Francja oglądana moimi oczami. Blog Patrycji Todo.
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Galeria moich fotografii
Moje blogi
Mój e-mail: patrycjatodo@gmail.com
® Wszelkie prawa zastrzeżone Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na blogu Moja Francja stanowią własność intelektualną właścicielki bloga posługującej się loginem fabella i podlegają ochronie przez prawo autorskie. Ich kopiowanie i powielanie w całości lub części, w jakiejkolwiek formie (drukowanej, audio czy elektronicznej), bez zgody autorki jest zabronione i jako działanie niezgodne z prawem może być karane. Copyright © - wszystkie prawa zastrzeżone
piątek, 09 marca 2012
Pozimie

Jeszcze zimny wiatr nie pozwala wierzyć w wiosnę. Jeszcze nie pachnie zielenią. Millery jest dziś skąpane w fali oślepiająco jasnych promieni. Zabieram na spacer psy. Mały, co jest dorosły, biega jak oszalały pośród wysuszonych zimą traw. Duży, ale mały, naśladuje nieporadnie zwinnego kolegę. Łapy mu się plączą, bo chce ze mną, ale i beze mnie. W prawo, w lewo. Z trudem podejmuje decyzję i macha ogonem na znak szczęścia.

Wdycham pierwsze słoneczne ciepło. Przypomina mi się 15 lat temu podobny spacer. Było to w Holandii, koło Valkenburga. Wtedy też mieszkałam otoczona polami. Tak samo jak dziś wyszłam na spacer z białym psem. Wtedy wszystko było inaczej.

"Pozimie" nie jest przedwiośniem. Przyroda ociąga się z radością. Nie pozwala sobie jeszcze na śpiew i kolorowe fanaberie. Przede mną rozciąga się spokojny pejzaż. Winnice wmieszane w sady. To z pewnością czereśnie. Poznaję je po grubych pniach i cienkich gałęziach. Wrócę tu za niedługo. Dalej, tuż za kamiennymi murkami zaczyna się jakaś posiadłość.

Na szczycie wyżyny piętrzy się willa. W Polsce, nazwano by to zameczkiem. Ale we Francji zameczek, to jak polski pałac. Tu takich wielkich , starych domostw, co krok, co miejscowość. Teren wokół jest zadbany. Niebo przegląda się w wielkich oknach. Czasami promień słońca padnie i błyszczy niczym brylant. Białe okiennice zapraszają, to ciepło do środka. Taka chałupa , myślę, to musi być strasznie wychłodzona po zimie. Przecież nikt tego nigdy tutaj nie izoluje. Odpycham te drobnomieszczańskie myśli. Co tam zima!

Jakby na przekór chłodnym podmuchom wiatru, siadam na pożółkłej trawie. Rozciągam się na miękkim dywanie i zdejmuję okulary. Bombil, zachwycony, robi to samo. A misiowaty Baca, wielkim cielskiem wciska się między nas, przygniatając nasze lenistwo.

Na chwilę nie jestem ani matką, ani żoną. Na chwilę, znów jestem dziewczyną, która chciała zawsze, od dziecka mieć psa. I teraz nareszcie go ma. Z rozpuszczonymi włosami, bez okularów, znów leżę , jak 15 lat temu, na wyczerpanej zimą ziemi. Nie muszę nikomu nic tłumaczyć. Nie mam niepotrzebnego telefonu w kieszeni, dokumentów, nawet torebki z czerwoną szminką. Nie martwię się przez chwilę, nie tęsknię i nie gonię czasu. Po prostu jestem sobą, tak bardzo, że aż śmiać mi się chce.

Nie słychać pobliskiego Lyonu, bo zefir szumi głośno w trawach. Nie słychać samochodów, bo w południe nikomu nie chce się tu jeździć. Wszyscy pałaszują, a ja tak leżę sobie na tym otwartym polu, z dwoma białymi psami i wracam do samej siebie.

 
czwartek, 08 marca 2012
Dzień Kobiet
- Co to znaczy , że dziś jest Dzień Kobiet?

- To znaczy , że dzisiejszy dzień jest dniem, kiedy świętuje się istnienie kobiet... nie lubię, jest sztuczne..

- Ojej, ty nie lubisz swoich urodzin, nie lubisz Sylwestra, a teraz Dnia kobiet. Mamo dziwna jesteś...- Armand martwi się, że ma inną mamę jak wszystkie.

- To jest nie tak. Bardzo lubię Dzień Matki i Dzień Dziecka, zupełnie nieznany we Francji. Ale ten dzisiejszy...

- A kiedy jest Dzień mężczyzn?- ciągnie Eliot.

- Nie wiem, bo się tego nie świętuje.

- To głupie i niesprawiedliwe. Czemu wymyślono ten Dzień kobiet?

- Bo od zawsze kobiety, były wykorzystywane przez mężczyzn. Chodzi o to żeby przypomnieć panom , że ich świat bez nas nie mógłby istnieć, że jesteśmy ich matkami, żonami, siostrami i babkami.  Od zawsze kobiety miały mniej praw, więcej obowiązków, mniej wolności, a teraz mają jeszcze więcej obowiązków i niższe pensje za tę samą pracę.

- Mamo, to okropne być kobietą!

- No nie, nie tak bardzo. Mamy przecież dzisiejsze święto - odpowiadam śmiejąc się na głos.

- A czy jest dzień psa?

- No pewnie, i psa, i kota...

- A żółwia?

- No , żółwia, chyba nie. - Odpowiadam porównując się w myślach do gadów.

- Aaa, to żółwi, nikt nigdy, nie wykorzystywał?-zastanawiał się Armand.

- Dzień Kobiet lub nie , ale ja nie będę dziś całował nauczycielki - zdecydował buntowniczo Eliot.
wtorek, 06 marca 2012
poniedziałek, 05 marca 2012
Polityka żab
Francuska demokracja daje mi się we znaki. Za dwa miesiące ma tutaj rządzić nowy prezydent. Dylemat lewicowo-prawicowy wstrząsa narodem. Media młócą do bólu wypowiedzi kandydatów.

5 lat temu bardzo się w to zaangażowałam emocjonalnie. Sarkozy kazał wtedy wierzyć, że zmieni Francję. Wydawało mi się, że nareszcie, do władzy doszedł ktoś, kto mówi normalnie o bolączkach społeczeństwa i kto, bez pardonu, rozprawi się z socjalistyczną mentalnością Francuzów. Cieszyłam się, że to, co mi tak bardzo przeszkadza w codzienności francuskiej, odejdzie w przeszłość. Pomyliłam się. Mój mąż lepiej zna swój kraj. W końcu też Francuz choć, co nieczęste tutaj, o liberalnych poglądach, więc wątpił w mój entuzjazm. Tłumaczył mi, "nie uda się, bo Nicolas jest dzieckiem spokojnego Neuilly, nie będzie wprowadzał rewolucji i chce być wybrany jeszcze raz, więc nie złamie ducha socjalizmu ". Niestety miał rację. 5 lat minęło, a lewacka Francja dalej jest, gdzie była. Można tylko pogratulować obecnemu prezydentowi , że nie udało mu się popsuć bardziej tego i tak zardzewiałego systemu.

