowo-zidentyfikowanego ojca sadystę, należy jak najszybciej ukarać i  pozbawić ojcostwa, a nie głaskać po głowie i mówić: - stary , to nie twoja wina, może nie bij syna, jakoś to będzie, a teraz masz bilet do kina.  

I w tym szeleszczącym marszu widziałam nadzieję, która już teraz ulatuje,  jak szum klaszczących rąk. Każda dyskusja na temat islamu uznawana zaczyna być znowu  jako islamofobia, każda dyskusja na temat gigantycznych różnic kulturowych, to rasizm, każda dyskusja na temat chronicznego lenistwa intelektualnego, to niesprawiedliwość, a kara za bezprawie, to nietolerancja.

Połamano ołówki, zabito wesołego błazna.

I nic, nic się nie zmieniło.

A miało być przecież inaczej...

sobota, 29 listopada 2014
Marie

Marie nie bała się już ani zdenerwowania ojca, ani chronicznego zniecierpliwienia mamy. W końcu z rodzicami widywała się przelotnie, przy kolacji i w czasie niedzielnego obiadu. Chociaż i ten ostatni odbywał się często przy udziale znajomych. Rodzice prowadzili bardzo towarzyskie życie w weekendy. Wtedy było jeszcze mniej czasu na rozmowy. W ciągu tygodnia pracowali i pracowali, poza tym pracowali i pracowali... Marie już dawno pogodziła się z tym, że rodzice zdawali się mało interesować tym, czym ona interesowała się najbardziej. Najważniejsze dla nich było czy ma dobre wyniki w nauce i czy wygląda porządnie.

A uczyła się bardzo dobrze w prywatnej liońskiej szkole katolickiej. Nie była wierząca, ale nie przyznawała się do tego nigdy i nikomu. Nikt zresztą w jej środowisku się nie przyznawał. Szkoły prywatne mają dobrą reputacje, a te katolickie są zdecydowanie najlepsze. Marie doceniała to, że rodzice właśnie do takiej placówki ją zapisali i płacili dość wysokie czesne. Ponieważ zarabiali dobrze, nie stanowiło to wielkiego dla nich wysiłku.

Marie ubierała się skromnie. Od małego uczono ją nie pokazywania zamożności. Miała długie, czarne włosy, zawsze rozpuszczone na szczupłych plecach. Utrzymywała je srebrną spinką, jaką chowała pod puklami opadającej na ucho grzywki. Miała czarne oczy i śniadą cerę. Była typową dla południowców ładną dziewczyną o zdecydowanej urodzie. Nosiła przeważnie wąskie spodnie i jasnoniebieskie bluzki. W czasie chłodów zakładała wełniane marynarki i spasowane płaszcze. Nigdy nie pokusiła się o buty na obcasie. Matka zawsze powtarzała jej, że ma jeszcze czas na bycie sexy.

Tego pamiętnego listopada było wyjątkowo chłodno. Lyon znajdujący się na pograniczu wiatrów alpejskich i śródziemnomorskich wybrał się na romans z zimą. Temperatury od wielu dni oscylowały w granicach zera, co na warunki rodańskie jest bardzo doskwierającym zimnem. Każdy ranek wydawał się być taki sam. Lyon, spowity we mgle, jaką oddychał Rodan i Saona z trudnością znajdował energię ażeby z radością przeżywać coraz krótsze dni. Gęste opary unosiły się nad zielonkawą wodą, której wartkie nurty przecinały kolejne mosty. Rodan dużo szybciej radził sobie z wdychaniem tych tumanów mgły. Tymczasem Saona, węższa i ściśnięta między Stary Lyon a wybrzeża Świętego Antoniego prawie do południa spowita była jak w woalce. Mosty, mostki, kładeczki jakich mnóstwo nad tym brunatnym dopływem zdawały się nie puszczać mgielnych szeptów i trwały w ich wilgoci całymi godzinami.

Marie chodziła do jednej ze szkół przy pieszej kładce Świętej Trójcy. Jej szkoła też była tego samego imienia. Przyklasztorny budynek zaadoptowano na liceum dla dobrze urodzonych. Tak właśnie mówiła jej babcia o miejscu, gdzie Marie zdobywała wiedzę. Dziewczyna wiele razy się zastanawiała czemu to ona jest lepiej urodzona? Bo niby taka dziewczyna, co jest z Villeurbane i tam zapisano ją do państwowej szkoły, ma być gorzej urodzona? Lepiej, gorzej.. Marie w swoim nastoletnim buncie często denerwowała się na te babcine wywody. Jednak bardzo kochała starszą panią, która z dużym taktem i wyrozumiałością słuchała wnuczki.

W jeden z tych mgielnych, listopadowych poranków, Marie szła sumiennie do szkoły, gdy pod kładką Świętej Trójcy usłyszała dziwne dźwięki. Zatrzymała się niepewnie wchodząc na mostek, ale nie mogła nic dojrzeć, mimo, że dźwięki były coraz bardziej rozpoznawalne. Zza gęstej mgły dochodziło ją niewątpliwe łkanie jakiejś kobiety. Marie starała się wypatrzeć czy osoba jest sama, czy może nie. Po chwili krzyknęła proponując pomoc. Chciała wezwać policję, albo strażaków. W odpowiedzi wróciła do niej cisza.

Rano czas płynie bardzo szybko, a Marie była poważną uczennicą. Oderwała się od niepokoju o płaczącą osobę. Szybko ruszyła w stronę szkoły i równie sumiennie przetrwała w niej dzień. Po lekcjach postanowiła jednak sprawdzić, czy w dole, pod kładką, nie ma kogoś lub czegoś, co dałoby jej szansę zrozumieć to, co stało się rano. Zwinnie, jak tylko młode dziewczyny potrafią, zeskakiwała ze schodów by jak najszybciej dojść do kamiennego nadbrzeża Saony. Nic jednak nie znalazła. Może tylko kilka niezgrabnych napisów i wyrastające ze ściany chwasty.

