O autorze
Zakładki:
Blogowi znajomi
Galeria moich fotografii
Interesujące
Moje blogi
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
Znają dobrze Francję
® Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszystkie teksty
i zdjęcia zamieszczone
na blogu Moja Francja stanowią
własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie
przez prawo autorskie.
Ich kopiowanie i powielanie
w całości lub części,
w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione
i jako działanie niezgodne
z prawem może być karane.
Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
|
czwartek, 19 stycznia 2012
Powroty, przewroty...
Nie zapomniałam. Wiem,że trudno w to uwierzyć, ale nie zapomniałam. Myślałam,telepatycznie dobro słałam...Chociaż tego nie pokazałam, że nie zapomniałam.To jednak myślałam... Gburowato nie składałam życzeń. Nie zapisywałam złotych słów. Nic nie zrobiłam intelektualnie pięknego. Wybaczcie. Wszystkim życzę oby Nowy Rok przyniósł wyłącznie radości! Żeby nikt nie musiał żegnać bliskich, kochał i był kochany. Żeby świat nie zwariował do końca. A ja, właśnie przeżyłam czas przewrotów rodzinnych. Można to nawet, nazwać rewolucją życiową. Kupiliśmy z mężem dom. Dom moich marzeń. Wszystko w tym domu jest takie, jak zawsze marzyłam. Kolory, pokoje, podłogi, okna, ogród, a nawet basen. Mam wielki pokój z kominkiem. Ogromną kuchnię i łazienkę. Mam nawet dach, taki jaki chciałam mieć i rynny na biało pomalowane. Mam mnóstwo miejsca. No i... jest mi ciepło! Dom jest wspaniale izolowany. Po raz pierwszy od 10 lat mieszkam w ciepłym domu, i jest to - mój dom. Ach wiem ,że brzydko jest się chwalić. Jednak, cieszę się ogromnie i nie udaje mi się powstrzymać. Dzielę się nowiną, że mam nareszcie piękny dom. No i ... mam kredyt, wielki jak ten dom. Słowem dług wprost proporcjonalny do wielkości domu. Ale nie dało się inaczej . Zatem musi być właśnie tak. Przeprowadzka, dzięki przyjacielskiej pomocy, poszła sprawnie. Przy okazji okazało się, że człowiek, to też chomik. Zbiera, upycha, chowa nie wiadomo dlaczego i na jak długo. Przeprowadzka, to wspaniała okazja do wyzbywania się chomikowych suwenirów. W małżeństwie, zawsze jest jeden bardziej wesoły, a drugi bardziej smutny. Jeden bardziej gadatliwy, a inny mniej. Jeden mruk, a drugi papla. W małżeństwie jeden chomikiem, drugi - bardziej pasikonik. U nas, ten skaczący to ja. I stało się. Wyrzuciłam chomikowe skarby. Sierściuch uparcie przeglądał śmietnik i nie godził się z moją rozrzutnością. Walczył o każdy drobiazg. Przecież od lat zostawia wszystko, co się da i ładuje do niezliczonych pudeł, " na pamiątkę". A tu byle bez serca lekkoducha mu wszystko wyrzuca! Okropność. Ponieważ chomik i tak do końca nie wie, co chomikuje. Systematycznie ogołociłam gniazdo z pamiątek. Udało mi się na 70 procent. Uważam, że to sukces. Poza tym wszystkie ubrania, zabawki i cała masa rzeczy jakie używaliśmy przez pierwsze 10 lat dzieciństwa naszych chłopców, spakowałam i dałam dla najbiedniejszych. Dla dzieci była to lekcja rzeczywistości. Eliot samodzielnie wyładowywał wszystko z samochodu. Nigdy nie widział prawdziwej biedy. Myślę ,że lepiej jest tak. Sprzedawanie za bezcen ubrań i zabawek jest bez sensu. Zwłaszcza, że mogą służyć biedniejszym dzieciom. To jest bardziej słuszne. Wymyśliłam sobie, że w dwa miesiące po przeprowadzce, dom musi być dopięty na wszystkie guziki. Przybyli moi rodzice i niczym muszkieterowie rozprawiliśmy się z robotą. Jesteśmy połamani, zmęczeni, ale się udało. Wszystko zostało zrobione, udekorowane, ustawione, naprawione... Ach te złote ręce i serca mojego taty i mojej mamy! Po drodze były święta. Mikołaj w prezencie przyniósł mi teściową. A na Sylwestra dołączył wesołych przyjaciół. I tak, roztańczeni przy prehistorycznych melodiach wkroczyliśmy w nowy rok. Mamy cudownych rodziców, wesołe dzieciaki, wspaniałych przyjaciół i piękny dom. Poza wysuszonym kontem nie ma minusów. No i doszły zmiany w trzodzie. Z trzech kanarków pozostały dwa. Kanarzyca okazała się agresywną, prymitywną jędzą. Jej mąż, chciał umilać im życie śpiewem, czym doprowadzał głuche babsko do spazmów. Wyrwała mu wszystkie pióra z głowy. Biedny chłop mało co nie stracił głosu. Walka była tak ostra,że nawet nasz terier walił łapami w klatkę, żeby dały spokój. Ostatecznie doprowadziłam do sprawy rozwodowej. Zabrałam kobitę do jej poprzednich właścicieli w paczce po delicjach i uwolniłam artystę od stresu. Tutuś, łysy ale odżył natychmiast. Jeszcze nie zdążyłam zamknąć pudełka, gdy on wykonywał arie godne Papageno. Prawdziwy artysta musi mieć miejsce dla swojej sztuki! W pokoju Armanda śpiewa rozwodnik, a u Eliota - samotnik. Obaj śpiewają do siebie na odległość. Właściwie zrezygnowałam z radia, bo i tak nic nie słychać poza kanarkami. Poza tym, w garażu, jest cicho. Śpi tam - Gustaw. Nasz od wakacyjny żółw. Na sianku i pod siankiem, bo tak mu najlepiej zimować. Nie wiem, jak on tak może o suchym pyszczku wytrzymać, ale jak go tknąć, to się ciutek rusza. Zakładam, że wie co robi, że tak śpi. Słowem, oby do wiosny. Nasz pies - Bombil , przeżył przeprowadzkę dzielnie acz mokro. Poprzedni właściciele mieli mnóstwo sierściuchów. Bombil musiał jakoś zdominować zapachy poprzedników. Zaczął od domu , ale w środku. Było nieciekawie. Uparcie wylewałam chlorek, a pies i tak siusiał w najlepsze z determinacją przeprowadzając własne zapachy. W końcu, oznaczył chyba wszystko co się dało, i teraz wie, że jest u siebie. Rewolucja ma to do siebie, że radykalnie zmienia tok historii. Nasza życiowa toczy się dalej. Podjęłam decyzję o powiększeniu rodziny. Kupiłam drugiego psa. Od śmierci naszej Podhalanki Misi minęło już 5 lat. Misia nie wróci i nic jej nie zastąpi. Potem pojawił się Bombil. Nasz terier jest rodzinnym prozakiem. Taki pies wesołek. Ale ciągle tęskniłam do górala. No to mam. Baca ma 2 i pół miesiąca. Urodził się w Alpach mimo że Podhalan. Gdy piszę ten tekst, właśnie gryzie mnie po piętach i już jest większy od pięcioletniego Bombila. Ma łapy jak niedźwiedź, apetyt jak niedźwiedź i w ogóle jest misiowaty. Kto zna owczarki podhalańskie to wie, że zrobiło się... Ach jutro napiszę więcej.
poniedziałek, 26 września 2011
"ZWIERCIADŁA" - "MIRRORS"
.