Dziś, obok Sarkoziego - nie lewicowego nie liberała, na scenie wyborczej Republiki liczą się Francois Hollande - lewicowy burżuj politruk, Marine Le Pen - "prawdziwa" Francuzka, o poglądach prawicowych z socjalistycznymi ciągotami, Melenchon - komuch i uparty Bayrou - ni z lewa , ni z prawa, zdrowy , chłopski filozof.

W takiej sytuacji, mogę sobie pogratulować własnego, obywatelskiego, wyboru. W przeciwieństwie do wielu moich polskich rodaków,nigdy nie naturalizuję się i nie będę Francuzką. Nie mam zatem problemu i nie muszę głosować na żadnego z obecnych polityków. Patrząc "zimnym", liberalnym okiem, pośród wszystkich kandydatów nie ma ani jednego, który chce zbudzić Francję z socjalistycznego, leniwego snu.

5 lat temu uwierzyłam Sarkoziemu. Myślałam, że przy jego energii, możliwa jest zmiana. Wraz ze mną uwierzyło wielu Francuzów. Nie wiem, jak wielu było przekonanych o potrzebie "desocjalizmu". Jednak, wszyscy chcieli zdecydowanych kroków. Sarkozy zawiódł. Pewnie dlatego dzisiaj, nie budzi już entuzjazmu. Mimo wielu reform, nie był prezydentem, który, jak angielska Żelazna Dama, zmienił tok historii własnego kraju. Nie potrafił nawet sprawować tej funkcji ze znaną z poprzednich prezydentur dystynkcją. Może jego prywatny rozwodowy dramat, a może kryzys ogólnoświatowy, a może zwykły brak determinacji i odwagi, sprawiły , że Sarkozy nie doprowadził do załamania się socjalizmu we Francji. Jedynie panował nad tym, żeby system nie doprowadził do wyniszczenia kraju. Zresztą, fiasko nie jest takie proste, bo genialna infrastruktura, niezależność energetyczna i prywatne bogactwo obywateli, jak i wielkość państwa, chronią go nadal od greckiej katastrofy. 

Tak czy inaczej głosowanie na Sarkoziego po raz drugi, zapewniłoby utrzymanie względnej egzystencji Francji, w jako takim bezruchu. Takie rozwiązanie wydaje się najmniejszym złem. Dla Europy natomiast, jest to wybór najbardziej bezpieczny i korzystny.

Na drugim, ideologicznie biegunie, stoi Hollande - to najgorsza opcja, typowo lewicowa. Moim zdaniem zwykły politruk, który nie zaryzykował politycznie ani razu. Należy do elit paryskich socjalistów, tych, co to dają lekcje moralności wszystkim i mówią o biedzie przy szampanie. Nie był nigdy ministrem, a jako szef partii socjalistycznej nie proponował nic, poza krytyką prawicy. Ani talent polityczny, ani oratorski. Od wielu tygodni usilnie imituje Mitteranda. Program oparł głównie na wydawaniu pieniędzy państwowych i sprzecznych propozycji. Zresztą, cóż może zaproponować socjalista, poza utopią?

Francuz, w pełni tego słowa znaczeniu. Gaduła, żartowniś, lubi dobrze pojeść, popić i poświntuszyć. Totalnie zamknięty na świat poza Francją i arogant do bólu. Pojawienie się go na scenie polityki europejskiej z pewnością wywoła kontrowersje,jak i już widoczną niechęć krajów decydujących o losach kontynentu. Hollande drażni dwulicowością. To taki typ nowobogackiego, paryskiego burżuja, który nie chce mieć nic wspólnego z Arabami, ale się nimi oficjalnie otacza, dla zdobycia elektoratu. Podlizuje się związkowcom, ale przyjaźni z milionerami. Wmawia biednym, że powinni być bogaci, zabierając bogatszym. Czyli typowy, francusko socjalistyczny bełkot, w imię dwusetletniej ideologii równości i braterstwa. Coś, co osobiście może tylko śmieszyć w kraju, gdzie grupy społecznie, jak bogate mieszczaństwo, urzędnicy państwowi, robotnicy, rolnicy, bezrobotni i  wyginający rzemieślnicy, prywatni przedsiębiorcy, jak i post kolonijni emigranci, nie znajdują w ogóle wspólnego języka.

Hollande - prezydent, nie doprowadzi do ruiny Francji, ale ją ośmieszy i poddusi finansowo pracujących, jeszcze uczciwie ludzi. Kłamczuch, da dużo satysfakcji leniom, ale i budżetowym syndykalistom. Ma dużą szansę na wygraną, bo Francuzi myślą lewicowo, lubią farbowane lisy, lubią slogany o sprawiedliwości, a nieuczciwość polityczną, jak i moralną, nigdy nie uznawali za dyskwalifikującą wadę. Na samą myśl o tym dostaję gęsiej skórki. Nie da się chyba rządzić Francją kawałami?

Innym moim "ulubieńcem" jest Melenchon. Komuch, jakich tu mało, ale jeszcze są. Drepcze w cieniu socjalistycznego Francois. Nie liczy się politycznie, ale czerwieni ostro poziom dyskusji. Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku, w nowoczesnym kraju, są ludzie o marksistowskich poglądach, żywcem wyrwanych z XIX wieku. A może, to wcale nie jest taki nowoczesny kraj? No cóż , Francuzi to naród histo(e)ryczny, więc kultywują takie komunistyczne kwiatki.

I po raz kolejny - Bayrou. Wzbudza we mnie sympatię i zaufanie. Taki miły Francuz, co to lubi być Francuzem, przywiązanym do własnej ziemi. Panu Bogu da świeczkę, a i dla rogatego coś się znajdzie. Myślę,że byłby dobrym prezydentem. Spokojny ojciec dużej rodziny. Sumiennie chodziłby do pracy, pogadał z każdym, posłuchał. Kulturalny, uczciwy facet. Cierpliwie przekonywałby, że nie da się tylko jeździć na wakacje, i że trzeba normalnie pracować i oddać w końcu zaciągnięte długi. Może nie ma w sobie talentu do rozwalania socjalnego gmaszyska ale, tak cegła, po cegle, może by zmusił Francuzów do roboty? Niestety, zbyt wyważony, za mało rozkrzyczany i zbyt mało paryski. Porusza niewygodne tematy . Nie wygra. Małe ma poparcie wśród elit.

I wreszcie Marine Le Pen. Prawdziwa córka, swego, prawdziwie francuskiego ojca. Jedyna , która ma odwagę mówić o wszystkich chorobach aktualnej Francji. Do tego, pozbyła się negacjonizmu historycznego, jaki charakteryzował niepoprawnego tatusia. Prawniczka , młoda i charyzmatyczna. Inteligentna blondynka, jak mówią niektórzy z przekąsem. Sprytnie wyleczyła się z natrętnego rasizmu swego ojca. Denerwuje coraz bardziej lewicującą dialektyką. Ale myślę, że nie ma wyboru, jeśli chce wygrać, musi sięgnąć po elektorat robotniczy.