Przez kolejne dwa dni sytuacja się powtórzyła, aż Marie postanowiła podzielić się swoimi obawami z matką. Ta jednak, rano tak bardzo się spieszyła do biura, że w ogóle nie wysłuchała córki. Natomiast ojciec wychodził z domu najwcześniej i obiecał, że porozmawia z nią w weekend.  Każdego dnia była mgła i każdego dnia Marie stawała na kładce Świętej Trójcy i nasłuchiwała płacz kobiety. Bała się jednak zejść bez dobrej widoczności. Poza tym nie chciała mieć problemów w szkole w związku ze spóźnieniem.

Aż przyszedł grudzień i liońskie Święto Świateł. Jak co roku miasto przygotowało iluminacje, zabawy i uliczne spektakle. Marie, podobnie jak większość liończyków z niecierpliwością oczekiwała święta poświęconego pamięci Świętej Marii Panny, patronki Lyonu, która według legendy uratowała kiedyś jego mieszkańców przed zgubą i epidemią. Nikt jednak nie myślał już o tych strasznych czasach. Każdy natomiast oczekiwał, czym zaskoczą nowe widowiska świetlne, jaką historię opowiedzą artyści jednego wieczoru.

Marie zapomniała o mgle, o kobiecie, zapomniała o niepokoju. Jak co roku ubrała się ciepło i ruszyła z rodzicami do centrum. Był 8 grudzień. Zmierzch przerodził się w noc. W każdym liońskim oknie zapalono świeczki. Tysiące światełek  drżało odbijając się w niezliczonych szybach wielokondygnacyjnych kamienic.

Marie uwielbiała ten dzień , uwielbiała te światła i atmosferę Lyonu bez samochodów. Było w tym wieczorze coś co ratowało nadzieję, że nie wszystko stracone w świecie pieniędzy, karier, lepiej i gorzej urodzonych ludzi. Był to też dzień kiedy czuła, że ma rodziców i że są razem. Szli jak zawsze w ten wieczór razem z nią, trzymając się pod rękę. Kiedyś, malutkiej, pozwalali fikać między sobą. Teraz, szła mając po obu stronach najważniejszych ludzi w jej dotychczasowym życiu. Mama elegancko ubrana, otulona miękkim, kaszmirowym szalikiem z uśmiechem pokazywała jej wszystkie światełka. A tata, silnym ramieniem torował im drogę w ulicznym tłumie gapiów. Po długim marszu dotarli do Placu Terreaux. Klasyczna fasada Muzeum Sztuk Pięknych w zadumanej ciemności oczekiwała na spektakl. Naprzeciwko szumiała ogromna fontanna z galopującymi końmi. Kamienne zwierzęta zdawały się wyskakiwać z wody. Uwięziona w basenie miękko poruszała się odbijając  światła aparatów fotograficznych, które trzymali zniecierpliwieni czekaniem turyści. Prostokątny plac zamyka pokaźny ratusz i równie duża, pięciopiętrowa kamienica. 

Nagle, nad ściśniętym tłumem uniosła się muzyka. Podobna raczej do lekkich nut Sati'ego przerodziła się bardzo szybko w rytmiczny stukot deszczu. Złudzenie było tak ogromne, że każdy wyciągał ręce jakby w poszukiwaniu spadających kropel. Jednak niebo było bezchmurne i ani jedna drobinka wody nie dostała się na plac. Ciemne ściany budynków rozbłysły maleńkimi przebłyskami iskierek. Było ich tak wiele, jak dźwięków wydobywających się z rozstawionych głośników. Ludzie patrzyli na spektakl z zachwytem. Lasery, światła, miliony postukiwań sprawiały, iż każdy poczuł się jak w sercu ulewy. I nagle zrobiła się cisza. Wszyscy wstrzymali oddech. Znad fasady wylewał się teraz strumień szarej wody. Raz była zielonkawa, raz niebieska , raz zupełnie brunatna. Głośniki wydawały teraz już typowy dźwięk płynących strug ni to deszczu, ni wodospadu. Z ratuszowej fasady wylewał się drugi potok świetlistej wody, ten zupełnie zielony. Każdy zrozumiał, że chodzi o Rodan i Saonę. Aż wkrótce wszystko ustało. Ojciec Marie z radością przytulił żonę i ze zdziwieniem zauważyli dziwny smutek w oczach córki.

Teraz, znad fontanny unosiła się para. Była jasno złota. Coraz więcej i więcej unoszącej się mgły wprawiło tłum w osłupienie. Wydawało im się, że toną w niezmierzonych tumanach pary wodnej. Z fasady muzeum i ratusza zniknęły obrazy nurtów rzecznych. Rozległ się cichy płacz kobiety. Kwiliła wśród złotej mgły nad głowami oszołomionej widowni. Każdy wiedział, że to patronka Lyonu opłakuje zmarłych wieki temu liończyków. A potem płacz umilkł i na ostatniej fasadzie placu Terreaux wszyscy ujrzeli małą dziewczynkę. Wyświetlona postać okazywała się w kolejnych oknach kamienicy. Aż stanęła po środku, w krótkiej spódniczce z białą falbanką.  Trzymała w rączkach małą świeczkę i chciała ją zdmuchnąć, ale powstrzymał ją głos. Ten sam głos przed chwilą płaczącej kobiety. Teraz wołał: - Marie, Marie nie rób tego! Tymczasem wszystkie projektory zgasły. Tylko w oknach wciąż paliły się świeczki zapalone przez mieszkańców Lyonu.

A potem mama trzymała szlochającą w ramionach dziewczynę. Nie wiedziała czemu tak bardzo się wzruszyła. Nie wiedziała dlaczego córka płacze. I wycierając gorące łzy wyszeptała jej do ucha, tuż nad srebrną spinką: - Kocham cię córeczko. Wybacz mi Marie, że nie rozumiem czemu płaczesz, ale kocham Cię najmocniej na świecie.                 

niedziela, 23 listopada 2014
A karawana stoi

Pies szczeka a karawana stoi. Stoi bo iść nie może, bo ma nogę po wyjęciu z gipsu, bo wiadomo, że jak kózka skakała po schodach to potem ma problem.

Pies szczeka, słońce świeci i mimo 23 listopada jest 19 stopni ciepła. Pewnie dlatego dużo ludzi chodzi na spacery i denerwuje psa, który dzielnie pilnuje każdego centymetra ogrodzenia.

