Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
O autorze
Zakładki:
Folio
Moje blogi/ mes blogs
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 08 marca 2019
Do zobaczenia na wordpress.com
Z dużym smutkiem żegnam BLOX, albowiem pod koniec kwietnia kończy się pewien rozdział internetowej przygody. Teksty z tego blogu można będzie czytać na nowej stronie
http://mojafrancja740072618.wordpress.com/

Stronę dopiero buduję więc nie ma jeszcze fotografii
ale pojawią się nowe , bo życie idzie do przodu.
To wielki żal, że Gazeta pl nie miała odwagi dalej pozwalać pisać i publikować na jej platformie . Cóż takie podłe czasy
Dziękuję  wszystkim czytelnikom i do zobaczenia wkrótce na wordpress
15:10, fabella
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 stycznia 2019
Francuski żółty bałagan
.
Minęła mi radość z żółtych kamizelek. Z jednej strony to dobrze, że są, bo osłabia to fatalną prezydenturę Macrona, ale im dłużej im się przyglądam tym gorzej mi się robi. 
Prezydent zaczął poprzedni tydzień ostrą rundą wokół Francji walcząc o głosy wyborcze w związku z majowymi europejskimi wyborami . Oficjalnie rozmawia z narodem i z merami wszystkich regionów, konsultuje i "uzdrawia Francję" . Ma to być rozreklamowana przez władzę, wielka debata narodowa o przyszłości republiki. 
Jupiter, jak sam siebie skromnie nazywa szef Francji, spotyka się z setkami przedstawicieli władz lokalnych w dużych wiejskich salach i słucha ich skarg i zażaleń . Zszedł z tronu i wspaniałomyślnie wysłuchuje narodu. A potem , praktycznie z marszu, daje mu odpowiedzi i obiecuje gruszki na wierzbie . 
Przyznam, że te wielogodzinne seanse są imponujące . Facet skończył ENA (szkoła administracji państwowej ) i zna doskonale z najmniejszymi detalami wszystko, co dotyczy funkcjonowania państwa . Francja to gigantyczny labirynt urzędów , przepisów i związanych z tym komplikacji. Macron  niezmordowanie i błyskotliwie rozmawia z merami dając wyczerpujące odpowiedzi i jest niezniszczalny fizycznie i intelektualnie . Jestem pod dużym wrażeniem bo ilość detali, jakie wyciąga z głowy na gorąco jest po prostu imponująca. Przypomina w tym Sarkozy’ego i zachwyca poziomem wiedzy i elokwencji na każdy temat . Mimo to, bardziej irytuje Francuzów niż zadowala. 
I tak wszyscy wiedzą, że walczy o  głosy w wyborach a nie o poprawę ich sytuacji. Ciągle omija podstawową sprawę : nie chce reformować fiskalnie państwa , nie chce referendum obywatelskiego, nie chce odchudzić budżetu, leczyć z socjalizmu i nie mówi o problemach związanych z emigracją i islamem . Czyli mamy super elokwentny popis blablaizmu w najlepszym francuskim stylu. 
A poza tym jest zima, brzydko, drogo i wszyscy mają wszystkiego dość. W każdy weekend ciągną się nadal wypady żółtych i nie jest już to wcale śmieszne . 
Ruch nie ma nadal żadnej czołówki , rdzenia ideologicznego, ani intelektualistów . Zlepek biednych ludzi, białych Francuzów, którzy chcą więcej pieniędzy na życie od państwa , domagają się referendum jak i i całej masy nowych podatków żeby „ zabrać bankom, bogatym i coraz częściej słyszę Żydom”. 
Żółci komunikują głównie przez FB. Czytając ich wypowiedzi, uznaję że są w całej masie przerażająco głupi i niedouczeni. Tak, niestety nie boję się tego powiedzieć . Ich światopogląd jest na poziomie przedszkolaków z grupy skrzatów. Nawet hasła na murach bazgrolą z bykami. Nie potrafią ani pisać, ani mówić składnie z logiką, bez błędów i ze zrozumieniem. 
Poziom tragicznie niski wypowiedzi potwierdza również śmieszne skargi i naiwne prośby. Zgraja wściekłych , rozżalonych ludzi, którzy chcą ciastko zjeść, nadal mieć i dostać jeszcze za to pieniądze i pochwały może tylko budzić niechęć i żal. Pierwszy zryw nie miał nic wspólnego z tym, co się dzieje teraz.
Odeszli od nich praktycznie wszyscy prywaciarze, kadry zarządzające i katolickie środowiska drobnomieszczańskie. Pozostała wiejska i małomiasteczkowa biedota, która rozrabia i wojuje z poirytowaną do granic możliwości policją. Ilość samobójstw wśród mundurowych sięga do trzech tygodniowo! Właściciele sklepików w dewastowanych centrach  , mieszczanie dużych miast , wszyscy są zmęczeni i rozczarowani komunistycznymi pomysłami tych protestujących ludzi. 
W ciągu tygodnia Francja jakoś się kręci , Macron podrywa opinie publiczną jak może z miernym skutkiem. A w soboty jest jeden wielki bałagan i tak bez końca . Najbardziej smutne wydaje mi się jedno: Francuzi wszyscy powtarzają jak mantrę: „to się jeszcze nic nie zaczęło . Najgorsze przed nami.” 
Nie wiem co ma jeszcze być . Słyszę tylko wokoło coraz więcej bezsensownych rozmów o niczym. Żółci szczekają komunistycznie, znudzona karawana idzie dalej a naród zagada się na śmierć. 
Czyli jak w znanej piosence : parole, parole, parole....☹️
.

sobota, 19 stycznia 2019
Terroryzm nie musi być tylko arabski

Z daleka , z Francji wygląda  to tak: jeżeli Polacy odpuszczą będzie tak, jak na Zachodzie a terrorystyczne, nienawistne ataki będą zabijały więcej ludzi. Będziecie się bali, robili marsze pamięci , wysyłali świeczki, puszczali balony i płakali bezsilnie że tak być nie może . Będzie rozkładali ręce i zastanawiali się jak można tak nienawidzić . Będziecie bali się okazywać wasze poglądy i stracicie wolność i bezpieczeństwo . Wcale nie trzeba być Arabem żeby być terrorystą.

 

W Gdańsku zadziałał dokładnie ten sam mechanizm jak z we Francji terroryzm islamski. Ten gdański morderca ma dokładnie takie samo CV i sposób zachowania jak tutejsi , arabscy terroryści . Arabowie francuscy krzyczą allah agbar, a on krzyczał precz z PO. Nie ma znaczenia co krzyczą . Ważne, że to robią bo nadają polityczny sens ich morderstwu , stają się bohaterami. Nadają sens ich beznadziejnemu życiu.

 

Islamscy terroryści są wszyscy bez wyjątku kryminalistami. Żaden z nich to emigrant syryjski, tylko ludzie z nizin tutejszych społeczeństw . Nie ma znaczenia, że urodzony w rodzinie z Maghrebu. Żaden z nich nie umie nawet mówić po arabsku!! Każdy z nich się urodził i wychował wśród biedoty we Francji i nie skończył szkoły, nie miał pracy, był nikim. 

Każdy z nich kradł , czynił zło i był wykolejeńcem z długim życiorysem za kratkami. Każdy pochodził z wielodzietnej rodziny, gdzie rodzice nie mieli czasu, ani siły dać miłości i wychowania. Każdy z nich znajdował nagle sens życia w wielkim czynie publicznego morderstwa. Dokładnie tak samo jak morderca z Gdańska!!!

 

Zachód od lat zamiata ten problem pod dywan. Boi się, że rozwinie się rasizm i dojdzie do spirali nienawiści która może zakończyć się wojną domową. Politycy zamiatają wszystko opowiadając bajki o schizofrenii terrorystów, bo wtedy łatwiej jest pozyskiwać miłość wyborczą biednych, prostych środowisk z których terroryści pochodzą. W ten sam sposób zwalniają się z odpowiedzialności za narodziny antyliberalnego terroryzmu wśród biedoty. To koło zamknięte . I dzisiejsza władza w Polsce czyni tak samo akceptując marsze niepodległości, marsze ONRu a teraz opowiadając bajki o schizofrenii mordercy!

 

Terroryzm we Francji kwitnie wśród prymitywów i kryminalistów jako pewna forma zaistnienia jako ktoś ważny .  Reszta narodu robi strusia bo władza nie definiuje problemu. I dlatego boimy się własnego cienia we Francji i ryzyko kolejnych zamachów jest wciąż ogromne . W Polsce może stać się tak samo.

 

Jeżeli Polacy nie staną twardo przeciwko i nie zduszą tego w zarodku , terroryzm antyliberalny wśród kryminalistów może stać się czymś oczywistym i dojdzie do następnych dramatów tak, jak jest dziś we Francji. Więzienia pełne są frustratów, którzy chcą zaistnieć .

 

PiS będzie wykorzystywał marsze ONR i marsze wolności do terroryzowania liberałów i reszty społeczeństwa . Będzie to robił dalej, bo to jest forma utrzymania się przy władzy.

Gdy wymsknie mu się to spod kontroli, tak jak w Gdańsku , będzie więcej ofiar. Spirala nienawiści nakręcona przez Kaczyńskiego i PiS i bezkarności wobec nienawistnej postawy wyborców PiSu do reszty społeczeństwa będzie prowokowała najbardziej prymitywne jednostki do groźnych czynów.

 We Francji nie dają sobie już z tym rady. I po ulicach chodzi wojsko a co dwa, trzy miesiące giną niewinni ludzie! Uwierzcie mi mechanizm jest ten sam!

 Nie dajcie się przekonać, że śmierć Adamowicza to wypadek i wariat zabił polityka. To atmosfera nienawiści do WOŚPu i opozycji sprowokowała tego mordercę do czynu. Zabił i inni będą zabijać jeśli PiS zostanie przy władzy. Tak, terroryzm wymyślili Arabowie. Ale był praktykowany przez Włochów, Basków i Irlandczyków czy na Korsyce do zastraszania społeczeństwa i ginęli niewinni ludzie.

 Dzisiaj Polska dołączyła do tragicznej listy państw w których terroryści zabijali i zabijają za inne poglądy polityczne, za marzenie o wolności i pluralizmie . Nie pozwólmy na to. Twardo brońmy się przed tym mechanizmem.


10:47, fabella
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 grudnia 2018
Francuzi wygrali - podwyżek za paliwo, gaz i prąd nie będzie
.
Zapowiedziane podwyżki jakie szykują się w Polsce od stycznia 2019 , zapowiadane były też we Francji. Jednak podwyżek NIE BUDIET! Żółte kamizelki, czyli naród francuski po prostu nie chce płacić i nie zapłaci. Ale czy rzeczywiście tak będzie?

Nikt wojny domowej we Francji jeszcze nie rozpęta w najbliższym czasie. Takie prognozy są jednak długoterminowe i to z powodów tożsamościowych . Te żółte kamizelki to ostatnia barykada prawdziwej Francji. Ci sami ludzie w pewnym momencie podniosą się bardzo zdecydowanie w obronie Francji przed szariatem, jaki się pleni na przedmieściach wielkich metropolii. Arabowie to zrozumieli i siedzieli dość cicho . Przerwał to terrorysta w Strasbourgu ale po raz pierwszy muzułmanie  nie podejmują tematu.
Dzisiaj rewolta rzeczywiście cichnie. Ile można stać na rondzie w szczerym polu? Ale muszę przyznać, że zagotowało się i to od samego dołu . Mieszkam dokładnie 23 lata we Francji , a znam bardzo dobrze od 30 lat. Francji uczyłam się od wielkiego mistrza masońskiego , od tutejszych burżujów, od znajomych dyrektorów wielkich firm i od zwykłych producentów wina i prostych ludzi z Południa. Wszyscy są zgodni że coś pękło, coś się zmieniło . Po raz pierwszy widziałam autentyczny gniew ludu. Po raz pierwszy od bardzo dawna głęboka Francja się podniosła z kolan w sposób niezwykle wielopokoleniowy, jednolity etnicznie, francuski do szpiku kości . Zrobiła to w sposób agresywny ale i rodzinny, wzruszający i niezwykle ludzki. Do czynów ruszyli ci , których dotąd nikt nie widział i nie dostrzegał . Prawdziwa Francja w stylu Asterixa i Obelixa po prostu walnęła pięścią w stół i dziś bacznie się przygląda, kto i jak teraz uporządkuje ten cały bałagan .
 Macron się przestraszył i to nie na żarty. Nie docenił narodu i obraził Francuzów . Wcale nie jestem pewna że nie popełni po raz drugi tego błędu. Dziś rozdaje kasę, wycisza trochę gniew , a potem znów przywali podatki, bo jak tow. polski mawiał "z pustego i Salomon nie naleje."
Więc się zagotuje znowu, prędzej czy poźniej . Francuzi płacić nie chcą więcej i nie zapłacą . Jestem zadowolona bo nie zostaną podniesione w nowym roku taksy na paliwo, ani prąd , ani gaz. Poza tym ruszyło się trochę politycznie. Kilku deputowanych odeszło z partii Macrona ! Wstrząsnęło demokracją, ale i całym systemem i bardzo dobrze. Na razie jest dużo debat i przygotowania do świąt ale to nie koniec kryzysu.
Jest jeszcze jeden detal , który umyka podglądaczom z zewnątrz piaskownicy. Francuzi organicznie nie mogą już znieść Macrona. Wybrany został tylko dlatego, że program Marine był nie do przyjęcia. Zamiast wybrać córkę, która zabiła ojca, wybrano syna , który poślubił matkę. Macrona nie wybrano bo przekonał , tylko odrzucono Marine. A ktoś musiał być prezydentem.
Tymczasem jako człowiek jest absolutnie niestrawny dla 80% Francuzów . Młody tylko z wyglądu dla wszystkich to patetyczny fircyk typu stary-malutki z przerośniętymi ego i dialektyką bliższą Henryka IV niż XXI wieku. Arogancki, dziwnie zboczony z jego mamożoną i powszechnie już znanymi kochankami, potwornie rozhisteryzowany i smutny, zupełnie bez poczucia humoru. W dodatku jest coraz szczuplejszy, a Francuzi zawsze podejrzliwie patrzą na tych, co nie lubią podjeść i popić . Gość jest ewidentnym produktem banków i masonerii Wielkiego Wschodu, ale totalnie nieżyciowy i bardzo nie lubi ludzi. Oni go też nie lubią. Tak bardzo i tak serdecznie, że zapowiadają się przyszłe trzy lata paskudnej prezydentury. Cokolwiek nie zrobi będzie źle. Z Hollanda wszyscy się śmiali . Macrona nienawidzą . Poza tym nie ma wciąż zdefiniowanego programu politycznego! Nie wiadomo quo vadis? 
W styczniu Francuzi dostaną po raz pierwszy pensje netto. Do tej pory podatek odprowadzali pod koniec roku. Czyli 10 miliardów jakie wylewane są teraz na wyciszenie rewolty mogą być mało widoczne, bo pensje będą dużo niższe . Nikt nie wie jak zareagują Francuzi. Jeżeli prezydent popełni kolejny błąd komunikacyjny, znowu się zatrzęsie .
sobota, 15 grudnia 2018
RIC czyli wynalazek francuskiej żółtej rewolucji !
5 akt trwa . Już piątą sobotę z rzędu część Francuzów założyła żółte kamizelki drogowe i wyszła blokować ronda i ulice. 
Kamizelki podzielone są na Gilets Jaunes Libres i Gilet Jaunes de rond points. Pierwsi to inteligencja, która rozgrywa bunt kulturalnie i chce reformy totalnej i obniżki podatków,  jak i obniżki kosztów państwa. Słowem chcą obalić socjalizm przy okrągłym  stole. Kamizelki z rond są jedni na lewo, trochę bolszewiccy, inni na prawo, anty wszystko i niestety antysemiccy i antyarabscy. Generalnie łączy wszystkich nienawiść do Macrona, podatków i wszystkich partii i związków zawodowych.  Domagają się  RIC le Référendum de l’Initiative Citoyenne. Czyli referendum inicjatywy obywatelskiej . Czyli chcą zmian ustrojowych ! Dzisiaj wieczorem zamknięte są listy zażaleń na rząd i prezydenta, propozycji i potrzeb narodu , które znajdują się w merostwach . Listy te będą odczytane publicznie na wydziałach Sciences Po  i ułożone tematycznie  . Potem pójdą do parlamentu , rządu i prezydenta . Dalej ma być publiczna debata narodowa w mediach, merostwach i gdzie wszyscy mają wybrać, jak ma wyglądać przyszła Francja . Jednym z życzeń jest rozwiązanie radykalne sprawy migrantów . Związkowcy CFDT już zgłosili, że jeśli problem migrantów ma być publicznie rozpatrywany , to oni rezygnują z dyskusji obywatelskiej . Czyli jeszcze nie ma prezentu, a już go oddają na gwarancji . Zobaczymy, co będzie dalej. Chirac powtarzał że najtrudniejsze jest przewidywanie przyszłości 😂Na prowincji akt 5 jest spokojniejszy, ale bardzo aktywny . Ludzie nie chcieli jechać do Paryża . Bali sie chuliganów. Nikt nie strawił demolki Łuku Triumfalnego i Marianny z dziurą w policzku. Teraz stoi wiele tysięcy pod operą Garnier w pobliżu wielkich galerii. Może być nieciekawie, bo to wąskie gardło Paryża a policja jest konna a CRS zniecierpliwione. Na razie przepychają się tylko i pertraktują. Co będzie później zobaczymy? Jest też ochłodzenie . W nocy było -1 , a to temperatura bliska klęski żywiołowej dla przeciętnego Francuza. Babcie na rondach rozgrzewają się intensywnie winem, a żarcia mają na cały karnawał. Wszyscy zakorzenili się w tej rewolcie. Czasami ktoś ginie w wypadkach, już 9 ofiar śmiertelnych! Ale wszyscy trzymają się równo. Miasta patrzą na to trochę przez okna samochodów trochę zniecierpliwieni. Boją się że bolszewicy przeginają i Melanchon mąci. Za tydzień już się czają święta . Sklepy pełne towarów a naród politykuje. Cień terroryzmu położył się na rynki i targowiska. Producenci pasztetów i ostryg przeżywają  straszny kryzys. Ponad 70% produktów nie jest sprzedanych . Wiele pójdzie do śmieci a grudzień to miesiąc w którym zarabiają 60-70% dochodów rocznie. Szykuje nam się gigantyczny kryzys i nowa fala niezadowolenia . Policja jest wyraźnie z żółtymi . W ciągu 12 lat mieli średnio 200€ podwyżki a wzrosło zagrożenie utraty życia wielokrotnie . Macron jest pewnie schowany w piwnicy . Do tego prasa bulwarowa opowiada o kryzysie rodzinnym. Brigitte nie potrafi ponoć wybaczyć syno- mężowi jego ekscesów z Benalla. Słowem nie nudzimy się we Francji . Patrząc na sytuację prezydenta przypomina się kolejna myśl Chiraca : „gówniane problemy przylatują zawsze  w eskadrze”. Ciekawe czy Emanuel zna to powiedzonko ?
czwartek, 13 grudnia 2018
Terror zamiast rewolty - czyli francuski dramat w pięciu aktach
*
Przedwczoraj w Strasburgu dziki islamista dokonał aktu terrorystycznego, zabił trzy osoby, ranił trzynaście i zapanował znowu strach. Regułą zaczyna być we Francji sytuacja, w której kryzys polityczny kończy się kryzysem terrorystycznym.
Osłabienie państwa prawie natychmiast jest wykorzystywane przez islamskich zbirów. I nie jest to nie po myśli tutejszym propagandystom, którzy bezlitośnie korzystają z traumy Francuzów.  
Wycieńczona walkami ulicznymi policja francuska chyba nie jest w stanie zapanować nad wszystkim. Politycy w sposób obrzydliwy wygrywają tę słabość do zadymiania buntu i niechęci do rządu. Francuzi , a i od wczoraj Niemcy, szukają mordercy i jest to temat nr 1 w rozmowach, mediach i parlamencie. 
Medialnie i moralnie nic tak nie zatrzymało całego ruchu Żółtych Kamizelek, jak atak terrorystyczny. Podobnie jak za czasów Hollanda, jego prywatne skandale , tudzież przekręty jego lewicowego rządu, zadymiane były kolejnymi dramatami terroryzmu islamskiego.
Władza wygrywa sprawę niesamowicie sprawnie. Francją niewątpliwie zatrzęsło przez cztery tygodnie. Rewolta nie poszła ani na lewo, ani na prawo. Gniew był po prostu ogromny, trudny do powstrzymania. A mimo to twierdzę, że Francuzi jako naród nie wiedzą czego chcą. Wiadomo, że nie chcą Macrona, aroganta, fircyka, seksualnie "nie wiadomo co" młodziaka, bez doświadczenia i normalnej rodziny, który żyje w świecie wirtualnych finansów.
Francuzi nie potrafią się dziś zdecydować jako naród na azymut, w lewo czy w prawo?
Macron wykorzystał to zagubienie bardzo skutecznie. Przy pomocy ogromnych sił finansowych i lobby masońskiego wygrał wybory i zlikwidował lewice jako siłę polityczną. Zdekapitował prawicę i wprowadził do parlamentu ideę jedno partyjności , absolutnego zagrożenia dla demokracji. Jego pseudo partia La Republique en Marche, to zgraja ludzi bez kompetencji, ideologiczne pustkowie, bez zdefiniowanej wizji jak ma wyglądać przyszła Francja, jej gospodarka, społeczeństwo etc.  Kryzys parlamentarny, polityczny jest gigantyczny i ludziom trudno to zaakceptować. Wyszli na ulicę bo parlament nie przedstawia ich potrzeb, poglądów i jest baranem wyborczym na usługach jednego, rozwydrzonego prezydenta o ambicjach dyktatorskich. 
Jest jeszcze problem mentalności Francuzów. Najbardziej podoba im się mało pracować, samo decydować, żyć kapitalizmie ale socjalistycznym. Takie chcę wszystkiego i chcę więcej. Nikomu się to nie udało ani nie uda. Poza tym chcą demokracji ale i parasola socjalnego, chcą żyć dla siebie , ale na koszt innych. Oczywiście, że nie dorośli do demokracji bezpośredniej , jak w Szwajcarii, mimo ,że się tego domagają. Po pierwsze są terytorialnie zbyt rozbici, poza tym nie jest to naród spójny mentalnościowo. Południe inaczej funkcjonuje jak Północ i inne problemy musi pokonywać.  Niby w Szwajacarii to się udaje, ale to kraj federacyjny, inna bajka a Francja nie. Wielopokoleniowa centralizacja władzy, gigantyczna biurokracja nie pozwolą nigdy na system taki, jak w Szwajcarii. Prezydent o tym wie i ostro ruszył do walki. 
Najpierw cadeau (fr. prezent) fiskalne Macrona, zablokowanie wszystkich podwyżek, premie świąteczne bez podatku i zatrzymanie podwyżek operacji bankowych, a potem tragedia w Strasburgu. Wcześniej 112 milionów subwencji dla związkowców, subwencje dla lokalnych ruchów muzułmańskich i 10 miliardów Euro wywalone na wyciszenie rewolty dokonały cudu . A islamizm jako centralny temat zastępczy jako pewnik gry propagandowej. Ludzie są zmęczeni , patrzą na uciekający czas do świąt i zrobiło się chłodno za oknem. Francja jest krajem niespokojnym , niestabilnym ale siła rządzących jest wielka. 
Szkoła wyższa ENA produkuje profesjonalistów administracji państwowej. Ludzie ci są dziś przy władzy i doskonale wiedzą jak i za które sznurki trzeba ciągnąć żeby się nie rozjechały wszystkie konie. 
Ruch żółtych trwa choć stracił na rozmachu. Wygrał wiele bo spowolnił rozpasanie zupełnie odciętego od rzeczywistości prezydenta. Ale Francuzi chcą więcej i z pewnością będą jeszcze protestować. Wielu nie wierzy już  w aktualną demokrację. Chcą zmiany stylu rządzenia i czuwają żeby nie wzrosły podatki i chcą reformy państwa. 
Państwo jest osłabione miesięcznymi walkami, stratami i wielu chce to wykorzystać. Znany żandarm mówił mi wczoraj, że pobliskie meczety zdają sobie sprawę z rozbujania i słabości wewnętrznej Francji. Wielu świrów chce wykorzystać to do islamistycznej popisówy , czyli dalszych ataków.  
Na naszych oczach rozgrywa się prawdziwy dramat w pięciu aktach! 4:1 i punkt dla rządu. Żółci wygrywali w opinii publicznej cztery razy ale dziś się wahają czy iść na Paryż, czy nie, i wyraźnie już nie pociągną narodu. Wielu boi się, że dzikus ze Strasburga kogoś może jeszcze zabić bo jest nieuchwytny od ponad 48 godzin. Minister spraw wewnętrznych Castaner wczoraj przerzucił odpowiedzialność na Żółte Kamizelki za osłabienie państwa i współwinę za śmiercionośny atak ! 
Wg mnie szukać będą drania długo, bo nawet jeśli go znajdą, to trzeba wykorzystać maksymalnie kartę terroryzmu do definitywnego urwania głowy żółtym . Do tego zrobiło się zimno, więc rewolucji już nie budiet! Ogłaszam zawieszenie żółtej rewolty! Aktu dalszego w Paryżu już chyba nie będzie . Wyraźnie wszystko zwalnia tempa. Lokalnie będą się trzymać, ale prawdziwa rewolta może wrócić albo w styczniu , albo na wiosnę . Tymczasem część Francuzów nadal się gotuje w środku bo czują, że właśnie robi się ich w konia pociągowego. Żółte Kamizelki nadal trwają na barykadach i szykują się też na święta. Tylko zmęczyli się trochę rewolucyjnie i boją mordercy, który gdzieś łazi na wolności . 
Aaa i niespodzianka : naszą tu barykadę odwiedziły Pussy Riot. Zrobiły sobie wczoraj nawet wspólne zdjęcie . Te ruskie panienki, co to w kościołach ruskich szaleją przyszły do naszych żółtych w Feyzin solidarnie walczyć z rządem 😂W odpowiedzi wielu tutejszych proputinowskich Rosjan rozkręciło się przeciwko tym kobietkom na FB . Ruscy z flagami w Paryżu to tutejsi emigranci zza Buga, wcale nie jacyś agenci. Śmiać mi się chciało , bo powinnam sobie zrobić zdjęcie jako Polka i byśmy mieli lokalną żółtą międzynarodówkę . 
Ja z mężem zupełnie odpuszczam. Jestem zadowolona bo nie będę płacić wyższej benzyny, gazu i prądu. Jestem również zadowolona, że bezczelny Macron musiał zacząć respektować naród , którym rządzi. Byłam raz na pierwszej demonstracji z mężem i będę opisywać to, co widzę. Nie podoba mi się radykalizacja ruchu i demolki chuliganów. Zaczęła być to trochę jazda bez trzymanki. Jako cudzoziemka nie mam jednak prawa moralnego angażować się osobiście w takie rewolty, bo po prostu nie jestem Francuzką. 
 Tak czy inaczej od stycznia wchodzi nowy system wypłacania pensji. Po raz pierwszy Francuzi będą mieli naliczony podatek przy pierwszej wypłacie tak, jak jest to w Polsce , czy innych krajach . Do tej pory płacili po upływie roku. Tzn, że w styczniu będą mieli dużo niższą wypłatę na rękę i wtedy znowu się zatrzęsie. Tylko musi być cieplej, bo babcie nie dają rady siedzieć w tej lodowni na rondach. Trzeba sobie również zdać sprawę z jednego - Macron już nie porządzi. Jest politycznie osłabiony i z Jupitera zrobił się księżyc. Będzie się czołgał przez kolejne trzy lata. Stracił również za granicą, bo polityk który musi wystawiać czołgi przeciwko narodowi to słaby polityk do kitu demokrata. Nawet jeśli puści milion białych balonów i wygasi światła na wszystkich pomnikach Francji z żalu za ofiarami terroryzmu. Nawet jeśli będzie wykorzystywał maksymalnie traumę narodową po kolejnym dramacie terroryzmu. Nikt mu już w nic nie wierzy. Dzisiaj mama Brigitte pewnie stroi choinkę . Ewidentnie przycichła w jedwabiach i muślinach nowo zawieszonych pałacowych zasłon. Wydała na to prawie milion Euro zarobionych przez francuskich podatników, o czym dumnie powiadamiała naród w gazetach, podczas gdy Łuk Triumfalny rozbijał gniew ludu. 
Teraz czas na święta a nie rewolty. No chyba że coś znowu się wydarzy.
wtorek, 11 grudnia 2018
ŻOŁTE KAMIZELKI czyli co się dzieje we Francji