Minusem Marine jest niewątpliwie jej nacjonalistyczny rodowód i dość radykalny pogląd na politykę zagraniczną Francji. Może sobie na to pozwolić, albowiem wie, że chyba nie ma szans na wygraną. Od niedawna, przedstawia interesujące rozwiązania ekonomiczne i logiczne propozycje wyjścia z gospodarczego impasu. Jest jedyną Francuzką , która odważnie krytykuje rozbuchany system pomocy socjalnej, chore podejście do macierzyństwa a la francaise i ewidentne fiasko francuskiej edukacji.

Jedyna, która otwarcie mówi o tym, co wielu Francuzów szepcze w domowym zaciszu. Bez ogródek przeciwstawia się islamizacji przedmieść i coraz większym przywilejom dawanym muzułmanom, wbrew laickim tradycjom Republiki. Jedyna, domaga się ochrony europejskiego rynku przed hegemonią azjatyckich produktów. I jako absolutnie jednostkowy polityk, krytykuje biurokrację europejską, która blokuje sprawne działanie Unii.

Niestety, Marine nie ma zaplecza politycznego. Zbyt mało w niej profesjonalizmu. Nie jest dogłębnie przygotowana i merytorycznie musi pogłębiać wiedzę na temat ekonomi, funkcjonowania Francji. Nie ma wokół niej ludzi, którzy potrafiliby rządzić Republiką. Zbyt mało specjalistów, zbyt dużo tępych ksenofobów i ludzi starej generacji. Nie uniosłaby ciężaru prezydentury. Zbyt młodym jest politykiem bez międzynarodowej sympatii, i potrzebnego doświadczenia. Zbyt bardzo budzi lęk po swoim ojcu. Jedno jest pewne, jako jedyna, zdaje się wyrażać prawdę, bez politycznie poprawnych sloganów.

Nie byłam nigdy fanką jej rodzimej partii. Jednak wypowiedzi Marine, obraz Francji, jaką definiuje i jak chciałaby ją zmienić, często odzwierciedla moją i bardzo wielu Francuzów, opinię. Jest najbardziej odważnym kandydatem .

Reszta to peleton i istnieje przez mgłę. Zieloni, wybrali sobie na czelę panią Joly. Kuriozum polityczne o podwójnym obywatelstwie. Norweżko-francuzka, o poglądach kosmicznych. Francuzi są może socjalistycznie skrzywieni, to jednak nie samobójcy, więc ta pani Joly , nie będzie zagrożeniem, ani dla Hollande'a, ani dla Sarkoziego.

Wszystko zapowiada się na pojedynek tych dwóch. A zatem ja idę na polityczne wagary. Przysłuchuję się coraz mniej, i z coraz mniejszą nadzieją patrzę w przyszłość. Podobnie jak kiedyś, gdy doszedł do władzy Miller, a potem zaczęła się lepperiada. Wraz z pisowskimi rządami w ogóle przestałam myśleć o polskiej polityce. Taka banicja poglądowa. Ale, z wygraną Tuska, odzyskałam wiarę w rozum. Choć i tak, nie wszyscy z paczki mnie przekonują.

Rodzimy Donald jest politykiem, jakich lubię, choć też, czasami, zbyt bardzo przypomina mi ostrożnością Nicolasa. Ten ostatni, z powodu braku determinacji w reformowaniu kraju, może dziś przegrać wybory, a wtedy zbiorą się czarne chmury nad Francją. I będę jeździć na krótsze wakacje i kupować mniej butów.
 
Na razie, wokół francuskich stacji benzynowych, przy Leclercu, ludzie stoją w wielkich kolejkach. Tam podobno taniej dają, bo ktoś wpadł na pomysł zablokowania cen paliw mimo galopujących cen za baryłkę. Mamy 2012 rok, a Francuzi tworzą ogonki i się cieszą, że tak im się uda lepiej żyć. Peerelu czyś dotarł i tu? Aż strach się bać.
........................................................................................

ps.Wczoraj wieczorem, tj 6 marca, Nicolas Sarkozy brał udział , jako główny bohater, w telewizyjnym programie "Słowa i czyny". I muszę przyznać, że jestem pełna podziwu. Ten człowiek posiada niesłychaną zdolność do przekonywania, do własnych poglądów. W skali 1 do 10 daję mu 11! Cóż za znajomość tematu, jak wspaniałe przygotowanie merytoryczne, cóż za energia, uczciwość wypowiedzi! Wciąż zbyt mało liberalizmu, ale Francja już tak ma. Natomiast, niewątpliwie, jest to człowiek o niezwykłym talencie politycznym. Brawo.
Sarkozy nabrał ogłady, otwarcie przyznał się do popełnionych błędów, nareszcie skrytykował to obsesyjne, u Francuzów, a zwłaszcza u francuskich dziennikarzy, napiętnowanie ludzi zamożnych. Okazał się politykiem po raz kolejny, pełnym humanizmu i głębokiej wrażliwości. Bardzo konkretnie przedstawił plan leczenia francuskiej gospodarki. Zaproponował bardzo sprawiedliwe reformy . Nie wpadając w lepenowską nutę, umiał dać konkretne propozycje, by kontrolować  emigrację. Okazał bardzo
ludzkie podejście do tego problemu .

W pojedynku z byłym premierem, socjalistycznym Fabiusem, nie zawahał się ani chwili, ocenić krytycznie prezydenturę, lewicowego guru Mitteranda. Wytknąć słabość Hollanda i dwulicowość całej partii socjalistycznej.

Jedynym minusem prezydenta wydał mi się jego upór w utrzymywaniu socjalnego charakteru państwa. Jednak większość Francuzów chce właśnie takiej Francji, więc cóż mi do tego. Jeśli nie chcę żyć jak oni, powinnam stąd wyjechać.

 Sarkozy, pośród wszystkich kandydatów jest jedynym, jaki zasługuje na poparcie. Nikt bowiem z wymienionych wyżej nie posiada charyzmy międzynarodowej. Nikt nie proponuje równie konkretnego scenariusza .  Przekonał mnie i zachwycił absolutnym profesjonalizmem. W Polsce , nie znam ani jednego polityka , który jest tak wspaniale przygotowany do polityki, o takiej wiedzy i takim doświadczeniu jak Sarkozy.
Oby mu się udało wygrać.



piątek, 10 lutego 2012
Szczęście przez "U"

Ja do Armanda: - Jak piszemy "na górze"?

Armand po namyśle :- Przez "Ó"!

ja: Dlaczego?

Armand : Bo na dole!


Nauka ortografii w dwóch językach, to piekielnie trudna sprawa. Wciąż nie wątpię w słuszność własnego wyboru. Moje dzieci będą pisały i mówiły bezbłędnie po polsku i francusku. Nie ma innej opcji. W końcu , to logiczne, że ... "na dole"
........................................................................