Pies szczeka a żółw sobie z tego nic nie robi. Zasnął pod kępą, jaka wyrosła pod iglastym drzewem. Mimo ciepła i latających pszczół, żółw wie, że jest jesień, że nie ma co ulegać złudzeniom i śpi. Myślałam, że może będzie chciał zjeść jego codzienny liść cykorii, ale nie może jeść, bo śpi. Obok żółwia leży mały kamień. Dziwny mi się wydał, bo jakiś taki miękki i o znanym mi kształcie. Okazało się, że kamieniem jest śpiąca ropucha. Przytuliła się do swego garbatego księcia i tak razem sobie zasnęli.

Pies jednak nie daje za wygraną, bo wokół winnice, "wiosiennie" i ludziska ciągle krążą. Powinnam psa uspokoić. Nawet się starałam, ale jeszcze bardziej szczeka, bo odebrał moje uspokajanie za nagradzanie. Jakoś tak często mam, że gdy chcę być groźna, to mi nie wychodzi. Karzę dzieci mało skutecznie, bo wiedzą że z tą karą jest mi gorzej jak im. Psów nie potrafię ukarać. Mam przeświadczenie,że  pies nie umiałby sobie poradzić z moją złością. Pies jest po to by go kochać, bo on kocha bezwarunkowo. Przy okazji szczeka, nawet wtedy, gdy karawana siedzi przy komputerze.

Za oknem owady poruszone słońcem bezskutecznie szukają róż i lawendy. Winobranie było jakiś miesiąc temu. Teraz widzę jak wiatr zrywa czerwone liście z krzaków. Rozbiera je jak jakiś narwany kochanek. Winnice jak to Francuzki, zupełnie mu pozwalają na te zbereźne poczynania. Wyginają się we wszystkie strony jak nowoczesne baletnice. Ciekawe co stanie się jak będą zupełnie rozebrane? Świntuchy jedne, pewnie będą tak sterczały na widoku wszystkich.

Od strony winnic wsadziłam bez. Był malutki, a dziś jest prawie mojego wzrostu. Czyli nadal nie jest bardzo duży. Liście ma wciąż zielone. Nawet troszkę się nie zaczerwieniły, nie zżółkły. Ten bez może się uparł, że tak na zielono tę zimę przetrwa. Chyba, że nie będzie zimy i on to wie?

Jeśli nie będzie, to dla mnie dobrze, ale i smutno. Zima bez zimy jest kuszącym scenariuszem. Martwię się jednak o misie polarne. Bo jeżeli u mnie jest ciepło, to tam na górze też jest cieplej. A taki miś musi mieć zimno.

Z powodów pewnie mojego znaku zodiaku pełna jestem sprzeczności. No bo albo ma być zimno, albo ciepło. Nie da się dwa w jednym. Podobnie mam z ubraniami. Wiem, że posiadanie ogromnych ilości garderoby jest głupotą. Ważniejsze są sprawy, jak te różne fatałaszki. Jednak przyjemność z ubierania się w różnych konfiguracjach, w nakładaniu na stopy coraz to innych butów, wszystko to nadaje życiu smaku.

A przecież nic z tego, bo karawana nie ma aktualnie nogi do noszenia obcasów. Jak noga boli to chce kapcia, takiego góralskiego z wełny. A czy w takim kapciu można kogoś sobą przyciągnąć? Nie. Powab gdzieś znikł. Nawet nie pomoże wyszukiwanie jakiś zewnętrznych oznak starzenia u męża w ramach rewanżu od losu. Nawet coraz mniej jego włosów nie poprawi poczucia bez powabnego kuśtykania w kapciu. Męża da się przyciągnąć czym innym, ale sama siebie nie pociągam. W pociąganiu dobrze jest mieć rekwizyty, jak te wysokie obcasy na przykład. W żadnym razie bambosze!

Pies nadal szczeka. Jeśli się nie opanuje, to przyjdą sąsiedzi, a co gorsza obudzi się żaba i żółw Gustaw.

Jeśli żółw się obudzi, to zobaczy że spał z ropuchą. Będzie miał niesmak. A jak mąż dostrzeże,że żona kulawa, to żona wypowie mu łysinę. Zrobi się nieprzyjemnie. Lepiej niech pies już da spokój.

Tak gadać baba może bez końca. Babie łatwiej żyć z gadaniem. Chłop woli milczeć i sobie myśli: ile ta baba może tak gadać? Wtedy może nawet dostrzega, że baba jest kulawa w kapciu, bo jak ktoś kogoś denerwuje to nie widzi jego zalet.  Ale jak baba jest sprytna, to sobie siada do komputera i gada pisząc. Oko pomaluje, nogę schowa i opisuje głupoty. Od czasu do czasu zerka znad klawiatury, poprawi fryzurę i jeszcze coś mądrego powie o artykułach, polityce, albo zaśmieje się kusząco. Taka baba to może nawet przyciągnąć uwagę. Bo co ona tam stuka ? No właśnie. A może ona z kimś tam się zadaje? Zazdrość wzbudza i kusi ...

Baba nawet kulawa wtedy staje się zagadką. Klawiatura odbija się w błyszczących oczach. Jakaś aura się nad nią unosi. Taka baba to może nawet być pociągająca? Może nawet warto ją pocałować? Może nawet zaprosić do wspólnego rozstrzygania problemów, jakie nękają współczesność? Może nawet warto wspólnie pomilczeć?

...tylko czemu ten pies tak ciągle szczeka?

16:30, fabella
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 września 2014
Rozmowy przy kolacji

Mąż do naszego dziesięcioletniego Armanda: - synku jesteś za lewicą, prawicą, centrum, czy extremelną lewicą, czy extremalną prawicą?

- Tato, jeszcze nie znam dobrze wszystkich programów. Nie mogę Ci odpowiedzieć.

...uff, dobra odpowiedź synku .

.........................................................................

Armand: - no tak, ale jak można żyć bez polityki?

ja z mężem chórem: - nie da się! Nie ma demokracji bez polityki i partii politycznych, a demokracja to najbardziej sprawiedliwy z systemów i taki wybraliśmy w naszych krajach.