*
Ufff jestem z powrotem po dłuuuugiej przerwie. 
Kochani jest gorąco . Od paru tygodni mamy wieloaktową rewoltę we Francji. W ostatni weekend w Paryżu było mniej dramatycznie bo ludzie zostali w dużej ilości w rodzinnych miejscowościach. Francuzi starali się żeby nie było ofiar. Ale wiele miast jest zdewastowanych a wystawy zabite dechami. 
W Lyonie i w innych miastach doszło do mordobicia . Naocznie wiem, co się działo.Wspieramy ruch rewolty. Nie chcemy więcej rządu, który tylko wymyśla nowe podatki od 18 miesięcy. 
Najpierw przez miasta przetaczają się tacy ludzie jak ja i i mój mąż. Wspieramy ruch rewolty. Normalni obywatele, którzy pracują w ciągu tygodnia i sobotę oddają dla Żółtych Kamizelek. Idziemy ubrani na żółto przez miasta i domagamy się obniżenia wszystkich podatków, jakie narzucił Macron na pensje i emerytury. Domagamy się zmian ustroju i zmian V Republiki. 
Naród chce odejścia od monarchicznej prezydentury i przejście na system demokracji bezpośredniej , bez centralizacji , z możliwością rządzenia przez referendum , tak jak np w Szwajcarii. 
Generalnie marsze przechodzą przez miasto a pod koniec , gdy się rozchodzimy , doczepiają się niestety chuligani. Wtedy większość się rozchodzi i wchodzą do gry złodzieje , łobuzy z przedmieść i "profesjonalni" wandale, często przebrani w żółte kamizelki. Te grupy składają się z młodych, najczęściej biednych mieszkańców przedmieść, głównie Arabów , Murzynów i bezrobotnych białych . Niektórzy manifestanci z ruchu obywatelskiego dają się wciągać w wandalizm. Niektórzy po prostu wywalają gniew na fasadach i pomnikach francuskich miast. Francuzi po prostu z trudnością panują nad tym co się dzieje.Zorganizowane grupy chuliganów dokonują totalnej demolki i wypychają uczciwych obywateli z gry ulicznej. 
Policja w miarę spokojnie reaguje na nas, żółtych. Początek każdej manifestacji jest narodową rewoltą przeciwko rządom Macrona. Jednak jak tylko cichnie spiewana przez manifestantów Marsylianka i okrzyki "Macron do dymisji".  Gdy tylko pojawiają się zamaskowane twarze , wiadomo, że zaczyna się wojna. Wtedy do walki wchodzą CRS (francuskie zomo), gaz, pały i dochodzi do otwartej walki i zniszczeń i kradzieży lawinowych w miastach. Totalny chaos i bardzo niebezpieczna sytuacja dla mieszkańców .
Poza miastami na rondach, skrzyżowaniach są bariery filtrujące . Ludzie siedzą w domkach z palet i dyskutują . Jest generalnie spokojnie, miło i prawie świątecznie . Wszędzie wiszą flagi , kozy grzejące , stoły rozstawione wypełnione są serami, pasztetami, ciastami , winem i kawą. Jedzenia jest mnóstwo bo wszyscy obywatele przywożą żarcie i w ramach solidarności dowożą meble, parasole, grzejniki etc. Na fotelach pod kocami siedzą emeryci, inwalidzi i starszyzna. Ci co stoją, to młodzi , silni i się wymieniają regularnie. Wszędzie widoczne są kobiety, bardzo dużo kobiet i mężczyźni w każdym wieku. 
Ja z mężem jeździmy na motorze z grupami mobilnymi tylko w soboty przy manifach antymacronowych. Robimy hałas , dym i zwracamy uwagę niezdecydowanych. Jesteśmy absolutnie przeciwni wandalom. 
Policja i żandarmeria pilnuje tych prowincjonalnych barykad na rondach i stanowisk jedząc wspólnie , gadając i wszyscy zastanawiają się jak długo rząd wytrzyma ? 
Czasami robi się gorąco . Gdy policja dostaje rozkaz przesunięcia barykady, wtedy ludzie dzwonią do znajomych i mobilizacja jest błyskawiczna . Zawsze wygrywają żółci . Jest nas zbyt dużo i absolutnie wszędzie w kraju. Epidemia żółtych rozwija się bardzo szybko. Najmniej zaangażowani są bogaci burżuje . Ale średnia klasa miejska już przechodzi na stronę prowincjuszy.
Ciśnienie jest ogromne. Niby życie toczy się normalnie , ale jednak nie. Niby ludzie kupują choinki ale nie robią zakupów na święta i nie ma atmosfery szczęścia ale złość , wielki gniew jakiego nigdy nie widziałam w tym narodzie. Francja ma miliard euro strat w handlu. Właściciele sklepów tracą pieniądze , ale bardzo wielu nadal trzyma kciuki za kamizelki zarzucając państwu brak bezpieczeństwa . Wszyscy wiedzą kto wandalizuje a kto walczy z polityką Macrona. Ogromnie współczuję sklepikarzom bo są zupełnie zostawieni sobie. Policja pilnuje żółtych i islamistów i nie ma już ani siły ani czasu żeby pilnować złodziei i wandali. 
Turystyka praktycznie zawiesiła życie. Miasta mają miliony strat po strasznej demolce sobotnich band, które długo po manifestacjach rozwalają wszystko co się da. 
Wszystko niby wraca do normy w czasie tygodnia, ale jednak działa w trybie zwolnionym no i straty są gigantyczne. Politycy lawinowo odwracają się od Macrona , którego naród zaczął serdecznie nienawidzieć . 
Ludzie mówią o nim jako o arogancie, bez serca, bez wiedzy w rządzeniu, jak o dyktatorze i co chyba najgorsze, ludzie myślą że jest zboczony seksualnie, czego dowodem jest wg wielu skandal Benalla. ( ochroniarza, który miał ogromne przywileje, zna prywatne sekrety prezydenta a w ramach rozrywki bił manifestujących na ulicy ludzi przebrany za policjanta)

Ruch Żółtych Kamizelek nie przegina ideologicznie na razie ani na lewo, ani na prawo. Wysunęła się grupa inteligencji , której udało się rozmawiać z premierem. Ten oddał sprawę w ręce prezydenta oficjalnie mówiąc, że wszystko zależy od Macrona. Przed nami gorący tydzień i pewnie akt 5. Na razie kupiliśmy plandeki przeciwdeszczowe dla naszych barykad i chodzimy do pracy. 
Po raz pierwszy widzę ogień w oczach wydawało by się uśpionego narodu. Ludzie grupują się w duże społeczności , tworzą otwartą dyskusję na temat jak zmienić rządy i jakie decyzje uzdrowią finanse , politykę i odbudują życie demokratyczne. Francuzi nie spoczną . Jestem zachwycona, bo podnoszą się z kolan i są razem, życzliwi , francuscy do szpiku kości . Nie ma wśród nich w ogóle muzułmańskiej mniejszości . Nie ma również haseł rasistowskich tylko gniew, złość na parlament, który zdradził lud i kwitnie nienawiść do Macrona.
Rząd będzie musiał coś zrobić. Albo pójdzie na lewo i rewolucja się zagotuje. Albo pójdzie na prawo i zagotują się przedmieścia arabskie żyjące na kroplówce socjalistycznej. Wczoraj 10 grudnia prezydent zapowiedział kolejne obiecanki socjalistyczne. Ciągle drepczemy w miejscu.
W nocy na żółtych rondach się zagotowało. Jedni chcą więcej pomocy, dodatków socjalnych, inni chcą totalnej reformy państwa. Odchudzenia państwa z technokratów, zaprzestania polityki postkolonialnej, odejście od monarchii prezydenckiej, obniżenia masowego podatków i likwidacji przywilejów socjalnych z jakich korzystają migranci, ludność afrykańska.....

Kto to są ŻÓŁTE KAMIZELKI ? 
SAMI O SOBIE MÓWIĄ - ZAPOMNIANI PRZEZ FRANCJĘ OBYWATELE płacący od lat gigantyczne podatki. Niewidoczni, chcieli być zauważeni i dlatego założyli drogowe kamizelki. Zaczęli się buntować z powodu gigantycznych kroczących podatków na benzynę. A potem potoczyło się jak podczas biegu spadającego domino. To głównie ruch ludzi z prowincji, którzy pracują w małych, prywatnych przedsiębiorstwach, biały personel regionalnych szpitali, regionalni adwokaci, notariusze,  rzemieślnicy, regionalni urzędnicy państwowi , emeryci, inwalidzi, mieszczanie z małych miast, prawdziwa , pokoleniowa Francja o której już nikt nie mówi od lat, a dla której śpiewał Johnny Hollyday.  

Tymczasem ruch nie ma liderów!  Komunista Melenchon polewa oliwą na ogień ale nikomu nie udaje się wyjść na górę! Marine Le Pen przypomina o migracji , o wydatkach na Afrykę. Ale nikt z polityków nie jest w stanie przyciągnąć kamizelek. Nawet związki zawodowe zostały odrzucone przez ruch obywatelski!
Macron wieczorem ogłosił definitywne zniesienie podwyżek podatku na benzynę w 2019 i podwyższenie pensji minimalnej i kilka innych mało znaczących zmian. Ukrywał się przez wiele dni przed narodem a wczoraj wyraźnie zrozumiał, że wściekły lud chce teraz otwartego konfliktu i gigantycznych zmian w państwie. 

Ja uważam że, Francuzi dzisiaj chcą przede wszystkim głowy prezydenta. Nienawidzą go serdecznie i wszyscy nawołują do walki maksymalnej. Niektórzy Żółci domagają się dziś niskich pensji dla ministrów, likwidacji przywilejów dla ludzi przy władzy i chcą ogólnego rozdawnictwa budżetowych pieniędzy ludowi. Przynajmniej ci których zaprasza się do tv tak mówią. Socjal, socjal i jeszcze większy socjal. Nawołują do zajęcia Pałacu! No autentycznie chcą załatwić Paryż po bolszewicku! 
Ekstremalna lewica aż przebiera nogami. 
Wszystkie lewicowe dupki płyną na fali jak na czerwonym tsunami. Ale są też i żółte kamizelki o zupełnie innych ideałach. Ci chcą końca socjalizmu i liberalizacji rynku, odchudzenia państwa, jego reformy. Podobno na południu Francji jest bardziej na prawo. Podobno czasami nawet nacjonalistycznie. Moi znajomi byli dziś w Sète a tam jest extremalnie na prawo. Ten ruch wszędzie nienawidzi liderów . Każdy, kto wypływa w mediach jest natychmiast zalewany groźbami śmierci i się wycofuje. Agresja jest monumentalna i napięcie jak przed burzą. Nie słychać już tego, co na początku : krytyki socjalizmu. Teraz chcą upadku obecnego rządu, Macrona i zmiany parlamentu!

Teraz wszyscy chcą rozwalić V republikę. Radykalizują się na lewo przynajmniej w mediach , ekstremalnie na prawo wśród drobnej inicjatywy. Może w terenie w innych miejscach jakie znam jest jeszcze inaczej. 
Do tego uniwersytety w części już stoją a licealiści już są pobici w szpitalach bo manifestowali przeciwko reformie matur i nowego systemu pomaturalnego.Dzieciaki dają się wciągać w wir rewolty. 

Robi się nieciekawie i temu misiu może odkleić się definitywnie oczko. Jutro robię wielkie zakupy bo nie wiem jak będzie dalej. Mąż radzi kupić dużo wina i ostryg! Dzisiaj Francuzi wykupywali makaron, ryż i mąkę. Potem sklepy znowu się wypełniły. Wszędzie sery, wino i bagietki! Tak mamy przetrwać kolejny weekend . Na barykadzie pod Carcassonne mój szwagier grillował 80 kg mięsa w jeden dzień. Francuzi stracili wiarę  w ich rząd ale wciąż mają apetyt. Na rondach jedzą i piją i gadają, gadają , gadają... zakorzenili się w tej rewolcie.
Tak czy inaczej długo nie będzie spokojnie . Pozdrawiam
czwartek, 22 marca 2018
A właśnie, że METOO!
.
Od 17 lat wychowuję dwóch synów. Czynię to z pełnym zaangażowaniem i miłością. Wielu, którzy wchodzą tu i czytają me blogowe historie znają moje doświadczenia od wielu lat. 
Moi synowie są już duzi i to z nimi jestem na załączonej fotografii. Dzisiaj stają się młodymi mężczyznami i z radością widzę, jak kulturalnie i z respektem zachowują się w stosunku do innych ludzi. Należą do młodego pokolenia mężczyzn , którzy, o ile wychowani w krajach demokratycznych i cywilizowanych , z pewnością będą już żyli inaczej , jak moje pokolenie , lub pokolenia ich dziadków. I będzie to z pewnością związane z inną, postawą kobiet, z definicją tego czym jest godność ludzka i jej pogwałcenie. Jestem zatem optymistką.

Nawet jeśli widać w wielu miejscach na ziemi, jeszcze ogromny wpływ religii monoteistycznych i ich katastrofalne podejście do pozycji i roli kobiet w społeczeństwie, to i tak wszystko dąży do zmian pozytywnych. Wyraźnie rośnie i zwiększa się świadomość ludzi,  że kobieta i mężczyzna nie są tacy sami , ale mają z pewnością prawo do takiego samego traktowania, jak i tych samych praw i obowiązków. Niestety w bardzo wielu kulturach kobiety wciąż mają zwłaszcza obowiązki i wciąż niewiele praw, ale wyraźnie zmienia się to nawet w takich bastionach hegemonii męskiej, jak Arabia Saudyjska, Iran czy Afryka. Niestety ostatnie wyczyny polskich polityków mogą zaprzeczać memu optymizmowi. Niestety Afryka, Azja wciąż tonie w przemocy i wprost tragicznej, niewolniczej sytuacji kobiet. To i tak , dostrzegam, że coś się w babach zbudziło i rośnie , dojrzewa i wyda tylko dobre owoce.