Szczęście, to sprawa bardzo względna.
We Francji panuje zima. Taka prawdziwa, co to wszystko zamarza, zabija, zastyga. Na ulicach umierają bezdomni, a nad morzem flamingi. Ponoć sto sztuk dziennie. Mowa o ptakach naturalnie. Żal bezdomnych. Szkoda flamingów. Co do bezdomnych, to dzieje się jakaś totalna paranoja. W dzienniku tv pokazali dwie bardzo przyjemne panie. Śpią w samochodzie bo nie mają domu. Następnego dnia mnóstwo ludzi zaproponowało pomoc i dach nad głową . Ale one nadal śpią w samochodzie, bo jakoś odzwyczaiły się od dobroci.

 W tym samym dzienniku powiadomili jeszcze , że nie będziemy mogli gotować zup. Z powodu zamarzniętych porów. Dziennikarz powiedział, że są zablokowane w ziemi, bo zamarzły z powodu mrozów i zimnych temperatur. Będzie źle, bo zupa bez porów, to jak dziennikarz, bez głowy.

Ja, nikogo do siebie nie wzięłam. Wysiadł mi piec i zrobiło się zimno. W moim nowym domu, wcale nie stary piec. Zaparł się i nie działał przez 10 dni. Dokładnie tyle, ile mamy Syberię nad Rodanem. Mam kominek i piecyki elektryczne. Mam koce, dzieci do przytulania i dwa psy , na każdą nogę do ogrzania. Znosiłam drewno z ogrodu, okiennice pozamykałam, zupę ugotowałam, bo miałam jeszcze zamrożone pory w zamrażalniku,w niskiej temperaturze. Tego samego dnia co piec, zepsuł się samochód. I miałam problem, bo bez pieca da się żyć, bez samochodu , w moim przypadku, trudniej.

Zadzwoniłam w związku z tym piecem do speca. Spec powiedział, że przez 10 dni musi pomagać innym. W tym kraju , poza seksem nic nie dzieje się od razu! Spec spytał o męża. W sprawie auto-naprawy, a nie seksu. Mąż jak zwykle w podróży. Ja zastępuję męża. Zaufał i wytłumaczył pan pani, no i ... piec zadziałał. Niestety tylko pół godziny, aż go zatkało na amen.

Minęło 10 dni. Przyszedł spec. Ucieszył się, bo ma babcie Polkę. Zreperował piec. Wziął za to jak od Francuzów. W trzecim pokoleniu ma się gdzieś rodaków znad Wisły.

Ponieważ miałam wyrzuty sumienia z powodu bezdomnych, postanowiłam odkupić winę dobrym, ekologicznym uczynkiem i zdecydowałam nakarmić ptaki.
Zamiast sikorek, przyszła mysz. Mysz też człowiek i chce zjeść, bo na polu to nawet pory w ziemi zimują. Poczekałam aż się naje i przeprowadziłam karmik w miejsce bardziej wietrzne. I teraz są sikorki. Mysz może wraca w nocy. Z pewnością źle mi życzy.



Poza piecem, samochód też mi już zreperowano. Tam, u mechanika,  w ogóle nie było Polaków , więc rachunek dostałam republikański. Za to dobra solidna firma, bo umyto mi samochód bez suszenia. W nocy było -10 i z pojazdu, zrobiła się konserwa . Włamywałam się do auta przez pół godziny. Ale za to jak się błyszczy!

No i jestem szczęśliwa. Bo samochód działa, piec grzeje, a ja mam straszną gołoledź w portfelu.

Męża, jak nie było, tak nie ma. Podobno wróci dzisiaj. Ucieszy się z napraw. No i z zupy, z porami, z zamrażalnika.

A w sprawie psów, to Baca odkrył łóżko i będzie wojna domowa.







czwartek, 09 lutego 2012
Oby do wiosny

 
.
Baca zmartwiony, bo Bombil czeka do wiosny, a bawić się dziecku chce...
.




15:54, fabella
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 stycznia 2012
Powroty, przewroty...
Nie zapomniałam. Wiem,że trudno w to uwierzyć, ale nie zapomniałam. Myślałam,telepatycznie dobro słałam...Chociaż tego nie pokazałam, że nie zapomniałam.To jednak myślałam... Gburowato nie składałam życzeń. Nie zapisywałam złotych słów. Nic nie zrobiłam intelektualnie pięknego. Wybaczcie.

Wszystkim życzę oby Nowy Rok przyniósł wyłącznie radości! Żeby nikt nie musiał żegnać bliskich, kochał i był kochany. Żeby świat nie zwariował do końca.

A ja, właśnie przeżyłam czas przewrotów rodzinnych. Można to nawet, nazwać rewolucją życiową. Kupiliśmy z mężem dom. Dom moich marzeń. Wszystko w tym domu jest takie, jak zawsze marzyłam. Kolory, pokoje, podłogi, okna, ogród, a nawet basen. Mam wielki pokój z kominkiem. Ogromną kuchnię i łazienkę. Mam nawet dach, taki jaki chciałam mieć i rynny na biało pomalowane. Mam mnóstwo miejsca. No i... jest mi ciepło! Dom jest wspaniale izolowany. Po raz pierwszy od 10 lat mieszkam w ciepłym domu, i jest to - mój dom.

Ach wiem ,że brzydko jest się chwalić. Jednak, cieszę się ogromnie i nie udaje mi się powstrzymać. Dzielę się nowiną, że mam nareszcie piękny dom. No i ... mam kredyt, wielki jak ten dom. Słowem dług wprost proporcjonalny do wielkości domu.
Ale nie dało się inaczej . Zatem musi być właśnie tak.

Przeprowadzka, dzięki przyjacielskiej pomocy, poszła sprawnie. Przy okazji okazało się, że człowiek, to też chomik. Zbiera, upycha, chowa nie wiadomo dlaczego i na jak długo. Przeprowadzka, to wspaniała okazja do wyzbywania się chomikowych suwenirów.

W małżeństwie, zawsze jest jeden bardziej wesoły, a drugi bardziej smutny. Jeden bardziej gadatliwy, a inny mniej. Jeden mruk, a drugi papla. W małżeństwie jeden chomikiem, drugi - bardziej pasikonik. U nas, ten skaczący to ja. I stało się. Wyrzuciłam chomikowe skarby. Sierściuch uparcie przeglądał śmietnik i nie godził się z moją rozrzutnością. Walczył o każdy drobiazg. Przecież od lat zostawia wszystko, co się da i ładuje do niezliczonych pudeł, " na pamiątkę". A tu byle bez serca lekkoducha mu wszystko wyrzuca! Okropność.
Ponieważ chomik i tak do końca nie wie, co chomikuje. Systematycznie ogołociłam gniazdo z pamiątek. Udało mi się na 70 procent. Uważam, że to sukces.
Poza tym wszystkie ubrania, zabawki i cała masa rzeczy jakie używaliśmy przez pierwsze 10 lat dzieciństwa naszych chłopców, spakowałam i dałam dla najbiedniejszych. Dla dzieci była to lekcja rzeczywistości. Eliot samodzielnie wyładowywał wszystko z samochodu. Nigdy nie widział prawdziwej biedy. Myślę ,że lepiej jest tak. Sprzedawanie za bezcen ubrań i zabawek jest bez sensu. Zwłaszcza, że mogą służyć biedniejszym dzieciom. To jest bardziej słuszne.