. Serdecznie zapraszam od 27 września do 29 października 2011 roku do artystycznej kawiarni Starbucks na wystawę fotografii Patrycji Todo pt. „Mirrors” (Zwierciadła). - Janusz Skowron, organizator pokazów. Starbucks Coffee, 910 Manhattan Ave. Brooklyn,NY, Tel.718.609.0467 . ![]() . PatrycjaTodo urodziła się w Warszawie w 1971 roku. Studiowała Historię Sztuki i Archeologię w Belgii. Dorastała w różnych krajach,na różnych kontynentach. Mieszka we Francji, gdzie założyła rodzinę. Przez wiele lat zajmowała się galerią antyków w holenderskim Maastricht. Potem, prowadziła polsko-francuską spółkę handlową . Od wielu lat poświęciła swoją energię rodzinie, jak i twórczości pisarskiej i fotograficznej. Piękno natury, radość życia, jak i nigdy, nie kończąca się tęsknota do świata marzeń, stały się mottem jej prac. Dzięki grupie Emocjonalistów odzyskała wiarę, że Sztuka nie zginęła jeszcze pod kamieniami modernizmu. Wystawa "Zwierciadła", jest poszukiwaniem prawdy i harmonii, w różnych odbiciach rzeczywistego obrazu. Czasami, patrząc w lustro, odkrywamy własną duszę. A może tylko, łatwiej jest kochać iluzję, niż zwykłą rzeczywistość? .... Spoglądam dzisiaj w zwierciadło duszy zdziwiona nieco swoim spojrzeniem jakie spoziera na mnie z tej głuszy, podlanym srebrem uczuć więzieniem ..... -Patrycja Todo New Art Exhibit: PATRYCJA TODO- “MIRRORS-photography” September 27- October29, 2011 Starbucks Coffee 910 Manhattan Ave. Brooklyn, NY 11222 Tel.718.609.0467 ![]() . Dziękuję wszystkim za dopingowanie mnie, za towarzyszenie mi podczas wielu , wielu miesięcy . Za czytanie blogów, komentowanie ich i wydawanie bardzo często miłych opinii na temat moich fotografii. Patrycja Todo
piątek, 23 września 2011
Francuskie gady
Gustaw dał dyla. Mimo sałaty, mimo gładzenia pod brodą, mimo o-chów i a-chów, żółw chciał pojechać koleją. A że te ostatnie, nie tanieją, to może jeszcze się znajdzie. Szukałam cały ranek , ale chłopak się gdzieś schował i teraz szukaj żółwia w polu. Ponieważ nie mogłam odnaleźć Gucia, poszłam strapiona do sklepu. A tam gadów cała moc. We Francji jest kryzys, ale tutejsi emeryci nie znają cierpienia. Codziennie rano robią zakupy. Odżywiają się zdrowo, warzywnie-owocowo. Mają dużo pieniędzy i często, zły humor.Chciałam kupić banany. Ale jakaś stuletnia babcia popychała mnie z taką złością, że przerzuciłam się na melony. Przy zielonkawych kulach, pożółkły dziadek z niechęcią przesuwał owoce. Bo te, to zbyt dojrzałe, a tamte to zbyt małe. Zatem, poszłam sobie do śliwek. Jedna była pokrojona do spróbowania . Duże to, grube i fioletowe, ale bez charakteru. Węgierek tu nie ma. Francuzi nie znają węgierek, bo mają francuskie, ale "pędzą" je na pestycydach i zrywają przed czasem. Zniechęcona nieprzyjemnymi emerytami i śliwkami bez życia i smaku, poszłam do jogurtów. A tam, matki z dziećmi. Też mam dwoje. Ale moim, nawet, gdy były małe, nie pozwalałam krzyczeć, zwłaszcza w miejscach publicznych. Te przy jogurtach darły się na cały głos. Matki , w liczbie trzech, zupełnie nic nie reagowały na dzikusów, tylko trajkotały w najlepsze o niczym. Nagle, jedna się wnerwiła i łubudu, dzieciaka po buzi. Inna krzyknęła : patrz, bo też tak zarobisz. A trzeci dzieciak... po prostu dał dyla... jak Gucio. Macierzyństwo a la francaise zawsze wprawia mnie w nieme osłupienie. Ta radość z życia, miłość bijąca po oczach! Poszłam do kasy. Przy wejściu do sklepu, dają tu teraz takie maszynki ze skanerem. Dostajesz "zwierzaka" do ręki, a potem samemu rejestrujesz sobie wszystkie zakupy. Jak się nasycisz, to idziesz do specjalnej kasy. Tam, patrzą ci się w tę maszynkę, rzucają okiem na wózek i już. Wkładasz kartę płatniczą i wyjeżdżasz bez stania w kolejce. Zastanawiałam się jak sprawdzają, czy nie nakradłeś po drodze. Bo, kto wie, co pod jajcami mam w koszyku, a lista zakupów duża? Okazuje się, że mają zaufanie. Poza tym, gdy mają mniej pewności , co któryś klient jest kontrolowany. Złość cię niesie, bo "skanerowy zwierz" miał ci ułatwić życie i dać poczucie odpowiedzialności. A tu drugi raz wszystko wywalasz na taśmę i na nowo kasjerka "bipa" przed swoim czytnikiem co ty, przez pół godziny "bipałeś" sam w koszyku. Tym razem udało mi się bez kontroli. Nic nie kradłam, nic nie pożyczałam, tylko zapłaciłam i chodu do domu. Wot tiochnika myślę. A bezrobotnych coraz więcej. W domu cicho , spokojnie. Nikt nikogo nie bije po twarzy, nikt się nie dąsa ... A na kamieniach, w ogrodzie siedzi nasz "syn marnotrawny" - Gucio wrócił ! Nasz żółw grecki,bo tak zwie się ten model. Lądowe żółwie bardzo często , to żółwie greckie. W Grecji kryzys ,to może dlatego nasz do Francji przyszedł. Słowem emigrant. A teraz opala się w najlepsze w promieniach słońca. Wrzesień, to czas indiańskiego lata i aura jak w lipcu. Ucałowałam pyszczysko z radością, bo dzieci rano się zmartwiły, że Gustaw przepadł , a tu taka niespodzianka. Nakarmiłam cykorią. Skorupę elegancko przetarłam, bo się strasznie zakurzył podczas nocnej eskapady. Spojrzałam mu prosto, w koralikowe oczy i myśląc o zakupach, doszłam do wniosku,że nie taki gad z tego żółwia.
środa, 14 września 2011
Pod skorupą
.... aż przyszedł dzień, kiedy mój dziesięcioletni syn, ze łzami w oczach zapytał : mamo, po co żyć? Tak długo szukam odpowiedzi, aż musiałem się o to spytać ciebie. Wycierałam słone krople z gładkiej buzi. Jedna po drugiej turlały się gorąco. Wiem doskonale co czuje. To samo pytanie przez całe lata zadawałam sobie. Od kiedy pamiętam, pytanie to, dręczyło moje zasypianie. Bałam się zapytać dorosłych. Nie chciałam ich rozczarować. Kiedy poczułam pierwsze ruchy mego synka, gdzieś zagubione w moim brzuchu, wszystko stało się jasne. Egzystencja człowieka w granicach 4 miesiąca ciąży przypomina motyla. Telepie się od żebra do jelit. Małe to, kruche , ale ile marzeń! - Żyjemy dla tych, co nas kochają. Bez nas ucierpieliby, straciliby radość z własnego życia. Żyjemy też po to, żeby odkrywać świat i pozostawiać po sobie to, co udało nam się odkryć , odpowiedziałam ze ściśniętym gardłem. Zasypianie we łzach , ale i spokoju. Chłopiec zaufał mi. Wciąż mi ufa. Wczoraj i dzisiaj czytałam dzieciom "Małego Księcia". Najpierw po polsku. Potem, odkryją go sobie po francusku. Mimo, że przecież lepiej byłoby czytać w oryginale. Ale, chciałam przeżyć to wspólne odkrycie w moim języku. Ta książka, czytana przeze mnie wiele, wiele razy, jest kluczem do serca. Chłopcy odkrywają już własne planety. Minął dla mnie rok pełen zaskoczeń. Blog, pisanie, tworzenie, przycichło. Dla refleksji trzeba się czasem wyciszyć. Umarł mój teść. Pochowaliśmy go 1 stycznia. Urodził się mój mąż. Stając się półsierotą w wieku 46 lat, zauważył, że sam jest ojcem i mężem. Eliot zaczyna wchodzić w nowy czas. Naście lat... już się w nim budzi. Armand z trudem żegna się z maleńkością. Musiałam mu pomóc. Pokazuję każdego dnia ,że przecież ma własne skrzydła. Mój tata jest od roku na emeryturze. A mama nie potrafi na niej być. Nie potrafi odpoczywać od pracy. Jak się zdaje, każdy etap ma swoje niebezpieczeństwa, radości, znaki zapytania.. Może, dzięki temu wszystkiemu po raz pierwszy, po raz pierwszy od bardzo dawna, zaczęłam szanować własną klepsydrę. Ziarnko ziarnkiem pogania. I po długiej przerwie znów dostrzegam piękno wokół. Zaczęłam ten blog winobraniem. Wrzesień, to czas, kiedy Francja przeżywa bachanalia. Winnice, jakie znajdują się w jednej z pierwszych notek tego blogu, już nie istnieją. Dziś widziałam, że całe pole jest zaorane. Będzie teraz rosła jakaś kukurydza, albo pszenica. Natomiast tam, gdzie kiedyś makowe pola, wykwitły budynki. A część czereśni,znowu zastąpiły winnice. Jeszcze zbyt młode na winobranie. Sady, jakich tu wiele, uginają się od owoców. Lato trwa, a jabłka już gotowe do spadania. Cedry, których gałęzie pchają mi się do okien, ociekają bogato żywicą. Rano pachnie zielenią. Wytłumaczyłam dzieciom,że to bardzo ważne widzieć tę zieleń. Zdziwiły się. Myślały naiwnie, że zieleń jest wszędzie. Przypomniałam im o misiach polarnych. Cieszą się z tych iglastych okien teraz wraz ze mną. Łatwiej jest im zrozumieć "Małego księcia". Sierpień - przyniósł mi wyciszenie duszy, opaleniznę, plan przeprowadzki do własnego domu, trzeciego kanarka i żółwia. Ten ostatni, przyszedł do naszego ogrodu sam. Dobijał się do bramy jak św Józef w Betlejem i został przyjęty do rodziny. Nazwałam go - Gucio, bo bardzo guciowaty ma urok osobisty. Mąż z rana wita się z Gustawem sałatą, a wieczorem dzieci na kolację raczą go cykorią. W dzień, tapla się w wodzie, jaką mu dolewam do odwróconego dysku freesbie. Gucio lubi być głaskany pod brodą. Nie boi się nikogo i niczego. Cóż, taki żółw "lwie serce". Zastanawiamy się jak zrozumie nasz polski. Nasz francuski weterynarz był zachwycony zdrowiem i energią naszego przybysza. Gucio potrafi chodzić z szybkością ponadżółwią, czym wprawia rodzinę w osłupienie. Śpi na sianku, w dzień opala się na kamieniach. Z psem się obwąchali i są braćmi. A potem, na zimę, zatrzyma się na kilka miesięcy. I tak, może jeszcze, przez wiele lat.... Po co żyć, się pytasz? ...... no właśnie, po to.