Historia całej ludzkości oparta jest na fizycznej przewadze mężczyzn nad kobietami. Feministyczne ruchy kobiet w XX wieku w różny i wcale nie zawsze dodatni sposób zmieniały życie kobiet na lepsze. Jednak buntem i radykalną postawą doprowadziły do wielu zmian, które dały Europejkom i Amerykankom  wolność i początki równouprawnienia. Nigdy jednak nie utożsamiałam się z tym ruchem. Dokonałam wyborów życiowych wielce nie feministycznych. odeszłam od pracy zawodowej na rzecz wychowania dwóch chłopców wg mojego scenariusza i straciłam niezależność finansową. Ubieram się kobieco i maluję i staram się zachowywać zawsze dość łagodnie z uśmiechem na ustach . Uznaję kobiecość jako atut a nie garb.

 Nigdy nie byłam też zwolenniczką wojny płci. Mam męża, ojca, synów i wielu przyjaciół i uwielbiam ich towarzystwo. Świat męski wydawał mi się bardzo atrakcyjny bo wolny od wyborów przed jakimi zawsze musiałam stawać, już choćby z racji ciąży, moich wewnętrznych, kobiecych ambicji lub ich braku. Świat męski wydawał mi się zawsze inny od mojego , choć przecież zamieszkujemy tę samą planetę. Dlatego nie zgadzałam się z wizją "kobiet na traktorach" albo kobiet murarzy, czy innych bolszewickich pomysłów. Chociaż jeżeli kobieta chce, to czemu nie? 

I mimo tego niemodnego mojego nie feminizmu, wszystkie decyzje jakie podejmowałam w życiu , były moimi decyzjami. Nawet ta, gdy zamykałam spółkę na rzecz pieluch. Po prostu nie było dla mnie możliwe, nie umiałam pogodzić pracy w biznesie i wychowywania prawie samotnie moich dzieci. Praca mego męża opiera się na jego wyjazdach i byciu daleko od domu. Zazdroszczę mu, że tak potrafił, bo miał lżejsze ostatnie 17 lat. Ja nie potrafiłam. Emocjonalnie nie umiałam pozostawić mych dzieci "pod czyjąś opieką"  i nie żałuję tego wyboru. Jestem zatem typowym przykładem matki Polki, a on typowym egoistą Francuzem. Jak się takie dwa stereotypy spotkają i się pokochają, to małżeństwo trwa 22 lata i ma dwóch dorastających szczęśliwie synów. Osobiście, mimo nie feministycznych wyborów, oceniam, że jestem kobietą wolną, bo nikt mi niczego nie narzuca. Nie chciałam pracować na dwa etaty - w biznesie i w domu.  Uznałam, że jeżeli mąż zupełnie nie zajmuje się domem i wychowaniem synów i praktycznie odwiedza rzeczywistość domową tylko w weekendy, to musi przynajmniej przejąć odpowiedzialność finansową. 
Niestety w większości znanych mi scenariuszy we Francji , kobiety pracują właśnie na dwa etaty, a panowie tylko na jeden. Z czasem i to się zmieni i tylko mam nadzieję, że nie zapłacą za to coraz mniej dostrzegane, głodne miłości i uwagi dzieci. 
Uważam, że odpowiedzialność za dom i dzieci powinni brać na siebie oboje rodzice. Tak byłoby najbardziej sprawiedliwie i pozwoliło na pracę płatną, zawodową obojga rodziców. 
Czasami jednak się to nie udaje i trzeba sobie radzić z tym, co się ma. Nikt bowiem nie obiecywał, że będzie wyłącznie raj na ziemi. Nie bez małych frustracji, dopasowałam się do sytuacji jaką los mi przyniósł. Dzisiaj jestem szczęśliwa, nie żałuję niczego i robię nowe plany na przyszłość. Każdy kto ma dzieci, rodzinę , musi dokonywać wyborów. I każdy ich dokonuje wg własnego sumienia i potrzeb. Nie oceniam nikogo, staram się zrozumieć losy innych, a tu jedynie przytaczam moje doświadczenie. 
 
Bądźmy nadal optymistami. Historia nie znosi próżni i ludzkość dzięki inteligencji i wspaniałej komunikacji dokona jeszcze wiele. Kultury się coraz bardziej mieszają, wymieniają doświadczeniami i trzeba być totalnym idiotą , myśląc, że istnieje możliwość do powrotu do stanu neolitu.  Feminizm odchodzi już surrealistycznej wizji "kobiet na traktorach". Feminizm nareszcie zaczął zwracać uwagę na sprawy codziennej dysfunkcji w traktowaniu kobiet przez mężczyzn.
 O ile nie popieram tej całej histerii "#metoo" , bo ani oni z pewnością nie wszyscy tacy wstrętni, ani one takie święte ! 
To muszę panom powiedzieć, że jako kobieta z 47 letnim stażem przeżyłam regularnie pocieranie, obściskiwanie, podszczypywanie, łapanie za piersi, krocze, mlaskanie , dychanie nad uchem, szyją, karkiem ...itd itp w autobusach, metrze, pociągach , w biurach, gdzie pracowałam, w klubie tenisowym gdzie grałam jak byłam licealistką, na pływalni, gdzie pływałam , u lekarza ( tak tak nawet w gabinecie lekarskim!) , w barach, dyskotekach w których spędzałam czas etc etc. 
Unikam dlatego transportu miejskiego, jak i wielu innych miejsc gdzie musiałabym stanąć oko w oko, ramię w ramię czy kolano w kroczu. Uprawiam intensywnie izraelską sztukę samoobrony krav magę bo mam dość tego poczucia bezsilności , jakie towarzyszy mi właściwie od zawsze . Nie chodzę też nigdy sama do baru, ani restauracji, ani nawet do kina. Etc etc
Znoszę te namolne objawy męskiego zachwytu mą kobiecością, choć nie mam i nigdy nie miałam na to ochoty!

 Poza tym sama nigdy żadnego pana za ptaszka, ani jądra nie łapię "bo tak mnie wzięło ", nie cmokam w transporcie, ani nie głaszczę po tyłku w barze....nie wykonuję żadnych gestów, ani żadnych zachowań, które gniotły by intymność lub prywatność panów . Nie daję też żadnych powodów do tego, żeby mnie traktowano w sposób obsceniczny albo niekulturalny.

Więc mimo wyjątkowo paskudnej , bolszewickiej wprost nagonki na mężczyzn  "#metoo", mimo niewątpliwie , niebezpiecznie prowadzonej akcji pomówień personalnych i bezprawnie krzywdzących dla niektórych deklaracji...dodam głośno  : nie szkodzi, że jest zbyt głośno i krzykliwie ! I może nareszcie świat zrozumie, że naprawdę, kobiety mogą nie mieć ochoty na te wszystkie umizgi , które znoszą od zawsze i wszędzie ze strony wielu mężczyzn, każdego wieku, rasy i wykształcenia . 

Jestem kobietą , która przeżywa takie traktowanie naprawdę bardzo często, podobnie jak większość kobiet i mam autentycznie dość i cieszę się, że może choć trochę się coś zmieni. 

A dodam, że spotkałam się z takim traktowaniem właściwie w każdym kraju , gdzie mieszkałam , żyłam a mowa o Europie, o Afryce i o US. I dotyczy to Don Juanów w każdym wieku , pochodzenia, rasy,  jak i pozycji społecznej . 

Po prostu bardzo wielu mężczyzn zachowało się już w sposób nieznośny do mnie, mojej mamy, moich przyjaciółek , znajomych. Każda z nas ma takie doświadczenia . A niby dlaczego tak ma być?
12:25, fabella
Link Komentarze (13) »
piątek, 16 marca 2018
Okno na Południe

- A czy okna to wychodzą na Południe ? ...bo ja to tylko chcę mieć słońce w domu.

Za każdym razem, gdy decydowałam się, by gdzieś zamieszkać, najważniejsze były okna. Miałam widok na pola z krowami w Holandii. Miałam widok na "małomiejską" uliczkę z kocimi łbami, po której powolutku przesuwały się samochody, rowery, rzadziej piesi. Miałam kiedyś w Warszawie okno na podwórze szkolne. W ciągu dnia było tam strasznie głośno i nawet słychać było dzwonek, który przywoływał dzieciaki na lekcje.
We Francji mieszkałam w Lyonie, gdzie okna wychodziły na okna sąsiadów. Wąska uliczka a naprzeciwko kamienica z różnymi historiami. Nawet jeśli nie chciałam , to i tak widziałam, co się dzieje u ludzi. Francuzi nie używają firanek. Mieszkał tam na przykład starszy pan, zawsze przed telewizją. Siadał przy oknie i bokiem patrzył w dół , na chodnik. Telewizję miał ustawioną w taki sposób, że mógł jednocześnie oglądać ulicę i ekran. Spędzał tak całe dnie i wieczory. Czasami zwisała mu głowa na bok. Pewnie znużony był monotonią oglądania ulicznego bezruchu i mantry reklam i programów telewizyjnych. 
Obok emeryta mieszkało małżeństwo. On siedział ciągle przy komputerze, a ona rozwieszała pranie przy oknie, a potem je składała i prasowała. Brudzili chyba bardzo wiele ubrań, bo codziennie widziałam ją z tym praniem. Czasami, gdy nie wieszała prania, siadywała koło mężczyzny i gapiła się w ten jego ekran. Nie widziałam żeby ze sobą rozmawiali. 
Mieszkałam na szóstym piętrze. Miałam widok na całą kamienicę, która była tak bardzo blisko, że gdybym chciała, mogłabym rzucać w ludzi naprzeciwko pestkami od czereśni. Ale okres czereśniowy jest bardzo krótko i właściwie po co miałabym to robić?
Na trzecim piętrze mieszkała dorodna blondyna. Miała duży biust, dużą pupę i duży temperament. Zapraszała do siebie regularnie dużych Murzynów. Chłopaki były wszystkie rosłe i dobrze odżywione. Kiedyś przez przypadek poznałam jednego z nich przed pobliską dyskoteką. Był tam bramkarzem i robił ogromne wrażenie, tak ogromny się zdawał. Patrzył groźnie na każdego chętnego do zabawy. Gdy przychodził do blondyny, nie był już groźny. Brał ją w ramiona , a ona stojąc przy oknie opierała się o szybę i tuliła jego ogoloną głowę do jej wielkich piersi. Przytulali się tak regularnie , a potem Murzyn zawsze robił to samo. Robili to właściwie razem, otwierając uprzednio okno, tak, że radosne jęki i stękania niosły się echem po całej uliczce. 
Ponieważ domy były nowe, a okna dobrze izolowane nikt, a przynajmniej niewiele osób słyszało te miłosne serenady. Ale kiedyś, na wiosnę , wraz z pierwszymi promieniami słońca , wietrzyłam pokój i usłyszałam te ich wzdychania.
Perwersją było patrzeć, hipokryzją byłoby udawanie, że się patrzeć nie chce. No to spojrzałam i już wiedziałam, że ta blondyna bardzo lubi, to co robił ten Murzyn z dyskoteki. Najbardziej zdumiewał mnie fakt, iż potrzebowali to robić przy oknie i na stojący, zupełnie ignorując wszelkie prawa ciężkości i grawitacji. 
Nie wytrzymałam i o wszystkim opowiedziałam mojemu mężowi. Podczas kolejnego, długiego weekendu w maju, znowu usłyszałam znajome dźwięki. Mąż wyskoczył jak z procy do kuchni, z której mieliśmy jeszcze lepszy widok na mieszkanie blondyny. Wchodzę i widzę, że jest blady jak ściana. 
Pytam co mu jest? A on na to, że on tak nie potrafi. Tłumaczyć zaczynam, że ja też nie potrafię, że nie szkodzi, że przecież to duża blondyna i duży Murzyn, a ja jestem mała a on nie jest z Afryki...i wcale nie trzeba żebyśmy tak przy oknie... Rozpaczliwie chcę ratować ego męża, dumę męską wykolejoną jak pociąg na zakręcie. 
Wtedy odsunął się od szyby zrezygnowany. Kątem oka, przy odgłosach spełniającej się kobiety, ukazał mi się starszy pan przed telewizją, z wyciągniętym poza okno na patyku lusterkiem . Ewidentnie namierzał to, co działo się w mieszkaniu jego sąsiadki, Blondyna doskonale widziała akcję dziadka. Murzyn zdawał się być nie do zdarcia. Walczył jak oszalały z biodrami balansującej radośnie kobiety. Jasne jej krągłości odbijały się od masywnej klatki kochanka. Patrzyłam na całą scenę jak w jakimś kinie. 
I nagle, tuż za mną słyszę ogromnie zadowolony głos męża. Z pełną satysfakcją szepnął mi : zobacz, on ma gacie! oni to wszystko symulują! Wiedziałem, że to jest nie możliwe aż tak szaleńczo na stojący!  

 

12:31, fabella
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 października 2017
Chrzan z harissą
*
W maju byłam w Polsce na kilkudniowej wycieczce samochodem. W tym samym czasie, jeszcze wtedy kandydat na prezydenta - Macron, chcąc się podlizać elektoratowi robotniczemu we Francji, głośno krytykował polski liberalizm ekonomiczny. Wytykał dumping socjalny w UE, jaki toczy się między krajami starego bloku wschodniego, a zachodnim kapitalizmem socjalistycznym. 
Chodziło konkretnie o ogłoszoną na wiosnę likwidację francuskiej fabryki Whirlpool'a i przeniesienie jej do Polski. Winę za utracone miejsca pracy miał ponosić polski system, gdzie pracownik opłacany jest dużo mniej niż francuski robotnik.
Niesprawiedliwość międzynarodowa czy konsekwencja nieuregulowania podstawowych problemów w Europie?
.
Tymczasem sprawa jest prosta. We Francji od lat firmy płacą gigantyczne podatki i świadczenia socjalne na niespotykanym w innych krajach poziomie. Koszt produkcji jest znacznie większy a marże małe. Przemysł obumiera i ogromna ilość inwestorów regularnie przenosi od lat produkcję do bardziej atrakcyjnych krajów. To właśnie się stało z Whirlpool'em.
.
Macron chciał wygrać wybory i je wygrał. Naturalnie nie tylko dzięki jego beznadziejnym poglądom na temat braku socjalizmu na Wschodzie. Ktoś mu chyba powoli zaczął tłumaczyć, że polska specyfika ekonomiczna jest związana właśnie z dziedzictwem post socjalistycznym. Do tego Niemcy, nie mając zbyt ochoty kłócić się z ich wschodnimi sąsiadami, dość szybko wyciszyli krzyk Francuza. Udało mu się jednak stworzyć obraz prezydenta, który znowu daje lekcje innym, jak mają żyć. Stara, sprawdzona francuska metoda leczenia kompleksów narodu, który kiedyś był mocarstwem.
 .
Znowu winę za problemy francuskie ponosił zewnętrzny wróg. To nie socjalizm, tylko liberalizm ekonomiczny odpowiada za nieszczęście francuskich robotników! Arogancją antypolską zdobył serca wielu rodaków, ale inni nie nabrali się na tę fanfaronadę. Macron nie jest kochany we Francji, nie jest też odrzucany. Wszyscy czekają na to czego dokona. 
W Polsce, wrogowie PISu cieszyli się naiwnie, że nareszcie ktoś nastąpił na piętę Kaczyńskiemu i osłabi obecny rząd.
 
Niestety inaczej to wszystko widziałam. Przy aktualnej, narodowościowo nacjonalistycznej propagandzie PISu, niefortunne wystąpienie kandydata Macrona spotkało się niemal natychmiast z krytyczną reakcją wielu Polaków. Zachowanie kandydata na prezydenta tylko wzmocniło pozycję polskiego rządu wewnątrz Polski. Nie będzie Francuz pluł nam w twarz! Rząd znowu pokazał, że nikt mu nic nie będzie dyktował, a naród to łyknął bez gryzienia.
.
Trzeba przyznać, że Macron zaatakował Polskę z fatalnej strony. Był w totalnym błędzie. Dziś się z tego wycofuje, bo inaczej nie będzie mógł reformować kraju, a takie ambicje ponoć ma. Najgorzej, że to, co było warte krytyki w polskiej polityce , niestety zostało ominięte przez francuską propagandę. A przecież jest co krytykować. problem w tym, że media francuskie mają totalnie w poważaniu to, co wyprawia się nad Wisłą.
.
Jechaliśmy z mężem na Hel, a potem na Mazury naszym francuskim samochodem. Zachwycaliśmy się widokami, objadaliśmy golonkami, pierogami. Z przyjemnością patrzyliśmy na ulice europejskie bez czadorów i przebranych dziwnie ludzi. Uwielbiam wracać do Polski, a mój mąż jest totalnym fanem mojego kraju.
Słuchałam radia i wylewających się zewsząd informacji na temat kryzysu polsko francuskiego. Na światłach trąbili na nas ludzie. Nie zrobiliśmy nic złego. Ruszaliśmy o czasie, nikomu nie przeszkadzając. Ale oni trąbili . Przeszkadzaliśmy? Bez wątpienia inni też słuchali informacji.
 .
Po trzech dniach pobytu w Polsce wracaliśmy do domu. Na autostradzie z daleka w lusterku zauważyliśmy zbliżający się punkt. Jeden z największych modeli BMW, cały pomalowany w panterkę zbliżał się z ogromną szybkością. Mimo ciężarówek i małej ilości miejsca, udało się mężowi zjechać na prawy pas. Wyprzedziła nas para militarna " beemka " i pojechała dalej. W kilka minut później nasze samochody zrównały się. Po mojej prawej stronie widziałam ogromny samochód, a na jego oknach przyklejone flagi Polski. Za kierownicą siedział umięśniony, rosły mężczyzna z wygoloną głową w podkoszulku moro. Na bicepsie widoczny był biało czerwony napis "Wolna Polska", a na czaszce , tuż nad karkiem wytatuowanego miał orła. Mężczyzna z nienawiścią spojrzał się na nas, pokazał nam środkowy palec, dając do zrozumienia , że "nas pieprzy" i przyspieszył z ogromnym warkotem silnika. Serce biło mi mocno, bo spotkanie przy szybkości 130km, oko w oko z patriotą, nie zostawia bez wrażeń. 
- Prawdziwy Polak : przedstawiłam mężowi odjeżdżającego kierowcę i starałam się dalej wyszukiwać bociany na zielonych polach.
. 
Opuszczałam Polskę z mieszanymi uczuciami. Zwłaszcza, że dokładnie w tym samym czasie po ulicach Warszawy przemaszerowały oddziały ONR. Zdjęcia w internecie wyciskały mi łzy z oczu. Czy to aby takiej Warszawy chcieli moi dziadkowie, moje babcie? Czy to tak ma wyglądać nasza nowa Polska? Te zielono czarne flagi, twarze, czarne buty i straszne hasła na Nowym Świecie. Jaki nowy świat? Jakiś demon, koszmar ze źle napisanej historii. Przecież 13 artykuł Konstytucji wyraźnie zabrania odradzania się nazizmu i komunizmu. Nie ma prawa! Nie ma sprawiedliwości! Warszawski bruk nie zasłużył sobie na taki ONRowski marsz w 2017roku!
.
Powróciłam do Francji. W krótkim czasie potem Macron został wybrany na prezydenta. Ponura wizja wygranej nacjonalistyczno socjalistycznej Marine LePen z FN( Frontu Narodowego) odeszła w przeszłość. Nikt, nadal we Francji nie zadaje sobie pytania dlaczego i jak to się stało, że właśnie ta partia doszła do finału?
Nikt nie chce wyciagnąć wniosków, bo trzeba by spojrzeć prawdzie w oczy.
Francuzi mają dość islamskiej mniejszości, nie chcą żyć wg norm zachowania afrykańskiej populacji, mają dość rozdętej, europejskiej biurokracji, przywilejów unijnych technokratów i nie chcą więcej płacić podatków na biedną i wymagającą emigrację z Afryki i Azji. Dlatego zagłosowali na FN i przegrali....do następnego razu.
.
Dziś, prezydent Macron nie mówi już wiele o Polsce. Kilka dni temu w sprawie Whirlpool'a powiedział przyciszonym głosem, że kraje w UE nie funkcjonują dokładnie tak samo i pracownicy francuscy muszą się przygotować na szukanie nowej, innej pracy. Przerażeni wizją zarobkowania nawet 200 km od miejsca ich zamieszkania robotnicy, w niewiadomym jeszcze zawodzie, jakoś mało są usatysfakcjonowani poglądami prezydenta. Od lat we Francji wmawia się im, że socjalizm jest uniwersalną formą idealnego życia.Celem, jaki powinno się osiągnąć w Europie. Od lat związki zawodowe wywalczyły całą masę przywilejów, praw i udogodnień nie licząc się z kosztami, jakie będą one wymagały. Nikt tym biednym ludziom nie powiedział, że zbyt dużo "socjalu" zabije "socjal".
 .
Biznes jest biznes. Nikt nie będzie zmniejszał marży , tylko dlatego, że Francja jest socjalistycznie rozpasana. Głównym celem każdej normalnej firmy, korporacji, fabryki jest zarabianie pieniędzy, a nie miłość międzyludzka o której tak chętnie opowiada bajki francuska lewica. Przemysł, sparaliżowany normami, podatkami i chronicznym nieróbstwem  boryka się z immobilizmem. Od lat produkuje się we Francji mało i wcale nie tak dobrze. Od lat Francja nie może sobie poradzić z gigantycznym bezrobociem i deficytem. Dług francuski sięga 100% PKB. To już nie są żarty!
 