Wymyśliłam sobie, że w dwa miesiące po przeprowadzce, dom musi być dopięty na wszystkie guziki. Przybyli moi rodzice i niczym muszkieterowie rozprawiliśmy się z robotą. Jesteśmy połamani, zmęczeni, ale się udało. Wszystko zostało zrobione, udekorowane, ustawione, naprawione... Ach te złote ręce i serca mojego taty i mojej mamy!

Po drodze były święta. Mikołaj w prezencie przyniósł mi teściową. A na Sylwestra dołączył wesołych przyjaciół. I tak, roztańczeni przy prehistorycznych melodiach wkroczyliśmy w nowy rok.

Mamy cudownych rodziców, wesołe dzieciaki, wspaniałych przyjaciół i piękny dom. Poza wysuszonym kontem nie ma minusów. No i doszły zmiany w trzodzie.

Z trzech kanarków pozostały dwa. Kanarzyca okazała się agresywną, prymitywną jędzą. Jej mąż, chciał umilać im życie śpiewem, czym doprowadzał głuche babsko do spazmów. Wyrwała mu wszystkie pióra z głowy. Biedny chłop mało co nie stracił głosu. Walka była tak ostra,że nawet nasz terier walił łapami w klatkę, żeby dały spokój. Ostatecznie doprowadziłam do sprawy rozwodowej. Zabrałam kobitę do jej poprzednich właścicieli w paczce po delicjach i uwolniłam artystę od stresu. Tutuś, łysy ale odżył natychmiast. Jeszcze nie zdążyłam zamknąć pudełka, gdy on wykonywał arie godne Papageno. Prawdziwy artysta musi mieć miejsce dla swojej sztuki!

W pokoju Armanda śpiewa rozwodnik, a u Eliota - samotnik. Obaj śpiewają do siebie na odległość. Właściwie zrezygnowałam z radia, bo i tak nic nie słychać poza kanarkami.
Poza tym, w garażu, jest cicho. Śpi tam - Gustaw. Nasz od wakacyjny żółw. Na sianku i pod siankiem, bo tak mu najlepiej zimować. Nie wiem, jak on tak może o suchym pyszczku wytrzymać, ale jak go tknąć, to się ciutek rusza. Zakładam, że wie co robi, że tak śpi. Słowem, oby do wiosny.

Nasz pies - Bombil , przeżył przeprowadzkę dzielnie acz mokro. Poprzedni właściciele mieli mnóstwo sierściuchów. Bombil musiał jakoś zdominować zapachy poprzedników. Zaczął od domu , ale w środku. Było nieciekawie. Uparcie wylewałam chlorek, a pies i tak siusiał w najlepsze z determinacją przeprowadzając własne zapachy. W końcu, oznaczył chyba wszystko co się dało, i teraz wie, że jest u siebie.

Rewolucja ma to do siebie, że radykalnie zmienia tok historii. Nasza życiowa toczy się dalej. Podjęłam decyzję o powiększeniu rodziny. Kupiłam drugiego psa. Od śmierci naszej Podhalanki Misi minęło już 5 lat. Misia nie wróci i nic jej nie zastąpi. Potem pojawił się Bombil. Nasz terier jest rodzinnym prozakiem. Taki pies wesołek. Ale ciągle tęskniłam do górala.
No to mam. Baca ma 2 i pół miesiąca. Urodził się w Alpach mimo że Podhalan. Gdy piszę ten tekst, właśnie gryzie mnie po piętach i już jest większy od pięcioletniego Bombila. Ma łapy jak niedźwiedź, apetyt jak niedźwiedź i w ogóle jest misiowaty. Kto zna owczarki podhalańskie to wie, że zrobiło się...
Ach jutro napiszę więcej.
15:05, fabella
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 26 września 2011
"ZWIERCIADŁA" - "MIRRORS"

.
Serdecznie zapraszam od 27 września do 29 października 2011 roku do artystycznej kawiarni Starbucks na wystawę fotografii Patrycji Todo pt. „Mirrors” (Zwierciadła).

                                            - Janusz Skowron, organizator pokazów.

 Starbucks Coffee, 910 Manhattan Ave. Brooklyn,NY, Tel.718.609.0467

.



.
PatrycjaTodo urodziła się w Warszawie w 1971 roku. Studiowała Historię Sztuki i Archeologię w Belgii. Dorastała w różnych krajach,na różnych kontynentach. Mieszka we Francji, gdzie założyła rodzinę. Przez wiele lat zajmowała się galerią antyków w holenderskim Maastricht. Potem, prowadziła polsko-francuską spółkę handlową .


 Od wielu lat poświęciła swoją energię rodzinie, jak i twórczości pisarskiej i fotograficznej. Piękno natury, radość życia, jak i nigdy, nie kończąca się tęsknota do świata marzeń, stały się mottem jej prac. Dzięki grupie Emocjonalistów odzyskała wiarę, że Sztuka nie zginęła jeszcze pod kamieniami modernizmu. 

Wystawa "Zwierciadła",  jest poszukiwaniem prawdy i harmonii, w różnych odbiciach rzeczywistego obrazu. Czasami, patrząc w lustro,  odkrywamy własną duszę. A może tylko, łatwiej jest kochać iluzję, niż zwykłą rzeczywistość?


.... Spoglądam dzisiaj w zwierciadło duszy


zdziwiona nieco swoim spojrzeniem

jakie spoziera na mnie z tej głuszy,

podlanym srebrem uczuć więzieniem .....

-Patrycja Todo

 

New Art Exhibit:

PATRYCJA TODO- “MIRRORS-photography”

September 27- October29, 2011

Starbucks Coffee

910 Manhattan Ave.

Brooklyn, NY 11222

Tel.718.609.0467

 


.

Dziękuję wszystkim za dopingowanie mnie, za towarzyszenie mi podczas wielu , wielu miesięcy  . Za czytanie blogów, komentowanie ich i wydawanie bardzo często miłych opinii na temat moich fotografii.
 

Patrycja Todo


15:25, fabella
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 września 2011
Francuskie gady

Gustaw dał dyla.

Mimo sałaty, mimo gładzenia pod brodą, mimo o-chów i a-chów, żółw chciał pojechać koleją. A że te ostatnie, nie tanieją, to może jeszcze się znajdzie. Szukałam cały ranek , ale chłopak się gdzieś schował  i teraz szukaj żółwia w polu.
Ponieważ nie mogłam odnaleźć Gucia, poszłam strapiona do sklepu. A tam gadów cała moc.