środa, 01 czerwca 2011
Budyniarz
- Kto buduje domy? Armand po namyśle- budyniarz! a po chwili: nie , pomyliłem się, to domiarz! ...................................................................... Eliot - wiesz Armand , ty jesteś ładniejszy z przodu, bo jak patrzę na twój profil, to mniej ładnie wyglądasz. Armand - mamo, co to jest profil? Wytłumaczyłam i słucham dalej rozmowy chłopców . Eliot - wszyscy patrzą się na ciebie z przodu. Dlatego wszystkie dziewczyny się w tobie kochają! Armand - eeatam , to nie ma nic z profilem wspólnego. Jak policzę, to w szkole Ewa i Ola, na basenie jeszcze dwie, no i na koniach jeszcze dwie się we mnie kochają . No to mam ich 6. A w tobie też tyle się kocha. To definitywnie nie jest związane z profilem. Eliot - a no właśnie. Źle liczysz. We mnie tylko 4 się kochają. W tobie zawsze więcej. Ja - chłopcy , a skąd wy to wiecie? Eliot - no mamoo, przecież to widać! no i dostałem od Nolłen wisiorek z napisem "I love you" Armand ze znudzonym głosem : mamoo no coś ty? przecież one to mówią i ciągle tak się gapią na nas. Ładne rzeczy, myślę. Jeden 7 i pół roku, a drugi 10 lat. Co to będzie za parę lat? Po kim oni to mają? . . Zawiozłam chłopców do szkoły i wróciłam do domu. Po drodze minęłam rozwalającą się chałupkę i niezwykłe pole dzikich maków. Tuż, tuż koło mojego domu. Zauroczona widokiem na chwilę pomyślałam , że życie, to czasami piękna bajka. A teraz patrzę w lustro. Zerkam na swój profil i nic. Jak oni to robią? U mnie ciągle tylko jeden nos, jeden mąż i cała masa wątpliwości. A może domy rzeczywiście buduje budyniarz?
poniedziałek, 30 maja 2011
DZK, czyli d... z króla
Od dwóch tygodni wielu Francuzom jest źle. Już prawie wybrali króla, a został im tylko zadek. Słońce rozpala niebo i ziemię. Czereśnie czarne, słodkie i już prawie się kończą. Truskawki przeminęły z wiatrem. Wiosna kalendarzowo w pełni, a tu właściwie po dożynkach. Majowe lato wypala ostatnie skrawki zielonkawej ziemi. Siano żółto skwierczy na polach. A koniki polne udają cykady. W miastach natomiast japonki na francuskich trotuarach wypierają wszystkie inne włoskie trzewiki. W duszach jednak straszno, duszno, nieprzyjemnie. Bo Francuzom źle ze świadomością, że ich przyszły król okazał się najzwyklejszym w świecie draniem. Mowa oczywiście o Dominiku Strauss-Kahnie, którego we Francji określa się potocznie trzyliterowym skrótem DSK. Nie tylko jego się nazywa literowo. Francuzi bardzo lubią skróty. Jest PS czyli Partia Socjalistyczna, jest CP czyli zerówka, jest BHL czyli Bernard Henri Levy, gwiazda paryskiej inteligencji, jest SM czyli sadomasochista , czy ENA Ecole nationale d'administration, czyli kuźnia polityków. Jest jeszcze bardzo wiele skrótów nazw, nazwisk i pojęć . Każdy z chęcią ich używa ku rozpaczy cudzoziemców , którzy nie są w stanie zrozumieć o czym właściwie mówią Francuzi. A oni, od wielu dni mówią głównie o DSK. Każde spotkanie towarzyskie, w pracy, u lekarza czy u kosmetyczki wypełnione jest: "winny czy niewinny?". Jedne kciuki idą w górę, inne w dół, ale generalnie coś zgrzyta i jest mało ładnie. Świat szybko zapomniał o byłym szefie MFW. Ach te skróty.... Czas jak gilotyna ścina głowę partaczom. A Francuzi nie mogą ciągle strawić, że ich wielki człowiek... to wstyd jak beret. I trudno im się dziwić. Bo jak zaakceptować, że król jest goły?! Od miesięcy lewica patrzyła w przyszłość dumnie. Bo DSK miał pobić Sarkoziego. Być nowym mesjaszem socjalnej Europy. Ratować biednych od bogatych, od wstrętnego kapitalizmu i wszelkiego zła, a tu taaaka wpadka. Z powodu jednej "d" zapomniano nawet jak odważny Dominik obronił euro, jak miał wyciągnąć Grecję z tarapatów, a może jeszcze wielu innych bankrutów. Ach ci niedobrzy policjanci w Nowym Jorku, zamknęli Francuza w areszcie jak byle kogo. Potem pokazali w tv i wszyscy ze zgrozą zobaczyli amerykański show. Purytańska Ameryka zarzuca gwałt na pokojówce. Żona Anna, piękna gwiazda francuskiego ekranu na szczęście ratuje chłopa z opresji. Upycha w apartamencie jak na króla przystało ... Ach jakoś to będzie, może będzie dobrze? Ale chyba nie do końca. Nie da się już ubrać tego, kto od wielu lat jest kreowany przez lewicowe, tzn, prawie wszystkie media, jako nadzieja narodu. Niby taki uczciwy z lewa, a tu nagle - milioner. Niby taki mądry, ale chyba arogant. No i co zrobić z całą tą opinią, hipermężczyzny, co to własnego ptaka nie jest w stanie utrzymać we własnych gaciach. Niczym grzyby po deszczu sypały się opinie obrońców. W końcu każdy się utożsamia z rodakiem. Nieśmiało kiedyś zgwałcone kobiety powiedziały, że może jednak zawinił i trza pomyśleć o biednej pokojówce. Nawet sama zaczęłam wątpić i chcąc nie chcąc zastanawiać się. Ale scenariusz pułapki jakoś się nie klei. Jest zbyt prosty, zbyt prymitywny. Bo niby kto, co? Zresztą cała ta sytuacja trąci prehistorią. Trudno połączyć obraz przyszłego kandydata na fotel prezydencki. Potencjalnego wygranego w wyborach. Szefa polityki monetarnej świata, z obrazem jurnego samca alfa, rzucającego się na każdą parę piersi, jaka pojawia się w jego zasięgu, i to w hotelu Sofitel. A jednak... No tak , ale rzeczywistość narzuca wnioski. Przecież każdego dnia, gdy jadę do Lyonu, przy ciężarówkach-burdelówkach wciąż widzę wystawne samochody. Tam też eleganckich panów z komputerami . Może jest mniej wygodnie jak w Sofitelu , no ale muszą być jakieś proporcje. Murzynka na poboczu - dyrektor firmy, personel Sofitelu - prezes MFW. Ciekawe jak spełnia się prezydent? Ale nie. Francuzi są profesjonalistami. Obecny prezydent .... nigdzie, tylko w domu, i "uciążowił" swoją żonę. To się nazywa zawodowiec! A może stała się rzecz najbardziej prosta pod słońcem? Globalizacja też ma swoje limity. Tak, jak nikt nie może strawić holenderskiej wolności w paleniu trawki. Tak Francuzom, nie udaje się eksportować ich rozwiązłości. Choć robią chłopcy co mogą. Kiedy pracowałam we francuskiej spółce w Warszawie, na co dzień spotykałam francuskich dyrektorów. Każdy z nich miał w Polsce kochankę, a we Francji żonę. Każdy bez wyjątku sumiennie wykonywał pracę , ubarwiając rzeczywistość seksem . Rzecz normalna. Tak bardzo normalna , że już sama się zastanawiałam , czy jako szef firmy nie powinnam mieć kochanki. Tylko że ja wolę mężczyzn. Poza tym sama jestem Polką i mam męża Francuza. Zupełny brak odpowiedzialności z mojej strony, albo życiowe poczucie humoru. Temat wraca na moim blogu, bo miłość i cielesne jej aspekty są tematem przewodnim w ojczyźnie Maupassant'a tudzież DSK. Mężczyzna bez kochanki jest nieudacznikiem, a zazdrosna żona wariatką. Była prezydentowa Mitterand oficjalnie dzieliła się mężem , a plotki na temat podbojów Chiraca, czy Griscarda do dziś upiększają pikanterią nudną codzienność francuskiej demokracji. W tym kontekście DSK stracił tron, a jego żona