.
Nowy prezydent chce oficjalnie tę sytuację zmienić. Dekretami rządzi Francją, omijając parlament, strajki, związki i gadulstwo. Doskonale zna system francuski  i wszystkie jego wynalazki i sprytnie nim manipuluje. Nie wiadomo jakie będą skutki. Na razie , jeśli będzie tak skuteczny, jak w walce medialnej z PISem - cienko to widzę. Ale mam nadzieję że się mylę. Niestety arogancja i bezduszność monologów prezydenckich budzi raczej niesmak u wielu Francuzów. Macron nie posiada klasy Chiraca, elokwencji Mitterranda, i humanizmu Pompidou. Ale wszyscy czekają co będzie dalej. Gorzej jak za Hollanda już chyba być nie może.
.
 
Polityka, polityka... po co ciągle o tej polityce? Chyba do końca się nie da o niej nie myśleć. Jej wpływ jest przecież ogromny na naszą codzienność. Wystarczy kilka informacji w radiu i telewizji, a już rodzą się emocje i ludzie wygrażają ci z samochodów!  
Można starać się wierzyć, że to przesada, nadwrażliwość na reakcje na innych. 
Można w ogóle nie zwracać na to uwagi. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny.
.
Ludzie, którzy są u władzy, tu czy tam, doskonale o tym wiedzą. Tylko od naszej indywidualnej mądrości zależy, jak bardzo będą mogli manipulować naszymi myślami i reakcjami. Tylko od naszej skrupulatnej analizy codziennego świata będzie zależało, jak bardzo uda się nam obronić naszą wolność i niezależność myślenia!
.
Za kilka dni będę w Warszawie. Bez francuskiej rejestracji, nie będę testować poziomu niechęci Polaków do Francji. We Francji nie odczuwam raczej żadnych widocznych odczuć do cudzoziemców. Francuzi koncentrują się na nielubieniu Arabów i integrystów islamskich, jak i migrantów afrykańskich, jakich w dużych miastach bardzo widać. Na szczęście wiele osób rozgranicza powtarzając , że nie wszyscy Arabowie są terrorystami. Na szczęście nie wszyscy biali są rasistami. Niestety coraz więcej czarnych się nimi staje.
.
Dla Polaków problemy rasowe, wielokulturowość, wielorelgijność, to tematy z ekranu. We Francji to obsesja i codzienny lejtmotyw. W Polsce jest monochromatyczny monolit katolicki. Polacy dzielą się tylko na propis i antypis i na tych jeszcze, co chrzanią politykę i chcą zarobić na lepsze życie, by podróżować i jeść smaczną karkówkę z grilla. To też sposób na przetrwanie. Tak właśnie chcę dalej żyć. Tak jest bezpiecznie.
.
Tylko dlaczego zadrżało mi boleśnie  serce dwa dni temu, gdy Katalonia wystąpiła o rozwód z Hiszpanią? Bo może...
Ale to już inna historia o czym jutro.  
czwartek, 12 października 2017
Zmiany bez zmiany
Mój ostatni wpis na tym blogu jest z 2 lutego. Pięć dni później umarł w mych ramionach mój ukochany pies. Ogromny, pięcioletni owczarek podhalański Baca. Przez równo rok walczyłam z rakiem na którego zachorował i który uaktywnił , jak się okazało genetyczną padaczkę. Baca znosił dzielnie operację usunięcia połowy pęcherza, dużo trudniej było z epilepsją. Ta ostatnia męczyła mego przyjaciela przez 12 miesięcy , atakami co 3, 4 tygodnie. Cierpiał i wracał do jako takiej równowagi. Dawałam mu lekarstwa dokładnie co do minuty o 7ej i 19tej. Nie można absolutnie zmieniać ani godzin, ani niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób wybić psa równowagi. Starałam się jak mogłam żeby go uratować i ulżyć.
 
Na jesieni zeszłego roku mój tata dostał udaru. Świat się walił, odległość między Francją , Polską stała się nieznośna. Ale obroniliśmy się. Tata wrócił do zdrowia, ja mogłam szybko przylecieć , odlecieć. Rodzina jest cała. Cieszę się, że się udało. To duża wygrana.
 
Baca chorował dalej i był zmęczony ale wciąż piękny. Młody, w sile wieku owczarek podhalański jest chyba najpiękniejszym ze wszystkich psów. Jego widok pozostanie w mej pamięci jak jedno z najmilszych wspomnień mego życia. Tulił się do nas. Potrzebował spokoju, miłości, opieki . I to dostawał . Ale się nie udało. Po roku rak wrócił i zabrał mi mojego przyjaciela.

Nigdy nie dawałam sobie rady z pożegnaniami. Muszę przyznać, że to cecha, która utrudnia ogromnie życie włóczęgi. Mieszkając w różnych miejscach, wszędzie wiłam gniazdo i znajdowałam znajomych, przyjaciół. Każda przeprowadzka okupiona była oderwaniem się od nich. Każdy wyjazd zakończony bolesnymi pożegnaniami i tęsknotą. Ale śmierć, to coś dużo gorszego. Bo wiesz, że już nie możesz zadzwonić, że nie możesz się spotkać. Że nie ma powrotu! Śmierć psa, kota, nie jest wcale lżejsza od śmierci ludzi. Tęsknimy za dźwiękami, jakimi wypełniają nasz dom, za wzrokiem, ich oddaniem. Tęsknimy i nic tego nie może zmienić.

Baca umarł w lutym. 23ego tego samego miesiąca są moje urodziny. W tym roku, 23 lutego, urodził się w Polsce inny biały piesek. I teraz jest u mnie. I rośnie, i znowu wypełnia dom swoim podhalańskim bytem. Nazwałam go Tango. Jest mi lepiej , bo przyzwyczajona do Bacy , trudno mi było w domu bez naszego ogromnego przyjaciela. Tęsknię jednak do mojego chorowitka. Miłości nie da się zastąpić. Możemy tylko powiększać nasze serce.

Choroba, śmierć, oddalenie, pożegnania, wszystko to uczy pokory. Od wielu miesięcy staram się jak najmniej oceniać sprawy polityczne, ludzi, wydarzenia. Wychodzi mi to różnie. We Francji były wybory. Jestem niezadowolona z ich wyniku. Chciałam żeby wygrał Fillon. W Polsce toczy się bitwa o Smoleńsk. W Europie nikt absolutnie nie podejmuje żadnych kroków żeby rozwiązać problem migracyjny ludów afrykańskich i muzułmańskich. To zły znak bo ten problem zmienia definitywnie cywilizację europejską. Z każdym miesiącem, coraz bardziej Zachód przyzwyczaja się do myśli, że terroryzm islamski osiedlił się już na stałe. Słyszę zaskakujące poglądy, że w wypadkach samochodowych ginie znacznie więcej ludzi jak od noży szaleńców. To przeraża. Sprawa migrantów obudziła nacjonalizmy. Stare demony kontynentu odradzają się w partiach politycznych, ruchach obywatelskich. Jak hydrze wyrastają nowe głowy o faszystowskich albo komunistycznych marzeniach. ONR, FN i wiele innych. 
Tymczasem media francuskie opowiadają bajki o "szalonych ciężarówkach" (bardzo modny model w świecie zachodniej motoryzacji), o "cierpiących na psychiczne choroby" allahagbarowych nożownikach, o tym, że islam jest miłością, a czadory to "świadectwo wyzwolenia samo o sobie decydujących kobiet". Media francuskie opływają obłudą i oportunizmem.
Z drugiej strony moi polscy rodacy rozciągają wokół granic różańce, jakby to były druty kolczaste, zasieki chroniące święte terytorium królestwa Jezusa! Jakieś  koszmarne zachowania, przygłupiaste zabobony i poglądy stają się nową twarzą Polski. Po moim rodzinnym mieście chodzi co miesiąc jakaś sekta i opowiada o poszukiwaniu prawdy smoleńskiej. O co chodzi w tym scenariuszu? Już NIC nie rozumiem. Nawet się nie staram zrozumieć.
Moje koleżanki chodzą zdesperowane z parasolkami, bo boją się, że ich córki będą dorastały w krainie Mieszka Iego a nie nowoczesnym XXI wiecznym kraju. Ale parasolką nie da się ochronić przed głupotą! to jest absolutnie nie możliwe. Od tego są szkoły. No ale w szkołach uczy się spowiedzi i jakiś dyrdymałów a nie teorii względności.
Oglądam sprawy polskie już zza mgły. Nawet nie chce mi się już czytać o tym, co kto powiedział, i co znowu podpisał prezydent , którego widzimy wyłącznie na kolanach. A swoją drogą, czy nie mógłby w końcu wstać z tych klęczek, bo to do cholery nie podobne, żeby głowa dużego państwa ciągle na ziemi klęczała oczekując na opłatek i chwilę miłosierdzia!

O... i znowu mi się nie udaje obojętnie żyć. Chcąc nie chcąc myślę i zastanawiam się w jakim ja świecie żyję?
Wokół liońskiej szkoły moich dzieci chodzą cały czas żołnierze. Trzy grupy po ośmiu uzbrojonych po zęby wojskowych. To tak na wszelki wypadek. Normalna sprawa w centrum Europy. Dzieci wybiegają ze szkoły . Odsuwają lufy na bok, bo czasami biegnąc do autobusu , wpadają na tych żołnierzy. Mam się cieszyć, bo państwo dba o bezpieczeństwo moich synów. Cieszę się.
Codzienne obrazy Francji mimo tych żołnierzy, nie są dramatyczne. Właściwie nic się nie zmienia. Podatki ciągle płacimy gigantyczne. Benzyna coraz droższa, bo wg nowego rządu , droga benzyna jest bardziej ekologiczna. Islam, którego wyznawców dostrzegam coraz więcej, z racji ich śmiesznych przebrań, jest nadal religią miłości. Sałaty i wino są równie dobre jak kiedyś, ludzie narzekają, jak kiedyś. Nawet codzienny widok siusiających na poboczu mężczyzn nie uległ zmianie. Można nawet powiedzieć, że sikający Francuz jest jakimś kojącym pewnikiem, że cokolwiek by się nie zdarzyło, to Francja jest wieczna i niezmienna. No może troszeczkę. Ale o tym jutro...


czwartek, 02 lutego 2017
Terrorysta w krainie muminków
.
Parę dni temu, byłam świadkiem w Lyonie niepokojącej sceny. W momencie, kiedy odjeżdżałam z moim dzieckiem spod szkoły, wśród idących szeroko uczniów, zauważyłam wysoką postać młodego mężczyzny. Szczupła sylwetka wyróżniała się wzrostem, ale i zachowaniem. Człowiek ubrany w czarną kurtkę, czarne spodnie sportowe, w kominiarce zakrywającej całą twarz i w kapturze, trzymał w ręku duży pistolet automatyczny. Zatrzymał się opodal grupy czekających na autobus uczniów i mierzył w nich nie naciskając na spust. Mój syn sparaliżowany tym widokiem wyszeptał tylko : mamo gazu! dodaj gazu, uciekamy.
Blokowało nas czerwone światło, parę samochodów nie pozwalało mi na jakikolwiek ruch. Uważnie obserwowałam, co dalej się zdarzy. Wszystko działo się bardzo szybko. W pobliżu nie było ani jednego dorosłego poza wyglądającym na terrorystę człowiekiem. Nie strzelił. Pochylił się tylko, jakby ładował amunicję i powrócił do poprzedniej pozycji strzelca. Nic nie mogłam zrobić dla tych dzieci, które przestały rozmawiać i zupełnie sparaliżowane patrzyły w kierunku typa.
Zielone światło nareszcie się świeciło i ruszyłam najszybciej jak potrafiłam. Jeszcze w lusterku widziałam, że człowiek ciągle nie strzela, tylko mierzy prosto w młodzież. Natychmiast zadzwoniłam do szkoły. Mój starszy syn był jeszcze na lekcjach, jak i setki dzieci w gimnazjum, podstawówce i liceum. Przekazałam informację do centrali szkolnej. Domagałam się natychmiastowego zamknięcia szkoły i zatrzymania wychodzących gimnazjalistów, jak i wezwania policji. Panie z centrali, mimo, że mnie znają uznały moją relację za nerwowość przeczulonej matki. Mówiłam spokojnie ale dobitnie. Nie skora jestem do histerii. Nie uwierzyły chyba i obiecały, że wyślą na zewnątrz jednego z pracowników szkoły i to wszystko. Z przerażeniem słyszałam ich śmiechy w telefonie, zupełnie jakbym ich powiadamiała o pojawieniu się Gargamela na mostku wioski Smerfów.
Mój synek cały drżał z przerażenia. Prosił, żeby jak najszybciej uciekać z Lyonu. Ja natomiast jadąc wysyłałam  smsy do drugiego syna , że jest człowiek z bronią automatyczną pod szkołą, i żeby nie wychodził za żadne skarby z budynku.
Słysząc beztroską radość pań z centrali szkolnej, zupełnie mechanicznie zawróciłam samochód. Musiałam ratować moje drugie dziecko. Obmyślałam szybko, jak się zachować, jak wydostać go ze szkoły bez narażania małego i siebie. Kazałam schować się na podłodze samochodu i znów jechałam w stronę szkoły, obserwując czy nic się nie dzieje. W pobliżu, na dojeździe do budynku było ciągle dużo młodzieży i spokój. Nagle zauważyłam biegnącego pracownika szkoły. Młody człowiek poznał mnie i z daleka pytał, gdzie jest rzekomy terrorysta. Ale jego już nie było. Najprawdopodobniej ulotnił się, zniknął jak kamfora. Zupełnie bezbronny pracownik szkoły pobiegł w stronę autobusów szkolnych. Po chwili wrócił do mnie wyraźnie uspokojony.
- To nic, to był nasz uczeń gimnazjalista. Wielu na przystanku poznało kolegę, który dziś rano pokazywał im tę broń w plecaku, na korytarzu szkolnym. Rzeczywiście jest bardzo wysoki. Wygląda z daleka jak dorosły.  
Pracownik był już wyluzowany i z uśmiechem tłumaczył, że wszystko jest ok. Nikomu nic się nie stało. Spytałam jaką ma pewność, że broń jest zabawką?
A on mi na to, że dzieci mu powiedziały, a poza tym w ciągu ostatnich tygodni, wielu uczniów przynosiło taką, fikcyjną na oko broń. Nie dziwi nic. Dzień toczył się dalej bez większych zdarzeń. Tylko mój syn i ja, z trudem dochodziliśmy do jako takiej równowagi, mając ciągle w oczach straszną scenę jak z filmu.
.
Parę lat temu wchodząc do sklepu w miejscowości Grigny, pod Lyonem byłam świadkiem kradzieży z bronią. Podczas robienia zakupów usłyszałam krzyk kasjerki. Stałam parę metrów dalej. Gdy odwróciłam się w jej kierunku, ujrzałam wysokiego człowieka w kasku motorowym, z wyciągniętą ręką. Przystawiał do czoła kasjerki duży automatyczny pistolet. Kazał jej zaprowadzić się do sejfu, gdzie przechowywane były pieniądze z kasy. Kobieta z przerażeniem zgodziła się. Wszystko działo się na moich oczach, tuż, tuż obok mnie. Gdy poszli na zaplecze uciekłam. W wejściu stał motor zapalony bez rejestracji. Natychmiast zadzwoniłam po policję. Niestety złodziej uciekł. Ale przez sześć miesięcy byłam wzywana na wizję lokalną. Za każdym razem jak kogoś złapano , proszono mnie do szyby policyjnej i pokazywano mężczyzn w kasku. W tym samym czasie policjanci pokazywali mi również ubrania, plecak i broń. Właściwie dużo broni. Dawali mi ją do ręki, kazali również mężczyznom za szybą stawać z tą bronią. Po ponad pół roku złapano nareszcie zbira. Dostał parę lat więzienia, bo jak się okazuje terroryzował bardzo wielu sprzedawców i nawet kogoś ranił. Podczas tych wszystkich spotkań z policją nauczono mnie jakie są pistolety. Niektóre były duże, inne małe. Jedno jest pewne, nie da się gołym okiem odróżnić prawdziwego pistoletu od jego niegroźnej kopii, jeśli ta jest zrobiona profesjonalnie. Dopiero trzymając w ręku czułam różnicę wagi. Ale i to, nie jest już możliwe, bo fikcyjne pistolety są specjalnie dzisiaj robione z ciężarkami, tak, że prawie niczym się nie różnią od prawdziwych. Ten sklepowy drań miał w ręku prawdziwą broń. Tak czy inaczej ucieszyłam się, że gada zamknięto, również dzięki mojemu świadectwu.
.
Niedawno pod szkołą, wyżej opisana, młoda postać wysokiego, zupełnie zakrytego mężczyzny, trzymała w dłoni taki sam, duży, automatyczny pistolet. Sytuacja inna, pistolet i zachowanie zbliżone. Niebezpieczne dla życia ludzkiego zachowanie drania, który mierzy bronią w niewinne ofiary. Nie ma absolutnie żadnej możliwości żeby stwierdzić dzisiaj, czy pistolet był straszakiem. Mam żal do szkoły za totalny brak reaktywności. Nic nie zrobiono żeby ochronić innych uczniów. Nie zamknięto drzwi, nie zablokowano przejścia, a policję wezwano dopiero po mojej upartej interwencji. A jeśliby ten człowiek zaczął strzelać? Jeśliby okazał się jednym z tych chorych na nienawiść ludzi, o których regularnie słyszy się w mediach?
Nie włączono nawet syreny, jaką aktywuje się regularnie, podczas częstych w ostatnim roku alarmów antyterrorystycznych. W realnej sytuacji zagrożenia dorośli w szkole, ciągle zachowują się jak muminki, a nie - świadomi rzeczywistości obywatele. Francja żyje od paru lat w stanie najwyższego zagrożenia terrorystycznego. A Francuzi fruwają w świecie bajki. Nie przyjmują do wiadomości, że mieszkają w kraju, który toczy gangrena terroryzmu, nienawiści i głupoty.
.
W zeszłym tygodniu zostałam wezwana do komisariatu. Sprawą gimnazjalisty bawiącego się w terrorystę zajmuje się dziś policja i sędzia dziecięcy. Jak się okazuje chłopak ma 14 lat i jest z rodziny arabskiej, zupełnie zaskoczonej zachowaniem syna! Rzecz ewidentna i mnie nie dziwi. Takie rodziny zawsze są zaskoczone! Reportaże dotyczące terrorystów pokazują typowe, zupełne niezrozumienie rodzin. Nikt nic nie widział, ani sąsiedzi, ani rodzice, ani rodzeństwo... Rodzina zamachowca w Kanadzie sprzed kilku dni, też pewnie jest zdziwiona, że zabił niewinnych ludzi w meczecie!
Tymczasem w naszej szkole sprawdzano torby i plecaki tylko przez pierwszy dzień. Wszystko wróciło do spokojnej bezstresowej rzeczywistości - świat jest dobry, piękny . Peace and love!  Nikt już niczego nie sprawdza. 
Uczeń - niedoszły terrorysta, nadal chodzi do gimnazjum i stał się nawet gwiazdą wśród niektórych uczniów patrzących nań jak na bohatera.
Sprawa nie pozostała bez echa. Policja wezwała mnie, jak i innych dziesięciu świadków. Nie mogę zidentyfikować człowieka, bo był w kominiarce. Inni świadkowie znają go osobiście więc zaświadczali formalnie.
Poprosiłam policję, na tyle, na ile jest możliwe, żeby domagać się wizyty tego chłopaka u psychologa, rozmowy z rodziną i sprawdzenie, czy broń jest fikcyjna, czy nie. To ostatnie jest niewykonalne. Minęło ponad 10 dni. W takim czasie nawet słonia można podmienić. Prosiłam o możliwe wytłumaczenie, że zabawa w terroryzm, to nie jest zabawa w ciuciubabkę! Nie chcę, żeby dzieciak miał w sobie złość, i gotował w sobie nienawiść. Boję się go, bo w jego zachowaniu było tyle determinacji, utożsamienia się z aktem terroru, że nie wiem czy poprzestanie na zabawie! Teraz chcę żeby zrozumiał, że ponad 5 tysięcy osób we Francji w sposób bezpośredni ucierpiało tragicznie z powodu terroryzmu. Że jest to coś strasznego! Że to nie zabawa tylko cywilizacyjny dramat! Liczę na to, że można mu wytłumaczyć, że pistolet, to nie proca! Ma dopiero 14 lat!  No i gdzie są rodzice i gdzie skala wartości w wychowaniu? Ich odpowiedzialność! Szkoła powinna wszystkich przesłuchać, policja i sąd nakazać dogłębną kontrolę i terapię rodzinną....
Pani policjantka słuchała mojej dobrotliwej mowy i grzecznie się pożegnała. Przed odejściem podziękowała mi za przyjście, bo ponoć do rzadkości należą dziś we Francji rodzice, którzy przychodzą mimo, że są wzywani. Podobno nawet nie chcą odbierać własnych dzieci, jakie w różnych okolicznościach trafiają do komisariatu!
 Nic z tego więcej nie wynikło i pewnie nie wyniknie.
.
Moje dzieci są dzisiaj też wysokimi, dorastającymi młodzieńcami. Na szczęście nie przebierają się za nikogo. Młodszy bardzo się przestraszył draba z bronią, starszy wzruszył tylko ramionami, " bo debile są wszędzie".
Gdy byli mali , bardzo wiele osób się dziwiło, że się nie bili i nie nigdy nie bawili w wojnę. Czasami były konflikty, ale bez rękoczynów. Wychowuję dzieci w dialogu i bez przemocy. Nigdy ich nie  biłam, a karałam głównie poprzez krótkie odcięcie od przyjemności. Często krzyczałam , bo nie miałam cierpliwości, gdy się kotłowali godzinami jak większość małych braci.
Poza tym zawsze byliśmy z mężem przeciwni pistoletom, mieczom i wszelakim zabawkom militarnym. Nasze dzieci, gdy były małe nie miały gier komputerowych i jeszcze do niedawna w ogóle nie mieli dostępu do wojennych gier, na konsolach typu xbox czy ps. Bawili się samochodami, klockami, w modelarstwo samochodowe. Czas wypełniały im wspólne siłowanie się, ale również sport i gra na instrumentach. W ten sposób wychowuje wiele osób swoje dzieci. Ale odnoszę wrażenie, że jesteśmy w mniejszości.
Dzisiaj dobijają mnie różne zachowania i mody cywilizacyjne, które z pewnością kształtują mentalność aktualnych, ale i przyszłych pokoleń. Będzie to skutkowało brakiem empatii i człowieczeństwa, jak i świadomości dobra ogólnego. My z mężem wybraliśmy inną drogę i mam nadzieję, że jest ona właściwa. Nasze dzieci nie są agresywne i nie czynią wokół ani zła, ani nie wzbudzają negatywnych odczuć.
W domu nigdy nie oglądamy horrorów . Nie lubię się bać i patrzeć na strach i cierpienie ludzi na filmach. Nie znoszę też Halloween, bo mdli mnie na widok koszmarnych masek trupów, krwi, sztucznych kościotrupów i zombi. To wszystko bierze się z wulgarnej, pogańskiej ciekawości cmentarnego bytu.  Moi synowie też nie gustują dzisiaj w tej obrzydliwej trupiej zabawie, która przyszła niestety z USA i zalewa koszmarem naszą europejską kulturę. Mimo, że są młodzi, nasi synowie nie weszli w ten obcy dla mnie rytuał zabawy w przebieranie się za zmarłych. Dla mnie to raczej czas zadumy, wspominania naszych bliskich, których już nie ma.
Śmierć wyszydzona, śmiech z brzydactwa, paskudna estetyka i ponury humor. Zupełnie jakby ludzkość potrzebowała ciągle przeciwwagi do rozumu i piękna! To też banalizuje postrzeganie śmierci.
.
Jako rodzic jestem również ogromną przeciwniczką wirtualnych gier. Nie uczą ani wrażliwości, ani empatii. Poza wyrabianiem refleksu i spędzaniem wspólnie czasu z kolegami nie widzę żadnych zalet.  Nie udało mi się zupełnie odciąć moich synów od komputerowych rozrywek.  Zbyt duże jest ciśnienie pokoleniowe i nie mogę trzymać nastolatków pod kloszem. Jednak jak grają z kolegami proszę ich i kontroluję, żeby gry były zwłaszcza strategiczne. A jeśli są to gry walki, to żeby nie były to powszechnie znane gry wojenne realistyczne, z grafiką łudząco przypominającą filmy wojenne. Nie kupiłam im i nawet mnie o to nie proszą, najbardziej znanych gier, gdzie zabijanie, torturowanie , eliminowanie przeciwnika jest głównym zajęciem graczy.
.
Niestety moje poglądy spotykają się z uśmiechem cynicznym bardzo wielu osób. Bo chłopiec musi bawić się w wojnę i normalne jest, że chce zabić przeciwnika. Od zarania chłopcy bawią się w zadawanie śmierci i cierpienia. Tak było i będzie. Ze smutkiem od zawsze patrzę na mamy z zachwytem podziwiające ich krzyczące pociechy.... pam! pam! ....strzelają w piaskownicy do innych dzieci.... ciach , mordują krzyżaków, Indian albo jeszcze jakiegoś innego wroga, dinozaura, pokemona, czy kolegę. Ojcowie dumnie pokazują, że ten pistolet to trzeba tak trzymać, a mieczem walić od góry, a szablą od dołu.... a latem sami z radością bawią się w wojnę wodnymi armatkami. 
 