We Francji jest kryzys, ale tutejsi emeryci nie znają cierpienia. Codziennie rano robią zakupy. Odżywiają się zdrowo, warzywnie-owocowo. Mają dużo pieniędzy i często, zły humor.Chciałam kupić banany. Ale jakaś stuletnia babcia popychała mnie z taką złością, że przerzuciłam się na melony. Przy zielonkawych kulach, pożółkły dziadek z niechęcią przesuwał owoce. Bo te, to zbyt dojrzałe, a tamte to zbyt małe. Zatem, poszłam sobie do śliwek. Jedna była pokrojona do spróbowania . Duże to, grube i fioletowe, ale bez charakteru. Węgierek tu nie ma. Francuzi nie znają węgierek, bo mają francuskie, ale "pędzą" je na pestycydach i zrywają przed czasem. Zniechęcona nieprzyjemnymi emerytami i śliwkami bez życia i smaku, poszłam do jogurtów. A tam, matki z dziećmi. Też mam dwoje. Ale moim, nawet, gdy były małe, nie pozwalałam krzyczeć, zwłaszcza w miejscach publicznych. Te przy jogurtach darły się na cały głos. Matki , w liczbie trzech, zupełnie nic nie reagowały na dzikusów, tylko trajkotały w najlepsze o niczym. Nagle, jedna się wnerwiła i łubudu, dzieciaka po buzi. Inna krzyknęła : patrz, bo też tak zarobisz. A trzeci dzieciak... po prostu dał dyla... jak Gucio. Macierzyństwo a la francaise zawsze wprawia mnie w nieme osłupienie. Ta radość z życia, miłość bijąca po oczach!

 Poszłam do kasy. Przy wejściu do sklepu, dają tu teraz takie maszynki ze skanerem. Dostajesz "zwierzaka" do ręki, a potem samemu rejestrujesz sobie wszystkie zakupy. Jak się nasycisz, to idziesz do specjalnej kasy. Tam, patrzą ci się w tę maszynkę, rzucają okiem na wózek i już. Wkładasz kartę płatniczą i wyjeżdżasz bez stania w kolejce. Zastanawiałam się jak sprawdzają, czy nie nakradłeś po drodze. Bo, kto wie, co pod jajcami mam w koszyku, a lista zakupów duża?
Okazuje się, że mają zaufanie. Poza tym, gdy mają mniej pewności , co któryś klient jest kontrolowany. Złość cię niesie, bo "skanerowy zwierz" miał ci ułatwić życie i dać poczucie odpowiedzialności. A tu drugi raz wszystko wywalasz na taśmę i na nowo kasjerka "bipa" przed swoim czytnikiem co ty, przez pół godziny "bipałeś" sam w koszyku.
 Tym razem udało mi się bez kontroli.  Nic nie kradłam, nic nie pożyczałam, tylko zapłaciłam i chodu do domu. Wot tiochnika myślę. A bezrobotnych coraz więcej.

W domu cicho , spokojnie. Nikt nikogo nie bije po twarzy, nikt się nie dąsa ...
A na kamieniach, w ogrodzie siedzi nasz "syn marnotrawny" - Gucio wrócił !
Nasz żółw grecki,bo tak zwie się ten model. Lądowe żółwie bardzo często , to żółwie greckie. W Grecji kryzys ,to może dlatego nasz do Francji przyszedł. Słowem emigrant. A teraz opala się w najlepsze w promieniach słońca. Wrzesień, to czas indiańskiego lata i aura jak w lipcu. Ucałowałam pyszczysko z radością, bo dzieci rano się zmartwiły, że Gustaw przepadł , a tu taka niespodzianka. Nakarmiłam cykorią. Skorupę elegancko przetarłam, bo się strasznie zakurzył podczas nocnej eskapady. Spojrzałam mu prosto, w koralikowe oczy i myśląc o zakupach, doszłam do wniosku,że nie taki gad z tego żółwia.

 

środa, 14 września 2011
Pod skorupą

.... aż przyszedł dzień, kiedy mój dziesięcioletni syn, ze łzami w oczach zapytał : mamo, po co żyć? Tak długo szukam odpowiedzi, aż musiałem się o to spytać ciebie.

Wycierałam słone krople z gładkiej buzi. Jedna po drugiej turlały się gorąco. Wiem doskonale co czuje. To samo pytanie przez całe lata zadawałam sobie. Od kiedy pamiętam, pytanie to, dręczyło moje zasypianie. Bałam się zapytać dorosłych. Nie chciałam ich rozczarować.

Kiedy poczułam pierwsze ruchy mego synka, gdzieś zagubione w moim brzuchu, wszystko stało się jasne. Egzystencja człowieka w granicach 4 miesiąca ciąży przypomina motyla. Telepie się od żebra do jelit. Małe to, kruche , ale ile marzeń!

- Żyjemy dla tych, co nas kochają. Bez nas ucierpieliby, straciliby radość z własnego życia. Żyjemy też po to, żeby odkrywać świat i pozostawiać po sobie to, co udało nam się odkryć , odpowiedziałam ze ściśniętym gardłem. Zasypianie we łzach , ale i spokoju. Chłopiec zaufał mi. Wciąż mi ufa.

Wczoraj i dzisiaj czytałam dzieciom "Małego Księcia". Najpierw po polsku. Potem, odkryją go sobie po francusku. Mimo, że przecież lepiej byłoby czytać w oryginale. Ale, chciałam przeżyć to wspólne odkrycie w moim języku.  
Ta książka, czytana przeze mnie wiele, wiele razy, jest kluczem do serca. Chłopcy odkrywają już własne planety.

Minął dla mnie rok pełen zaskoczeń. Blog, pisanie, tworzenie, przycichło. Dla refleksji trzeba się czasem wyciszyć. Umarł mój teść. Pochowaliśmy go 1 stycznia. Urodził się mój mąż. Stając się półsierotą w wieku 46 lat, zauważył, że sam jest ojcem i mężem. Eliot zaczyna wchodzić w nowy czas. Naście lat... już się w nim budzi. Armand z trudem żegna się z maleńkością. Musiałam mu pomóc. Pokazuję każdego dnia ,że przecież ma własne skrzydła. Mój tata jest od roku na emeryturze. A mama nie potrafi na niej być. Nie potrafi odpoczywać od pracy. Jak się zdaje, każdy etap ma swoje niebezpieczeństwa, radości, znaki zapytania..

Może, dzięki temu wszystkiemu po raz pierwszy, po raz pierwszy od bardzo dawna, zaczęłam szanować własną klepsydrę. Ziarnko ziarnkiem pogania. I po długiej przerwie znów dostrzegam piękno wokół.
Zaczęłam ten blog winobraniem. Wrzesień, to czas, kiedy Francja przeżywa bachanalia. Winnice, jakie znajdują się w jednej z pierwszych notek tego blogu, już nie istnieją. Dziś widziałam, że całe pole jest zaorane. Będzie teraz rosła jakaś kukurydza, albo pszenica. Natomiast tam, gdzie kiedyś makowe pola, wykwitły budynki. A część czereśni,znowu zastąpiły winnice. Jeszcze zbyt młode na winobranie. Sady, jakich tu wiele, uginają się od owoców. Lato trwa, a jabłka już gotowe do spadania.
Cedry, których gałęzie pchają mi się do okien, ociekają bogato żywicą. Rano pachnie zielenią. Wytłumaczyłam dzieciom,że to bardzo ważne widzieć tę zieleń. Zdziwiły się. Myślały naiwnie, że zieleń jest wszędzie. Przypomniałam im o misiach polarnych. Cieszą się z tych iglastych okien teraz wraz ze mną. Łatwiej jest im zrozumieć "Małego księcia".