zyskała koronę. Bo nie dość że opłaca nowojorski pałac i adwokatów, aby bronić swoje cudo. To jeszcze od lat, wszystkich przekonuje , nawet na swoim blogu, że to nic, że się kochają jak w pierwszych dniach ich miłości. Tak zdobyła dożywotni szacunek u rodaków. Mądra, francuska żona rozumie, że nawet dorośli chłopcy lubią bawić się lalkami. Szkoda ,że synek ciutek przesadził i chciał zepsuć "zabawkę". Swoją drogą wyemancypowanie Francuzek coraz częściej przypomina trochę "nigdy nie kończącą się historię". Bo aktualnie zyskały to, że wszystkie pracują. Na dom, dzieci zarabiają. Same sobie muszą drzwi trzymać,bo każdy Francuz respektuje wyzwolenie Francuzek i nie będzie im ubliżał podawaniem płaszcza. Kobiety same muszą opierać,karmić rodziny żeby dorodne reproduktory godnie mogły nosić męskość bez uszczerbku. Panie, które nie mają czasu na domowe sprawy, same muszą jednak opłacać pokojówki. A potem przekupywać te ostatnie, żeby nie skarżyły się na gwałcących je mężów. Do tego, jak w przypadku DSK , taka żona, dobra francuska żona, mądrze biedaka wytłumaczy, przytuli... i kto wie.. może jeszcze zafunduje nową akcję wyborczą za pięć lat. Bo teraz to się już chyba nie da. A jednak Francuzom jest źle. No bo jak to? Jakaś blada moralność? Uczciwość? A dlaczego tak od razu gwałt? Potrzebuje zmęczony pracą mężczyzna czułości, to od razu powód do więzienia? Okropnie poważni ci Amerykanie. Taka niesprawiedliwość! A tu kluby "eszanżizmu" czyli wulgaryzując po naszemu, kluby wymiany towarzyskiej to zwykła codzienność. Nasi znajomi na przykład zapraszają nas od jakiegoś czasu bezskutecznie. Idziesz do knajpki. Jesz kolację, a potem, na deser, kumpel siada ci obok, pod, albo nad. Żona kumpla tak samo robi z twoim mężem. Może jeszcze ktoś się przysiądzie? Ciepło, przyjemnie, po chrześcijańsku dzielisz ciało i chleb. A kelner poda kondom na tacy , bo jest higieniczno-ekologicznie. Chciano mi to zafundować na 40te urodziny. W formie prezentu towarzyskiego! Ojej. Ale nie dla mnie takie klocki. Chyba prymitywna jestem. Ja się zawsze lubiłam bawić w dom i jeszcze z tego nie wyrosłam. No i żeby tak wszystkie misie na raz! Mi dobrze tylko z mężem, bez obcych i tak mi najlepiej wychodzi. Znajomi ciągle zawiedzeni, bo nie udaje im się nas namówić. A ponoć świetnie się bawią .Tłumaczę, że ja stary, peerelowski model jestem . Wychowana na Wisłockiej, banalnie. Nie mam ich opcji wielofunkcyjnej, żeby tak razem, z obcymi w obcym miejscu. Wtedy oni - nam, że przecież się znamy. A my - im , że owszem, ale inaczej. A może biedny DSK też tak tłumaczył? I ta uparta pokojówka jemu , że jest stary model, bez tej samej opcji? Ach to nie zrozumienie intencji! Różnice mentalności! Sade był Francuzem. Jeszcze wielu innych świntuchów było , jest i się narodzi we Francji. Nie ma szans żeby było inaczej. Pisząc odpycham poklepującego mnie męża. Nie przesadzaj ... Och, przecież każdy kraj ma jakiś zbereźników. U nas, Fredro też wypisywał różne rzeczy, a mickiewiczowska Telimena, to jakaś wątpliwa sprawa z tymi mrówkami. Jednak we Francji , sex podniesiony jest do rangi pomnika narodowego. No i jak to prawdziwa Republika, ma teraz d... z króla!
wtorek, 19 kwietnia 2011
piątek, 18 marca 2011
niedziela, 27 lutego 2011
czwartek, 24 lutego 2011
40 lat minęło i ... nic
... wczoraj, czyli 23 lutego, nie było ani końca świata, ani ziemia nie przestała się kręcić. Ludzie na ulicach tacy sami jak przedwczoraj i jak dzisiaj , czyli wczorajsze jutro. Nikt mnie nie chciał na szczęście zgwałcić, ani ja, nikogo nie skrzywdziłam. A mimo to, przekręciłam licznik czwartego dziesięciolecia. Niestety definitywnie. I co? I nic? Żeby jednak zerwać ze schematem , zmieniam jednorazowo styl. Trzeba trochę zaszaleć , zapomnieć się , powyrzucać pajęczyny i rozluźnić stres. Za oknem jesień, mimo, że właściwie powinno być przedwiośnie. W porównaniu z zimą arktyczną w Polsce, nie narzekam. W koronach moich ogrodowych cedrów, ptaki wychodzą z piór, bo dzieciaki muszą robić , gniazda wić, a wiosna już, tuż, tuż . Tylko patrzeć, gdy się zaraz zbudzi. Rytm przyrody, chcąc nie chcąc wpływa na samopoczucie. Człowiek witaminowo wyposzczony. Jakiś taki szaro-blady. Zima wydusiła ostatni kolor z oczu. A z zimową karnacją, wygląda się jak żywcem wyjęty z obrazów Prymitywnych Flamandów. Nawet pies zarósł i przypomina mopa, ale jeszcze nie można go strzyc, bo chłodno, nieprzyjemnie. A wiadomo przecież, że owce, psy, tudzież domowe mopy nie znoszą zimna bez wełny. Minęły mi urodziny, i co? I ciągle - nic. A miało się wszystko zmienić. Na świecie Arabowie walczą. Francuzi się dziwią, że im idzie, jak po maśle. Oni przecież robią rewolucję co chwila. Strajkują codziennie,demonstrują, rząd straszą, a i tak, nikt ich nie słucha. A Arabowie proszę, jeden, drugi i trzeci rząd padł. Swoją drogą jakieś do kitu te dyktatury skoro tak łatwo plajtują. Nie to co w Rosji, albo w Korei. A mówi się, że Azjaci nic trwałego nie potrafią zrobić? Martwię się o Arabię Saudyjską i Kuwejt. Jak dojdzie do zamieszek i wyjadą na ulice Rolls Roycy, albo helikoptery z transparentami... Jak my sobie wtedy damy radę bez benzyny! Już mogłyby się skończyć te arabskie wojny. Dziwne że Francuzom nie udaje się zmienić rządu mimo,że tylu Arabów tu jest. Zresztą gdyby zmienili, to byłoby jeszcze gorzej, bo we Francji nawet prawica jest lewicowa. Francuzi nie mogą zmienić rządu, to zmieniają ceny. Alpinizm portfelowy zaczyna dawać się we znaki. W końcu wszyscy dostaniemy zadyszki i nikomu już, nie będzie się chciało zmieniać stylu, ani świętować urodzin. Poza tym, każdy francuski dziennik, zaczyna i kończy się wyłowieniem kolejnego trupa z rzeki, albo informacją o zaginięciu biegającej kobiety w lesie. Francuzki uprawiają często i namiętnie jogging, a francuscy zboczeńcy - gwałting . I jedni , i drudzy, na łonie natury. A to łono zdaje się być bardzo cierpliwe. Bo jak popatrzeć, to prawie co miesiąc słyszy się o tym, że kolejny zbir dopadł młodą sportsmenkę w naturze. Cichy lasek, a to polanka, a to zagajnik, makabro-hulanka. Zdecydowanie lepiej być w mieście. Tu zabijają tylko mężowie. Podobno co dwa dni umiera Francuzka w wyniku pobicia przez domowego mężczyznę. Ale ponieważ oni zabijają własne kobiety, a nie cudze żony. To ja sobie spokojnie chodzę po Lyonie. Zakładam, że mnie, tu nikt nie dopadnie. Jedynie do Rodanu może wrzuci, ale to robią ze studentami po wyjściu z dyskoteki. Ja nie chadzam do dyskotek. Zaprzestałam zatem samotnych spacerów na pod liońskiej wsi. Mój pies jest mały i mnie nie obroni. A poza tym, jeszcze spotkam jakiegoś zoofila i jeszcze Bombilowi się coś stanie. Bo francuskie łono natury, to bardzo niebezpieczne rewiry. Ostatnio, ofiarą jakiegoś "przyrodnika"padła biegająca o piątej rano, 49latka, koło Tuluzy. Co ją kurcze pchało, żeby wstawać