Potem, gdy dorastają ci piaskowi żołnierze, dostają od rodziców komputer i zaczyna się błoga domowa cisza. Nareszcie rodzic nie musi się zajmować, wymagać, kształtować. Nareszcie nie trzeba już nic, poza nakarmieniem i oczekiwaniem dobrych ocen. Rośnie gigantyczny, szklany mur między pokoleniami. Nikt nie zna niczyich problemów, a ludki giną na ekranach wirtualnej wojny. Rodziny masowo nie jedzą wspólnie posiłków, nigdy nie czytają wspólnie książek, ani nie słuchają muzyki. Coraz mniej wnucząt martwi się o babcię czy dziadka. Ryczą histerycznie z powodu banalnych programów, przejmują się nic nie znaczącymi duperelami z życia jednodniowych idoli! Ale nie zadzwonią z troską i pytaniem do bliskich : babciu, dziadku , pomóc ci, może zrobić zakupy, posprzątać, wyjść na spacer?
Coraz mniej nawet rodzinnie oglądaja filmy przygodowe, lub programy publicystyczne. Nie ma dyskusji, nie ma dialogu. Cisza. 
 
Mój mąż jest synem emigranta hiszpańskiego. Zarówno on, jak jego trzej bracia nigdy w domu nie mieli plastikowych pistoletów, karabinów, noży i mieczy. Mimo to nie nudzili się. Mój teść napatrzył się na takie cierpienie w dzieciństwie podczas wojny domowej, że miał awersję do wszelakiej broni zabawkowej i gier z tym związanych. U mnie w domu było podobnie, co wzbudza powszechne niezrozumienie. Nigdy nie bawiliśmy się w zabijanie. Moje dzieci od małego ratowały ślimaki, przytulały się i płakały na filmach rysunkowych, gdy komuś się działa krzywda. Dzisiaj są już duzi. Nie wierzą w Mikołaja i dość twardo patrzą na świat wg informacji o ciągłym zagrożeniu, jakie nam towarzyszy wszędzie. Rozumieją moje obawy i godzinami rozmawiamy o wspólnych troskach, jak i o codziennym życiu. Śledzimy scenę polityczną, międzynarodową , bo w sposób ewidentny wpływa to na naszą egzystencję. Dużo dyskutujemy o otaczających nas sprawach. Czasami się nie zgadzamy, często jednak odwrotnie, znajdujemy porozumienie, mimo 30 lat jakie nas dzielą. Dzielimy tę samą skalę wartości - zła i dobra. Z ogromnym smutkiem słyszę, że bardzo niewiele rodzin znajduje czas na podobny dialog. Właściwie zupełnie się nie znają, o czym regularnie mówi się mi w szkole. Nauczyciele z przerażeniem odkrywają uczniów nie potrafiących się ani zachować, ani komunikować z innymi, starszymi pokoleniami. I to wszystko, o ironio,  w epoce Internetu, telefonów komórkowych. Dorośli nie rozmawiają z młodzieżą. Nie interesują się jej sprawami, problemami, jej życiem. Dorośli zdymisjonowali!
.
Mam dość krytyczne stanowisko na temat przemocy w codzienności, jak i ogólnie modnego wychowywania bez stresu. Zabijanie dla zabawy wyrabia w dziecku brak empatii i banalizuje czynienie zła czy to ludziom, czy zwierzętom. Nie mam absolutnie najmniejszych złudzeń, że tak właśnie jest. I nawet klepanie modlitw w kościele czy meczecie nie zmieni tego braku wartościowania!
Jestem pewna, że zastąpienie literackich opowieści o życiu, miłości, śmierci czy poświęceniu, grami wojennymi i na dodatek rodzicielskie lenistwo - zabijają w dzieciach i młodzieży to, co najważniejsze - humanizm i instynkt przetrwania.  Przecież każdy ma kilka żyć, a ze zmianą oprogramowania można się odrodzić i dalej mordować wroga. Ignorują prawdę, rzeczywistość.
Czuję się zupełnie nie zrozumiana przez bardzo wielu rodziców i znajomych. Otacza mnie dziwny dla mnie świat . Z jednej strony dorośli żyjący w świecie hipisowskiej iluzji. A z drugiej, pozostawione samo sobie pokolenie dorastających, nieoczytanych ludzi. Żal mi, że moje dzieci, mimo moich starań też coraz mniej czytają literatury pięknej. Pocieszam się, że to, co w nich zaszczepiłam sprawi, że będą uczciwymi, dobrym ludźmi z rozumem i sercem.
 
Tymczasem przestałam w ogóle rozmawiać otwarcie na tematy wychowawcze od momentu, gdy kiedyś usłyszałam pogląd insynuujący mi, że wychowam moich synów na cioty, bo chłopak to rycerz, kowboj albo żołnierz!  
Tymczasem dzisiejszy chłopak stał się terrorystą w krainie muminków. I tylko nikt nie rozumie jak do tego doszło?
12:06, fabella
Link Komentarze (19) »
wtorek, 17 stycznia 2017
Byle do wiosny
Jesteśmy w przeddzień rozpoczęcia się nowej prezydentury w USA. Można temat ten przemilczeć, można przedyskutować, ale się nie da do końca ignorować. Do władzy doszedł człowiek, który jest jedną wielką polityczną niewiadomą. Może będzie dobrym prezydentem, może nie?
Problem w tym, że jak pokazał przykład Jugosławii, Ukrainy , a potem Syrii, nasz europejski pokój wcale nie jest wiecznym pewnikiem i może w każdej chwili zmienić się w horror. Niestety, nowy amerykański prezydent bardziej mnie niepokoi, niż zachwyca. I to głównie z powodu jego nieprzewidywalności. Nie wiem, czy w aktywny sposób nie przyczyni się do unicestwienia mojego europejskiego świata, gdzie mogę podróżować bez wiz i bez tłumaczenia się z powodów tej podróży. Nie wiem, czy w bezmyślny sposób nie sprowokuje do działania najgorszych demonów Europy, i tak przebudzonych już przez nierozsądność i chciejstwo polityków.
 
W tym roku również Francja ma wybrać nowego prezydenta. Mam nadzieję, że będzie to człowiek o liberalnych poglądach na temat gospodarki i racjonalnie podchodzący do spraw społecznych i edukacyjnych. Mam nadzieję, że odbuduje wartość prawa i stworzy nowe horyzonty dla młodych pokoleń. Mam wreszcie nadzieję, że zajmie się odbudową francuskiej ekonomii, jak i przyczyni do reperowania Unii Europejskiej, tak strasznie osłabionej przez idiotyczną politykę migracyjną Niemiec, socjalistycznego Hollanda i nacjonalistyczno-katolickie rządy konserwatystów w Polsce i Węgrzech. 
Mam nadzieję, że Europa podniesie się z tego kryzysu i stanie na wysokości zadania i nie zaprzepaści wspaniałej idei kontynentu wielu kultur i języków bez granic. Że nareszcie powstrzyma egoizm, głupotę i bezwzględność religijnych organizacji: kościoła katolickiego w Polsce i zwłaszcza muzułmańskich islamistów, których tragiczne żniwo śmierci paraliżuje moje życie we francuskiej codzienności.
Mam wreszcie nadzieję, że europejscy politycy dostrzegą potrzebę ochronienia nas, europejskich obywateli przed tym religijnym tsunami i zwłaszcza najazdem zewnętrznej ludności. Nie uważam, żeby Europa miała moralną i finansową odpowiedzialność za dysfunkcję systemów afrykańskich, za wojny islamskie, za biedę krajów, w których kobiety i mężczyźni są różnymi kastami tego samego gatunku. Nie czuję empatii do ludzi, którzy wciąż nie są w stanie ewoluować, są prymitywni w ich funkcjonowaniu i zamiast tworzyć, niszczą wszystko, co wartościowe. Nie mam ochoty utrzymywać na europejskim kontynencie nielegalnie przyjeżdżających obywateli afrykańskich, tylko dlatego, że oni zdecydowali się żyć lepiej. Ich obiektywnie niski poziom świadomości cywilnej, edukacji, brak myśli demokratycznej, dramatycznie prymitywne postrzeganie roli kobiety, jak i przywiązanie do szariatu nie może przynieść żadnych dobrych skutków. A nawet stoi w sprzeczności z ideami Unii Europejskiej. Podobnie jest z Afgańczykami i Pakistańczykami , których światopogląd jest zbliżony do czasów średniowiecza. I nawet sporadyczne, rzadkie przykłady, wyjątkowych odmieńców nie zmienią tego straszliwego portretu obecnych migrantów.
Zdaję sobie sprawę, że moja ocena może oburzyć dobrych z gruntu ludzi. Jednak z przykrością muszę przyznać, że nie jestem Jezus Marią. Nie noszę w sobie bezwarunkowej miłości do wszystkich ludzi na świecie. Mimo pracy nad sobą nadal nie kocham każdego bliźniego. Moje osobiste doświadczenie w Afryce, Holandii, Belgii i Francji, jak i szeroko dostępna publikacja na temat migrantów i krajów z których pochodzą, tylko utwierdziły mnie w moich przekonaniach.
Podobnie krytyczne zdanie mam również na temat wszystkich europejskich kiboli, jak i aktywnych działaczy neonacjonalistycznych grup, których obecne władze w Polsce, wyjątkowo przychylnie ostatnio akceptują. Z ogromnym żalem muszę stwierdzić, że jeszcze nie udało się tych i im podobnych gadów w jakiś magiczny sposób unicestwić i wylogować z życia reszty społeczeństwa. Problem jest taki, że ONRowskie poczwary wyrodziły się na naszej, demokratycznej europejskiej ziemi i nie da się już zwalić ani na Afrykę, ani na Islam. To tak, jak pewien znajomy mi powiedział : "uchylono klapę od szamba i teraz wycieka."
Powracając jednak do tematu wyborów wszelakich.  
Na przykład Australia wybiera, kto może lub nie w niej zamieszkiwać. Podobnie jest z USA, Kanadą, Indiami czy Chinami. Dlaczego zatem my w Europie mamy być pozbawieni prawa wyboru? Zwłaszcza, że nasz system socjalny jest najbardziej rozwinięty na świecie. Nie ma w tym żadnej rasistowskiej myśli, tylko zwykłe racjonalne stwierdzenie faktu. Uważam, że ludzie, którzy chcą być i żyć w krajach wolnych, demokratycznych muszą najpierw dopasować do naszego, własne zachowanie i wartości.
Dlatego skandaliczne wydaje mi się bicie, obrażanie i atakowanie np. właścicieli kebabów i sklepów prowadzonych przez Arabów. Takie wieści docierają z Polski. To jest złe, bo ludzie ci uczciwie pracują, oficjalnie są zarejestrowani i wspaniale zaadoptowali się do życia w Europie. Czemu zatem robić im krzywdę? Dotarli do Europy oficjalnie i dopasowali ich życie do wymogów europejskich. Czemu jakieś łobuzy niszczą ich? To właśnie jest barbarzyński rasizm i niesprawiedliwość!
We Francji jest inaczej. System socjalistyczny doprowadził do totalnego zdeformowania mentalności części narodu, w tym zwłaszcza ludności afro-arabskiej. Pozbawiona pracy, jakichkolwiek obowiązków, obiektywnie źle wykształcona, bezrobotna, fanatycznie religijna i karmiona francuskim socjalistycznym 500+ i więcej, stała się głównym źródłem francuskich problemów. W Polsce biją Arabów, we Francji Arabowie biją Francuzów. Dziwny jest ten świat, chciałoby się zaśpiewać.   
 
Natura ludzka jest trudna, a z obserwacji francuskich i polskich dochodzę do wniosku, że znowu przeżywa autentyczny kryzys wartości i dziwne pomysły ma rozwiązanie problemów.  To może przynieść ciężką do zniesienia przyszłość. A ja wcale nie mam ochoty na negatywny scenariusz.
Pozostaję nadal optymistką. Mimo, że mieszkam we Francji nadal śledzę nowości z Polski. Dlatego aktywnie wspomogłam WOŚP i z radością oglądałam fotorelacje z całego przedsięwzięcia. Po raz kolejny uświadomiło mi to, że Polacy to świetny naród , który potrafi w sposób fantastyczny zorganizować się, żeby konkretnie pomóc tym, kto potrzebuje tego najbardziej.
Uświadomiło mi, że nawet jeśli część mojego narodu w sposób bezprzykładnie zły, negatywny i okrutny chciała zablokować działanie WOŚPu, to i tak dobra moc przyćmiła wszystko.  A do tego pod znakiem optymizmu, radości życia , pozytywnej energii i uśmiechu.
O ile przyjemniej mi się patrzy w ten sposób na mój rodzimy kraj! Myślę, że Polacy mogą być z siebie dumni, że w tak spontaniczny sposób potrafili ponad polityką i kościołem, tak wspaniale zadziałać ! Brawo! Żyje mi się tym lepiej. Dziękuję Wam za to rodacy. Bardzo jestem wdzięczna losowi, że pochodzę właśnie z Polski! 
 
Z tych samych powodów co WOŚP, wolę lato, niż zimę. Gdy słońce świeci, owady szaleją, ptaki śpiewają, szczebioczą , dokarmiają małe w gniazdach. Cudownie mi żyć, gdy kwiaty kwitną, a liście szumią zielono w koronach drzew. Lubię kolory letnich owoców, warzyw, lubię zapach tętniącej życiem natury, fruwające spódnice, rozpuszczone włosy, gołe pupy i dekolty. Wolę to od swetrów, zakutania, zasłaniania i ukrywania się. Tak jak wolę naukę od zabobonów. Wolę światło, od ciemni. Wolę uśmiech od złości, otwarte okna, niż zamknięte. Wolę móc wybierać niż być zmuszoną...
Mimo, że zima potrafi być malownicza, jest dla mnie czasem trudnym. Nie lubię niewygodnego zimowego ubierania się na cebulkę. Nie lubię ogołoconych z życia drzew. Smucą mnie pola bez zbóż i traw. Nie lubię krótkich dni, długich nocy, chłodu i zadumania. 
Ratuję się kominkowym ogniem , jedynym radosnym elementem tej pory roku. 
W życiu codziennym otaczam się zawsze kolorem. Mam pomarańczowe zasłony, kolorowe lampy, barwne buty i ubiory. Moje dzieci przyzwyczaiłam do takiej garderoby i znane są już z papuzich kurtek i butów. Wybrałam dwa białe psy, bo lepiej mi patrzeć w jasne pycha. W ogrodzie mam głównie kolorowe kwiaty i krzewy, a nie iglaki i  trawy ozdobne. Nie lubię Adagia w muzyce, wolę uwertury lub symfonie. Słońce traktuję jak narkotyk, rodzaj leku na wszystko....
A zatem byle do wiosny....
  