Sierpień - przyniósł mi wyciszenie duszy, opaleniznę, plan przeprowadzki do własnego domu, trzeciego kanarka i żółwia. Ten ostatni, przyszedł do naszego ogrodu sam. Dobijał się do bramy jak św Józef w Betlejem i został przyjęty do rodziny. Nazwałam go - Gucio, bo bardzo guciowaty ma urok osobisty.  Mąż z rana wita się z Gustawem sałatą, a wieczorem dzieci na kolację raczą go cykorią. W dzień, tapla się w wodzie, jaką mu dolewam do odwróconego dysku freesbie. Gucio lubi być głaskany pod brodą. Nie boi się nikogo i niczego. Cóż, taki żółw "lwie serce". Zastanawiamy się jak zrozumie nasz polski. Nasz francuski weterynarz był zachwycony zdrowiem i energią naszego przybysza. Gucio potrafi chodzić z szybkością ponadżółwią, czym wprawia rodzinę w osłupienie. Śpi na sianku, w dzień opala się na kamieniach. Z psem się obwąchali i są braćmi. A potem, na zimę, zatrzyma się na kilka miesięcy. I tak, może jeszcze, przez wiele lat....


Po co żyć, się pytasz? ...... no właśnie, po to.




00:10, fabella
Link Komentarze (6) »
środa, 01 czerwca 2011
Budyniarz
 
- Kto buduje domy?
Armand po namyśle- budyniarz!
a po chwili: nie , pomyliłem się, to domiarz!

......................................................................

Eliot - wiesz Armand , ty jesteś ładniejszy z przodu, bo jak patrzę na twój profil, to mniej ładnie wyglądasz.

Armand  - mamo, co to jest profil?

Wytłumaczyłam i słucham dalej rozmowy chłopców .

Eliot - wszyscy patrzą się na ciebie z przodu. Dlatego wszystkie dziewczyny się w tobie kochają!

Armand - eeatam , to nie ma nic z profilem wspólnego. Jak policzę, to w szkole Ewa i Ola, na basenie jeszcze dwie, no i na koniach jeszcze dwie się we mnie kochają . No to mam ich 6. A w tobie też tyle się kocha. To definitywnie nie jest związane z profilem.

Eliot - a no właśnie. Źle liczysz. We mnie tylko 4 się kochają. W tobie zawsze więcej.

Ja - chłopcy , a skąd wy to wiecie?

Eliot - no mamoo,  przecież to widać! no i dostałem od Nolłen wisiorek z napisem "I love you"

Armand ze znudzonym głosem : mamoo no coś ty? przecież one to mówią i ciągle tak się gapią na nas.

Ładne rzeczy, myślę. Jeden 7 i pół roku, a  drugi 10 lat. Co to będzie za parę lat? Po kim oni to mają?
.



.
Zawiozłam chłopców do szkoły i wróciłam do domu. Po drodze minęłam rozwalającą się chałupkę i niezwykłe pole dzikich maków. Tuż, tuż koło mojego domu. Zauroczona widokiem na chwilę pomyślałam , że życie, to czasami piękna bajka.

A teraz patrzę w lustro. Zerkam na swój profil i nic. Jak oni to robią? U mnie ciągle tylko jeden nos, jeden mąż i cała masa wątpliwości. A może domy rzeczywiście buduje budyniarz?


poniedziałek, 30 maja 2011
DZK, czyli d... z króla

Od dwóch tygodni wielu Francuzom jest źle. Już prawie wybrali króla, a został im tylko zadek.

Słońce rozpala niebo i ziemię. Czereśnie czarne, słodkie i już prawie się kończą. Truskawki przeminęły z wiatrem. Wiosna kalendarzowo w pełni, a tu właściwie po dożynkach. Majowe lato wypala ostatnie skrawki zielonkawej ziemi. Siano żółto skwierczy na polach. A koniki polne udają cykady. W miastach natomiast japonki na francuskich trotuarach wypierają wszystkie inne włoskie trzewiki.
W duszach jednak straszno, duszno, nieprzyjemnie. Bo Francuzom źle ze świadomością, że ich przyszły król okazał się najzwyklejszym w świecie draniem. Mowa oczywiście o Dominiku Strauss-Kahnie, którego we Francji określa się potocznie trzyliterowym skrótem DSK.

Nie tylko jego się nazywa literowo. Francuzi bardzo lubią skróty. Jest PS czyli Partia Socjalistyczna, jest CP czyli zerówka, jest BHL czyli Bernard Henri Levy, gwiazda paryskiej inteligencji, jest SM czyli sadomasochista , czy  ENA Ecole nationale d'administration, czyli kuźnia polityków.
Jest jeszcze bardzo wiele skrótów nazw, nazwisk i pojęć . Każdy z chęcią ich używa ku rozpaczy cudzoziemców , którzy nie są w stanie zrozumieć o czym właściwie mówią Francuzi.

 
A oni, od wielu dni mówią głównie o DSK. Każde spotkanie towarzyskie, w pracy, u lekarza czy u kosmetyczki wypełnione jest: "winny czy niewinny?". Jedne kciuki idą w górę, inne w dół, ale generalnie coś zgrzyta i jest mało ładnie.

Świat szybko zapomniał o byłym szefie MFW. Ach te skróty.... Czas jak gilotyna ścina głowę partaczom. A Francuzi nie mogą ciągle strawić, że ich wielki człowiek... to wstyd jak beret. I trudno im się dziwić. Bo jak zaakceptować, że król jest goły?!

Od miesięcy lewica patrzyła w przyszłość dumnie. Bo DSK miał pobić Sarkoziego. Być nowym mesjaszem socjalnej Europy. Ratować biednych od bogatych, od wstrętnego kapitalizmu i wszelkiego zła, a tu taaaka wpadka. Z powodu jednej "d" zapomniano nawet jak odważny Dominik obronił euro, jak miał wyciągnąć Grecję z tarapatów, a może jeszcze wielu innych bankrutów. 

Ach ci niedobrzy policjanci w Nowym Jorku, zamknęli Francuza w areszcie jak byle kogo. Potem pokazali w tv i wszyscy ze zgrozą zobaczyli amerykański show. Purytańska Ameryka zarzuca gwałt na pokojówce. Żona Anna, piękna gwiazda francuskiego ekranu na szczęście ratuje chłopa z opresji. Upycha w apartamencie jak na króla przystało ...  Ach jakoś to będzie, może będzie dobrze?
 
Ale chyba nie do końca. Nie da się już ubrać tego, kto od wielu lat jest kreowany przez lewicowe, tzn, prawie wszystkie media, jako nadzieja narodu. Niby taki uczciwy z lewa, a tu nagle - milioner. Niby taki mądry, ale chyba arogant. No i co zrobić z całą tą opinią, hipermężczyzny, co to własnego ptaka nie jest w stanie utrzymać we własnych gaciach.
 