w środku nocy i biegać. To , że ktoś jest dziwny, nie znaczy jednak ,że od razu musi być zgwałcony. Nie znaleziono biedaczki, ale pewnie już nie żyje. Odkryto plamy jej krwi, wśród traw i krzewów. Zastanawiam się , jak taki łotr funkcjonuje? Siedzi pośród gałęzi godzinami i czatuje. Że mu nie jest zimno, nie niewygodnie, i że mu tyłek w ziemi się nie zakorzeni tak żeby nie mógł się już ruszyć?! Zupełnie, jak jakieś polujące dzikie zwierzę w National Geographic, czeka i unicestwia. Te historie powtarzają się już niestety regularnie. Są nagłaśniane przez prasę. Ludzie lubią takie straszności i je opowiadają do znudzenia. Myślę, że też wielu zboczeńców podnieca się tymi informacjami. Zew natury i sami na to łono leśne się pakują. Z drugiej strony, może to i dobrze , że się głośno mówi o tych morderstwach i gwałtach, bo natura respekt budzi. Ja, już sama do lasu przestałam chodzić. Mam teraz dobrą wymówkę, żeby nie uprawiać joggingu o piątej rano. Pozostaje książing, tudzież bloging. Tu przynajmniej nie ma zagrożenia śmierci, ani innych, silnie niepożądanych wrażeń. Miałam wczoraj czterdzieste urodziny. I co? I nic. Bo niby co miałoby się zdarzyć? Dzieci mnie przebrały za BONY M. Ale śpiewać nie mogę, bo uprawiam grypping. Poza tym nie lubię Rasputina, ani piosenek o ruskich zboczeńcach. Zatem, do następnego spotkania.. I co? I nic. .
czwartek, 17 lutego 2011
Dzień pedała
. Eliot - Mamo co to homofobia? - To synku negatywne zachowanie niektórych ludzi, w stosunku do innych ludzi, tylko dlatego,że są homoseksualistami. - Mamo, a kim są ci homoseksualiści? No tak, myślę, znowu przyszło na mnie. Moje dzieci w ogóle nie zadają takich życiowych pytań ich tacie. Jego pytają o szybkość światła, o odległość słońca od ziemi, o to czy 4D to to samo co 3D tylko w wyobraźni, o to jak centrala atomowa wydmuchuje parę i czy rafineria w Fezin , to czasami jest wyłączana na noc. A ja, albo o homoseksualistach muszę gadać, albo tłumaczyć kim był Clovis I (czyli po pl. Chlodwig I) , ...albo jak szybko pozbyć się czkawki, albo co to in vitro. W tym roku tłumaczyłam już o feudalizmie, o narkotykach, co to rewolucja, czy zgadzam się z Sarkozym, czy strajki są ok, jak poradzić sobie z trądzikiem, czy dziewczyny kochają tak samo jak chłopcy, kim był Mahomet, jak odmienia się przez przypadki "ciekawostki", czy 99centów to to samo co 1 euro tylko biedne, co zrobić żeby nogi zawsze pachniały.... ojej a teraz homofobia. -Synku homoseksualiści to ludzie, którzy kochają innych ludzi , ale tej samej płci. Panowie panów itd. Homofob to taki, co ich prześladuje, poniża. Armand przysłuchując się nam , z powagą - Co to znaczy poniża? - Źle traktuje, obraża brzydkimi słowami.. Konsekwentnie, po raz kolejny tłumaczę o homoseksualizmie podczas jazdy samochodem do szkoły. Ciężarówka z przodu, motory z prawa, z lewa, ciurkiem wszyscy pchają się do Lyonu. -Pamiętajcie , homofobia to coś bardzo złego. Nie wolno poniżać nikogo dlatego, że jego seksualność jest inna jak nasza. Homoseksualiści nie wybierają sobie homoseksualizmu jak fryzury. Musimy to akceptować i już. Oni nic tym nie mogą zrobić. Eliot dalej - Ale to jest okropne kochać się w chłopaku. Czy jeśli uważam, że jeansy mojego kolegi są ładne, to znaczy, że mogę być homoseksualistą? Ja nieco rozbawiona -Ależ nie. To nie ma nic wspólnego. Po pierwsze jesteście jeszcze zbyt mali, lubicie się, przyciągacie, odpychacie. Ale wasza seksualność się dopiero tworzy. jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby się martwić. Chłopcy nie mają jeszcze zarostu, dziewczynki piersi itd. Macie jeszcze czas na te sprawy. Eliot się zdenerwował. -Nieeee no, co ty mamo?! Ja się kocham w Nolwen, ona jest taka ładna, uśmiechnięta. A z Witkiem, czy Charlesem, to zupełnie co innego. Z nimi gadam o sprawach i gram w piłkę. Nie no, to zupełnie co innego. Kochać się w chłopaku, to coś okropnego. - Dla ciebie jest okropne , ale z pewnością spotkasz w życiu ludzi, którzy myślą i czują inaczej Dojechaliśmy. Uff. Nienawidzę korków. Wieczorem , przy kolacji Eliot z pewnym ambarasem w głosie zaczął szeptem : -Wiesz , dzieci w szkole coś mówią , każdy do każdego. Wiem, że to brzydko, ale nie wiem co to znaczy. Pédé, sale pédé! Wytłumacz mi mamo. - Synku pédé, po polsku znaczy pedał. To określenie obraźliwe na homoseksualistę. Dziś rano mówiłam ci o homofobii. Dzieci pewnie nie rozumieją tego słowa. Wiem , że jest popularne i wiem , że wiele osób używa go, żeby obrazić innych. Mam nadzieję, że ty tego nie robisz. - No nie. Ale śmieszne "pedał" - jak od roweru. Co za głupi pomysł. Jednak nie chcę, żeby tak do mnie mówili. Jednemu powiedziałem, że sam taki jest, jak do mnie tak mówi. -Idź do dyrektora i porozmawiaj o tym - Nie, bo on się takimi sprawami nie interesuje. - No, to jeśli ten co cię obraża jest mniejszy, to go pogoń. A jeśli większy, to sam daj dyla. W tym momencie Armand zmęczonym głosem powiedział, że już zostawi nas , bo "jest wykończony i pękał z głodu, a teraz się najadł i musi spać.." Na odchodnym poradził starszemu bratu, żeby dał w papugę jednemu i drugiemu, co to brzydko mówią. On na przykład tak zrobił, jak ktoś mu powiedział , "ty mały". Ziewając zostawił nas samych w kuchni. Jeszcze z jego pokoju dobiegło nas zaspane .." niech przyśnią się wam aniołki, dobranoc...' Eliot czuł jednak potrzebę drążenia tematu jak na moje nieszczęście. - Mamo, ale ci homoseksualiści to jakaś taka inna rasa co? - Ależ nie. Natura jest stworzona tak , że żeby gatunek przetrwał, trzeba kobiety i mężczyzny.Ich wspólnego związku. To jest norma. No, ale są takie rzadkie przypadki, że ludziom kocha się inaczej. Wiesz mam takich znajomych. Tata też. Akceptujemy to, lecz żyjemy po swojemu. - O nie, nawet tata!!! Eliot zaniepokoił się nie na żarty. - Tak , tata też zna homoseksualistów, tak jak i ja. Nic nam złego nie zrobili. I wszyscy dorośli ludzie zetknęli się kiedyś z homoseksualistami. To nie jest choroba. Chodziłam z nimi do szkoły wyższej, na uniwersytecie. Pracowałam razem. To nic strasznego. Wiesz to, tacy sami ludzie jak my. Tylko, że homoseksualiści łączą się między sobą w życiu intymnym.. Eliot z dużą satysfakcją - aaa czyli super , że są razem! homoseksualistka może być żoną homoseksualisty! To fajnie nie są sami. O kurczę myślę. Co tu zrobić? Odkręcam, tłumaczę, że to nie zupełnie tak. W końcu chyba jakoś się udało, ale Eliot z niepokojem pomyślał, że kiedyś spotka homoseksualistę w życiu. - Co ja wtedy zrobię mamo? - Synku nic. Po prostu nic. -No, ale ja nie chcę żeby mnie kochał homoseksualista. Nie chcę tego. To jest dziwne, nie podoba mi się. -Nikt Cię do tego nie zmusi. Nie martw się. Oni wiedzą kto jest kim. Poznają się na odległość. Przecież nie kocha się wszystkich napotkanych ludzi. Można mieć znajomych homoseksualistów i być