Armand: - to dlaczego mówicie że Front Narodowy to są troglodyci?

ja: - bo nawet i tacy są w społeczeństwie. Najgorsze, że w ich wypowiedziach jest trochę prawdy o tym co się dzieje we Francji, prawdy, której boją się inni politycy. Tymi skrawkami udaje im się przekonać wiele naiwnych ludzi.

mój mąż: - gdyby doszli do władzy my byśmy bezpowrotnie opuścili Francję. Niestety cele FN są bardzo negatywne i dlatego trzeba głosować na partie liberalne, żeby zwalczały takich ludzi, którzy chcą zamykać okna i granice.

Armand: - to głupie, że oni to chcą.

....uff, dobra konkluzja.:)))

11:16, fabella
Link Komentarze (6) »
środa, 24 września 2014
Ostatni oddech lata
22:23, fabella
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 września 2014
Motylem to załatwiam

Kiedy w 2006 roku Andrzej Lepper został mianowany na wicepremiera, a parę miesięcy później Kaczyński stanął na czele rządu, coś we mnie pękło. Nie mogłam uwierzyć, że Polacy wybrali tak beznadziejnych ludzi. Byłam szczerze zawiedziona. Konsekwencje dla Polski były oczywiście fatalne, a ja już nie chciałam ani czytać o tym, co dzieje się nad Wisłą, ani przejmować się tym. Pocieszałam się, że azymut dla kraju jest dobry: kapitalizm + unia + demokracja, sprawią, że prędzej czy później dojdzie do odsunięcia niebezpiecznych ludzi na margines społeczeństwa.

Zajęłam się Francją. W końcu w niej mieszkam i to jej losy dotykają mnie bezpośrednio. Z mężem i znajomymi dyskutowaliśmy o polityce w Europie i na świecie. Zastanawialiśmy się jak doszło do bankructwa banków, jak to się stało, że Ameryka jest w tarapatach i że kryzys, wojny, ocieplenie klimatu, a Chińczykom żyje się dostatniej. Z czasem w Polsce doszło do zmian i bardzo mnie to ucieszyło. Leppera nie było już w wiadomościach, Kaczyński niestety ciągle jest. Jednak to, co we mnie pękło w 2006, już chyba się nie skleiło i kocham bardzo mój kraj, ale mniej przejmuję się jego polityką.

Nadal uczę dzieci polskiego, historii i tradycji. Zachwycamy się krajobrazami  naszej słowiańskiej ojczyzny, cieszymy się, że Warszawa jest coraz piękniejszym miastem, a polska prowincja i wsie są obrazem zdrowego dobrobytu i świadectwem pracowitości. Nie przeżywam już jednak ani Smoleńska, ani podsłuchów, a o wojnie ukraińskiej myślę z rezerwą i niezmienną niechęcią do Rosjan.

Tymczasem do władzy we Francji doszli socjaliści, i na czele państwa został wybrany bezradny kłamczuch. Złościłam się, jak wtedy z tym Lepperem i Kaczyńskim, jednak kimże jestem w tym scenariuszu? Starałam się, jak mogłam, żeby nie przejmować się , bo przecież we Francji zawsze tak było, że raz prawica zarabia pieniądze, raz lewica je wydaje, a wszystkim i tak żyje się w miarę dostanie. 

 ...jednak znowu coś we mnie pękło. Wielu znajomych uciekło na emigrację i sprzedali wszystko, co posiadli we Francji paląc za sobą mosty, i smutno nam jest bez nich, bo żeby się spotkać musimy jeździć po świecie. Inni znajomi, co zostali, z niechęcią mówią o tym, co się dzieje i w ogóle są zdegustowani codziennością.

W marcu wyszła moja pierwsza książka i dzięki niej poczułam, że już nie powinnam więcej ani mówić, ani pisać o Francji. Jak widać również i na blogu, nie chciałam wiele się wypowiadać. To, co miałam przekazać innym, zostało na papierze. Nie chciałam więcej o tym nawet myśleć. Czasami lepiej tak żyć, bo inaczej strach przed wizją nieciekawej przyszłosci w kraju, z którym związałam własne plany staje się nie do zniesienia. Dziś nie znam prywatnie prawie nikogo, kto nie mówi mi, że dba o dobrą edukację dzieci, żeby mogły wyjechać i budować życie daleko od Francji, bo w niej będzie tylko gorzej! ...no ale ktoś tu może jeszcze zostanie?

Ponieważ na razie nie mogę inaczej, postanowiłam nie myśleć o tych smutnych sprawach. Postanowiłam znowu uciec i zająć się czymś innym. I tak zaczęłam doceniać każdy rozwijający się pąk róży w moim ogrodzie. Nauczyłam się je pielęgnować i zapewniłam dobre towarzystwo lawendą i hortensjami. Zasadziłam wielokolorowe Weroniki, których kwiaty wracają na całą zimę, wtedy, gdy ich kolczate koleżanki zasypiają królewskim snem. Dosadziłam palmę, oleandry i powojniki. Każde z nich kwitnie w innym czasie i ogród nie jest nudny. Doczekałam się potomstwa pod dachem mego domu. Trzy rodziny maleńkich kopciuszków fruwają mi nad głową od wielu miesięcy. Zainstalowałam wodopoje dla ptaków i owadów. Motyle, pszczoły, bąki i inne bzykacze z radością czuwają nad  wciąż kwitnącymi masywami. Oliwka, jaką zasadziłam dwa lata temu, daje już mnóstwo owoców. Morelki, brzoskwinie, a wcześniej czereśnie nie zawiodły obsypując stoły ciężkimi owocami.  Codziennie jemy własne pomidory, bakłażany i paprykę! Nauczyłam się również odpoczywać.

Udaje mi się nawet przerywać prace i kłaść się na brzegu basenu. Przypomniałam sobie, że trzeba dbać o ciało, odpoczywać i uśmiechać się do każdego promienia. Od klku miesięcy pływam codziennie i cieszę się, że mimo strasznych kredytów, jakoś udaje nam się je spłacać. Ograniczyłam czytanie gazet do weekendów. W piątek i sobotę dostaję Le Figaro i jeszcze parę innych tygodników. W każdy piątek wraca też mój mąż do domu. Wtedy świętujemy,że jesteśmy razem, zastanawiając się nad smakiem różnych gatunków naszych pomidorów i ogórków. Przez tydzień jestem sama z dziećmi i zwierzętami. Mąż pracuje w Szwajcarii. On też wyemigrował i nie chce za żadne skarby wrócić do ojczyzny. Ja jeszcze nie potrafię podjąć takiej decyzji, więc dzielimy codzienność na dwa kraje.