Niczym grzyby po deszczu sypały się opinie obrońców. W końcu każdy się utożsamia z rodakiem. Nieśmiało kiedyś zgwałcone kobiety powiedziały, że może jednak zawinił i trza pomyśleć o biednej pokojówce. Nawet sama zaczęłam wątpić i chcąc nie chcąc zastanawiać się. Ale scenariusz pułapki jakoś się nie klei. Jest zbyt prosty, zbyt prymitywny. Bo niby kto, co? Zresztą cała ta sytuacja trąci prehistorią.

Trudno połączyć obraz przyszłego kandydata na fotel prezydencki. Potencjalnego wygranego w wyborach. Szefa polityki monetarnej świata, z obrazem jurnego samca alfa, rzucającego się na każdą parę piersi, jaka pojawia się  w jego zasięgu, i to w hotelu Sofitel. A jednak...

No tak , ale rzeczywistość narzuca wnioski. Przecież każdego dnia, gdy jadę do Lyonu, przy ciężarówkach-burdelówkach wciąż widzę wystawne samochody. Tam też eleganckich panów z komputerami . Może jest mniej wygodnie jak w Sofitelu , no ale muszą być jakieś proporcje. Murzynka na poboczu - dyrektor firmy, personel Sofitelu - prezes MFW. Ciekawe jak spełnia się prezydent? Ale nie. Francuzi są profesjonalistami. Obecny prezydent .... nigdzie, tylko w domu, i "uciążowił" swoją żonę. To się nazywa zawodowiec!

A może stała się rzecz najbardziej prosta pod słońcem? Globalizacja też ma swoje limity. Tak, jak nikt nie może strawić holenderskiej wolności w paleniu trawki. Tak Francuzom, nie udaje się eksportować ich rozwiązłości. Choć robią chłopcy co mogą.
Kiedy pracowałam we francuskiej spółce w Warszawie, na co dzień spotykałam francuskich dyrektorów. Każdy z nich miał w Polsce kochankę, a we Francji żonę. Każdy bez wyjątku sumiennie wykonywał pracę , ubarwiając rzeczywistość seksem . Rzecz normalna. Tak bardzo normalna , że już sama się zastanawiałam , czy jako szef firmy nie powinnam mieć kochanki. Tylko że ja wolę mężczyzn. Poza tym sama jestem Polką i mam męża Francuza. Zupełny brak odpowiedzialności z mojej strony, albo życiowe poczucie humoru.

Temat wraca na moim blogu, bo miłość i cielesne jej aspekty są tematem przewodnim w ojczyźnie Maupassant'a tudzież DSK. Mężczyzna bez kochanki jest nieudacznikiem, a zazdrosna żona wariatką. Była prezydentowa Mitterand oficjalnie dzieliła się mężem , a plotki na temat podbojów Chiraca, czy Griscarda do dziś upiększają pikanterią nudną codzienność francuskiej demokracji.

W tym kontekście DSK stracił tron, a jego żona zyskała koronę. Bo nie dość że opłaca nowojorski pałac i adwokatów, aby bronić swoje cudo. To jeszcze od lat, wszystkich przekonuje , nawet na swoim blogu, że to nic, że się kochają jak w pierwszych dniach ich miłości. Tak zdobyła dożywotni szacunek u rodaków. Mądra, francuska żona rozumie, że nawet dorośli chłopcy lubią bawić się lalkami. Szkoda ,że  synek ciutek przesadził i chciał zepsuć "zabawkę".
 

Swoją drogą wyemancypowanie Francuzek coraz częściej przypomina trochę "nigdy nie kończącą się historię". Bo aktualnie zyskały to, że wszystkie pracują. Na dom, dzieci zarabiają. Same sobie muszą drzwi trzymać,bo każdy Francuz respektuje wyzwolenie Francuzek i nie będzie im ubliżał podawaniem płaszcza. Kobiety same muszą opierać,karmić rodziny żeby dorodne reproduktory godnie mogły nosić męskość bez uszczerbku. Panie, które nie mają czasu na domowe sprawy, same muszą jednak opłacać pokojówki. A potem przekupywać te ostatnie, żeby nie skarżyły się na gwałcących je mężów. Do tego, jak w przypadku DSK , taka żona, dobra francuska żona, mądrze biedaka wytłumaczy, przytuli... i kto wie.. może jeszcze zafunduje nową akcję wyborczą za pięć lat. Bo teraz to się już chyba nie da.

A jednak Francuzom jest źle. No bo jak to? Jakaś blada moralność? Uczciwość? A dlaczego tak od razu gwałt?
Potrzebuje zmęczony pracą mężczyzna czułości, to od razu powód do więzienia? Okropnie poważni ci Amerykanie. Taka niesprawiedliwość!

A tu kluby "eszanżizmu" czyli wulgaryzując po naszemu, kluby wymiany towarzyskiej to zwykła codzienność. Nasi znajomi na przykład zapraszają nas od jakiegoś czasu bezskutecznie. Idziesz do knajpki. Jesz kolację, a potem, na deser, kumpel siada ci obok, pod, albo nad. Żona kumpla tak samo robi z twoim mężem. Może jeszcze ktoś się przysiądzie? Ciepło, przyjemnie, po chrześcijańsku dzielisz ciało i chleb. A kelner poda kondom na tacy , bo jest higieniczno-ekologicznie. Chciano mi to zafundować na 40te urodziny. W formie prezentu towarzyskiego!

Ojej. Ale nie dla mnie takie klocki. Chyba prymitywna jestem. Ja się zawsze lubiłam bawić w dom i jeszcze z tego nie wyrosłam. No i żeby tak wszystkie misie na raz!  Mi dobrze tylko z mężem, bez obcych i tak mi najlepiej wychodzi. Znajomi ciągle zawiedzeni, bo nie udaje im się nas namówić. A ponoć świetnie się bawią .Tłumaczę, że ja stary, peerelowski model jestem . Wychowana na Wisłockiej, banalnie. Nie mam ich opcji wielofunkcyjnej, żeby tak razem, z obcymi w obcym miejscu. Wtedy oni - nam, że przecież się znamy. A my - im , że owszem, ale inaczej.

A może biedny DSK też tak tłumaczył? I ta uparta pokojówka jemu , że jest stary model, bez tej samej opcji? Ach to nie zrozumienie intencji! Różnice mentalności!

Sade był Francuzem. Jeszcze wielu innych świntuchów było , jest i się narodzi we Francji. Nie ma szans żeby było inaczej. Pisząc odpycham poklepującego mnie męża. Nie przesadzaj ... Och, przecież każdy kraj ma jakiś zbereźników.

 U nas, Fredro też wypisywał różne rzeczy, a mickiewiczowska Telimena, to jakaś wątpliwa sprawa z tymi mrówkami. Jednak we Francji , sex podniesiony jest do rangi pomnika narodowego. No i jak to prawdziwa Republika, ma  teraz d... z króla!   


 

wtorek, 19 kwietnia 2011
No i mamy wiosnato
14:02, fabella
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 marca 2011
Zaproszenie na wystawę





*

20:22, fabella
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 lutego 2011
U bukinistów w Lyonie
19:21, fabella
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14