heteroseksualistą. Nie ma sprawy. Wiesz, to nie ma znaczenia. Wszystko będzie dobrze. - No dobrze , ale mamo jak mi się spodoba jakaś dziewczyna. I będę chciał ją za żonę. To jak na ulicy poznam, że ona nie jest już mężatką? Przecież tego nie widać tak na oko. - Synku jutro Ci powiem. Teraz idź już spać. W końcu poszedł do łóżka. A ja odetchnęłam . Przyjechał mąż z delegacji z Paryża. Zrobiłam tatara, frytki , dobre wino w kieliszkach. Mąż opowiadał o zebraniu, o pracy, o podróży. Nagle zrobił się zielonkawy i wyparował: - Czy ja wyglądam na pedała? O rany myślę. Umówili się dzisiaj czy co? Przemęczony jest, dużo pracuje. A może oglądają te same programy? Słuchali tego samego radia? Cierpliwie słucham dalszej opowieści, zadowolona, że razem jesteśmy przy stole. - Kochanie muszę ci coś pokazać. Wyjmuje komórkę. A tam wiadomość - ..to do następnego zebrania. Sprawy toczą się po myśli. W razie co, to ja mieszkam tuż koło dworca, Gare de Lyon, blisko i przytulnie. Gdy będziesz w Paryżu następnym razem... ;) -Co to? pytam A mąż zupełnie seledynowy, z wyrzutem. -To facet , którego poznałem dziś w firmie. Ta wiadomość przyszła do mnie po zebraniu. Pierwszy raz widzę gościa na oczy. No powiedz, czy ja wyglądam na pedała? Bo to propozycja, prawda. Powiedz tak sama. To pedał nie! Zwariował . Co za ciota! Co on sobie wyobraża. Przecież to widać, że testosteron mi z gęby wyziera, no i obrączka... Co to za cholerna moda na homoseksualizm? To okropne. Już nawet spokojnie pracować nie można, bo się mnożą wszędzie! Co za tupet. W panice wypił dwa kieliszki i zjadł z zapałem tatara. Jej co za dzień ! myślę. - Nie kochanie, nie wyglądasz na pedała.Nawet homoseksualiści mogą się pomylić "na oko". No wiesz oni może testują. To nic, że podobasz się innym. Nie martw się. - No właśnie. Też tak myślałem. Przecież ja uwielbiam twój dekolt.chodź tu do mnie... Nie jest homoseksualistą. Homofobem też nie. Tylko czasami to co inne - drażni. Ostatnio we Francji nie ma filmu, nie ma programu, gdzie nie byłoby tematu homoseksualizmu na tapecie. Sceny całujących się mężczyzn są już normalne. Dziewczyny obmacujące się przed liceum , spotykam prawie codziennie. Dzieci krzyczą do siebie ty pedale, a prawdziwi homoseksualiści bez ogródek podrywają heteroseksualistów. Kultura walczy z homofobią wpadając w paranoje pro homoseksualną. Niedługo będę się wstydzić , że kocham faceta a nie jego siostrę. Nasz znajomy zostawił żonę z trójką dzieci, bo po 15latch małżeństwa doszedł do wniosku, że woli ptaszki. Nawet najbardziej banalny serial telewizyjny pokazuje regularnie , bez żenady, przytulających się panów, panie itd. Już sama nie wiem czy ja, jako heteroseksualista, jestem dziwolągiem. Czy może jednak homoseksualizm, to nie zupełnie naturalna konfiguracja. Chłopaki w szkole noszą długie włosy, kolczyki. A dziewczyny noszą też długie włosy i kolczyki... i w dodatku potrafią przeklinać i kopać nie gorzej od chłopaków w kolczykach. Jestem zdziwionym nowoczesnością kobietozaurem. Mogą sobie wszędzie być i homo i hetero, mogą być nawet dwa w jednym albo zupełnie bez. Ale kurczę męża i dzieci, niech zostawią mi w spokoju. O tatę się nie martwię... o Jerzego też nie. :)
piątek, 11 lutego 2011
Kocia rewolucja
"Samotność w sieci" - mam książkę i znam film. Można lubić, nie lubić . Ale jednak nie da się uciec od rzeczywistości. Ludzie wymyślili internet, a dzięki niemu... ach, jeżeli ktoś tu dotarł, na ten wieloletni już blog, umie sam dokończyć powyższą myśl. Za dużą wodą, na północy Afryki młodzi ludzie krzyknęli NIE. Kabelkami podłączonymi do ekranów udało im się zebrać i w zadziwiająco krótkim czasie zepchnąć do rowu znienawidzonych polityków. Niejednemu tu i ówdzie powinno to dać do myślenia. Nie wiadomo czy to dobrze, czy źle dla nas. Co z tego wyniknie? W ciągu ostatnich trzech lat byłam na wakacjach w Tunezji i w Egipcie. Piękne kraje, wspaniała natura. Znam północną Afrykę z dzieciństwa i wracam tam zawsze z nostalgią. Jednak bieda z jaką się spotkałam, poza hotelową nirwaną, była i nadal jest bolesna. Rewolucje mogą dać wolność i zmianę na lepsze życie. W końcu może się okazać, że Arabowie też potrafią demokratycznie wybierać własne rządy. Ale rzeczywistość może być mniej ciekawa. Nikt nic nie wie z pewnością . Jednak z dużą frajdą myślę, że coraz więcej ludzi rozumie, iż wspólnie mogą zdziałać wiele. Żeby jeszcze mądrze. Czas jest cierpliwy. Internet mniej. Tu wszystko dzieje się szybko. Może dlatego osoby samotne, leczą konsekwentnie, ten trudny stan w internetowej sieci. Ja też tak czyniłam. Przez pierwsze lata mojego internetowego życia uciekałam od samotności w małżeństwie. Miałam małe dzieci . Wypełniały mi mnóstwo czasu. Mąż wbrew mojej woli wybrał pracę w podróży. Stronił od bycia ojcem, mężem. Dbał o utrzymanie. Nie musiałam zarabiać na życie. Ale spędzałam je wraz z maluśkimi, prawie zupełnie sama. Daleko od rodziny i oddalona od wielu bliskich mi ludzi. Dzięki blogom udało mi się poznać wiele przemiłych osób. Rozwinąć zainteresowania. Fotografować, pisać... Nawiązać przyjaźnie i podzielić się moim duchowym i nie tylko życiem. Udawałam, że tak uda się zakleić dziurę samotności w domu. Ale nie udało się. Bo , jak to się dzisiaj potocznie mówi, "w realu" świat pachnie inaczej. Pomyślałam, że czas wrócić do rzeczywistości. Oddaliłam się od ekranu. Telewizji mało, internet głównie informacyjnie, telefon komórkowy sporadycznie. Starałam się, na wszystkie sposoby tłumaczyć, jak bardzo mi źle w życiu "od czasu do czasu razem". Ale dialog był monologiem, bo jak ktoś chce być wolnym ptakiem, to Piotrusiem Panem pozostanie na zawsze. Widywaliśmy się albo późnymi wieczorami, po pracy, albo w niektóre weekendy. Bo delegacje na drugi koniec świata są kosztowne, a firmy płacą tańsze bilety, zabierając soboty i niedziele. Spotykaliśmy się żyjąc w dwóch różnych światach. Ja znałam jego, z własnego doświadczenia. On nie znał zupełnie mojego , bo nigdy nie prowadził domu i nie wychowywał dzieci. Jednak od roku nastąpiły zmiany! Bo nowa praca, biuro w domu i ciut mniej wyjazdów. Nie widzimy się dwa, trzy dni w tygodniu. W porównaniu z trzema tygodniami w miesiącu, to absolutny rekord współbytowania. Dzieci poznały tatę, tata trochę poznał się z dziećmi. A ja ... no właśnie ja ... Może w końcu wyjdę na rondo przed domem, jak na plac w Kairze? Krzyknę strasznie głośno NIE. Jestem pewna, że takich samotnych ludzi w życiu z innymi , jest dużo więcej jak mi się może wydawać. Bowiem niektórzy bliscy, starają się nas zredukować do mebli domowych. Czasami ładnych, drogich, czasami takich ze sklejki, niczym z IKEI. Ale człowiek nie potrafi być meblem. Nawet gdyby się bardzo starał. Człowiek chce być postrzegany jako dusza z dudniącym sercem, a nie sofa w koronkach. Od kilku dni jest cieplej. Lepiej mi