 
15:16, fabella
Link Komentarze (6) »
piątek, 14 października 2016
Otwarta zawsze parasolka
Z trudnością wracam do bloga. Prawdopodobnie dlatego, że nie lubię narzekać przy innych i psuć dobry humor. To tak, jakby rozdmuchiwać marzenia niczym dmuchawce na przekwitłej jesienią łące.
Dla Polaków, zwłaszcza wielu Polek, Francja jest piękna, wyjątkowa pod każdym względem. Te pomniki, pejzaże, wszystko to, co opowiada o tym wyjątkowym kraju. Obrazy, filmy, piosenki...miasta, miasteczka, wybrzeża...
Kiedyś zachwytów szukało się w książkach, słuchało radia, telewizji.
Dzisiaj, większość sięga do Internetu...O... coś o Francji...
I wyskakuje mój blog.  I każdy francuskoholik przegląda, czyta ...
Wybaczcie mi, że tyle krytyki, zniechęcenia. Wybaczcie, że nie maluje pastelami..., że pisałam o terroryzmie, o strachu, o tej całej ponurej sytuacji.
....................................................................................
Od prawie dwóch lat staram się odnaleźć i dopasować do tej zmieniającej się na naszych oczach Europy. We Francji socjaliści, za granicą niemieckie wynalazki, a w Polsce PiS, wybrany demokratycznie przez moich rodaków.
Poczułam się, jak laboratoryjna mysz, której jedynym celem istnienia jest przeżyć mimo wszystko . Wszczepia jej się raka, daje przedziwne rzeczy do jedzenia, leczy, przegania po labiryntach i obserwuje. 
Śledziłam informacje, czytałam polityczne książki, dyskutowałam, rodzinnie, koleżeńsko, wszelako i wszędzie. Im więcej, tym gorzej się czułam. Tak, jakby coś dużo silniejszego, niezależnego od mojej woli dyrygowało moim światem .
Nie ma oczywiście żadnego znaczenia fakt, że zupełnie nie podoba mi się sytuacja polityczna Polski. Nie ma znaczenia, co myślę o destrukcyjnej polityce francuskich socjalistów. Jeszcze mniejszą rolę , bo nijaką, ma moje negatywne zdanie na temat europejskiej polityki dotyczącej migrantów, wojny w Syrii czy stanowiska wobec Turcji.
Nie ma znaczenia co myślę, jak czuję i tak, ktoś mnie zaszufladkuje do któregoś z wielu labiryntów. Jak tę mysz. 
Jeśli nie chcę płacić podatków wydawanych potem przez rząd na pomoc emigrantom, to jestem szybko uznana za faszystkę. Jeśli nie chcę ,żeby moje podatki wydawano na budowę kościołów, czy meczetów , jestem diabłem. Jeśli nie chcę, żeby moje dzieci oglądały seriale z całującymi się homoseksualistami w tv, to jestem homofobem. A jak nie wstydzę się opalać nago przy moich dorastających dzieciach , to jestem zboczona. Poza tym mogę nie chcieć patrzeć na całujących się homoseksualistów i akceptować ich małżeństwa. Tak, to jest wykonalne. Mogę nawet zaakceptować, że ktoś jest wierzący w siłę wyższą, ale nie koniecznie uznawać to za objaw mądrości. Mądrość znajduję tylko w książkach, naukowych rozważaniach, empirycznie potwierdzonych teoriach. Nie znajduję w nich boskich decyzji. I to już jest podejrzane. 
Mam problem podstawowy, nie pasuję do żadnej grupy. A, żeby przeżyć w świecie ludzi, trzeba należeć do grupy.
Na przykład grupa zakochanych we Francji , musi rozczarować się moim blogiem i tym bardziej książką. Książka żyje swoim życiem. Ale blog zdycha nie podlewany wielomiesięcznym milczeniem. I nie wiem, czy jest sens podlewać dalej.
.................................................................................
A jednak znowu tu jestem. Czyli może ten blog jest jak kaktus? Kłująca, niemiła roślina, która czasami kwitnie. Tak, jak taki jeden , w parku brukselskim. Podobno kwitnie raz na dziesięć lat. Słyszałam w radiu zachwyty, bo kwiat jest gigantyczny i niesamowicie pachnie. Słuchałam reportażu i myślałam, jak on może pachnąć. Gardenia wymieszana z bergamotkami, a może jaśmin , może imituje róże? uruchomiłam całą wyobraźnię zapachową. Mieszałam cedry z lemonką, konwalie z imbirem....I nagle jeden z biologów wytłumaczył w radiu, że ten wyjątkowy kaktus pachnie, jak rozkładający się trup w śmieciach z odchodami!  
Jak można było mi to zrobić? Zrobiło mi się niedobrze. Tyle zachwytu nad takim morderczym odorem? Nie rozumiem ludzi.
Często mi się zdarzają takie wpadki. Człowiek marzy, cieszy się z realizacji tych marzeń i co ? Nic. Nic poza smutkiem, że rzeczywistość pachnie trupem. Więc milknę. Marzę nadal ale po cichu.
......................................................................................
Mieszkam we Francji. Złoszczę się nadal, że dom, który tu mam, kocham i o niego dbam, w kontekście europejskiej geopolityki jest złą inwestycją w przyszłość. Mimo, iż ograniczam do minimum wpływ mediów informacyjnych na moją codzienność, i tak zalewają mnie przecieki dotyczące praw antyaborcyjnych i religijnego delirium Polaków. Przecieka tak mocno, że otwieram czarną parasolkę. Tak jest najbezpieczniej , żeby szambo politycznej głupoty nie zalało mnie do wyskrobanej śmierci. Od zalania można umrzeć, utonąć. Od zalania można też zapomnieć. Ach gdybym umiała zapomnieć o tych wszystkich beznadziejnych ludziach, których decyzje wpływają na mój mysi świat?
Niestety nie da się zapomnieć. No chyba, że w Nowej Zelandii. Ale tam jest daleko, nikogo nie znam i mój owczarek podhalański źle by zniósł podróż. To wszystko nadal nie jest proste.
Na szczęście mam jeszcze starego bloga, gdzie mogę sobie ponarzekać.
No to podleję jeszcze tego francuskiego kaktusa... I koniecznie pamiętam otwierać parasolkę.  
12:31, fabella
Link Komentarze (17) »
wtorek, 21 czerwca 2016
Margot
.
Czarny, jak smoła kogut budził każdego dnia całe gospodarstwo rozdzierającym pianiem. Pomarańczowy ogon prężył przy tym dumnie i przebierał nóżkami na kupie gnojówki. Margot otworzyła okiennice. Ciężkie drewniane skrzydła uderzyły głucho w ścianę. Wychyliła się i zblokowała je małymi, żelaznymi główkami w filuternych kapelusikach. Zapadki posłusznie obsunęły się pozostając na straży otwartego okna.
Kogut darł się w niebogłosy. Dziewczyna uśmiechnęła się do różowo kwitnących drzew, jakich korony rozciągały się wzdłuż okalającej domostwo alei. Było przyjemnie ciepłem dobrze rozbudzonej wiosny. Słońce powoli, ospale wdrapywało się do góry . Długie, poranne promienie przeciskały się przez gałęzie drzew, krzaki, zalewały bogato kwitnący ogród.
Król drobiu zdawał się wkładać całą swoją duszę w coraz bardziej ochrypłe pianie. Nie chciał nawet przez chwilę zawiesić porannego wołania. Margot zaczęła odliczać. Wiedziała, że nim dojdzie do trzydziestu kogut straci głos. W godnym milczeniu będzie trwał aż do następnego dnia. Potrzebował całej doby żeby odbudować możliwości wokalne swoich strun głosowych.
Dwadzieścia dwa, trzy, czte.. Koniec. Głos zawiesił się i kogut zamilkł, pozostając dumnie z pazurami w gnoju. Wtedy , jak zwykle każdego ranka wyskakiwały na podwórze kury. Przytulnym gdakaniem przejmowały władzę nad całością, nic sobie nie robiąc z czarnego jegomościa, z patetycznie pomarańczowym ogonem.
Margot od wielu dni obserwowała ptasi rytuał. W mieście nigdy nie spotkała kury inaczej , jak w lodówce, w plastikowych foremkach, albo już zarumienione z rożna na co wtorkowym rynku. Odepchnęła od siebie te wizję. Nie byłą wegetarianką, ale w kontakcie z czarnym monarchą i plotkującymi kumoszkami, nie lubiła myśleć o tym, gdzie może skończyć ta urocza rodzinka.
Odetchnęła lekkim podmuchem porannego wiatru. Narzuciła szlafrok i pobiegła do kuchni. Urwała kawałek bułki, wystającej z podłużnej torby na pieczywo. Wyciągnęła z szafki duży słoik miodu. Gorąca kawa już była zrobiona w dzbanku. Ktoś wstał wcześniej, ktoś już był tu przed nią.
Długi nóż z wygrawerowaną pszczołą utoną w słoiku. Margot czuła jak żołądek zaciska się jej z głodu, a może i z łakomstwa, na widok złotej, pachnącej słodko masy. Porcelanowy kubek szybko rozgrzał się od parującej kawy. Dziewczyna powoli rozsmarowała masło i tworząc łódeczkę z kawałka chrupiącej bułki wypełniła ją miodem.
Zamknęła oczy gdy wkładała sobie w usta ten poranny przysmak. Jeszcze kilka łyków kawy i wiedziała, że dzień będzie udany.
      
poniedziałek, 20 czerwca 2016
...a życie toczy się dalej
Minęło wiele miesięcy od ostatniego wpisu. Szok, jaki wywołał u mnie atak terrorystyczny w Paryżu zmienił moje życie. Ograniczyłam do stricte minimum wyjście do miasta. Nie jestem, już wolnym człowiekiem. Francuzi z niezwykłą lekkością przeszli do codzienności jakby nic się nie stało. Ot, takie czasy, tłumaczą. Nic nie robią sobie z tego, że nie ma tygodnia , żeby gdzieś na świecie ktoś kogoś nie zabił z powodu religijnego szaleństwa.
Lyon, obiektywnie spokojne, piękne miasto wydaje mi się teraz pełne zagrożeń. Nie siadam nigdy w restauracjach na tarasie. W ogóle od listopada byłam tylko trzy razy na kolacji w mieście.
Podobnie mam z zakupami. Kupuję przez internet wszystko, poza żywnością . Jedzenie i to, co potrzebne na co dzień kupuję szybko i nie łażę po supermarketach. Ilość kobiet w hijabach, czyli arabskich ubraniach islamskich , z każdym dniem się zwiększa. Jest ich bardzo, bardzo dużo. W niektórych sklepach, zwłaszcza Lidlu jestem czasami jedyną bez chustki na głowie.
Odnoszę wrażenie, że ataki terrorystyczne dodają skrzydeł populacji muzułmańskiej. Nie zmienia się jej zachowanie. Nie robią nikomu nic złego. Podkreślają jednak ich inność. Mówią głośno po arabsku, noszą orientalne ubrania. Znam stewardessy , które po pracy ubierają się w czadory i tak chodzą po ulicy.
Tymczasem ja, po prostu boje się młodych orientalnych twarzy, bo nie wiem , co się za nimi kryje. Od listopada był już atak w Zaventem,  Brukseli, ostatnio zabito młode małżeństwo policjantów. Nie wiadomo dlaczego i jak daleko uda się nas wszystkich wystraszyć, zdominować?
Poza tym życie toczy się dalej.
Mieszkając poza miastem, wśród winnic i sadów , robić można zakupy na pobliskich rynkach. Właściwie jeśli wyłączyłabym tv i radio, bez gazet i aktualności w necie, spokojnie można żyć we Francji bez strachu przed terroryzmem, bez znoszenia chronicznych strajków, wojny związkowców z rządem i innych cudów tutejszego świata. Właściwie można nie chodzić do teatru, na koncerty, na wystawy. Można żyć daleko od obcych ludzi i zupełnie olewać ewentualność kolejnej tragedii.
Więc życie toczy się dalej.
Zima była ciepła. Wiosna beznadziejnie zimna. Od 5 maja do dziś było 29 dni deszczowych, co jest rekordem od 1924 roku.
- Takich rzeczy się nie robi na południu Francji! - krzyczałam każdego dnia ze złością patrząc w niebo. Aż wczoraj , pewna znajoma przypomniała mi, że to znak. Że przecież wszystko wskazuje na to, że powinnam pisać. A zatem piszę. Każdego dnia po trochu, tu na blogu. Aż się rozpiszę na dobre i skończę też książkę "Oddech". Jest już prawie napisana. Ale był terroryzm, strach, żal, i największy wróg każdego pisarza - lenistwo. To lenistwo pisarskie zaleczałam sobie facebookiem. A teraz już nie ma odwrotu, bo Aldona mi wytknęła , że przecież muszę pisać.
Palce stukają powoli w klawiaturę. Z pisaniem jest jak ze sportem. Na początku wszystko boli, ale z każdym, nowym słowem pojawia się nowa myśl i z każdą myślą , nowe słowo. Dobrze, że są tacy ludzie, którzy budzą innych z letargu.
Zwłaszcza, że życie toczy się ...dalej...  szybko toczy się...  
11:17, fabella
Link Komentarze (12) »
wtorek, 01 grudnia 2015
Trup w stylowej szafie
..
Minęły dwa tygodnie od ostatniej akcji islamskich terrorystów w Paryżu. Zaczęły się dwa tygodnie konferencji klimatycznej też w Paryżu. Zawrotne tempo życia i umierania w tym mieście zawsze budziło we mnie jak najgorsze wrażenia. Nigdy nie czułam się tam dobrze. Mieszkałam w niej przez jakiś czas i dobrze znam stolicę Francji, ale nie chciałam budować tam domu. I jak tylko było to możliwe, uciekłam z mężem i dziećmi na Południe.
W Paryżu nie odpowiadała mi wilgotna, deszczowa pogoda. Nie lubiłam ogromnej ilości ludzi. Milionów turystów. Mieszkańców o pochodzeniu każdym i coraz mniej paryskim. Męczyły mnie odległości i pokonywanie ich w niekończących się korkach, albo brudnym, nieprzyjemnym metrze. Oburzały mnie nieprzystępne ceny za mieszkanie, astronomiczne wprost czynsze. Robienie codziennych zakupów było dla mnie męką, z powodu zbyt dużej ilości klientów, zbyt małej ilości miejsc parkingowych. Nawet życie kulturowe, wystawy, koncerty pozbawione były przyjemności, przez ciągłą walkę o wejście do przepełnionych od przyjezdnych miejsc.
Dla większości ludzi, Paryż to Francja. Stolica świata. Ba, mekka luksusu, najświetniejszej historii sztuki, urbanistycznego piękna. To tu był król i tu ścięto mu głowę. I tylko tu, możesz zjeść ostrygi z szampanem, siedząc przy marmurowym stole na chodniku o dwunastej w nocy! Paryż to och i ach! Stolica wszystkich stolic! No i te witryny, sklepy, galerie... 
A ja, ja jestem dziwna i nie lubię.
Paryż, to Francja?!
Nie, Paryż, to też Francja!
Bo Francja wcale nie utożsamia się na codzień z Paryżem. Na przykład dzień po ataku terrorystycznym 13.11, w Lyonie miasto aż huczało od ulicznej muzyki, radości i zakupowego ferworu. Świeczki pod merostwem, kwiaty ale w oczach ludzi ani smutek , ani żal. W sklepach muzyka, w kawiarniach i restauracjach tłumy. Paryski kataklizm nie wstrząsną prowincją. Zasmucił, ale bez przesady.
 Oczywiście każdy Francuz jest dumny z Wieży Eiffla, Pól Elizejskich i całej masy wspaniałych paryskich miejsc i budowli. Nie znaczy to jednak, że wszyscy Francuzi żyją tak samo, jak Paryżanie. Prowincjonalni Francuzi żyją nawet zupełnie inaczej, jak ci w stolicy. Po pierwsze z pewnością spokojniej i chyba dużo bardziej po francusku. Mają dużo większe domy, mieszkania. Mają większy dostęp do dobrego jedzenia, za przystępne ceny. Mają dobre szkoły i więcej miejsc w świetnie wyposażonych szpitalach. Nie muszą jeździć godzinami pod ziemią, żeby dojechać do pracy, szkoły, czy żeby zrobić zakupy. Prowincjusze mają ogólnie dużo więcej czasu na przyjemności. A przecież każdy uczciwy Francuz najbardziej lubi to ostatnie. Obowiązki, praca...? Ach nie, to nigdy nie było kwintesencją życia we Francji.
Jeśli przez całe wieki bogaci Francuzi żyli sobie z wojen, a feudalnie z chłopów i mieszczan, to już nie dało się tak samo po 1789 roku. Nareszcie Francuzi z najniższej półki też mogli żyć inaczej. Żeby większość, poczuła się tak, jak uprzywilejowana mniejszość rozwinięto kolonializm! To był świetny pomysł na to, żeby wszyscy Francuzi mogli funkcjonować tak,  jak przez całe wieki żyli tylko nieliczni, albo przynajmniej mieć takie poczucie.  
Jest jakiś powód, dlaczego jedne kraje kolonizowały, a inne mniej, lub wcale. Może jest to chroniczny kompleks wyższości, a może inne, moralne paskudztwo? Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Francuzi polubili kolonialne "zabawki" podobnie, jak Brytyjczycy. 
Z tą różnicą, że Francuzi, wmówili sobie, że w ramach wolności, równości i braterstwa, nieśli światło ciemnym z nieświadomości ludom, a to, że musiały one pracować na te ich ideały, po prostu przemilczano. 
Przez ponad dwieście lat na wszystkich kontynentach panoszyli się francuscy kolonizatorzy, traktując wszystkich zniewolonych ludzi, jak gorszą część rasy ludzkiej. Kolonie nie przynosiły dużych pieniędzy. Kosztowały dość dużo, bo zaprowadzano styl życia nie przystający do warunków i mentalności lokalnej. Kolonie dawały Francji ogromną siłę roboczą, bogactwa naturalne i zwłaszcza samozadowolenie francuskich panów. Pewnie trwałoby to jeszcze długo, ale przyszła wielka wojna, i wszystkim facetom skręcono we Francji kręgosłup. 
Z wielkiej nacji już nigdy nie odrodził się wielki naród. Kobiety spaliły staniki, założyły spodnie, bo ktoś musiał trzymać całą tę schorowaną chałupę w garści. Kolonie nadal podtrzymywały w narodzie świadomość mocarskości. No i przyszła druga wojna, i honor szlag trafił... Ale na szczęście zdolny, mądry generał, jakiś ostatni ocalały wielki Francuz, odwinął kota ogonem i ze wstydu, zrobił czwartego bohatera. I niech ktoś by się odważył powiedzieć inaczej!
Wuj Sam sfinansował cudownie powojenne, francuskie odrodzenie. Wuj Sam wiedział, co robi, bo tylko stabilny Zachód, z silnym, największym krajem Europy, mógł zatrzymać imperialistyczny apetyt sowieckiego barbarzyńcy. Francuzi nie odrzucili okazji i znowu uwierzyli, że są wielcy, mimo wykruszania się kolonialnego charakteru państwa.
Jeszcze czterdzieści lat temu, po raz ostatni, skorzystali z kolonialnych innowacji. Ściągnęli sobie tanią siłę roboczą z północnej Afryki i jakby na deser, podkręcili ekonomiczny licznik. Mądrze zainwestowali w atom, wymyślili cuda techniki i zajęli się odbudowywaniem HONORU. Drogą do tego ostatniego miał być francuski socjalizm. Cóż, kolonialne przygody stały się bardzo demode, a ciemne ludy chciały żyć po swojemu. 
I się prawie wszystko udało...
Świat uwierzył, i nawet Francuzi uwierzyli, że Francja jest znowu mocarstwem ekonomicznym, mimo, że oddała wielkodusznie wolność innym okupowanym przez wieki narodom. Ta nowa, socjalistyczna Francja Mitteranda, to miał być nowy raj, gdzie nie trzeba dużo pracować, a się żyło dostatnio. Miejscem, gdzie były niewolnik, stał się wolny i szczęśliwy. No prawie, prawie szczęśliwy. Tym zająć się miała daleka przyszłość.
Ta przyszłość, to jest dzisiaj. XXI wieczna Francja nie jest zupełnie taka różowa. Byłe kolonie dają jeszcze skarby naturalne, ale nie za darmo. Teraz chcą opieki militarnej, finansowej, domagają się spłaty moralnego długu i wysyłają do Francji tłumy niewykształconej biedoty. Tymczasem nad Sekwaną pracować trzeba samemu, bez niewolników i to bardzo dużo, żeby żyć dość dobrze. Nie pracując wcale, też jednak można mieć dach nad głową, a nawet samochód i opiekę zdrowotną, i naukę za darmo.  Pracując niewiele, w sektorze państwowym, da się żyć nieźle, czasami nawet dobrze. Bez frykasów, ale tylko kilkanaście godzin tygodniowo i bez ryzyka utraty pracy. No i pełno, pełno mają wszyscy wakacji, co czyni powszechne dobro. Ani to komunizm, ani liberalizm. Taki socjalistyczny kapitalizm po francusku. Nie wiadomo do czego to porównać. Niby żyje się dobrze. Niby ciągle w mocarstwie. A jednak wszyscy narzekają. A na dodatek, nie wiadomo skąd pojawił się ten brzydki, islamski terroryzm!
I Francuzi już nic nie rozumieją! Bo od czasów Mitteranda miało być inaczej!
Wciąż nie wiadomo dlaczego, nagle, ktoś zabija Francuzów w ich własnym kraju? Tak po prostu w imię jakiegoś obcego boga. Francuzi nawet nie rozumieją skąd się on wziął, ten ktoś, ten morderca?
A przecież ten ktoś, to zupełnie znany, francuski postkolonialny dzieciak, który właśnie urósł i coś musi z sobą zrobić. Nie wystarczy mu płacenie za "bezpracę". Nie wystarczy mu, że dziś jest takim samym Francuzem, jak ci, co kiedyś byli lepszymi Francuzami. Nie wystarczy mu, że ma własnych ministrów. Że cały system nagina się, żeby utrzymać go w życiu bez obowiązków. Że ma nowy telewizor za dodatek socjalny, i że nikt od niego absolutnie niczego nie wymaga i tylko daje, daje, daje. No może nie bogactwo, ale jednak życie za darmo!... Ten dorosły postkolonialny dzieciak chce czegoś więcej i postanowił, że zabije to, co mu przeszkadza w tym planie - zniszczy młodego, wolnego, beztroskiego Francuza!  Tak to sobie wykombinował!
Ale dlaczego? Czego można chcieć więcej?
Przecież Francuzi naprawili już wszystkie grzechy kolonialne socjalizmem i gościnnością! Przynajmniej tak to widzą. Nie przestrzegają nawet własnego prawa, i pozwalają wszelakim, kryminalistom żyć poza kryminałem. Zdejmują z nich nawet odpowiedzialność za niecne czyny, w imię sprawiedliwości społecznej i walki z rasizmem. 
Dlaczego, mimo tego całego "dobra", które nań spływa, ten ktoś, ten postkolonialny wyrostek, teraz ich nie lubi, i zabija? Przecież zaakceptowali nawet jego inny, afrykański styl życia, i wymogi jego orientalnej kultury, i nową tradycję zaakceptowali, i nawet zmienili program szkolny, żeby poczuł się integralną częścią historii Francji! Zamknęły się nawet feministki na rzecz przykrytych bogobojnie włosów. Czego on więcej chce ten arabski terrorysta?!
  