Jakiś czas temu mąż zmienił pracę i zostawił francuską firmę na rzecz angielsko-amerykańskiej korporacji. Tak zresztą czyni od wielu miesięcy bardzo wielu pracowników kadr zarządzającyh. Francja jest coraz mniej  atrakcyjna pod każdym względem. 

Kiedyś mięli francuską pracę, teraz już jej nie chcą, bo astronomiczne podatki zabijają średnie i małe firmy, bo problemy związane z niezrozumiałym kodeksem pracy ( 3000 stron - absolutny rekord ) są nie do rozwiązania, i coraz trudniej zarobić na wygodne życie... bo nie ma żadnej wizji politycznej poza beznadziejnym partyjniactwem...bo regularne skandale rządzących socjalistów, mieszają się ze śmiesznymi plotkami z życia seksualnego prezydenta. Od kłamstwa do kłamstwa , od oszustwa do oszustwa, a wszystko pod kołderką socjalistycznych sloganów o równości i sprawiedliwości społecznej.

Powoli rozstajemy się z tym, co francuskie. Najpierw z pracą, potem z samochodami. Na szczęście nie wszystko stracone. Kiedyś piliśmy francuskie wino, i dalej pijemy francuskie wino. Bagietki jemy też francuskie. Żywność jest niezmiennie dobra, ale atmosfera już mniej.

Francuzi narzekają jeszcze bardziej jak kiedyś. Trudno im jest żyć z mentalnością lewicową, ale potrzebami kapitalistycznymi. Chcieli mało pracować, dużo odpoczywać, wygodnie żyć, a się nie przemęczać. No i teraz płacą gigantyczne podatki, bo wychowali zbyt wielu pracowników budżetowych, zbyt wielu mają też źle wykształconych obywateli, którzy bez pracy w podduszonym sektorze prywatnym, mogą liczyć tylko na socjalne utrzymanie, zbyt silnych aparatczyków i związkowców.

Francuzi wybrali beznadziejnego prezydenta i coś się popsuło na dłuższy czas, bo okazuje się, że socjalizm nie działa, tak jak im się marzyło.... a miało być tak pięknie...

O motylki... o róże...Staram się nie podchodzić emocjonalnie do tematu Francji, bo i tak nic nie zmienię. Staram się i dlatego mało mnie na tym blogu.

Cieszę się z ciepłej wody w basenie, obiektywnie dobrego poziomu życia, martwię chroniczną tęsknotą za mężem i dbam o stan własnych nerwów. Uroda Francji jest tak ogromna, zapachy i smaki nadrodańskiego regionu tak urzekające, że uda mi się przetrwać nawet socjalistyczne rządy obecnych amatorów.

Najbardziej martwi mnie jedno, że nie widzę azymutu. Wtedy w Polsce , za Leppera, też źle mi było, ale była nadzieja, że to chwilowe, taki wypadek młodej demokracji. We Francji już coraz mniej osób widzi azymut i coraz mniej Francuzów wie jaką drogę powinna obrać ich ojczyzna , żeby nie dostać zadyszki....ale może i to się zmieni?

Tymczasem cieszę się, że Tusk jest tam, gdzie jest, że siatkarze polscy są mistrzami świata, a polskim matematykom udało się właśnie rozwiązać najtrudniejszą hipotezę Talagranda. Oczywiście zupełnie nie wiem o co chodzi , ale brzmi imponująco i warto się chwalić, że Polacy, to mądrzy ludzie są.

Staram się również kupować polskie jabłka. Niestety we Francji mało jest polskich owoców, a tak bardzo chciałam zrobić Putinowi na złość. Na jesieni będę w Warszawie, to z pewnością nadrobię czas i najem się jabłek pod każdą postacią. 

Cieszę się również, że moja książka sprzedaje się dobrze, za co dziękuję wszystkim moim czytelnikom. Piszę zatem drugą i mam nadzieję, że już niedługo uda mi się ją skończyć.

Wracam teraz do motyli. Jeszcze ich mnóstwo na mych krzakach siedzi. Jeszcze trzy dni do powrotu mego męża wytrzymam jak zwykle, a potem znowu będziemy się cieszyć z pomidorów i złościć na Hollanda przy zmrożonym kieliszku różowego wina.

15:53, fabella
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 26 maja 2014
Szklana Francja Le Pena

Niedaleko mojego domu stoi kontener do którego wrzuca się stare szkło. Francuzi piją w weekendy dużo wina i innych trunków, więc wypełniają go butelkami. W każdy poniedziałek przyjeżdża ciężarówka i opróżnia śmietnik. Tona szkła przesypuje się i robi tyle hałasu, że świat się cały trzęsie z przerażenia. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję i za każdym razem mrozi mi krew w żyłach, gdy ostry dźwięk rozbijających się butelek i słoików niesie się po całej dzielnicy. To taki podatek od szczęścia, jakie wypełnia moją codzienność mieszkanie w pięknym domu, pośród sadów i winnic, tuż pod Lyonem.

Wczorajsze wybory do parlamentu europejskiego zadziałały na  mnie, jak to poniedziałkowe, szklane nieszczęście. 25% głosów zdobyła partia Front Nationale (Front narodowy). Ugrupowanie, które promuje ideę mocnej Francji , odejście od euro, zamknięcie granic i wiele innych zatrważających wynalazków. Przewodniczącą FN jest Marine Le Pen, córka "wielkiego" Le Pena.

O ile wybuchowy tatuś, bez skrępowania prezentował antysemickie i antyeuropejskie poglądy. To córcia, już bardziej sprytnie prowadzi swoją karierę polityczną. Zrozumiała, że Francuzi nie lubią już antyżydowskich bredni. Zrozumiała również ,że Francuzi nie znoszą muzułmańskich chust, brodatych islamistów i agresywnego ich potomstwa. FN doskonale wypełniło lukę polityczną, jaka powstała w wyniku utraty zaufania do partii Sarkozego i rozczarowania beznadziejnymi rządami lewicowego Hollanda. Ten ostatni , miast reformować Francję, zajął się wyłącznie sprawami małżeństw dla homoseksualistów, ale nawet nie pozwolił im adoptować dzieci. nawet tu czują się oszukani. Poza tym co kogo obchodzą sprawy mniejszości, gdy reszta nie widzi żadnej nadziei na przyszłość.