z tą ciut łagodniejszą aurą. Lżejsze ubrania, lżejsze buty, lżejsze serce. Otwieram okno i wietrzę. Myśli, dom, atmosferę. Tunezyjskiego dyktatora wyrzucono, gdzie pieprz rośnie. Mubarak dał dyla , bo go nie chcieli. No ale ja, męża nie wyrzucę przecież za burtę! Bo miłość, dom, życie, przeżycie. No to jak zrobić rewolucję bez gilotyny? Włączam internet. Otwieram edytor blogowy. Nie wypada się skarżyć publicznie na prywatne troski, myślę. Przecież nigdy tego nie robiłam. No tak, ale kiedy człowiek ma ochotę krzyczeć, to w końcu wychodzi na ten główny plac i drze się na całą gębę, że mu duszno w tym schemacie. Albo włącza edytor blogowy... Nie pójdę do spowiedzi za tę notkę. Nie pójdę, bo nie wierzę w spowiedź. Nie będę się wstydziła, bo wiem, że takich jak ja , podduszonych samotnością domową są setki. Młodych, starych, kolorowych, pręgowanych, takich co w spódnicach i w spodniach, lub bez. ... a gdyby jednak wyjść na to rondo przed bramą? Wyszłam już trzy dni temu. A tam kotka sąsiadów, co ją chyba "nie chcący" zostawili przed wyjazdem na wakacje. Nie było ich od 2 tygodni, to "mruczka" łaziła za mną cała w smutkach. Nazwałam ją Niunia. Spragniona ciepła i rozmowy jak jej sąsiadka. Dałam jej mleko, paszteciki. Nie mam pojęcia co trzeba kotu. Czasami jadła, czasami nie. Podchodziła do mnie na pocieranie nogawek. Nie mogłam jej wziąć do siebie, bo pies dostawał zapaści, za każdym razem, gdy wracałam z kocich pieszczot. Sąsiedzi może w Egipcie, bo w zeszłym roku byli w Tunezji. Długi ich ten wyjazd dawał się kocinie we znaki , bo w nocy zimno. Już zastanawiałam się jak Bombila potraktować Prozakiem i kotkę "przeszmuglować" na pokoje. Ale sąsiedzi wczoraj wrócili. Niunia zniknęła jak za sprawą czarodziejskiej pałeczki. To z pewnością ich kotka. W lodówce mam jeszcze dwa pasztety. Właściciele kotki nie lubią mnie, bo na wiosnę stawiałam samochód w cieniu ich drzewa. Zanieść te pasztety czy nie? No w końcu powinnam im nagadać, że kota tak zostawili w ogrodzie samego. Ale nie nagadam. Pasztety dam jakiemuś "śmieciowemu" kociakowi. Za to może wyjdę na plac, jak ci w Kairze? Może mąż mój zrozumie, że nie da się żyć tylko z telewizorem , komputerem, i telefonem, gdy obok żona chce razem posłuchać Bacha, albo pogadać o wystawie fotografii, albo się pożalić, że sąsiedzi to dranie. Szkoda, że Niuni już nie ma. Przyzwyczaiłam się, że mnie szukała, odwiedzała cierpliwie po kociemu. Lubiłam, gdy mlaskała pijąc mleko i miauczała wniebogłosy za każdym razem, gdy mnie widziała. Na szczęście mam kochane dzieci, 2 kanarki, a wierny Bombil wciąż śpi na moich stopach, gdy leczę samotność w sieci. Chyba nie da się robić rewolucji na cichej uliczce w dzielnicy willowej we Francji. Pozostaje mi jeszcze strajk a la française. Tylko, że ja nie lubię ruchu związkowego. Tak jak w spowiedź. Nie wierzę, że coś zmieni. Dobrze, że chociaż mam edytor blogowy i cały szmat drogi, z kuchni do jutra... z tête a tête przy kawie z samotnością. I ciche miaaauuuuł...
wtorek, 08 lutego 2011
Polak Francuz dwa bratanki
dziś rano: Eliot - mamo, jak będę duży i będę miał żonę Polkę, to ona będzie mówiła do dzieci po polsku, a ja po francusku. Natomiast jak mi się trafi żona Francuzka... no wiesz może uda mi się znaleźć jakąś taką miłą, chociaż wiem, że to bardzo trudne, bo one wszystkie takie skrzywione... No ale ... jeśli jednak trafi mi się Francuzka sympatyczna, to wtedy ona będzie do dzieci mówiła po francusku, a ja po polsku. - Synku a jeśli to będzie Angielka albo Hiszpanka, albo jeszcze jakieś innej narodowości? - Aaa, no to ja będę do dzieci mówił po polsku, ona w swoim języku a potem , jak będą duże , to nauczę dzieci francuskiego. Na to siedmioletni Armand ze znawstwem dodał: - aaaaa ja, to będę miał tylko Polkę. Bo to taka elegancka, miła, po prostu super żona. A te Francuzki to zawsze marudzą. Nigdy, żadna Francuzka. I tylko po polsku będę mówił do dzieci.
niedziela, 23 stycznia 2011
"Renesans", Bach i kwiat gardenii
- Proszę się rozebrać i nakryć pelerynką. Potem, może się pani położyć, ja zaraz wrócę i zajmę się jak królową. Nie jestem ani u fryzjera ani u masażysty. Nie jestem nawet u lekarza. Zdecydowałam się na wizytę w salonie piękności „ Renesans ”. Moje 39 lat odchodzi w przeszłość. Czuję się świetnie. Nic mi nie dolega, nic nie wiotczeje, nic nie opada. 40 lat to przecież złoty wiek kobiecości. Jednak mój synek zwrócił ostatnio uwagę na „te malusieńkie kreseczki wokół moich oczu”. Ciocia pomyślała o kremie odmładzającym na prezent pod choinkę . A przecież używam całą gamę kosmetyków nawilżających od lat, więc chyba mnie jakoś ochroniły. Ciągle czuję się powabna, giętka, miękka , bez kompleksów. Bronię się jak mogę przed pierwszymi oznakami niemłodości. Stawiam opór i wierzę w siłę ducha. Pierwsza nędzna refleksja mego męża na temat zmarszczek spotkała się ze zdecydowanym odwetem. – Nie szkodzi! Zrobię sobie lifting. Będę żyła szczęśliwie z supełkami na karku , zapuszczę włosy i będę miała twarz noworodka. Mogę się jeszcze umalować, założyć okulary, zapastować i zabalsamować... Ty natomiast już za niedługo włosy na głowie będziesz musiał przeszczepiać z podudzia żeby się uczesać. Ale nawet i to nie gwarantuje czupryny. Akceptuję upływ czasu i kontempluję dojrzewanie mądrości. Ach, jak to dobrze, że mężczyznom chociaż włosy z wiekiem wypadają. Bo przecież natura jest dla nich łagodniejsza niż dla kobiet. Zwłaszcza tu we Francji . Gdzie mężczyźni szczupli, ładni, o delikatnych rysach i ujmującym temperamencie długo opierają się upływowi czasu. Im wolno mieć kilka zmarszczek, kilka lat więcej. Mówi się że są jak wino. Im starsze tym lepsze. O kobietach się tak nie mówi, tylko daje w prezencie karnet do salonu odnowy biologicznej. Trzeba przyznać iż moja odpowiedź zadziałała wyjątkowo odmładzająco. Mąż przestał odradzać mi opalanie się, marszczenie czoła i zbyt mimiczne mówienie. Twierdzi że nic się nie zmieniam! Jednak zasiał we mnie wredne ziarno wątpliwości. Zaczęłam krytycznie patrzeć na swoją twarz. Kryzys czterdziestolatki. A przecież lubiłam się dotąd bez specjalnej uwagi. Patrzę w lustro i niby ta sama co kiedyś. Ale chyba już inna. Pewnie bym się długo jeszcze utwierdzała, gdyby nie rada mojej mamy. Któregoś dnia stwierdziła, że choć raz powinnam udać się do kosmetyczki. Zwłaszcza że mieszkam w kraju piękna i mody! Tu uroda i elegancja są ponoć chlebem powszednim każdej Francuzki. Cóż, poddałam się. Wszystkie wiatry przeciwko mnie. Więc może powinnam już wyjść z jaskini i poddać się upiększaniu, masażom, czyszczeniu skóry, porów, wypełnianiu botoksem, wklepywaniu młodości w wypukłości? Lyon. Samo centrum miasta . „Odyseja”, „Afrodyta”, „Wenus”. Nazwy prosto z grecko-rzymskich mitologii. Czemu salony piękności wierzą tak bardzo w starożytność ? Jakby to „antyk” miał