A może to jest jak z sekretem rodzinnym? Czasami pokolenia z nim żyją, ale nikt, nic nie mówi. I nagle wypływa taki trup z przeszłości, nie wiadomo kiedy i dlaczego? I rodzina musi sobie z nim radzić. Ten trup śmierdzi kłamstwem i cała prawda musi być o nim powiedziana. Ten trup musi mieć nawet tablicę z imieniem i nazwiskiem, i postawiony grób. On domaga się, żeby o nim mówić, wreszcie odkryć całą prawdę o tym, dlaczego stał się trupem. Sekrety rodzinne tracą na sile, gdy przestają być sekretami. Wtedy dopiero można żyć dalej i budować przyszłość. Ale czasami jest zbyt późno i cała rodzina się rozpada. 
 
Tak samo jest z tym postkolonialnym wykwitem, jaki mają dziś Francuzi u siebie. Udawano przez lata, przez całe pokolenia, że wszyscy obywatele we Francji są tacy sami, że nic takiego strasznego się nie stało w przeszłości. Udawano na temat życia w koloniach, jak i nawet na temat wojny w Algierii. Prawie 10 lat ukrywanych okrucieństw zaledwie niecałe pół wieku temu. Udawano, nawet wtedy, gdy wielki generał "wspaniałomyślnie" rozbroił francusko-arabskich żołnierzy - Harki i zabrał tyłek w trok. Och jak świat podziwiał go za tę algierską wolność. Nikt do dzisiaj nie odważy się krytykować wielkiego dowódcy. Niewielu przyznaje, że pozostawił oddanych mu i Francji Harki na pastwę chorych z nienawiści algierskich rodaków. 4500 ludzi zginęło!
Wyrżnięci zostali, co do jednego, uznani za zdrajców wolnej Algierii. Nikt o tym nie chciał wiedzieć w nowoczesnej, demokratycznej Republice. Ale ich dzieci przeżyły i przyjechały do Francji. Opowiadają do dzisiaj, jak ich ojcowie, wujowie, zostali potraktowani przez francuskiego generała. Te wspomnienia są jak ręce, nogi tego rodzinnego trupa, co ciągle uparcie wypływa.
Zamiast przyznać się do bolesnej, historycznej prawdy, chciano zadośćuczynić socjalizmem. Zamiast spojrzeć historii prosto w oczy, wymyślano różne banialuki. Bezkarnie pozwolono od lat na osiedlenie się we Francji , coraz większej ilości niewykształconych Afrykanów, tak w ramach pomocy byłym koloniom. Od pół wieku wmawia się Francuzom, że tradycje, religie, języki, to wszystko, to nic nie warte bzdury. W ten sposób liczono na cudowne załatwienie historycznych błędów i wierzono, że wszyscy to łykną. Nie łyknęli.
 
Wymyślono również, że liczy się tylko Republika, jak magiczny amulet, chroniący wszystkich od najgorszych sekretów rodzinnych. Liczono, że Francuzi staną się bardziej Arabami, a Arabowie Francuzami. I tak miał stać się cud. Nie stał się. 
Republika i jej wartości okazały się raczej pułapką w tym francuskim scenariuszu. Bo każdy rozumie wolność, równość i braterstwo inaczej. Trochę tak, jak w trylogii Kieślowskiego.
    Bo ktoś, kto widział, przez całe dzieciństwo, własną arabską matkę, jak niewolnicę arabskiego ojca, inaczej rozumie, co to znaczy wolność. Jego percepcja wolności jest po prostu inna, jak u kogoś , kto wychował się w europejskiej rodzinie, gdzie matka i ojciec są sobie równi.
    Bo ktoś, kto od dzieciństwa słyszał, jak jego francusko afrykański ojciec był traktowany niewolniczo w przeszłości, przez francuskiego Francuza, inaczej postrzega słowo- równość. I miast ją rozumieć, zaczyna nienawidzić każdego Francuza.
     Bo ktoś, kto od dziecka widział niechęć do jego smagłej skóry i rodzimych zachowań inaczej rozumie braterstwo. Odczuwa całe kłamstwo sytuacji.
I tak postkolonialny rasizm i hipokryzja polityczna, wychowały postkolonialnego dzieciaka na dorosłego, jeszcze większego rasistę i prawdziwego oszołoma - terrorystę.
Ani nie był on wychowany po francusku, ani po arabsku. Ani nie dowiedział się prawdy, ani nie zrozumiał do końca kłamstwa. Nie zna i nie rozumie historii, nie należy ani do Francji, ani do Afryki skąd pochodzą jego rodzice.  Jest dziś dorosły, duży, dobrze odżywiony, kapryśny i chce jednego - własnego świata, w którym rządził będzie on i jego wszechmogący bóg. Ten świat, to ma być jego raj i ma podporządkować sobie wszystkie inne światy. Wierzy, że nareszcie będzie czuł się w nim dobrze. Dlatego postkolonialna dzicz zabija dzisiaj i terroryzuje nas wszystkich i nic jej nie powstrzyma, jeśli nie zrozumiemy skąd się wzięła i czym karmi własną nienawiść do nas.
Francuzi nie chcą zrozumieć tego, co wychowali na własnej piersi. Mimo ewidentnych faktów wciąż trzymają się iluzji. Wychodzą z założenia, że przecież od dawna już zrobiono wszystko, żeby ludzie z byłych kolonii poczuli się szczęśliwi. Najpierw, w latach siedemdziesiątych, dano im pracę, a potem zaproszono ich rodziny. A potem, jak już nie było pracy, to dano im wynagrodzenie za "bezpracę" tak, żeby tylko nie czuli się odrzuceni. Postawiono pomniki przypominające ból niewolnictwa. Robi się trochę filmów. Poza tym od lat wpycha się wszystkim, że jesteśmy absolutnie tacy sami! Że wszyscy myślą, robią, i wyglądają tak samo. Ci z tej kolonialnej, jak i ci z europejskiej Francji. Och powtarzam, powtarzam to samo, co wcześniej napisałam, tak jak Francuzi powtarzają w kółko to samo.
Jedno wielkie kłamstwo!!!!!
Każdy człowiek widzi, że biały jest biały, a czarny to czarny , a metys trochę biały i trochę czarny. Każdy człowiek wie, że są sprawy, których nie da się naprawić. Można jednak je zaakceptować, jeśli o nich się mówi szczerze, rozumie, uczy i zmusza do patrzenia w przyszłość.
Każdy wie, że nie każdego boga da się pogodzić z innym bogiem. I że kuskus, nigdy nie będzie kogutem w winie!
 
Ale Francuzi trwają w politycznym delirium i chcą wierzyć, że jest inaczej i odrzucają prawdę o postkolonialnym wyrzutku, który im się wysunął spod kontroli. Nie rozumieją czemu ich tak serdecznie nienawidzi, opłakują paryskie ofiary i z dumą patrzą na własnego wodza, który toczy wojnę z islamem. Ciągle wymyślają jakieś nowe scenariusze, zamiast zadbać o przestrzeganie prawa, zamiast wziąć się za wszystkie sekrety rodzinne i poukrywane w szafach rzeźbionych śmierdzące trupy. Ciągle prowadzą socjalistyczne leczenie narodowego honoru, utrzymując kolejne pokolenia w beztroskim poczuciu własnego dobra.
Tymczasem coraz więcej nieafrykańskich Francuzów patrzy z niechęcią i strachem na afrykańskich Francuzów. Coraz większą niechęć afrykańscy Francuzi odczuwają do reszty świata. Żniwo zbiera ortodoksyjna sekta. Coraz bardziej rozpada się społeczeństwo francuskie, bo multi-kulti nie wychodzi nikomu na dobre.
Francuzi prędzej czy później będą musieli nauczyć się razem żyć, bo przy tak ogromnej ilości afrykańskiej ludności, jaka zamieszkuje Francję nie da się inaczej. Ta ludność będzie musiała się zeuropeizować, albo zdominuje resztę. Na razie przeżywamy ten ostatni scenariusz.  
  
Dzisiaj ewidentną sprawą jest, że nie wszyscy francuscy Arabowie są terrorystami. Osobiście znam mnóstwo uczciwych, pracujących ludzi, o zdrowym podejściu do życia, tradycji i religii. Ale prawdą jest, że całe dzielnice francuskich miast, zamieszkiwane są przez postkolonialne twory, zradykalizowanych religijnie ludzi o pustych mózgach, i to też, a nawet zwłaszcza są Arabowie.
Państwo musi poradzić sobie z tą sytuacją.  Miast wmawiać opinii publicznej, że zło jest daleko i tam trzeba zrzucać bomby, musi być zaprowadzony porządek i respektowane prawo. Po to by nikt się nie bał i nie nienawidził .
Dzisiaj Francuzi powinni w sposób uczciwy mówić o własnych grzechach, a nie zapychać mózgi socjalistycznymi podarkami. Dzisiaj trzeba tłumaczyć jedni drugim, że Francja to kraj kobiet, mężczyzn sobie równych, a nie jakiś średniowieczny relikt. I zwłaszcza bezwzględnie wymagać tej równości płci wszędzie, na każdym kroku. Dzisiaj trzeba będzie nauczyć się akceptować, że Francja, która miała kolonie gdzieś, ma te kolonie teraz u siebie i musi zagwarantować wszystkim te same prawa i obowiązki.
Im więcej bomb francuskich spadnie na dalekie ziemie, tym głośniejszy będzie krzyk trupa w szafie. Po prostu dlatego, że w świadomości bardzo wielu ciągle żyje niesprawiedliwość kolonialnej przemocy.
W Paryżu zginęli ludzie zabici przez nienawiść i prymitywne postrzeganie świata. Rządy europejskie, francuski prezydent ciągle opowiada banialuki zamiast zmieniać bieg historii. A szafa aż trzeszczy!  
 
 
 
wtorek, 24 listopada 2015
Wolność z widelcem na barykadach
.
Wiele lat temu, w ramach potwierdzania mojej nowo dojrzałej dorosłości, postanowiłam się opalać w toplesie na basenie Warszawianka. Wzbudziłam tym ogromne poruszenie. Młody biust, ładny biust, ale nie to było powodem całego zajścia. Chodziło zwłaszcza o goliznę. Jak można tak bezwstydnie się odkrywać? Bo przecież wartości! Bo przecież kobiecie nie wypada!  
Mimo to, nikt mi nie zabronił dalej się opalać bez stanika. Jedni podglądali, inni uznali, że to moja sprawa, ktoś skrytykował, nawet wielu ktosiów. 
Nie czyniłam tego ani z potrzeby ekshibicjonizmu, ani z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Był to mój osobisty krok ku wolności. Wyzwolenia się z seksualnej pruderii ówczesnego świata, peerelowskiej hipokryzji i zwłaszcza chęć pokazania, że kobiecie wolno to samo, co mężczyznom. 
Później, przez całe moje życie opiekowałam się moją wolnością rozumianą na różne sposoby. Raz, było to dbanie o moją polskość, pod każdym możliwym niebem, w każdym scenariuszu. Raz ślub, raz rozwód. Raz poświęcenie własnej kariery macierzyństwu. Raz praca , raz nie. A także zdejmowanie stanika, czy to na zapyziałej Warszawiance, czy rok później na nowojorskiej plaży. Tam jednak policja wyraźnie dała mi do zrozumienia, że goła wolność, to owszem, ale w playboyu. W rzeczywistości mogła mnie kosztować wystawieniem mandatu za 500 USD. Wolałam zrezygnować z opalonych piersi i uratować słuszną sumę. Szybko też wróciłam do Europy, gdzie nikt mnie nie stawiał pod sąd z powodu toplesu.
Idea wolności nie powinna sprowadzać się jednak do gołego biustu, ale w kontekście walki o każdy ukryty włos pod religijną chustką, moja plażowa nagość wydaje się niemalże aktem rewolucyjnym.
Na szczęście los pozwolił mi urodzić się w Polsce. Na szczęście, albo i nie. 
Z punktu widzenia emigracyjnego, sytuacja w ojczyźnie zmienia się w sposób drastyczny, ale takie są prawa demokracji. Z punktu widzenia polskiego, sytuacja francuska, to już jest sprawa śmiertelnego zagrożenia, a nie wyborów demokracji. Pytanie, czy Polacy dojrzeli do tej ostatniej? Jako Polka, która od 20 lat mieszka i płaci podatki poza Polską, powinnam się martwić i nie powinnam wypowiadać na tematy polskie. Jako Polka mieszkająca i płacąca podatki we Francji, powinnam się wypowiadać i z pewnością martwię się sytuacją francuską. Zwłaszcza jednak niepokoi mnie, co z moją wolnością?
O ile we Francji mogę głośno wyrażać opinie na ogólnie wszystkich interesujące dziś tematy, to jednak czynię to coraz mniej. Również na tym blogu. Dlaczego? Czyżbym mniej była odważna jak w wieku 18 lat?
Nie, nie mam problemu z odwagą, a raczej ze świadomością autentycznej , własnej bezradności wobec systemu w jakim żyję. I tak nic nie zmienię, niczego nie osiągnę, a wolności coraz mniej.
Nie chodzi nawet o zagrożenie islamskich terrorystów, których nie podejrzewam o czytanie blogów. Nie chodzi nawet o ekstremalnych katolików, którzy tępią od lat kobiety w toplesie. Chodzi raczej o przeświadczenie, że niezależnie od tego, co myślę i jak czynię, jestem zależna od systemu, który tylko udaje, że pozwala mi na moją wolność, a nie dba o przestrzeganie prawa. Jestem zależna od tego dziwnego systemu, decyzji urzędników, całej pajęczyny dogmatów, które w coraz bardziej dotkliwy sposób duszą mój świat wolności. Ze smutkiem dostrzegam jego powolne rujnowanie, niszczenie.
Najgorsza jest świadomość, że te moje wynurzenia, to są zwykłe banialuki w porównaniu z sytuacją wolności w innych częściach globu. Gdybym urodziła się w Rosji, albo w Arabii Saudyjskiej, to mogłabym się skarżyć na zniewolenie. Ale w Europie?
Ano myślę, że w Europie też dzieje się źle.
Oglądając zdjęcia z marszu niepodległości w Warszawie, zrobiło mi się nieprzyjemnie. Przecież bycie Polakiem, znaczyło dla mnie bycie człowiekiem wolnym, żyjącym ze słowem polskim w duszy i rozumie. A tu hasła "Polska dla Polaków", tudzież inne, przytaczać nie warto. Dla mnie wiadomo, że Polska jest od lat polska. Nie jestem w stanie zrozumieć bitwy o coś, co od dawna już jest osiągnięte. Zachód miał zawsze głęboko w poważaniu mój kraj i tak samo dzisiaj ma w poważaniu. A szkoda , bo zajęty terroryzmem i cywilizowaniem islamu, nie zauważa nawet, że właśnie wykluła się totalitarna, nacjonalistyczna kaczka.
To ostatnie zdanie spowoduje różne uczucia. Ci, co głosowali na Kukopis, pomyślą - głupia emigrantka z gołymi cycami, nic nie wie o tym, co się tu dzieje. Z pewnością jakaś zboczona lewicówka.
Ci, co głosowali na PO, albo Nowoczesną mogą pomyśleć, że mam rację, ale pewnie nie czuję tego wszystkiego do końca, bo nie mogę, bo jestem zbyt daleko, no i jeszcze ta goła sprawa z basenu...
A ci, co nie głosowali, mogą dojść do wniosku, że przecież to blog o Francji, więc co ja tu chrzanię o Polsce?
A tymczasem nawet goły król coraz bardziej goły!
Europejczycy mają dziś poważny problem. Ba, mają bardzo wiele, problemów. Jutro będą mieli jeszcze więcej, jeśli nie zaczną się zmieniać i racjonalnie myśleć bez zbędnych emocji. 
Od Polski wcale nie tak daleko do Francji! Jak to? Jak to? Nas Polaków chronią krzyże, a tam grasują dzikusy z Allahem i granatami! No i co z tego? Przecież krzyż, to jest obiekt tortur. Zrobiono z niego symbol chrześcijaństwa. Zawsze mnie to przerażało, że dwa skrzyżowane pale drewna, na których wieszano i zabijano ludzi stał się symbolem dobra i miłości. Przeraża do dzisiaj i nie powinno nikogo oburzać to, że tak straszna tortura nie jest uwielbiana przez kogoś, kto jest agnostykiem. Do wiary nie da się zmusić. Z wiarą jest podobnie jak z miłością, nie da się wymusić, kupić, przekonać. Jest albo nie jest. Nie można nawet zarzucić komuś, że wierzy lub nie, kocha lub nie. Te dwa stany myślowo-emocjonalne są w nas, albo ich nie ma. Jeżeli nie wierzę w Boga, to nie ma żadnej możliwości żeby mnie zmusić do wiary. Jeżeli nie kocham, to nie uda się wymusić miłości. Człowiek ma naturę krnąbrną. Lepiej pogodzić się z tym od razu. 
Niestety w Polsce, coraz więcej ludzi wyobraża sobie, że ten krzyż jest wartością nadrzędną i częścią składową polskości. Nie jest. Jestem Polką i nie lubię krzyża. Nie jestem przez to mniej Polką. Nikt nie może mnie pozbawić polskości z powodu niewiary. Nawet gdyby mi zabrał obywatelstwo, zawsze będę mówiła i myślała po polsku. Uważam, że błędną drogą jest mieszanie religijności z tożsamością narodową. Chcesz to praktykuj wiarę, nie chcesz, to nie. Jest to twój prywatny wybór i wolność.
Ach i znowu ta wolność.
A we Francji? Kiedy pod liońskimi szkołami widzę dziewczynki, które zaraz przy wyjściu na ulicę zakładają chustki i chowają pod nimi piękne włosy, w pierwszym momencie jestem poirytowana. Jednak francuskość, jaka mnie otacza, nakazuje mi tolerancję wobec wszystkich religii. Więc nic mi do tego, co te paroletnie dziewczynki robią.
Jednak będę nadal niezadowolona, bo religia jest sprawą intymną, a afiszowanie się intymnością we wszystkich miejscach publicznych jest w Europie zabronione. Mimo to, prawo europejskie udaje, że nie widzi tej ekshibicji religijnej i chustki są coraz bardziej widoczne. Tak liczne są tu we Francji, że z pewnością wielu Polaków nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jak bardzo! Podobnie jak krzyże w Polsce! Ich też jest coraz więcej i więcej, tylko, że już nikt sobie niczego nie musi wyobrażać.
Ktoś mógłby mi zarzucić, że przecież moją intymną golizną też się obnoszę, więc co tu się czepiam?
Jednak nie jest to takie proste, albowiem toples praktykuję wyłącznie na plaży, czy basenie, gdzie jest on dozwolony, a nie w każdym publicznym miejscu! Nie jestem femenką, ale plażową turystką. Tymczasem natrętna religijność jest dzisiaj powszechną manią bardzo wielu obywateli i nie ogranicza się wyłącznie do kościołów, meczetów i ich prywatnych domów! Napiera na mój agnostyczny świat wszędzie i nakazuje, domaga się akceptowania jej, ba, przestrzegania jej dogmatów!
Z czego to wszystko wynika? Zwłaszcza z nie aplikowania prawa! Udawania, systemowego oszukiwania w celu osiągania coraz większych przywilejów finansowych przez środowiska urzędniczo-państwowe. Naginane jest prawo do funkcjonowania demokracji, a nie demokracja, zależna od prawa.   
Myślę, że jest też inny powód niż korupcja państwowa. Ta obsesyjna religijność bierze się też z zapychania pustej czarnej dziury. W niebie też są takie dziury i nikt nie wie, co z nimi zrobić. Taka dziura wciąga, wchłania wszystko. Na początku nic nie wskazuje na ryzyko powstania takiej otchłani. Na początku jest gwiazda, która świeci, jest jasna i godna podziwu. A potem staje się hipernową , wybucha i zapada się. Trochę jak ludzka przesadna religijność. Wraz z tą ostatnią do głosu dochodzi jej młodszy brat - nacjonalizm. Ta zaraza, która w straszliwy sposób pozwoliła na rozkwit komunizmu i nazizmu.
Patrząc na marsz niepodległości wydał mi się rozpaczliwym domaganiem się ludzi o polskość. Z punktu widzenia emigranta, nie wiadomo o co chodzi. Bo przecież nikt Polakom nie zabiera ich polskości. Niosą sztandary, krzyczą, wyglądają jakby to było pospolite ruszenie. Zapomnieli, że to już nie ten czas, nie pora. Chciałoby się powiedzieć: ciemny ludu do książek! Naucz się, zobacz jak świat wygląda i wyglądał! Zrozumiesz wtedy, że nikt nie chce tej twojej białoczerwonej polskości ukraść. Wszyscy na świecie mają ją głęboko w poważaniu tę polskość. Więc zatrzymaj ją sobie i zacznij się wreszcie uczyć!
Niestety nie da się! Jak hipernowa wybucha, energia jest tak ogromna, że nic nie uratuje gwiazdy. Ze światła zapada się w ciemną dziurę. Tak właśnie wygląda polski marsz o posiadaną już niepodległość. Zapadanie się w czarną dziurę!
Do takiej samej czarnej otchłani ciągną teraz wiele krajów islamiści. Za wszelką cenę chcą je pogrążyć i im się to niestety udaje.
Co prawda minister sprawiedliwości Francji zachęca Paryżan i wszystkich Francuzów do walki z terroryzmem po przez zdecydowany powrót do restauracji. Podobno kontynuując restauracyjny styl życia można zwalczyć integryzm religijny. Wymyślono nawet hasło : Tous au bistro! (wszyscy do bistro!) Francuzi wezmą zatem szaleńców na widelce! Brzmi śmiesznie? 
Nie, to wcale nie jest śmieszne. 
Od dwóch lat ta sama minister wypuszcza tych, którzy są łapani przez policję za nie przestrzeganie prawa. Jednym z dogmatów francuskiej lewicy jest pogląd, że zbir nie jest zbirem, tylko ofiarą nierówności społecznej. Dzisiaj już nikt we Francji nie boi się ani policji, ani sądów. Obywatele muszą sobie radzić sami. I radzą sobie w dziwny sposób. Propaganda telewizyjna pokazuje każdego dnia rodziny zabitych paryskich ofiar, które opłakują i starają się godnie żyć dalej. Niektóre z francuskich sióstr, matek, braci, zdobywają się po chrześcijańskim pogrzebie na odwiedziny pobliskich meczetów. Publicznie manifestują w obronie cudzej islamskiej religii. "Bo to przecież nie wina wiary." powtarzają jak mantrę. Ich bliscy zginęli od terrorystów islamskich, a oni idą do muzułmanów i rozmawiają z nimi o tym, co się stało, poklepując po plecach pochylonych w modlitwie ludzi. Dziwny jest świat!- śpiewał kiedyś Niemen, dla tych , którzy jeszcze wiedzą kim był. Dziś śpiewa się słowa patrioty-polityka Kukiza " jak ja was kurwy nienawidzę", że zacytuję ze wstydem wielkim.
Ale we Francji jest inaczej. Przynajmniej na razie.  
Można się zachwycać, że humanizm i tolerancja ponad wszystko! A tymczasem nikt zdaje się nie zauważać, że właśnie kolejna hipernowa wybuchła i czarna dziura wciąga coraz mocniej kolejne ofiary i świat prawdziwej demokracji. Co teraz będzie dalej?
Nic. Absolutnie nic. Nie może być nic więcej w społeczeństwach coraz gorzej wykształconych. A tak właśnie postrzegam sytuację wszędzie w Europie. Gdzie słowo przemyślane, pisane, przeczytane przegrywa z grami wideo, serialami telewizyjnymi , które nic nie tłumaczą, niczego nie uczą. Nie może nic więcej się stać, jeżeli całe pokolenia bezmyślnością karmione są jak te barany co nic nie widzą tylko okrągłe dupska innych baranów. Aż refleksja nad światem zamienia się w histerię i ludzie zachowują się jak rozwrzeszczane przed lodziarnią dzieci.
 Wtedy miast myśleć, racjonalnie poszukiwać odpowiedzi na ciągle pojawiające się pytania, zaczyna się wiara w cuda. Wtedy nie naukowiec, ale święty ma nas wyleczyć z raka, Parkinsona. A jak się nie uda, to z pewnością jest to wina wroga. A tym wrogiem jest INNY!
Uwielbiam innych. Takich i śmakich. Uwielbiam innych i sama jestem inna. Uwielbiam inaczej myśleć, chodzić pod prąd ale według dobrze kreślonych przez prawo limitów. Nie potrzebuję oklejać domu polską flagą, żeby czuć się Polką. Nie potrzebuję śiewać co chwila Marsylianki ,żeby szanować państwo w jakim żyję. Moje dzieci też są Polakami i są też Francuzami. Znamy lepiej polski, jak niejeden z tym niepodległościowym sztandarem. Nie potrzebuję żadnych cudów, świętych. Wystarczy mi encyklopedia!
Uwielbiam INNYCH za ich inność, byle tylko mi nie narzucali ich inności. Mogą być czarni, biali, mogą być w plamki i nawet geje, i nawet ci, co się urodzili in vitro. Ci ostatni są moim zachwytem, że udało się ludzkości pójść tak daleko w rozwoju nauki, że może mieć dzieci, kochać je, nawet wtedy, gdy natura jest bezradna.
Zupełnie nie przeszkadzają mi lesbijki, że się całują , byle mnie nie całowały, bo ja wolę całować mojego męża. Niech się kochają jeśli chcą byle do siebie nie strzelali!
Ponadto nie wierzę w żadnego wroga. W krzakach, z lasów smoleńskich, nawet w tego w tych setkach łódek, co się pchają do Europy przez Morze Śródziemne. To wszystko, to nie są wrogowie, tylko ludzie, którzy kroczą do spokojnego życia za darmo i bez wojny. Tych INNYCH, też mogę zaakceptować pod warunkiem, że nikt nie będzie mi kazał utrzymywać ich inności, płacić na nią i jeszcze rozumieć ich orientalną wiarę, jaką przynoszą w tobołkach. Ta ostatnia, jak już się rozgości w socjalistycznej Europie, to potem wymaga akceptowania i przestrzegania ich wrażliwości religijnej. I własnej wolności nie uda mi obronić żadnym widelcem. I moja inność może być bardzo , ale to bardzo pogwałcona przez ich potrzeby.
Najgorsze jest to, że wszystko co się aktualnie dzieje ma to samo źródło - nieuctwo. Ze smutkiem patrzę na coraz gorsze nauczanie w szkołach i tu, i tam. Na coraz niższy poziom wiedzy wszelakiej i coraz większe zainteresowanie głupotami, papką internetowo-medialną i z przerażeniem dostrzegam rosnącą siłę wszelakich rycerzy świętej prawdy i wartości ponoć narodowych.
Aby jednak te czarne europejskie dziury nie wciągnęły mnie do końca, trzymam się kultury wszelakiej, książek i śledzę z zapałem wszystkie odkrycia naukowe, jakich na szczęście nie brak. Każdego dnia gotuję, nowe dania wymyślam, stare smaki praktykuję. Zgodnie z duchem francuskim - winem i bagietką blokuję zło, a kochaniem bliskich, dbałością o przyjaciół i poznawaniem INNYCH wypełniam każdą próżnię. Czego życzę wszystkim, zwłaszcza, że licho nie śpi, nawet pod sztandarami.     
12:44, fabella
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Słowik na topoli