A jednak Francuzi nie chcą przyznać się do fiaska socjalistycznego eksperymentu , jaki praktykują od trzydziestu lat. Nie ma znaczenia jaka frakcja polityczna rządziła dotąd Francją. Wszyscy politycy twierdzili, że maksymalna ochrona socjalna, "sprawiedliwe" rozdawanie pieniędzy podatników  i bezkompromisowa hegemonia związków zawodowych stanowią niepodważalną dogmę francuskiej polityki.

Dzisiejszy program FN wcale nie odchodzi od tej bezkompromisowej wizji Francji. Twierdzi natomiast, że ewidentnie katastrofalny stan francuskich finansów powoduje zbyt duża ilość kolorowych przyjezdnych z Afryki. Winę za wszelkie zło ponosić mają oni.

Socjalizm zblokował dynamiczny rozwój małych przedsiębiorstw we Francji. Zbyt duże podatki demotywują przedsiębiorców i zabiją ich marże. Doprowadziły do utraty konkurencyjności produktów francuskich na rynkach zagranicznych i w efekcie do chronicznego zamierania przemysłu. Zbyt skomplikowany system prawny, rozbudowana administracja państwowa, zbyt duże przywileje dla mało pracujących pracowników budżetowych, zbyt duże uprawnienia związkowców, zbyt krótki tydzień pracy, zbyt wczesne emerytury, jak i zbyt wysoki ich poziom, zbyt duża opieka socjalna dla wszystkich, bez żadnych wymagań i obowiązków. To wszystko tylko wzmaga bezrobocie i niezadowolenie. Francuzi nie chcą ryzykować i nie zakładają , nie rozwijają małych firm. Zresztą ochrona socjalna pozwala im na ten wybór. Socjalizm francuski zagwarantował, że nawet jak nie pracujesz to jakoś żyjesz. Niektórym żyje się nawet nieźle. Jednak zazdroszczą tym co żyją lepiej. Francuzi złoszczą się bo Hollande obiecał im że będę mieli więcej pracy, jeszcze więcej opieki społecznej. Tymczasem muszą płacić więcej podatków, pracownicy budżetowi mają zamrożone pensje, a na ulicach widać coraz więcej kobiet w czadorach i chłopów w piżamowatych galabijach bykiem patrzących się na resztę społeczeństwa.

Według Marine to przez nich jest źle i przez głównego jej wroga, Unię Europejską! Francuzi tak bardzo nie chcą spojrzeć prawdzie w oczy, że żeby doszło do konstruktywnych zmian, powinni pożegnać się z parasolem socjalnym, tak bardzo nie chcą utracić tego ciepełka minimum, tak bardzo nie chcą pracować więcej jak 35 godzin, że postanowili pójść za ksenofobiczną Marine. Pod sztandarami nienawiści klaszczą,że winę za wszystko ponosimoneta euro, jak i źli Niemcy. Ci ostatni radzą sobie lepiej, ale to dlatego że wierzą w swój kraj. Pani Le Pen przekonywała niedawno, że jak Francja wróci do franka francuskiego to będzie nareszcie lepiej. Gdy jeden z przedsiębiorców zapytał jak ona sobie wyobraża zakup surowców naturalnych za słabego franka? Patriotka Marine, powiedziała że to bezsens. Francja nie musi nic zakupywać, jest samowystarczalna, wystarczy uwierzyć, że jest wielka.

Cóż , Adolf też przekonał kiedyś że winni są inni, a Niemcy to wielki naród. Znamy tego konsekwencje. Francuzi jednak myślą że teraz jest inaczej. Myślą że jeśli w jakiś magiczny sposób pozbędą się Arabów, Murzynów i wszystkich "innych", to wróci przemysł, sprawna ekonomia, Francja znowu będzie największym mocarstwem.

Ale nie będzie!

Nie uda się wyrzucić Arabów, którzy są już wielomilionową społecznością z paszportami francuskimi. Nie uda się budować wielkiego kraju zamykając go na świat. Nie uda się budować przyszłości na fundamentach nienawiści i rasizmu. Nie uda się i już.

Za oknami znowu zabrano szkło. Ciężarówka trzaskała butelkami, a mi jest aż niedobrze. W jakim kraju ja żyję? Jak w XXI wieku poglądy bliskie troglodytom mogą pociągać tak demokratyczny, wolny politycznie naród jakim są Francuzi?! Szklane poglądy tłuką się jak te butelki pod oknem mego domu

Wierzę w Europę. Wierzę w jej sens i przyszłość. Nienawidzę socjalizmu , bo to trucizna dla naiwnych i zawsze doprowadza do ułudy i złych wyborów. I z jeszcze większą niechęcią czytam o wynikach wczorajszych wyborów do europarlamentu.        

15:51, fabella
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 31 marca 2014
Książka o życiu we Francji

W związku z listami, jakie dostaję i pytaniami dotyczącymi kupna "Mojej Francji", chcę wyjaśnić, że książka jest dostępna w księgarniach Empik na terenie całej Polski, jak i w księgarniach internetowych. Wystarczy w wyszukiwarkach wbić tytuł "Moja Francja" Patrycja Todo, i wyskoczą wszystkie referencje sprzedaży.

Książka nie jest wydanym blogiem! To dogłębna analiza moich doświadczeń i opinii, jakie wyciągnęłam po wieloletnim życiu we Francji. Jest to również próba obalenia pewnych stereotypów, lub potwierdzenia ich, jak i chęć zrozumienia Francuzów, z którymi dzielę moją codzienność od przeszło18 lat. Książka zawiera 300 stron tekstu i 30fotografii. Parę z nich było publikowanych na blogu, niektóre wystawione podczas wielu międzynarodowych wystaw, a kilka, zostało nawet sprzedanych na aukcji zorganizowanej przez Fundację Kościuszkowską w Nowym Jorku.