zapewnić młodość. A może to sygnał, że właśnie tu uzyskasz przepustkę do wiecznego piękna ? Nie mogę się zdecydować. Najpierw patrzę na cenniki. Wszystkie budzą respekt. Jednak tanio nie ma nic w tym kraju. Szybko godzę się na taryfy. Potem patrzę na panie w recepcjach. Wszystkie szczupłe, pachnące, krytycznie lustrujące moje zakłopotanie. Pewnie widać żem nowicjuszka, że nie wiem jak chcę, choć pewnie chcę się upiększyć. Jedna bez przekonania ryzykuje pytanie. Ponieważ chcę lepiej wyglądać i poczuć się młodziej, radzi bym sobie najpierw w domu poczytała reklamówkę. Jak się zdecyduję mam wrócić. Inna piskliwym głosem radzi wstępnie nawilżanie, potem usuwanie zbędnej warstwy naskórka, potem naświetlanie i obiecuje, że po sześciu seansach po 50min, w tym jeden gratis, będę czuła się lepiej . Co więcej po sześciu seriach kolejnych sześciu seansów mogę zauważyć nawet pierwsze oznaki młodości. A przy zakupie kolejnych seansów to będę miała kartę stałego klienta i komplet kosmetyków , których działanie jest oszałamiające. A do tego jeden seans opalania. Słuchając histerycznego monologu już wiedziałam że się nie zdecyduję. Pani która mnie przekonywała okazała się być kosmetyczką i to w jej dłonie miały dostać się moje zmarszczki. Nie ma mowy. Przestraszyłam się jej zdeterminowania. Nigdy w życiu! Była typową Francuzką, która nie znosi sprzeciwu klienta. Uciekam i wracam do domu. Czas płynie a niepokój rośnie. Ostatecznie trafiłam do salonu „Renesans”. Cennik ten sam co u „Afrodyty” ale atmosfera spokojna . Pani kosmetyczka o satynowym głosie przekonała mnie z wyrozumiałością, że raz na próbę to będzie połowa ceny. A potem podobnie jak wcześniej u „Afrodyty” karnet, kosmetyki etc. A w ogóle to sprawi że będę znów szczęśliwa. Wróżka czy anioł? Dzieci zawiozłam do szkoły, zakupy zrobiłam dzień wcześniej, napisałam kolejny rozdział książki i wyruszyłam na wielką przygodę z elegancką Francją. Niestety bez ubrania, w lekkiej różowej pelerynce w nagrzanym słabo pomieszczeniu salonu "Renesans" poczułam się nieswojo. W chwilę później satynowa pani położyła mnie na lekarskim łóżku i zaczęła walczyć o moją młodość. Najpierw nałożyła mi mazidło tłumacząc z jakich owoców, witamin i minerałów jest ono wyprodukowane. Wybrałam formułę „Słońce”. Żeby mi twarz się „rozświetliła” gdy za oknem zima i smutek. Mazidło wykonane z owoców południowych. Potem masaż twarzy. Pani wykonywała szamańskie koła palcami. Tak ponoć najlepiej działa. Zdjęła pierwszą warstwę i nałożyła następną. Potem jeszcze jedną, i jeszcze. Trwało to wszystko bardzo długo. Bo warstw łącznie miałam sześć a może siedem na mojej biednej twarzy. Raz z domieszką miodu z Prowansji, raz z ekstraktu z lawendy biologicznie zapylanej, potem jeszcze zmielone pestki winogron , pył kwiatów akacji alpejskich. No a bazą każdego kremu była cała masa składników których określeń nie jestem w stanie przytoczyć. Skupiałam się jak mogłam żeby zapamiętać na przyszłość co najładniej pachniało i się wchłaniało. Aż nagle doszłyśmy do punktu kulminacyjnego - maseczki „Słońce”. Zostałam bardzo dokładnie okryta ciężkim kremem. Potem oklejono mi twarz jakąś folią spożywczą. Pani zrobiła dziurę na nos, żebym się nie udusiła. Zgasiła światło, włączyła muzykę i tak zabalsamowaną zostawiła na 20 minut! Nie mogłam się ruszyć, mrugnąć powiekami, nawet zmarszczyć nosa. Niczym zmumifikowana Nefretete dojrzewałam do młodości. Muzyka jak w supermarkecie, zimno w nogi i nie tylko. Czas płynął powoli. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie wynudziłam jak w czasie nałożonej mi warstwy „Słońce”. Zmartwiona bo policzki zaczęły mnie dziwnie swędzieć poczułam się zupełnie zdana na łaskę obcej kobiety. W końcu przyszła , zdjęła plastikową folię i przywróciła do życia zachwycona rezultatem. Bardzo zmęczona wyszłam po zapłaceniu dużej sumy i obiecałam kłamliwie, że z pewnością wrócę, bo już mi młodziej. Poczucie straconego czasu mieszało się z irytacją skóry. Po drodze do domu kupiłam sobie mydło z gardenii i wapno na zapowiadające się uczulenie . Jeszcze tego samego dnia, po kolacji , przygotowałam gorącą kąpiel. Naparzyłam ulubioną herbatę Earl Greya, włączyłam wariacje Goldberga w wykonaniu Goulda. Popijając angielski trunek weszłam do pachnącej gardenią łazienki i zasłuchana w Bachu zasnęłam w białej pianie. Nie umiem być Francuzką. Nie przeszkadza mi, że mam prawie czterdzieści lat. Nie znoszę wizyt u kosmetyczki i kocham Bacha z gardenią o smaku herbacianych bergamotek. Właściwie lubię zmarszczki i moje i moich bliskich. A najbardziej odpoczywam w gorącej wodzie.
piątek, 24 grudnia 2010
Amour znaczy Miłość
. . A jeśli cała tajemnica świąt zamknięta jest tylko w historii Miłości? Czy to polskiej, francuskiej czy nawet bez języka? Takiej Miłości, co to nie ma ani tradycji, ani smaku jedzenia? Jest bez wymiaru czasu, wagi historii? Takiej Miłości bez definicji, obrazu... A jeśli marzenie dziecięce o prezencie i Świętym Mikołaju to najczystsza w świecie prawda? Nie chcą w nią wierzyć dorośli, ale opowiadają o niej dzieciom. . Ja tam wierzę. We wszystko i w każdym języku co ze Świętym Mikołajem jest związane. I w renifery, i w sanie i prezenty ... Czekam na odwiedziny i z dziećmi rozpalam gwiazdy na niebie. Któraś jest najważniejsza. Szukamy , czekamy... . . Ach żeby nie było zła, chorób i tych wszystkich strasznych rzeczy . Żebyśmy nie musieli się bać wilka, ani głupich ludzi, żeby misie polarne dały sobie radę nawet bez śniegu! A dzieci miały zawsze zdrowych rodziców, a rodzice zdrowe dzieci. Żeby najukochańsi nie umierali, a jeśli już muszą to wtedy gdy i my będziemy już tak starzy żeby chcieć odejść. Ach, żeby nikt nie był głodny. Każdy miał własny dach nad głową i żeby na każdego czekało gorące serce . Żebyśmy umieli wybaczać i żeby nam wybaczano. Marzenia , najskrytsze marzenia nas nie opuszczały. Żeby krasnale w końcu pokazały nosy. A pies pogadał o ważnych sprawach i dał spokój sąsiadowi za ścianą. Żeby przyjaciele byli przyjaciółmi, a jeśli ich nie ma.... no to niech się w końcu pojawią!!!! ...i żeby makowiec zawsze rósł jak moje dzieci, a dzieci lubiły mój makowiec..... . ....i żeby anioły te duże , mądre opiekowały się światem. A te małe , grubaśne , z czerwonymi polikami rozśmieszały nawet największych smutasów. A te chude, z długimi jak płaszcze skrzydłami melodią kryształowych głosów nastrajały do wspomnień. Żeby Aniołki wiejskie , z włosami słomianymi szeleściły do snu zapomnianym. A te miejskie, wypachnione wanilią rozdawały uśmiechy nabzdyczonym paniusiom. żeby choinkowe ożyły, a żywe na choinkę wskoczyły.... . A tak zupełnie bez niebiańsko żeby z zimy rodziła się zawsze wiosna. . . Wszystkim życzę cudownych Świąt Bożego Narodzenia czyli Joyeux Noel! . | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||