Jeszcze nie ma słońca, jeszcze jest szaro i cała rodzina smacznie śpi, a ptaki za oknem już szaleją gotowe do rozpoczęcia dnia. Natura ma własne prawa, własny rytm niezależny od świata ludzi. Mieszkam pod Lyonem. Mam ogród, a w ogrodzie dużo kwiatów, krzewów i kilka dużych drzew. Mam też żywopłot wysoki na kilka metrów, który trochę chroni nasz świat przed spalinami i widokiem samochodów. Jesteśmy blisko miasta, ale już nie w mieście, trochę na wsi, ale wieś to nie jest. W moich wiecznie zielonych roślinach mieszkają sobie skrzydlaci. Głównie ptasia drobnica. Sikorki, rudziki, czyżyki i wiele innych gatunków. Kiedyś mieszkałam w Warszawie. Znałam głównie gołębie i wróble. Czasami w Łazienkach widziałam sikorki, kaczki i łabędzie. Nic nie wiedziałam o ptakach. Tylko tyle, co nauczono mnie na lekcjach biologii.

Odkąd mieszkam pod Lyonem obserwuję ptasie sprawy z zainteresowaniem i staram się trochę więcej o nich dowiedzieć. Wiem już, że pan kos jest czarny z pomarańczowym dziobem, a pani kosowa szara. Lubią wyszukiwać smakołyki na trawniku i wśród klombów, i w chruśniaku malinowym, co z roku na roku coraz większy. Pan kos codziennie wyśpiewuje serenady na najwyższym drzewie albo na dachu, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

Odkryłam również, że sikorek jest wiele rodzajów. Jedne są żółto niebieskie, inne czarno żółte, a jeszcze inne, mają zawdiackie czubki na głowie. Wszystkie przepadają za ziarnami słonecznika, które znajdują w naszym karmiku.

Bardzo ładne są żołto-zielone czyżyki i śpiewają trochę jak kanarki. Ich ulubionym miejscem są gałęzie przy oknach mojego synka, Armanda. Przyjemnie mu otwierać rano okiennice, bo nad głową ma te śpiewające maleństwa, a pod parapetem niebieskie hortensje i różowo białe róże.

Odwiedzają nas cały rok rudziki, ze specyficznym rdzawym żabotem. Pękate, jakby zbyt krągłe, z czarnymi jak koraliki oczkami. Podchodzą bardzo blisko w poszukiwaniu najmniejszych okruszków pod tarasowym stołem. Mają inteligentny błysk w czarnym spojrzeniu i śmiesznie przekręcają na bok główkę. 

Już trzeci rok z rzędu pod dachem zamieszkuje rodzina kopciuszków. Malutkie ptaszki z rudym ogonkiem, które mają przezabawnie skrzekliwy świergot, wychowują dzielnie swoje dzieci. Policzyłam trzy małe na gniazdo. Karmione są przez mamę i tatę wszelakimi owadami z częstotliwością zawrotną: robal do dzioba raz na trzy minuty! Praca to ogromna, bo dzieciaki budzą się z wschodem słońca i do wieczora są karmione bez wytchnienia. 

Najbardziej spektakularne ubranka mają szczygły. Przylatują do basenika z wodą rodzinnie, więc mogę się im dobrze przypatrzeć. Czerwone główki kontrastują z czarno żółtymi wypustkami na skrzydłach i białymi, masywnymi dziobami. Są bardzo głośne i łapczywie jedzą słonecznikowe ziarna, czym denerwują sikorki. Dochodzi czasami do gwałtowenj wymiany zdań, ale dość szybko sprawę rozwiązuje cień wielkiego drapieżnika, jaki czasami robi koła nad naszym ogrodem. 

Mimo, iż udaje mi się coraz lepiej rozpoznawać większość odwiedzających nas ptaków, nadal wiem o nich bardzo niewiele. Daję im  jeść, wypełniam wodą różne naczynia, które ustawiam pośród róż i lawendy. Rozpoznaję je po kolorach i ich mowie.  

W największym naszym żywopłocie mają swój dom gołębie grzywacze. Ich ciężki lot nie należy do finezyjnych wyczynów ptasiej rasy. Są natomiast bardzo troskliwe dla małych i bardzo rodzinne. Widzę jak trudno im utrzymać się na giętkich gałęziach wysokich iglaków. Ich gniazdo jest schowane w środku żywopłotu, więc karmienie odbywa się przez nurkowanie rodziców w zieloną ścianę. Wymaga to determinacji, bo ptaki są duże, masywne i dość niezgrabne w poruszaniu.

Wieczorem, kiedy wszystkie ptasie rodziny odpoczywają, zaraz po ostatnich kantatach kosów, zaczyna koncert słowik. Mieszkając w mieście, nigdy nie słyszałam podobnej muzyki. Ten szary, niepozorny ptaszek, ma głos czysty jak kryształ. Srebrzyste nuty osiadają niczym rosa na moim ogrodzie, pobliskich sadach i winnicach. Nikt nie potrafi podobnie czarować głosem, jak słowik w świetle księżyca. Śpiewa na sąsiednich topolach. Smukłe drzewa są wspaniałą lożą dla nocnego śpiewaka. Wzrusza siłą głosu, jak i niezwykłą ilością melodii. Zaraz po zachodzie słońca ślimaki wychodzą z ukryć i podgryzają młode pędy hortensji, dżdżownice bezszelestnie figlują pośród liści konwalii, a tam w górze cała opera . 

Świat pędzi, internet ponagla. Rytm pracy, szkoły, wakacji, codziennych problemów, płacenia rachunków, sprzątania, gotowania i robienia zakupów, wszystkie cywilizacyjne wynalazki i polityczne dyskusje zaprzątają myśli, wypełniają codzienność i rozmowy. Wszystko to jest ważne, determinujące życie. Jednak kiedy wieczorem staję cichutko w moim ogrodzie, zapominam o ludzkich sprawach i słucham słowika. Samochody nie jeżdżą, głusi ludzie siedzą w domach przed telewizorami i komputerami. To najlepszy moment na to, żeby być na zewnątrz, niedaleko tych topoli. Bardzo ważne jest też żeby mieć zamknięte oczy. Wtedy jeszcze lepiej słychać każdą wyśpiewaną nutę. Nie ma w tej muzyce ani smutku, ani trochę melancholii. Słowik wyśpiewuje piękno życia z energią, radosnym zapałem. Rozumiem cesarzy, którzy chcieli posiadać ten śpiew tylko dla siebie, bo jest on jak obietnica wieczności...

Czereśnie już od tygodnia pospadały na ziemię. Nasze ogrodowe drzewo obdarowało nas koszami owoców. Niestety bardzo szybko dojrzewa i równie szybko kończy owocowanie. Nawet zboże u sąsiadów zdaje się już być gotowe do ścięcia. Na Południu wszystko dzieje się dużo wcześniej, jak na Północy. Niepokoi mnie ten pośpiech, bo jestem z kraju, gdzie czereśnie jada się latem, a nie wiosną. Jednak lubię przyglądać się naturze i porównywać ją w różnych znanych mi zakątkach. Nauczyłam też tego moich dzieci. Chłopcy mają teraz 14 i 11 lat. Eliot jest wyższy ode mnie prawie o głowę. Dyskutuje o poważnych problemach, słucha dużo muzyki i zajmuje się sprawami, jakimi ja , nie zajmuję się od trzydziestu lat.

Armand wyprostowany patrzy mi się prawie prosto w oczy. Robi się duży, a przecież dopiero co krzyczał : baaaabciaaaa czecześnie!

Teraz stoi na drabinie, pod czereśnią, z koszem ciężkim jak sumienie i pyta się, czy starczy tych czereśni, czy jeszcze ma pozbierać więcej... Silny jest i tryska zdrowiem. Nie pamięta, że mówił "czecześnie". Na szczęście ja nie zapomnę nigdy.

Mój mąż skończy pięćdziesiąt lat za dwa tygodnie. Martwi się, że ma siwą brodę, więc ją goli. Mimo, że brody w modzie. Wszędzie widzę gęste, duże męskie brody, jak sprzed rządów cara Piotra Wielkiego. On je zgolił, bo tak miało być nowocześnie. Teraz nowocześnie jest gdy się je zapuszcza. W te wakacje widać będzie dużo brodatych twarzy, krótkie spodenki i owłosione nogi w sandałach. Już się martwię tym widokiem, ale przecież nie powinnam, bo jako osoba modna, powinnam cieszyć się z nowoczesności innych, nawet takiej owłosionej! 

Mimo to mąż goli siwiejącą brodę. Na szczęście skóra nie siwieje , bo by się chłop zupełnie zestresował. Mężczyźni dużo bardziej się martwią starzeniem, jak kobiety. Przynajmniej ja się mniej martwię niż on. Inna sprawa, że nie mam jeszcze pięćdziesięciu lat. Jednak we Francji ludzie żyją bez problemu sto lat. Więc co ten mój mąż francuski się tak martwi? Przecież jest dopiero na statystycznym półmetku.

Ciekawe jak długo żyją słowiki? Może ten na drzewie też siwieje i dlatego tak śpiewa, żeby udowodnić światu, że ciągle jest młody? A może nie wypada sobie z męża dworować i tylko ciągle go trzeba zapewniać, że jest młody, młody, jak ta wiosna?

Tymczasem w Polsce Polacy wybarli nowego prezydenta. Nie mój ci on, i nie będę już myśleć o polityce przez najbliższe lata. Ten we Francji też nie mój, ale bardziej wesoły. Bo taki Duda, to chyba nie będzie na skuterze w nocy jeździł do kochanek. Nasz polski prezydent będzie się dużo modlił. Francuski dużo je, bo wyraźnie przytył i mu marynarka się napina na brzuchu i pupie. Z pewnością modli się mniej. Duda pewnie nie przytyje, bo opłatek jest małokaloryczny. Staram się nawet nie myśleć co ta nowo przybyła Duda będzie robiła z Polską i Polakami.... i po raz pierwszy nie tęsknię już do mojej ojczyzny.

Tak czy inaczej, jako matka w rodzinie polsko francuskej, powinnam się przejmować wyborem demokratycznym Polaków i Francuzów. Jednak nie będę o tym myśleć wiele. Nic nie zmienię, a tylko stan nerwowy mi się poszarpie. Wolę oglądać ptaki w ogrodzie i słuchać słowika.

Z ostatnich wieści powiadają, że idzie lato. Zatem będziemy zbierać ogrodowe pomidory. Kupiłam również kostkarkę na rocznicę ślubu. Będziemy sobie robić lód i wrzucać go do różowego wina. Z pomidorami i oliwą, a do tego bagietką prosto z pieca... moi drodzy żadna Duda, ani nawet skuterkowy prezydent nie jest w stanie mnie już wzruszyć! Zaczynam lato w świetnej formie fizycznej, bo mi zdrowie dopisuje. Zaczynam lato, w bardzo dobrym samopoczuciu młodej matki dorastających synów, jak i świadomości bycia kochaną żoną i córką. Ptaki śpiewają, lody stukają w kieliszkach i niczego mi więcej nie trzeba. Do tego niedługo będę zbierać lawendę z moich kolorowych klombów. Włożę ją w bawełniane torebki i poukładam w szafach. Będą mi majtki pachniały jak w Prowansji i czy warto wtedy martwić się kulawą demokracją?

      

11:07, fabella
Link Komentarze (21) »
czwartek, 05 marca 2015
Tak bez powodu...

.

Trzymałam się bardzo dzielnie. Całą zimę przeszłam bezboleśnie, bez chorobowo, spokojnie. A to rodzinne święta, islamski terroryzm, szkolne sprawy, nowa książka w pisaniu.. Tematy do myślenia, dyskusji, chroniły mnie przed nią. Trzymałam się tak dzielnie, że nawet nie zauważyłam jak mi się po cichu wkradła do środka i usiadła w kącie. Jak kot, który nie chce być przytulony, ale jednak blisko człowieka się trzyma. Patrzy, jak chodzi po pokoju. Wącha co tam je.. , pije... Nawet nie miauknie, tylko siedzi i czeka na stosowny moment.

Słońce za oknem przyrzeka rychłą wiosnę. Mistral, wiatr lodowaty, jaki szarpie południową Francją wyciąga łapska aż do Lyonu. Oliwkowe drzewa naginają swoje gałęzie posłusznie, bez oporu. Szare lawendy jeszcze nie otrząsnęły się z przymrozków, ale róże, już wyraźnie wypuszczają zielone pączki. Niewątpliwie przyszło młodziutkie przedwiośnie i bardzo się z tego ucieszyłam.

A ta... usiadła zupełnie nieproszona i łypie na mnie spode łba. Tak, tak właśnie o niej brzydko myślę. Ona doskonale wie, że jestem bezbronna, że nic nie potrafię wymyśleć na ochronę moich myśli, mojej duszy. Wystarczy, że wstanie, że się wyprostuje, spojrzy mi prosto w oczy i cały dom jej! Wie, że nie będę z nikim mogła porozmawiać. Ona to robi specjalnie, jakby za karę, że jej się wymsknęłam. Doskonale poradzi sobie znowu, łapiąc mnie za gardło jak jakiegoś słabego ptaka. Zwęszyła moment, chwilę nieuwagi. Wykorzystała to i znowu czeka w kącie. Wielu ją zna. Wszyscy się jej wystrzegamy. Gdy się pojawi, nic nie mogę zrobić, niczym się podzielić. Pakuje się mi do łóżka, do snów, pod prysznic, nawet na talerze. Mogę udawać, że po tak długim czasie, przyzwyczajeniu, że po tych wszystkich latach.. .Ona wie, że ja jej nie ucieknę nigdy. I nagle, tak zupełnie bez powodu jej się poddam i sama utknę w tym jej ciemnym kącie. Minie czas, kiedy będę chciała się uśmiechnąć. Minie wiele chwil. Ale ona już jest na całego we mnie.... Cholerna tęsknota za krajem! 

14:55, fabella
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14