*

*

Z książki dowiecie się Państwo jak wychowuję od 13 lat na Polaków i Francuzów dwójkę moich dzieci. Jak funkcjonuje rodzina dwujęzyczna i dwukulturowa. I czy życie młodej Polki na emigracji jest rzeczywiście łatwiejsze jak w Polsce. Wielu moich rodaków deklaruje chęć wyjazdu, warto może wiedzieć wcześniej, jak to wygląda po drugie stronie lustra. :)

 W książce jest szereg cennych myślę doświadczeń, w jaki sposób udaje mi się wychować synów tak, żeby czuli, myśleli i mówili idealnie po polsku,  mimo, że mają ojca Francuza, urodzone są i wychowywane poza Polską. Może to zaciekawić nie tylko emigrantów, ale i pomóc niejednej osobie w podjęciu decyzji, jak od małego można nauczyć dziecko mówić w dwóch językach. 

"Moja Francja", to również próba znalezienia w historii Francji odpowiedzi, na wiele nurtujących mnie problemów, jakie poruszam na blogu. Chęć przybliżenia obrazu życia na co dzień we współczesnej Francji.

Nie jest to ani przewodnik, ani poradnik turystyczny i zwłaszcza, nie jest to obiektywna opowieść o największym kraju Europy.

*

Chcę również wszystkich zaprosić do odwiedzenia strony:

http://dekolandia.blogspot.fr/2014/03/moja-francja-o-ksiazceo-czytaniu.html

To interesujący blog o estetycznej sztuce życia, gdzie ku mojemu zaskoczeniu, przemiła pani, wykorzystuje "Moją Francję" do celów dekoratorskich. Dziękuję bardzo za tę nową funkcję, jaką spełnia moja książka. :)

*

Z wiadomości "od kuchni", książka sprzedaje się bardzo dobrze, mimo braku reklamy w mediach i mam nadzieję, że jeszcze wiele osób po nią sięgnie. Napisałam ją z potrzeby serca. Z chęci podzielenia się moją wiedzą, jak i emigranckim, trudnym, acz i wesołym doświadczeniem.

Dzięki tej pracy, udaje mi się być szczęśliwszą, czego życzę wszystkim moim czytelnikom.

Patrycja Todo 

  

  

wtorek, 25 marca 2014
Śmiech po Koluszkach

Od trzynastu lat każdy mój wyjazd do Polski odbywał się przy współudziale moich dzieci i czasami męża. Tydzień temu po raz pierwszy byłam sama. W moim ukochanym mieście, bez rodziców, bez dzieci, nawet bez psów. Poczułam się jak kiedyś na wagarach. Niby z wyboru, ale chyba bezprawnie. Nie zastanawiałam się jakie muzeum zwiedzić, co dzieciom pokazać, gdzie pójść na pierogi, ani na jaki film się wybrać. Nie szukałam co się nadaje dla dzieci w jakim teatrze, ani czy jutro będzie dobra pogoda, i czy rowery są gotowe na wycieczkę. Żyłam przez kilka dni egoistycznie dla siebie, nieegoistycznie dla przyjaciół, a właściwie... to zupełnie nie jest do końca tak.

Po pierwsze przywitałam się z moją książką w Empiku. Bardzo się z tego ucieszyłam. Zupełnie tak jak dzieci się cieszą ze Świętego Mikołaja. Przyznam się nawet, że w jednym z Empików, przełożyłam książkę na półkę w wejściu. Tak żeby ktoś, kto nie zauważył, w końcu to uczynił. Niestety pani sprzedawczyni zauważyła mój niecny czyn i powiedziała: "Moja Francja " leży tuuu. Potem przełożyła ją tuż obok. Ponieważ miejsce było równie widoczne, nie sprzeczałam się. Aż mnie korciło żeby powiedzieć że to ja ją napisałam. A potem pomyślałam , no i co z tego? Ważne jest kto ją przeczyta, a nie kto ją napisał. I cicho poszłam dalej.

Na odchodnym jednak spytałam się jak się sprzedaje. Odpowiedziała mi: - jak wszystkie czerwone okładki - dobrze.

No to się ucieszyłam, że ta okładka jest czerwona. Zwłaszcza, że jak bardzo lubię ten kolor. Mam takie sukienki, buty, torebki. Maluję paznokcie na czerwono, dzieciom kupuję czerwone kurtki, mam czerwone zasłony, szlafrok... i od trzech dni tulipany w ogrodzie. Słowem dobrze się stało, że okładka też ma ten kolor.

W związku z czerwoną książką pojechałam do Łodzi. Pierwszy raz od lat wielu siedziałam w pociągu. Do tej pory poruszałam się głównie samolotem albo samochodem. Teraz postanowiłam wziąć pociąg, bo przecież do Łodzi z Warszawy nie będę latać .

W pociągu było bardzo ciepło. Niestety okien nie można otworzyć, ale było czysto i porządnie. Usiadłam blisko drzwi, bo inaczej bałam się ,że się rozpłynę w tej mojej czerwonej sukience. Po kilku minutach każdy rząd w wagonie był zajęty przez nowego pasażera. Jedni czytali, drudzy gadali. Ci ostatni mówili do telefonów. Chciałam czy nie, musiałam słuchać, bo mówili głośno. I tak jeden pan relacjonował dokładnie gdzie usiadł, przy którym oknie i kiedy ruszyła, maszyna. Po drodze jeszcze się pytał czy żona zrobiła lewatywę Lusi. Potem się domyśliłam że to jakieś zwierzę bo córka by chyba kości w nagrodę nie dostawała. Potem prosił jeszcze o wstawienie ziemniaków bo pewnie zaraz dojedzie.

"Zaraz" trwało dłużej jak podróż z Lyonu do Paryża. No ale wiem, we Francji nie było komunizmu, mają drogie TGV, itd.. My dopiero tak mieć będziemy. Jednak dwie i pół godziny do Łodzi z Warszawy, to już podróż dla hobbystów!

Potem zaczęła rozmowę pewna młoda , zadbana pani o tipsach. Wyraźnie mówiła przez telefon koleżance, jak je ma przyklejać. Tamta chyba nie rozumiała do końca, bo przyklejały wspólnie te tipsy przez prawie godzinę. Pociągowa koleżanka denerwowała się, że tamta taka ciamajda i że nic nie rozumie. Żal mi jej było, bo przyklejać tipsy przez telefon to nie jest łatwa rzecz. Poza tym już wiem jak je przyklejać, gdybym chciała, mam już instrukcję obsługi.

Wiele innych, pasjonujących rozmów ludzie przeprowadzali i każdy dość głośno. Aż w końcu chciało mi się do toalety. Zebrałam siły i poszłam do pociągowego wychodka. A tam, niestety ktoś był wcześniej. Stwierdziłam że nie mam absolutnie wyjścia, bo moja sytuacja była nagła. Wewnętrzne obrzydzenie popchnęło mnie do zwalczenia obcych suwenirów. Spuszczam wodę raz. Spuszczam wodę dwa. Przy trzecim, upartym wodo spuście słyszę męski głos zza drzwi: - proszę pani, to tak od Koluszek pływa, nie uda się pani.

I zrobiło mi się swojsko, domowo, jakoś tak polsko.

Śmieję się do samej siebie, bo cała podróż w jedną i drugą stronę trwała pięć godzin! Ale o tym więcej jutro...   

wtorek, 18 marca 2014
Kochankowie z Avignon

.

Francuzi chętnie się przytulają i są często publicznie miłośni. Chyba jak większość Europejczyków lubią pokazywać zakochanie. Kiedyś w Anignonie, gdzie most nie dotyka drugiego brzegu, zrobiłam to zdjęcie. Jak w karuzeli, dwie historie potoczyły się jedna za drugą. I tak sobie myślę, że tych dwoje w drugim planie, może też kiedyś stało na środku ulicy w uścisku, jak ta para z przodu? Może zazdroszczą im tego momentu zakochania? A może wcale nie i cieszą się, że już mają za sobą ten cały szaleńczy wir uczuć. Dwie historie w jednej. Pewnie nigdy się nie spotkają. Nawet nie przeszło im przez myśl, że ktoś utrwalił ten moment. Niby nic specjalnego, ale przecież żadna miłość nie jest banalna.

 Dzięki fotografii połączyła się rodzinna chwila z momentem młodzieńczego zakochania. A karuzela kręci się do dziś, przy udziale wesołego śmiechu kolorowych krasnali. 

środa, 19 lutego 2014
Zapowiedź ksiązki "Moja Francja"

!!!!

.

http://wydawnictwofeeria.pl/pl/ksiazka/moja-francja

.

Drodzy mili Czytelnicy. Od jakiegoś czasu "groziłam" pojawieniem się książki o tym samym tytule co blog, jaki regularnie odwiedzacie. Słowo ciałem się stało :).

"Moja Francja"- to książka, jaką napisałam niezależnie od znanej Wam strony internetowej. To, co opisuję w blogu na bieżąco, jest wieloletnim dziennikiem.

"Moja Francja" -  to już zupełnie coś nowego. Książka nie jest zatem przedrukiem blogowych notek. Gorąco namawiam do jej kupienia, albowiem więcej w niej prawdy, przemyślanych spostrzeżeń i ciekawych opisów, jak i fotografii, których w większości jeszcze nie publikowałam. Znajdziecie w niej dogłębne przestudiowanie wielu zagadnień, opisy miejsc, jak i prawdziwej natury przeciętnych Francuzów.

"Moja Francja " to również opowieść z życia wzięta. Odpowiedź na pytania jak w nowoczesnym, zachodnim świecie znaleźć równowagę między emancypacją a tradycją, miłością a pragmatyzmem. To zwłaszcza chęć potwierdzenia, że można być Polką wszędzie, i wychować dzieci w szczęśliwej polskości w każdej części świata.

To wreszcie chęć pogodzenia się z tym, co razi, denerwuje i niepokoi w kraju, gdzie stworzyłam dom rodzinny i który jest jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. 

Blog przyniósł mi wiele radości i mam nadzieję, nie zawiódł tych, którzy tu trafili. Będę nadal tu opisywała, pokazywała moją codzienność w tym tak pasjonującym zakątku Europy.

Debiut książkowy jest początkiem mojej literackiej drogi. Pisałam przez wiele lat do szuflady, od teraz będę publikować moją twórczość. Pracuję obecnie nad nową książką, już nie związaną z Francją. Fotografia i pisarstwo stają się powoli sensem mojego życia. Chłopcy rosną i nim się obejrzę, nie będą potrzebowali matczynego parasola. Mam nadzieję, że ten debiut uda się tak, jak bardzo szczęśliwe jest moje życie. I mimo trudnych chwil, cienia nostalgii i częstego osamotnienia, ciągle uważam że warto było przeżyć to, co za mną.

Chciałam również podziękować Panu Dariuszowi Rossowskiemu i Pani Katarzynie Białkowskiej z Feerii, za zaangażowanie, wspaniałą współpracę i wydawniczy profesjonalizm.  Wydawnictwo Feeria w sposób niezwykle zróżnicowany dobiera tematykę książek i namawiam wszystkich do przeglądania tej oferty.

Dziękuję przede wszystkim Wam, moi drodzy Czytelnicy za ciągłe powroty i podtrzymywanie mnie w chwilach czasami trudnych, jakie pojawiały się w moim życiu. Dziękuję za wytrwałość w czytaniu jak i Wasze ciągłe, mądre uwagi, z którymi liczyłam się przy pisaniu książki.

Dziękuję wreszcie mojej cudownej rodzinie, moim synkom , mężowi i rodzicom za wiarę we mnie. Dziękuję Mamie za jej ogromną mądrość i wielkie serce, za babciną determinację w wychowaniu wraz ze mną moich dzieci. Mama jest również moją pierwszą czytelniczką :).

Dziękuję Tacie, za ogromną pomoc w pracy nad redakcją tekstu,  jego dziennikarskie doświadczenie często studziło moje literackie emocje.  

Dziękuję wreszcie Francji i wszystkim Francuzom , bez których nie byłoby tej mam nadzieję interesującej książki.

Od 5 tego marca będzie można zakupić "Moją Francję" w Empikach. A już za niedługo pojawi się jej wersja francuska nad Sekwaną.

środa, 05 lutego 2014
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13